poniedziałek, 28 grudnia 2015

Bilanse, bilanse...

Święta, święta i po świętach, choć nie wracamy jeszcze do normalnego trybu funkcjonowania, bo w Krośnie zostajemy do Trzech Króli.
No i wygląda na to, że rozminiemy się z Zimą - bo właśnie po Trzech Królach zapowiadają śnieg. Łeee...

Tymczasem zbliża się Nowy Rok - czas podsumowań tego, co było i nadziei na nowe.

Ja miałam nadzieję na nową pracę - nie wyszło, ale nie żałuję, bo dostałam coś daleko cenniejszego niż etat.
Mąż też starał się o nową pracę i też nic z tego nie wyszło - i również całe szczęście, bo co nam po pieniądzach, nawet bardzo dużych, kiedy mielibyśmy się rozdzielić albo wynieść do stolycy, gdzie nie mamy nikogo...

Dla nas ten rok, podobnie jak poprzedni, był piękny z przyczyn rodzinnych. W zeszłym roku pojawił się Julianek, nasz promyczek, nasze wiecznie uśmiechnięte złotowłose słoneczko.
W tym roku powitaliśmy Martusię, naszą kochaną młodą damę, równie uroczą, co wymagającą Księżniczkę na Ziarnku Grochu.
I Jędrusia udało się posłać do przedszkola. I Julek tak ślicznie uczy się mówić. I Martunia z dość trudnego w obsłudze noworodka ze znamionami wcześniactwa wyrasta na silną, pięknie rozwijającą się dziewczynkę. W Boże Narodzenie zaliczyła pierwszą przewrotkę na brzuszek. A my możemy to wszystko obserwować - razem...

Problemy? Pewnie, że są. Jedne mniejsze, inne większe. Jedne odeszły, inne uparcie nie chcą się od nas odczepić. Zresztą - przecież każdy jakieś ma, więc dlaczego nas miałyby ominąć?

No nic, teraz postanowienia.
Na 2016 rok postanawiam...

  • wybrać się do lekarza po zaświadczenie do becikowego.
  • wymusić na mężu, by polazł do urzędu złożyć wnioski.
  • zameldować się wreszcie w Krakowie, a kiedy już to zrobię...
  • ...wyrobić nam kartę dużej rodziny. 

Tak, do dziś nie mam meldunku w Krakowie, choć mieszkam w nim tyle lat. Nadal czuję się krośnianką, nie krakuską. Na pytanie "skąd jesteś?" niezmiennie odpowiadam, że z Krosna.
Meldunek w Krakowie jest mi jednak potrzebny, by dostać lokalną wersję "Karty Dużej Rodziny". Bo podobno jest oddzielnie ogólnopolska i krakowska i można mieć obie, o ile ma się meldunek na terenie Krakowa. Mąż i dzieciaki mają, więc dostaną, ale ja też chcę taniej jeździć MPK, pobierać krew i zwiedzać muzea. Pora więc się przełamać i zostać "czasową" krakowianką;p

Swoją drogą, czy trójka dzieci to dużo? Kiedyś to był standard, w większości domów była właśnie trójka, rzadko dwoje lub 3+. W mojej klasie na 34 osoby było troje jedynaków. Teraz nagle troje to - aj waj! rodzina wielodzietna. Idąc tym tropem, czwórka to pewnie już patologia.


Ja nie czuję się "wielodzietna". No, może czasem - kiedy przyjeżdżam do rodziców. Jedno wspina się po stromych schodach na strych, drugie zapiernicza po schodach na dół, a trzecie płacze, by odwrócić uwagę od dwojga pozostałych. Ciasne M2 ma jednak swoje plusy;p

Innych postanowień nie mam. No, może szczęśliwie dotrwać w komplecie do roku 2017:)


czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilia tuż tuż...

Świątecznie witamy się z Krosna. W poszerzonym składzie, bo nawet mama męża dała się namówić na wyjazd. Te Święta będą więc zdecydowanie rodzinne:)

Dojechaliśmy w poniedziałek i trafiliśmy w sam środek przedwigilijnego kociokwiku.
Na kuchence kompot i ze dwa rodzaje kapusty, z piekarnika właśnie wyjeżdżają 3 bochenki chleba, ale tylko po to, żeby zrobić miejsce babce i sernikowi, a w kolejce czekają już dwa stoły zasłane pierniczkami.

Wspomnień czar - te bańki są starsze ode mnie:)


We wtorek i środę wielkie pieczenie miąs na dwa kolejne dni świąt. Kaczka, rolada z indyka, nadziewane piersi z kurczaka, schabik ze śliwką... Kiedy my to przejemy...

Dziś mama krząta się przy rybach, tato ubiera choinkę, mąż ululał Julianka, brat zabrał z placu boju Andrzejka, a ja jedną ręką stukam posta, drugą dojadam śniadanie, a trzecią ręką nogą bujam Martusię w wózku, bo marudzi po karmieniu choć odbiła i ma sucho.

Czekała też na nas masa niespodzianek - od mojego wujka z Francji przyszły cudne śpiworki dla młodszej dwójki i piżama dla Jędrusia. Znamienny jest napis na bluzie: "rules are not for me". Tak, zdecydowanie dobre podsumowanie charakterku właściciela:) i kolejna niespodzianka: już nie muszę się głowić, jak wystylizować dzieciaki na wieczerzę:

Na widok sukieneczki aż mi się oczy zaświeciły. Ciekawe, czy Martusia zmieści się w to cudo.
Sweterek miał być dla 3,5-latniego fana myszki Miki, a okazał się w sam raz na Jula

Prezent od Wujka z okazji narodzin siostrzenicy. Wreszcie doczekał się stosownej okazji:)


A Wam, drodzy Czytelnicy, 
najserdeczniej życzę błogosławieństwa rodzącego się Dzieciątka,
Świąt pięknych, magicznych i owocnych duchowo 
oraz zdrowia, radości i rodzinnego ciepła.

Pozdrawiam - Ola z Dzieciakami:)


sobota, 19 grudnia 2015

Marta ma kwartał:)

Martusia dziękuje: Babci za spódniczkę
i cioci za buciki;p
Wczoraj Martula skończyła 3 miesiące.
Według miarki na naszym przewijaku mierzy 60-61cm, a waży jakieś 5500-5600g. Czyli nadal kruszyna, ale przynajmniej na siatki się wdrapała. Nosi ubranka w rozmiarze 62 (pojedyncze 56 i 68 też ma) i pieluszki w rozmiarze 3. Powoli przymierzam się do przesiadki na pieluchy wielorazowe - przynajmniej częściowej, w środku dnia, kiedy mała nie robi "dwójek" - pojulkowe otulacze już na nią pasują, trzeba by tylko spinać je do rozmiaru "S".

W tym miesiącu zaliczyliśmy choróbsko, katar, chrzest i kilka kontroli. Endokrynologicznie jest w porządku, bioderka w normie, ale jeszcze coś tam jest do sprawdzenia w 6 miesiącu, za to przypadkiem lekarka odkryła nieznacznie wzmożone napięcie mięśniowe - ale na kontroli w poradni rehabilitacyjnej dowiedziałam się, że to nadgorliwość, a Marta mieści się w normie - tym bardziej, że jest nieco przedterminowa. Mamy zatem jeszcze jedną kontrole w styczniu, a jeśli i tym razem będzie ok, to współpracę z rehabilitacją zakończymy.

Bardziej martwi mnie co innego - Marta jak dotąd jest nieszczepiona. Chciałam zrobić to już dawno, jeszcze przed katarami, ale okazało się, że brakuje szczepionki 3w1. Jest tylko 5w1, ta sama, którą brał Andrzejek - ale po tym, co go spotkało, po prostu drżę na samą myśl o podaniu Martusi tego preparatu. Więc odwlekamy - może za czas jakiś uda się dostać "naszą" szczepionkę...

Martusia nadal złośnicą jest. Noce przesypia ładnie, ale w dzień daje popalić nam, przyległym piętrom i
Matka, coś ty mi włożyła? #wstydzioch#
mieszkańcom sąsiedniej klatki.
Zapinanie pieluchy po przewijaniu to według niej tragedia.
Wózek na spacerze musi być w ruchu nawet, kiedy księżniczka mocno śpi. Kiedy wózek staje (np. żeby mama kupiła w kiosku gazetę) można sie bowiem łatwo przekonać, że księżniczka wcale tak mocno nie spała.
Chrzest już opisywałam. Słysząc wrzaski nowoochrzczonej, sam diabeł wiał, gdzie pieprz rośnie - a takie histerie zdarzają nam się prawie codziennie. Czasem nawet pierś nie pomaga. Ale jest coś, co daje radę:
chusta. Nadal w codziennym użyciu. Gdyby nie ona, mieszkalibyśmy w chlewiku i bylibyśmy zdani na talent kulinarny mojego męża czyli pizzę na telefon i słoiki dla niemowląt. A tak może porządek to za dużo powiedziane, ale nie zarastamy, a i coś ciepłego na obiad codziennie jest.

 Bracia Martusię zaakceptowali już w pełni. Z młodszym jest przyjaźń i głaskanie po główce, starszy zakochał się na zabój, w przedszkolu głosi cnoty siostry i żenić się chce. Oczywiście jak dorośnie i będzie tak duży jak tatuś. No ale co się dziwić - podobieństwa się przyciągają. Gdyby Marta była chłopcem, powiedziałabym, że to klon Andrzejka:

Inne mieszkanie, inna fryzura, inna bluzka - to samo dziecko? ;p

a co potrafi?

Przewrócić się z brzucha na plecy - już tak elegancko:)
Chwycić grzechotkę i spróbować ją zjeść
Chwytać się za dłonie zaplatając palce (i spróbować je zjeść)
Trzymać głowę dowolnie długo w każdej pozycji
Głużyć (choć jak na razie panna z tych mniej gadatliwych)
Odwrócić głowę za znanym sobie głosem
Próbować złapać zabawkę, która wisi nad nią (np. warkocz mamy;p)

A w nowym miesiącu - pierwsza dłuższa podróż i pobyt poza domem:)
Za powyższą sesyjkę dziękujemy Wujkowi. Na koniec jeszcze trochę Martulca:





czwartek, 17 grudnia 2015

Ciuchowy recycling - czyli jak tchnąć nowe życie w poplamione ubranka

Były sobie ubranka - białe body po Julku w rozmiarze 62 i różowe półśpiochy w rozmiarze 68 dostane od kogoś na wieść o idącej na świat małej dziewczynce.
Ubranka były jednak smutne, bo choć na kruszynę były (już prawie) dobre rozmiarowo, wciąż leżały na osobnej kupce, a Martusia nosiła wszystkie tylko nie te. No cóż - taki los bodziaka z rdzawą plamą i półśpioszków z kleksem po jakimś soku.

Aż tu któregoś dnia mama po nie sięgnęła.
Martusia właśnie wskoczyła w rozmiar 62. Kopertowy bodziak byłby jak znalazł. Śpioszki jeszcze ciut za duże, ale do chusty można założyć - podwiną się i będą w sam raz, a i stopki mają wygodne - wreszcie mała kangurzyca nie będzie podkurczała paluszków...

Dzieci jak to dzieci - brudzą. Ich ubrania często się plamią, a czasem te plamy nie schodzą. Co robić? Wyrzucić?
Nie - używać nadal:)
Wyjaśniam: nie, nie wkładam mojej córci poplamionych rzeczy. Co prawda moje podejście do ubranek jest czysto użytkowe, ale i tak nie lubię widoku zniszczonych ubrań na dziecku. Nie lubię też jednak wyrzucać ubrań z powodu jednej plamki, więc kiedy pomocnik św. Mikołaja ofiarował nam kredki do robienia naprasowanek, byłam zachwycona.

Działa toto tak: najpierw rysuje się wzór na papierze. Potem przykłada ten papier rysunkiem w dół do tkaniny i prasuje kolistymi ruchami na "trzech kropkach" przez ok. 2 minuty. Następnie suszy się tkaninę 72h w pozycji rozłożonej i już można cieszyć się nowymi fatałaszkami.

Rozwiązanie to ma oczywiście swoje minusy - odpada w przypadku ubrań z delikatnych tkanin, których nie można traktować tak wysoką temperaturą. No i uranie, nawet wcześniej pancerne, teraz staje się delikatne i najlepiej prać je ręcznie.

Ale są i plusy:
  • wyżyłam się artystycznie
  • Marta ma "nowe" i w dodatku niepowtarzalne ubranka
  • satysfakcja, że się nie wyrzuciło
  • satysfakcja, że zrobiło się coś samemu:)

U nas wyglądało to tak:


Na dobry początek splagiatowałam rysunek z opakowania kredek. Potem zrobiłam jeszcze kilka bardziej lub mniej udanych rysunków, które czekają na swoją kolej:)


Efekt wyszedł nieco rozczarowujący. Kontury na kwiatku poprawiłam więc czarną kredką, przyłożyłam czystą kartkę i przejechałam żelazkiem jeszcze raz. Na półśpiochach sie nie szczypałam i poprawiłam wodoodpornym pisakiem do płyt.

Jeszcze trochę brokatu i voila!
Marta nie miała ich jeszcze na sobie, na razie schną. Może na trzecią miesięcznicę jej założę;p

Wrażenia?
Pracochłonne toto. Mam nadzieję, że te moje malunki przetrwają choć jedno pranie.
Idea mi się jednak podoba, choć na przyszłość chyba wybiorę inną technikę. Gotowych pasmanteryjnych naprasowanek nie trawię, ale może coś wyhaftuję albo zrobię naszywankę ze skrawków materiałów?
Albo po prostu kupię farby do tkanin. A może Wy mi coś polecicie?

wtorek, 15 grudnia 2015

20 miesięcy minęło...

Tak niedawno byłam w ciąży... z Andrzejkiem:) A teraz Andrzejek ma już dwójkę młodszego rodzeństwa.
Siostrę, której mimo jej głośnego sprzeciwu montuje karuzelę na łóżeczku, i brata, który właśnie kończy 20 (!!!) miesięcy.

Statystyk nie ma. Wymiary podobne jak poprzednio, bo rozmiar ubrań się nie zmienił. Tylko stopa urosła - kozaki kupiliśmy w rozmiarze 24. Ech, szkoda tylko, że na razie zaprezentowały się jedynie na trasie dom-przychodnia dom...

Brat Andrzejka bidny był bowiem w tym miesiącu. No bo co zdążył się wykurować, to Jędruś zwlekał do domu kolejnego bakcyla. Ciekawe, jak będzie teraz - Julo właśnie wyzdrowiał po drugim od września zapaleniu oskrzeli...

Smutne to, ale już nie pamiętam, kiedy wszyscy razem byliśmy na rodzinnym spacerze. Podwójny wózek na razie służy samej Marcie - doczepiane siedzisko dla Julianka nadal czeka na swój debiut. Może jutro po południu, jeśli nie będzie pluć żabami?

Jul kisi się zatem w domu. Wbrew pozorom, jakieś plusy takiego stanu rzeczy jednak są. Julasty grzebie się w plastelinie, podbiera bratu ciastolinę, buduje z klocków, rysuje (najchętniej długopisem), polubił czytanie książeczek i niesamowicie rozwija słownictwo. Mówi krótkimi, prostymi zdaniami, całkiem nieźle odmienia, każde słowo wymawia z wielką starannością. Wiadomo - nie wszystkie głoski wypowiedzieć potrafi. Nie wymawia jeszcze "r", "sz", "cz", "ż", "s" i "z", ale i bez nich daje radę.

"Mamo, nalej mi hoku! Kubusia! wody w hokiem chtem.", 
"Mamo, odłów Maltę do łówka", 
"Mamo, otwów lodówkę! Kepup daj mi! I bulaki!!!", 
"Tatusiu, długopif chtem"
"Będę/Nie będę lulał"
"To długopif tatusia. Andwejek oftaw to!"
"To lubię. Lubię piejogi. Daj mi!!!"
"O potągu/kotku/piefku/Mai/ułanach mi pewaj"
"Palek ała. Boli. Kochamy" (=uderzyłem się w palec. Boli. Pocałuj, mama)
"Malta jet kochaaana, kochamy Maltę" (głaszcząc siostrę po stopie w czasie karmienia)

Tak mniej więcej wyraża się obecnie Julianek. Do całych opowieści i wierszyków może i jeszcze daleko, ale postęp i tak jest potężny.
Dogadujemy się bez większego problemu. Nawet kiedy Jul nie zna jakiegoś słowa. Ostatnio przyszedł do mnie w rękawiczkach Jędrka i oznajmił "Mamo, nałapki mam":)

Wszystko w książeczce pokaże, wie, gdzie co jest w domu, wie, że do babci idzie się na górę, co rano sam wyciąga ręczny odkurzacz i "sprząta".

Minus kiszenia się w domu, oprócz tych oczywistych jak brak możliwości hartowania przez zabawę na polu i treningu fizycznego, jest jednak taki, że o ile wcześniej Julka trzeba było ode mnie odklejać, to teraz jest już do mnie totalnie przyspawany. Łazi dosłownie 10cm za mną, pilnuje mnie na każdym kroku. Co chwilę chce na kolana albo prosi, żeby go przytulić. Kiedy zamykam się w kuchni, stoi ze smutną miną przy bramce i czeka. Kiedy ide do toalety i uda mi się nie zatrzasnąć drzwi na Julastym - waruje pod drzwiami. Liczę, że sytuacja unormuje się, kiedy mały trochę pobędzie zdrowy. Bo unormuje się, prawda?

Mamoza bywa uciążliwa, jednak bratoza zaczyna mnie zatrważać. Tym bardziej, że - wykorzystując bezkrytyczny zachwyt Julka - Andrzejek momentami złośliwie uczy go niepożądanych zachowań. Przykład z wczoraj:  Andrzejek proponuje zabawę w ogrodnika: bierze kubek Julastego i podlewa kwiatki. Szkoda tylko, że te na dywanie, a w "konewce" jest woda z sokiem jabłkowym... A Jul oczywiście zachwycony - gdy dostaje kubek z powrotem, radośnie zaczyna podlewanie.


Z niepokojem czekam na moment, kiedy chłopaki podrosną i zaczną się walki o pozycję w domu. Na razie sytuacja jest jasna: Jędrek jest guru, Jul się podporządkowuje. Marta jest maskotką obu chłopców, ale widać, że zaczynają rywalizować o jej względy.
"Husiu husiu, Maltusiu!"

No siostra, daj buziaka!

A w nowym miesiącu - uodparnianie, kontrola w poradni rehabilitacji, stomatolog i święta u dziadków - oczywiście jeśli choroby nam nie przeszkodzą.

wtorek, 8 grudnia 2015

Chrzcielny sajgon

5/6 grudnia 2015

Paczka z mikołajkowymi drobiazgami dla chłopców czeka już w ich pokoju, a ja nie mogę doczekać się szału radości na widok drewnianych owoców do krojenia i zestawu "mały rzeźnik" "mały chirurg".
W restauracji zaklepane miejsca dla 14 osób i dwa krzesełka do karmienia dla Julasa i córeczki rodziców chrzestnych Marty.
W szafie wiszą już przygotowane ubrania dla całej naszej piątki.
Na szafie odnalezione w czeluściach pawlacza szatka i świeca, które obsłużyły obu chłopców.
I płacz Juliana zza ściany.
Biegnę do niego, żali się na buzię i pokazuje miejsce, gdzie wybija się ostatnia trójka. Smaruję dentinoxem - pomaga, wracam do łóżka. Pół godziny później znów płacz. Całuję czółko- jakieś ciepławe. Mierzę temperaturę, wychodzi 37,2. Zostaję z małym jeszcze chwilę, ale nadal skarży się na zęba, więc dostaje ibum i słodko zasypia.
Udaje nam się przespać całe 3 godziny. O 6 rano znów płacz. Mimo ibumu termometr pokazuje 39,6.

6 grudnia

Jul leży jak skóra z diabła. Obudził się już dawno, ale nie ma siły wstać. Jędrula rozbebeszył zawartość paczki. Zobaczył, że Julo źle się czuje i wlazł do jego wyrka, by zbadać go swoim nowym stetoskopem. Kolejna dawkę ibumu moglibyśmy dać o 11, ale o 9 serwuję mu paracetamol i mały odżywa na tyle, by coś zjeść i dołączyć do zabawy. W pół godziny wysprzątane mieszkanie zmienia się w p***nik.
O 11 przyjeżdżają moi rodzice i ciocia. Moja mama od razu łapie za stetoskop (prawdziwy) i osłuchuje średnie wnuczę.
Werdykt: zapalenie oskrzeli na pewno + początki zmian w płucach. No to ekstra. Ciocia deklaruje, że zostanie z Julem w domu.
Babcia wypisuje receptę, tata organizuje leki z apteki pod blokiem, żeby ciocia mogła jak najszybciej podać pierwszą dawkę. W międzyczasie dowiadujemy się, że rodzice męża też są chorzy i nie dadzą rady być na Chrzcie, a rodzice chrzestni Martusi jedna nie zabierają ze sobą córeczki. No ale interes właściciela restauracji mało mnie obchodzi wobec choroby trójki bliskich osób, z synkiem na czele.
W czasie, kiedy Julo jest badany, a ja i mąż przygotowujemy siebie i dwie zdrowe pociechy do wyjścia, mój tato wyciąga prezenty mikołajkowe. Czymże jest ubieranie się wobec prezentów - Jędrula w niedopiętej koszuli i jednej nogawce spodni nie może się zdecydować, co najpierw wybebeszyć - swoje narty czy drewniany pociąg Juliana. A są jeszcze nowe dresy, które koniecznie teraz trzeba przymierzyć, herbata dla tatusia, nowe kapcie dla mamy...

W końcu ładujemy się w dwa samochody, machamy cioci i Juliankowi i jedziemy do kościoła.
W samochodzie orientuję się, że pomyliłam kozaki i włożyłam te niewypastowane, zapomniałam się umalować, a na głowie wciąż mam rozwalający się cebulo-kok z rana. Potrzeba matką... do lusterka w klapie ocieniającej robię "oko", a to, co parę godzin temu było koczkiem, błyskawicznie przerabiam na niby-celowo-niedbały-warkocz.
Na miejscu zastajemy już mojego brata i rodziców chrzestnych Tusi i wszyscy razem... prawie pół godziny czekamy na księdza. W międzyczasie okazuje się, że w kościele wyłączono ogrzewanie, bo właśnie wietrzy się bo odkorniczaniu organów jakąś paskudną chemią. Chemii co prawda nie było już czuć, ale ziąb owszem... Ksiądz zjawia się 5 min. przed Mszą, a przecież przed Mszą trzeba jeszcze ochrzcić Martę.
No to ekspres - Marta wędruje na ręce swojej matki chrzestnej i w wielkim, prawie pustym kościele rozlega się RYYYK. Biedna chrzestna, próbuje różnych pozycji, lula, przytula - na nic. Zabieram zgagę. Płacz ustaje, by za chwilę rozlec sie na nowo. Chyba głodna... a tu procedura trwa w najlepsze. Nawet sól, która posmakowała obu braciom Marty, wkurzyła ją jeszcze bardziej. Uff, przechodzimy z przedsionka pod chrzcielnicę. A właściwie raczej biegniemy. Martulec wszem i wobec oznajmia, że ma dość. Nacieranie krzyżmem to pikuś, ale kiedy ksiądz polewał główkę Tusi wodą, ona wierzgnęła tak, że omal jej nie upuściłam. To moje trzecie dziecko, ale w życiu nie przypuszczałam, że dwumiesięczne niemowlę ma tyle siły.
Kiedy ksiądz ogłaszał, że oto Marta Małgorzata szczęśliwie została chrześcijanką, my, a za nami moja mama niosąca torbę z akcesoriami, już biegłyśmy do zakrystii, gdzie mała dosłownie rzuciła się na mlekomat, więc w przytulnej i cieplutkiej zakrystii spędziłyśmy prawie całą Mszę i wyszłyśmy dopiero na Komunię. Żegnając się z nami, ksiądz śmiał się, że szatan z krzykiem opuszczał naszą córę.
A potem jeszcze zgubiliśmy Andrzejka. To znaczy - tatuś go zgubił, bo zanim Jędrula wplątał się między dzieci bawiące się na dziedzińcu, wlekli się razem spory kawałek za nami. Obcy facet przyprowadził go i zapytał, czy to czasem nie nasz syn. Nadal nie wiem, jak to się stało, że mąż nie zauważył jego zniknięcia.

No to teraz do restauracji. Nasze auto prowadzi całą kawalkadę, ale mąż przejechał zjazd i był spory kłopot z wyjechaniem z powrotem na ruchliwą ulicę. W końcu się udało i znaleźliśmy się w uroczej restauracyjce pełnej drewnianych nart, starych zdjęć, zabytkowych sprzętów AGD i słojów z prawdziwymi nalewkami i buzującymi zakwasami na żur i barszcz czerwony w różnych "stadiach rozwoju". Było miło i smacznie, tylko Andrzejek dawał popalić jak zwykle. A Marta... spała. Po tym, co odstawiła w kościele, przespała całe przyjęcie, a nam szkoda było ją budzić.

A zdjęcia... nie mam ich. Aparatem uszczęśliwiłam Kubę, w nadziei, że pstryknie nam jakieś zdjęcia z samej uroczystości, ale uroczystość przebiegała w takim tempie i hałasie, że nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle pomyślał o robieniu zdjęć. Ja w każdym razie kompletnie nie miałam do tego głowy. Z knajpki zdjęć nie ma - bo i co tu pstrykać, skoro malutkiej nawet nie wyjęliśmy z fotelika, a tylko rozpięliśmy kombinezon, żeby się nie ugotowała.
Tak więc przy dobrych wiatrach są jakieś zdjęcia z oczekiwania na księdza. I to o ile aparat nie został przekazany mojemu tacie i nie pojechał z nim do Krosna...

sobota, 5 grudnia 2015

Kochany Święty Mikołaju

Wiem, nie byłam w tym roku zbyt grzeczna.
Często denerwowałam się z byle powodu, krzyczałam na Andrzejka. Często też nic mi się nie chciało, a to, co już absolutnie musiałam, robiłam po łebkach, żeby tylko mieć z głowy.
Wiem też, że tegoroczny prezent dostałam już na rocznicę ślubu - w dodatku tak fajny, że wystarczyłby mi już na wszystkie mikołajki do końca życia. Właśnie jutro, w Twoje imieniny będziemy ten prezent chrzcić:)

Chciałam Cię jednak prosić jeszcze o jeden prezent - uproś proszę i podaruj nam zdrowie dla prezentów z 2012 i 2014...

Z poważaniem
Twoja mała Ola

piątek, 4 grudnia 2015

Diabeł robi co może

Nie może tak być, żeby wszystko układało się wspaniale, prawda?

Znaleźliśmy Jędrusiowi cudne przedszkole, ba, mały się do niego dostał. W przedszkolu uczy się nie tylko wierszyków, piosenek i zachowania przy stole, ale i modlitw, pieśni patriotycznych, zachowania w kościele i wrażliwości na przyrodę.
Gołym okiem widać poprawę zachowania kiedy tylko Jędruś do przedszkola chodzi. Wychodzi z domu mały łobuz, wraca spokojny chłopczyk.

Komuś jednak najwyraźniej to przeszkadza i podstawia nogi, gdzie może. Uderza w mniejszych i słabszych.
Tak naprawdę Jędruś, odkąd poszedł do przedszkola był chory przez tydzień i przez 3 tygodnie zakatarzony - ale lekko, nawet na spacery bez problemu chodził, chociaż do przedszkola go wtedy nie puszczaliśmy. Za to Jul to co innego. On jest chory prawie cały czas z krótkimi przerwami.
Nie upiekło się nawet Marcie - ją również dopadło przeziębienie. Woda na młyn dla wszystkich odradzających nam posyłanie Andrzejka do placówki.

Półtora tygodnia temu wydawało się, że wychodzimy wreszcie na prostą. Martuli przeszedł katar, Jul wyzdrowiał, Andrzejek przestał smarkać, więc zrobiliśmy to, co od dawna powinno być załatwione, a leżało odłogiem ze względu na niedyspozycję głównej zainteresowanej: ustaliliśmy termin Chrztu Marty. I co?

Dzień po rozmowie męża z księdzem Jul znów zaczął kaszleć jak stary gruźlik. Dzień później dołączyła do niego Marta, która już dzień wcześniej nie za bardzo chciała jeść i, co do niej niepodobne, prawie cały czas spała. W nocy mieliśmy niezłe koncerty. Niedawno ja i mój mąż przeszliśmy zapalenie krtani, więc spałam czujnie, a właściwie nasłuchiwałam, czy któremuś nie robi się duszno.
Telefon do przychodni - nie ma numerków. Myślę sobie - Jul wytrzyma, a Martę łapię na ręce i zanoszę do przychodni. Ludzie w kolejce widząc taką drobinę sami mnie przepuszczają. Lekarka godzi się zbadać małą... przyszłam krok przed zapaleniem oskrzeli. Mówię lekarce, że Jul jest w podobnym stanie, ona załatwia nam termin następnego dnia. I co? I u Julka zapalenie oskrzeli jak byk. Badanie krwi i kontrola. Wirusowe. Nie będzie antybiotyku.

No więc jazda: dwa disnemary, dwa różne leki do inhalacji, dwa aspiratory do nosów, syropki, kropelki, maści (Jul), oklepywanie... Kontrola... Uff, jest lepiej, dzieci zbierają się do kupy. Żeby nie było tak pięknie, pochorowali się rodzice męża.

Tymczasem Chrzest już w tę niedzielę. To znaczy - będzie, jeśli lekarka da zielone światło. Kontrola jutro - prosimy o modlitwę lub/i kciuki.

A na koniec jeszcze patent - jak inhalować zakatarzonego niemowlaka, który nie jest w stanie przez 10minut pionowo trzymać główki:

trochę ciężko szło nam z zakładaniem maski...

ale jakoś się udało:)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...