niedziela, 28 lutego 2016

Co z tym dyskiem

Przede wszystkim dziękuję Wam za życzenia i słowa otuchy - te w komentarzach i w mailach.

Jak się okazało - wcale nie wypadł mi dysk. Mam zapalenie stawów krzyżowo-biodrowych, które może być tylko bolesna, ale chwilową (a raczej kilkutygodniową, ale i tak na to liczę) dolegliwością, a może być częścią autoimmunologicznego paskudztwa, takiego gratisu do Hashimoto.

Wczoraj więc, mimo że ledwo zaczęłam więcej chodzić, wróciliśmy do Krakowa, sobota i niedziela są na odpoczynek (dla mnie, mąż ma nas teraz czworo do opieki), a od poniedziałku nowy kieracik - kupa badań, nowy lekarz (bo reumatologa jeszcze nie odwiedzałam;p), codziennie zabiegi fizykoterapeuyczne i rehabilitacja.
Cel: w wakacje znów zamotać Martę w chustę. Na razie nie wolno mi nawet karmić na siedząco.

Myślicie, że powinnam sprawić sobie nową chustę, żeby mnie motywowała?
Żartowałam, będzie kupa innych wydatków, bo rehabilitację z NFZ mam - kto zgadnie na kiedy?
No właśnie, na październik. To się nazywa "CITO":)

Szczęście w nieszczęściu jest takie, że nikt nie kazał mi przestać karmić piersią. Reumatolog, z którą mama konsultowała mój rezonans magnetyczny zapisała mi tylko sterydy (będę gruba:( )i na osłonę kości wapń z witaminą D, a fizjoterapeuta starał się jak mógł, żebym nie porobiła sobie zastojów leżąc długo na brzuchu. Wiedziałyście, że istnieją specjalnie do takich celów stworzone poduszki dla karmiących mam?

Dzieci też już prawie przywykły do nowej mamy. Marta je na leżąco, Jul tuli się na leżąco, tylko Jędrusiowi ciężko zapamiętać, że nie wolno skakać nie tylko po mamie, ale nawet po łóżku, na którym mama leży.

Powoli przymierzamy się też do urodzin najstarszaka:) Po raz pierwszy zaprosi na nie kolegów i koleżanki, zorganizujemy je w sali zabaw z animatorem. Prezent już wstępnie mierzył i zaakceptował, teraz szukamy okazji cenowej. Nie ogarniam tylko jednego - jak dyplomatycznie zaprosić na przyjęcie sześcioro dzieci z całej wielkiej grupy, jeśli nie ma się kontaktu z ich rodzicami? Jak Wy to robicie, mamy przedszkolaków?

A na koniec jeszcze - tosterem telefonem dokumentowane matki i córki wspólne ćwiczenia po karmieniu:)

Ja trenowałam swoje rotacje bioder czy jak to się tam nazywało, a Marta łażenie po mnie


W nagrodę miałam takie widoki:)
Mama to najlepsiejszy punkt obserwacyjny


Jakieś 3 min. stękania później zjadła tę fokę:)

piątek, 19 lutego 2016

Postanawiam publicznie...

I kopnijcie mnie w zadek, jeśli będę zwlekać:

jeśli Opatrzność wyciągnie mnie z mojego obecnego żałosnego stanu, to ciachnę



 powiedzmy, do łopatek i wyślę do...

http://www.raknroll.pl/co-robimy/programy/daj-wlos/
Po szczegóły kliknij w obrazek:)



 Tak prawdę mówiąc, myślałam o tym już od dawna, ale teraz dopiero się zmobilizowałam.
Ostatecznym terminem niech będą urodziny Juliana - 14 kwietnia b.r.

Jeśli macie co obciąć i myślicie o zmianie fryzury - zachęcam i Was:)



czwartek, 18 lutego 2016

Co u Julka i Martusi

Przez choroby dzieci i połamanie własne umknęły mi jakoś comiesięczne miesięcznice ;P mojej młodszej dwójki. A jest co podsumowywać.

przytulasy przed odjazdem tatusia
Julian, miesięcy 22, ma ok. 90cm wzrostu, waży 11kg i dorabia się właśnie górnych piątek. Nie wyszły, ale widać już białe prześwity pod napuchniętymi dziąsłami, więc pewnie to już kwestia dni.
Mówi  zupełnie swobodnie, tylko jeszcze trochę zmiękcza i nie potrafi wyartykułować "r". Zasób słów też ma już całkiem ładny, a pojedyncze zabawne nieporozumienia są spowodowane głównie tym, że Julek mówi cichutko (albo raczej Jędrek bardzo głośno i w tym samym czasie co Julo).
Umie już nawet wyrecytować 6-8-wersów rymowanki np. fragmenty tuwimowskiej "Lokomotywy". Potrafi też zaśpiewać kawałek prostej piosenki zupełnie dobrze trzymając się rytmu i melodii.
Uwielbia bazgrać po kartce - ostatnio flamastrami. Każe sobie coś narysować, a potem dość dokładnie (jak na dwulatka oczywiście) koloruje środek. Tylko ruszać nie za bardzo mu się chce. Jedynym "sportem" na który ostatnio ma ochotę jest łażenie po schodach. I efekty widać. Pomału, bo pomału, ale radzi już zupełnie bez trzymanki z naprawdę wysokimi stopniami w domu moich rodziców. Tymczasem na spacerach nie ma ochoty na zajęcia ruchowe i najchętniej drzemałby sobie w wózku albo grzebał się w ziemi.



 Marta, miesięcy 5, mierzy 67cm wzrostu i waży ok. 6800g. Pomału przerzuca się na rozmiar 74. Zębów nie ma i na razie raczej mieć nie będzie. Karmiona nadal tylko piersią, z powodu ostatniego choróbska nie podałam jej glutenu.
Rozwojowo mamy szał: Tusia na moment dźwiga się na prostych rękach, potrafi przemieścić się o ok. 20-30cm do przodu, zjada swoje stopy, reaguje uśmiechem na wołanie po imieniu, wali o siebie dwoma zabawkami i GAWORZY. Ba-ba-ba i da-da-da są nasze już od ładnych kilku dni. Teraz czekam na ma-ma ;) Poza tym nadal stawia wszystkich na równe nogi, kiedy czegoś chce, ale potrafi też czarować swoimi tajemniczymi półuśmiechami i - nowość - długimi (choć jeszcze jasnymi) rzęsami.

Pełzolino:)

A w przyszłym miesiącu każde z dzieci będzie miało osobne podsumowanie z prawdziwego zdarzenia a w nich: Marta kontra gluten, Marta a DTPa (oby), i - przynajmniej w planach - Jul kontra rowerek biegowy:)

środa, 17 lutego 2016

Siła złego...

Marta już prawie zdrowa, ale nadal marudna.
Jul z zawalonym gardłem i uszami, ma gile do kolan i postanowił żyć powietrzem.
Jędrusiowi dziadkowe pozwalali na wszystko i teraz dziwią się, że tak się rozbisurmanił.
Mąż musiał wracać do pracy i zostawił nas samych.

Jakby tego było mało, wstając w nocy z niedzieli na poniedziałek do płaczącego Jula, poczułam koszmarny ból w biodrze. Jakoś wstałam, przeszło. Dotarłam do łóżeczka młodego, pochyliłam się, żeby wziąć go na ręce... Auuuu!!!! Dałam Julastemu pić, dobrze, że to mu wystarczyło. Dowlokłam się do wyra, wytrzymałam jakoś do przyzwoitej godziny i zadzwoniłam do śpiących piętro niżej rodziców, że nie dam rady wstać. Tacie udało się wziąć wolne, a mamie załatwić wizytę fizjoterapeuty. Facio tylko na mnie spojrzał  powiedział: "wypadł jej dysk" po czym raził mnie prądem z TENSa, pokazał ćwiczenia  zademonstrował, jak mam się poruszać, kiedy już wstanę z łóżka po 3 dniach leżenia plackiem.
Nie wolno mi się schylić ani na milimetr, mam chodzić z przeprostem kręgosłupa i zadartą głową, a obniżać się tylko przez ugięcie jednej i wystawienie w tył drugiej nogi. Kładzenie się i wstawanie to też komedia. Dźwigać nie mogę nawet Marty. Ba, nie wolno mi niczego podnieść z podłogi, kucnąć, a przez 3 pierwsze dni nawet usiąść. Dziećmi zajmują się moi rodzice na zmianę z dochodzącymi opiekunkami. Chłopcy są zdezorientowani i kompletne rozstrojeni.

W praktyce nie mogę więc ani na chwilę zostać sama z dziećmi. Nawet Martę do mlekopoju ktoś mi musi przystawić. O przewijaniu mogę zapomnieć. O zabawie z dziećmi też. I tak jeszcze nawet przez 2 miesiące.

No smutno mi...

sobota, 13 lutego 2016

Podaj dalej

Ciężko u nas ostatnio. Mieliśmy jutro wracać do Krakowa, ale posiedzimy co najmniej do środy, bo dzieci mi się pochorowały i musieliśmy wezwać pediatrę. Mnie też rozbolało gardło, męża bolało już wcześniej. W efekcie 4/5 naszej rodziny wylądowało na antybiotyku. Ostał się kto? Andrzejek oczywiście. Smarknął parę razy w zeszłym tygodniu i przekazał Julastemu. Julian posmarkany pojechał do moich rodziców i mimo wszelkich wysiłków nie mógł się doleczyć. Najgorzej było z Martą, bo ona, na domiar złego, miała też gorączkę. W każdym razie wszyscy prócz Jędrusia mamy gardziołka czerwone w białe kropki i powiększone węzły chłonne.

To tak na usprawiedliwienie mojej parodniowej nieobecności tutaj - ponieważ Jul uparcie odmawia nauki smarkania, jedziemy z mężem na dwa odciągacze kataru, dwie strzykawy z antybolem, dwa probiotyki, dwa inhalatory... jest grubo. A do tego w poniedziałek i wtorek mąż musi być w pracy, moi rodzice też, więc na większość czasu zostanę z tym kramem sama. Yeah...

Ale nie o tym miało być, a o pewnej osobie, której chcę zrobić reklamę.
Za darmo, bo na to zasługuje (i nawet nie przyznałam jej się, że mam bloga).



Zaczęło się od spodni, które jeszcze we wrześniu kupiłam Jędrusiowi z myślą o przedszkolu - z drugiej ręki, na bazarku chustoforum.
Spodnie jak spodnie - tak mi się na początku wydawało - z grubej, ale miękkiej dresówki, troszkę zmechacone, ale nie zeszmacone. Jak na dres nadal nazwałabym to stanem bardzo dobrym.
I jak uszyte - zero nierównych szwów, żadnych wystających nitek, pięknie wszyte ściągacze, fantazyjna kieszonka - od razu było widać, że to nie masówka i ktoś włożył w nie serce.

Przód. Trochę podrasowałam zdjęcie, żeby było widać, jak fajnie wszyto kieszonkę

tył

Nie mam lepszego zdjęcia "w akcji", ale tu widać, jak Jędrula szanuje swoje portki;p

Minęło prawie pół roku, Andrzejek tych spodni nie oszczędzał, a one dalej wyglądają tak samo jak w dniu, kiedy do mnie przyszły. Czyli materiał naprawdę dobrej jakości.

Znalazłam sobie na chustoforum wątek twórczyni jędrusiowych gatek. I tak dowiedziałam się, że

a) dziewczyna szyje nie tylko z dresówki, ale też z tkanin wełnianych nowych i z odzysku - co kto chce: otulacze wełniane do pieluszek wielorazowych, różne fasony spodni dla dorosłych i dzieci, spódnice i sukienki, body i kombinezony, bluzki i kurteczki, czapki, szaliki, rękawiczki, skarpetki... a na dodatek można poprosić o uszycie konkretnego wzoru czy motywu, a ona robi co może, by spełnić zachcianki:)

b)ona mieszka w Krośnie, a pracownię ma na sąsiedniej ulicy:)

Spojrzałam ne cennik: KLIK - jak na "hendmejd" ceny niby niewygórowane, ale niestety i tak nie stać mnie, żeby regularnie i w dużych ilościach ubierać u niej moje dzieci.
Kiedy jednak Magnolia - bo taki ma nick na forum - wystawiła na aukcji charytatywnej uszycie sukieneczki niemowlęcej, poczułam że mam dobry pretekst:)
Licytację udało mi się wygrać, więc napisałam do Magnolii, że poproszę o sukieneczkę w błękitach z motywem słoneczka za chmurką i że chętnie odbiorę osobiście. Wczoraj byłam po odbiór sukieneczki w jej pracowni - Magnolia, a właściwie Justyna, okazała się przesympatyczną osobą i bardzo miło mi się z nią rozmawiało. Widać było, że szycie sprawia jej radość.

Tu blog Justyny z kolejnymi próbkami jej umiejętności:
http://magnolia-podajdalej.blogspot.com

A na koniec Martunia w swoim nowym ciuszku z mięciutkiej wełny merynosa, który będzie z nią rósł - teraz jest sukieneczką, w jesieni bedzie tuniczką, a potem zostanie bezrękawniczkiem... i podam go dalej:)





poniedziałek, 8 lutego 2016

Narty w ciąży, narty po porodzie i bidny duszek

Kupilibyśmy mu, gdyby tylko chciał...
zdjęcie z allegro
W czwartek w przedszkolu miał być bal. Dowiedziałam się o tym... w poniedziałek, kiedy postanowiłam przytrzymać lekko zakatarzonego Jędrulę w domu. Katar u Andrzejka, jeśli nie przyplącze się nic więcej, to zwykle 3-5 dni nieobecności w przedszkolu, a trwał już od soboty i przechodził, więc wszystko wskazywało na to, że do balangi młody wyzdrowieje. Miałam więc zawrotne 3 dni na skombinowanie stroju i myślę - zrobię mu strój grzybka. Kupię arkusz kartonu i parę rolek bibuły, poświęcę parę godzin i synię moje będzie miało najpiękniejszy kostium w całym przedszkolu, a ja nie wydam fortuny. Ale Jędrula zaglucony to Jędrula zły, więc wszystko było na nie. Nie zostanie jakimś tam muchomorem, borowikiem też nie. Odmówił też bycia kotem, misiem pandą, kowbojem, Puchatkiem,  tygryskiem, strażakiem, czarodziejem, policjantem i żołnierzem.

-No to za co chciałbyś się przebrać, Jędrusiu?
-Za nic. Nie chcę iść na ten cholerny bal.

Powiedzieliśmy: kupimy ci strój, jaki będziesz chciał, jeśli dziś się zdecydujesz, do środy dojdzie.
Nie.
Siadłam do kompa, włączyłam allegro i zaczęłam oglądać różne kostiumy. Jędruś przysiadł się i czasem nawet o jakimś powiedział,  że ładny (np. okropny pluszowy rekin), ale kiedy mąż mówił, że mu kupimy, jeśli chce, Jędruś zmieniał zdanie i zaczynał krzyczeć. Zostawiliśmy więc temat na później. A później Julo zwymiotował, Marta miała kolkę i o sprawie przypomniałam sobie w środę rano. O wyprawie do sklepu i robieniu stroju mogłam pomarzyć - byłam sama z całą trójką. Zadzwoniłam do wypożyczalni i komisu, ale nic chłopięcego w rozmiarze 104 już nie mieli. I wtedy znalazłam na gumtree to:


Stan podobno bdb, pieniądze psie, napisałam, zaklepałam, zadzwoniłam do męża, żeby odebrał wracając z pracy.
Odebrał, przywiózł. Kiedy zobaczyłam to w realu, zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie powinniśmy zatrzymać Jędrka w domu. Kawałek szarego ortalionu podszytego jakimś "meszkiem", tu plamka, tam dziurka... Byłam zła na siebie. Spróbowałam sprać plamę, ale się nie udało. tylko dziurę zacerowałam, ale wcale nie wyglądało to wiele lepiej. No ale mąż zarządził, że Jędrek do przedszkola idzie, najwyżej nie da się przebrać.
Następnego dnia czekałam na relację jak na szpilkach. Niepotrzebnie. Okazało się, że Jędrek bawił się świetnie i robił furorę jako duch. Nikt się z niego nie śmiał, nikt nie zauważył defektów jego przebrania. Inne dzieci też miały kupne przebrania. Był jeden lew, jedna czarownica, ze dwa krasnale plus cała masa kowbojów, strażaków, policjantów, spidermanów oraz disneyowskich i krainolodowych księżniczek. Wrócił zachwycony i podekscytowany, swój strój pieczołowicie złożył w kostkę i kazał tacie ładnie schować go do szafy.
A potem przyjechaliśmy do babci i dziadzia. Kto jest ciekaw, jak wygląda siedzenie między dwoma dziecięcymi fotelikami przez 3 godziny i uspokajanie na zmianę albo równocześnie dwóch wrzaskunów?
Dobra, opisu Wam oszczędzę - tylko foty - i to już po pacyfikacji:

Kiedy chciałam poczytać książkę, obrywałam tą miotełką;p
A wczoraj zdołałam być na nartach. Pojeździłam niecałe 2 godziny i mój nadwerężony kolejnym cięciem brzuch powiedział "dość". Ale jestem szczęśliwa, że się udało, może jutro też pojadę... jakby ktoś jeszcze zabierał się z nami, to wezmę Jędrusia, żeby i on na swoich nartkach z boczku się poślizgał, niech łapie bakcyla.
Marta ma wrodzonego - jeździła ze mną jeszcze w 3 miesiącu ciąży. Kiedy ze skruchą przyznałam się do tego mojemu doktorowi, on powiedział, że wierzy w mój rozsądek i jeśli dobrze się czułam, to bardzo dobrze, bo porządnie dotleniłam dziecko:).

A tak było wczoraj na stoku:





czwartek, 4 lutego 2016

Gratulacje!

Kochani, szacun.

Wszyscy, którzy się podjęli, zgadli bezbłędnie.
Ustalenie właściwej kolejności nie nastręczyło Wam trudności.

Tak pro forma:
Martusia-Andrzejek-Julek 
Julek-Martusia-Andrzejek
Andrzejek-Julek-Martusia.




A gratuluję tym bardziej, że zadałam tę samą zagadkę mojemu mężowi i... pomylił się dwa razy ;p



poniedziałek, 1 lutego 2016

Kto jest kto:)

Dziś dla odmiany zagadka obrazkowa.

Często słyszę, że moje dzieci są do siebie podobne. Ja uważam inaczej, więc zróbmy eksperyment - oto kolaż przedstawiający wszystkie moje pociechy w wieku od 3 do 5 miesięcy.
Każde jest na trzech zdjęciach.  Żadne nie powtarza się w rzędach pionowych i poziomych.
Andrzejkowi, dla "ułatwienia" wyretuszowałam pieprzyk na czole.
Ubrankami nie ma co się sugerować, wybrałam zdjęcia, na których Martusia ma ciuszki po braciach.
Rozpoznacie?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...