piątek, 30 września 2016

Biega, krzyczy pan Hilary...

Chyba niewiele mi już brakuje...

Scenka z wczoraj

Postanowiłam podać Martusi zupę. Nawołuję, ale Tusinka nie przychodzi. Obłażę kolejno wszystkie pomieszczenia, do których mogłaby wejść.
Zapadła się pod ziemię.
Proszę męża, żeby pomógł mi szukać - i on też obszedł wszystkie pomieszczenia, by w końcu odkrywczo oznajmić, że pewnie znowu usnęła w skrzyni z pluszakami.
Wszystkiemu temu przypatrywał się tyle co przywieziony przez tatę z przedszkola najstarszak:
A: mamo, możesz ponosić mnie w manduce*?
M: Nie, Andrzejku, jesteś za duży.
A: Ale mamo...
M: no dobra, znajdź mi mandukę i razem poszukamy Marty.
A: Mamo... ale masz Martę w manduce na plecach...

Kurtyna.




*dla niewtajemniczonych - to nazwa naszego nosidła

poniedziałek, 26 września 2016

Matka Cyganka glamour version ;)

Źródło: djdobrykick.bandcamp.com

Dziś dwa w jednym: plecak na dziecko i szałowy ciuch dla matki. Wystarczy jeden kawałek szmatki


A tu fajna instrukcja, jak to zrobić


poniedziałek, 19 września 2016

Rok z Martusią

Martusia...
Moja jedyna dziewczynka. Od początku wyjątkowa.
Jako jedyna nie dała mi popalić w ciąży.
I nie wymagała podtrzymania, ba, na nartach ze mną parę razy była i sprzęt pod górę pomagała nieść;)
Jedyna urodzona przez cc na zimno - jedyne cięcie, które naprawdę dobrze zniosłam i po którym tego samego dnia szłam do góry po schodach, a po tygodniu, jeszcze pozszywana, wieszałam zasłony i śmigałam z zakupami.
Moja jedyna wcześniaczka.
Jedyna z żółtaczką i tak dużymi problemami ze ssaniem.
Jedyna bez żadnych problemów z napięciem mięśniowym, właściwie nie wymagająca rehabilitacji.
Jedyna bez alergii na mleko i AZS.
Jedyna taka kokietka w okolicy. Ma dopiero rok, a już zawodowo trzepocze rzęsami. Po mnie na pewno tego nie ma, bo ja do dziś tego nie umiem ;)
Jedyna, która tak omotała tatusia, że publicznie nosił ją w nosidle.
Cudowna, słodka, kochana istota, której udało się sprawić, że mama, kiedyś marząca o trójce dzieci, przestała bać się czwartej cesarki. I że bracia średnio raz w tygodniu błagają o drugą siostrę.

Nadal lubi jazdę na mamie

Martunia wczoraj skończyła rok.
Ma osiem zębów, waży okrągłe 9kg i mierzy ok. 75-76cm, nosi body na 80, spodnie na 86, kapciuszki w rozmiarze 20/21 i pieluchy rozm. 4/L. Nocnik próbuje wkładać sobie na głowę.

I kto jest mistrzem selfie?


Ostatni miesiąc jej nie oszczędzał - zaliczyła bostonkę, a ledwo z jej łapek przestała złazić skóra po wysypce - złapała trzydniówkę, po której ciągle jeszcze ma kropeczki i apetyt na niepiersiowe posiłki równy zeru.

Nie miała też specjalnej ochoty na harce i wcale się jej nie dziwię.
Na chwilę obecną Martusia umie sama stać, chodzić za dwie ręce i przy pchaczu, przejść kawałek za jedną rękę (lekarka podała jej rękę i Martusia zrobiła 5 kroków, po czym usiadła na ziemi i zaczęła ostentacyjnie bawić się swoją skarpetką). Nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie zechciała spróbować samodzielnie.





Za to bardzo dużo mówi (myślę, że naście słów na pewno - mama, tata, An, Jaja, Mata, baba, dziadzia, dzidzia, ta, nie, tam, da, to, am, niam, lala), dużo rozumie, sporo pokaże, próbuje powtarzać - w ogóle jest bardzo pojętna, chwyta wszystko w lot. Ostatnio nauczyła się na przykład, jak wejść na kanapę - podsuwa sobie pudło z zabawkami. A jeśli pudło jest akurat bez pokrywki, to je sobie przewraca do góry dnem i włazi po nim. Wozi też swoje po mieszkaniu ciężarówką chłopców albo jeździkiem, a kiedy usłyszy jakąś muzykę, chwyta lalę za obie ręce i sobie z nią "tańczy". Uwielbia bawić się z braćmi, a ewentualne drobne konflikty on zabawki łagodzi przymilnym uśmiechem, przytuleniem i głaskaniem, po którym chłopaki zwykle miękną, wszystko jej oddają i jeszcze głaszczą po łepetynie.

Gimnastyka buzi i języka

Ćwiczymy pokazywanie :)


Martusia jest dość sprawna manualnie - potrafi założyć sobie czapkę, całkiem dobrze trzyma kredkę, przewraca kartki w książeczkach, nawet tych miękkich, celnie rzuca albo toczy piłkę w kierunku drugiej osoby.
Rozpoznaje kształt koła i okrągłe klocki wkłada do właściwej dziurki w sorterze, inne próbuje wciskać na chybił-trafił.

Z przodu jest napis "Babcia tu była". Stylizację uzupełnia najmodniejszy kaszkiet z szafy starszego brata.

A w następnym miesiącu - zaplanowane małe przyjątko roczkowe - oby zdrowie dopisało, zaległe szczepienia i kolejne osiągnięcia :)

sobota, 10 września 2016

By starszaki nie były zazdrosne - sposobiki matki trojga

Każdy rodzic, który ma więcej niż jedno dziecko, prędzej czy później spotka się z pytaniem - czy starsze są zazdrosne o młodsze.

Spotkałam się i ja - wielokrotnie pomimo krótkiego macierzyńskiego stażu.

I nie wiem, jak to będzie dalej, kiedy moje dzieci będą rosły, dojrzewały, wkraczały w kolejne fazy buntu i zdobywały kolejne stopnie wtajemniczenia we wkurzaniu i dobijaniu rodziców, ale na razie moi synowie nie są zazdrośni.
Ani Andrzej o Julastego, ani żaden z chłopców o Martę.
Owszem, chłopaki się czubią, ale też nieustannie wyznają sobie nawzajem miłość. Podrapani,posiniaczeni, pogryzieni, po prostu kochają się na zabój ;)

Za to Martusię obaj, gdyby tylko dali radę, nosiliby na rękach. Martusiu to, Martusiu tamto, Martusiu, kocham cię.

A jak to zrobić?
Mam swoje dwa sposoby, które u nas na razie działają.

Pierwszy to opowiadanie dzieciom o zaletach rodzeństwa. Oczywiście na głos przy chwalonym. Tylko trzeba się starać mniej więcej równo rozkładać pochwały i chwalić szczególnie za to, do czego dziecko naprawdę się przykłada, ściema jest momentalnie wychwytywana i wszystko bierze w łeb.


"Zobacz Martusiu, jak ten Julianek dużo potrafi. Widzisz, on już tak pięknie..."
"Popatrz, Andrzejku, Martusia to wcale nie jest głupiutka dzidzia. Widzisz jak sprytnie radzi sobie z... ?"

"Ty, Julo to masz szczęście, Andrzej jest w tym świetny i może Cię nauczyć. Nikt tak jak Jędruś nie..."

"Zobacz jak on/ona cieszy się na twój widok. Musi cię baaardzo kochać!"

"Czy widzisz jak on/ona na ciebie patrzy? Podziwia, że potrafisz już... . On/ona jeszcze nie umie i pewnie myśli sobie, że jesteś już taki duży/silny/sprytny/mądry"


No i drugi to dawanie albo chociaż zaoferowanie starszemu tego, co młodszaki mają z marszu.

"Andrzejku, chcesz się przymisiulić?"

"Juluś, chciałbyś napić się z piersi mamy?"

"Jędruś, mam cię potrzymać za rękę, kiedy będziesz zasypiał?"

"Julo, zanieść cię na plac zabaw w chuście?"

"Chłopcy, kto chce pierdziochy w brzuszek?"

I może nieco niepedagogiczne, ale czasem pomocne: "nakarmić cię tą zupą?"

I nieważne, co odpowiedzą, w sporej części przypadków odpowiedź jest przecząca. Ważne, że dostali ofertę, która świadczy o tym, ze zostali zauważeni. Tu jednak haczyk jest taki, żeby propozycje te składać im ZANIM sami o to poproszą, w momencie, kiedy naprawdę mamy czas, by propozycję spełnić. Wtedy, nawet jeśli odmówią, nie czują, że bezpowrotnie stracili coś na rzecz młodszego rodzeństwa i uwaga czy czułość okazywana młodszemu dziecku przestaje budzić zazdrość.

A z czasem będę pewnie przyjdzie mi wymyślać sposoby na: "dlaczego jemu wolno, a mnie nie" i "a dlaczego on nie musi?" ;)

czwartek, 8 września 2016

Burka anarchisty

Żródło: godmother.pl


Wczoraj:
Tato: Julian, wyłaź z łóżeczka Marty. Nie wolno ci tam włazić. I to jeszcze w butach!
Julian (prawie 2,5l): Tato, ale ja jestem analchistą.

***
I dzisiejsza rozmowa z czteroipółlatkiem
Andrzejek: Mamo, co to jest burka?
Mama: To taka zasłona na głowę, którą noszą muzułmanki, zasłania im całe buzie, ma tylko otwory na oczy.
A: Mamo, to kat w średniowieczu też nosił burkę?
M: Nie, kat nosił kaptur z otworami na oczy.
A: A dlaczego muzułmanki noszą te burki?
M: Bo wierzą, że ich bóg tak im każe.
A: To głupi ten ich bóg. Tobie Pan Jezus nie każe. Nie mogą też wierzyć w Pana Jezusa?

poniedziałek, 5 września 2016

Trochę szaleństwa

Uff, wróciliśmy z wakacji, Jędrula poszedł do przedszkola, ja zakończyłam swoją wakacyjną pracę i zaczęłam funkcjonować w swoim codziennym kieraciku.

Przez nieco ponad miesiąc nie napisałam tu nic. Sama nie wiem, dlaczego, ale chyba tego potrzebowałam. Najpierw korzystaliśmy z pogody,  spotykaliśmy się ze znajomymi, poznałam kilka świetnych dziewczyn na krośnieńskim chustospotkaniu i już cieszyłam się na kolejne, tym razem w Rzeszowie, kiedy spadło na nas chyba jakieś fatum.
Najpierw Jędruś zaczął gorączkować. Pomyślałam, że może to przez słońce, bo tego dnia był straszny upał, praktycznie cały czas byliśmy na zewnątrz, a on walczył z każdą moją próbą założenia czapki. Gorączkował tak przez 3 dni po 39-40 stopni, a czwartego dnia... wysypka. Dłonie i stopy pokryte pęcherzami z płynem. Aha... bostonka. Na szczęście Jędruś, po zejściu gorączki, wysypkę znosił dzielnie.
Aż tu dwa dni później zagorączkowała młodsza dwójka. Naraz.
A potem znów wysypka. Też naraz.
Tyle tylko, że młodszaki miały mniej szczęścia od Andrzejka i pęcherzyki, oprócz kończyn, krostki miały też właściwie w całej buzi i na języku. Czy muszę opisywać, jak wyglądało ich karmienie? Właściwie było to karmienie piersią - ja odciągałam, Marta piła przez strzykawkę (bo ssać nie dała rady), a Jul z kubka - i tak przez trzy dni. Przegryzali to moje mleko jeszcze rozgotowanym makaronem i chrupkami kukurydzianymi, nic innego nie byli w stanie przełknąć, nawet zmiksowana zupa warzywna ich piekła.

Kiedy już w końcu uwolniliśmy się od bostonki i na pamiątkę została już tylko schodząca jak wylinka skóra, Jędruś dostał pierwszego napadu padaczki z drgawkami. Drgała mu co prawda tylko ręka, ale szybko znaleźliśmy się u neurologa dziecięcego, a ten skierował Jędrusia na badania dna oka i rezonans magnetyczny.
Kto choć trochę zna Jędrusia, ten wie, że on bez snu nie ma w zwyczaju leżeć spokojnie przez 20minut, więc badania musiały odbyć się pod narkozą, a to wymagało położenia Jędruli na oddział dziecięcy, na którym szalała jelitówka.

Nic to, trza to trza. Z Jędrusiem został mąż, a ja z popołudniową pomocą rodziców, głównie taty, zajmowałam się Martusią i Julastym.

Badania zostały przeprowadzone, przyczyna nie została znaleziona. Wszystkie wyniki badań okazały sie dobre. Szczęście w nieszczęściu. Zmieniono Andrzejkowi tylko postać leku: z syropu na granulat o przedłużonym uwalnianiu. Plus jest taki, że jak dotąd nie powtórzyły się drgawki. Napady nieświadomości nadal się zdarzają, ale z tym zawalczy już nasza neurolog za parę dni.

Ostatnie dni w Krośnie upłynęły nam naprawdę przyjemnie, ale pora było wracać do Krakowa.
Podróż upłynęła bez problemów, pierwsze dwa dni Jędrusia w przedszkolu - super, aż tu nagle... gorączka, biegunka, wymioty... czyżby pamiątka z oddziału?

Na domiar złego zadzwonił mój tato i oznajmił że... ma bostonkę. Kurtyna.


PS. Z tego wszystkiego minęła jedenasta miesięcznica mojej kochanej Tusinki. Przy roczku jej to wynagrodzę. A na razie parę zdjęć

pierwsza lekcja anatomii

Chustospotkaniowy stos i Marta jako gwiazda

Stos rozwaliła, ale gwiazdorzy nadal

na Rynku w Krośnie. Serio.

Moje pierwsze w życiu czerwone paznokcie. Też serio ;)


#tatateztuli

Sprzedam taką o to szmatę. Kto chętny?

Sala zabaw w Krośnie. Chłopcy szaleli, a Marta im przygrywała


W Krakowie nie pozwolili, a w Krośnie odbiłam sobie fakt, że za moich czasów nie było takich sal
Podróż powrotna. Wiedźma zaprasza na trujące jabłuszko;)

Przy "Gospodzie u Wiedźmy" pod Pilznem. Z atrakcji do zaliczenia przed nami jeszcze muzeum lalek

A na koniec Martul macha Wam Linomagiem :D

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...