piątek, 30 października 2015

Sesyja:)

Jakiś czas temu na chustoforum jedna z użytkowniczek ogłosiła, że startuje z własną działalnością jako fotograf dziecięcy, potrzebuje zbudować sobie portfolio i w tym celu oferuje zrobienie sesji noworodkowej za koszty dojazdu. Sesja miała odbywać się w domu, przy naturalnym świetle, w maksymalnie komfortowej atmosferze, pani fotograf obiecała przywieźć wszystkie niezbędne akcesoria i wziąć pod uwagę moje sugestie. Pomyślałam - fajnie, będzie pamiątka i prezenty dla dziadków;p

Napisałam i tak oto byłam umówiona na sesję noworodkową z Martyną Kuhn.
Chciałam, żeby zdjęcia Martusi były maksymalnie domowe, naturalne i niepozowane, ale Martyna poprosiła, by kilka takich typowo sesyjnych też zrobić, bo to "ma wzięcie" - no w porządku, ona w końcu robi sobie portfolio. Poprosiłam tylko - żadnych misek, wiaderek, układania z główką podpartą na rączkach, wieszania w hamaku, dzierganych pieluszek i innych tutu.
Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że Martyna ma podobne zdanie - sama jest mamą trójki dzieci wiekiem zbliżonych do moich i nawet własnym takich zdjęć nie robiła.

Sesja odbyła się 18 października - akurat w dniu, kiedy Marta kończyła miesiąc. Akurat była to ta niedziela, kiedy w parafii, przy której jest przedszkole Andrzejka odbywała się Msza dla przedszkolaków, początkowo w sesji wzięliśmy więc udział we trójkę - Martusia, Julianek i ja.

Zamysł zdjęć noworodków jest taki, że dziecko słodko sobie śpi, a fotograf rozbiera je do golaska, układa na brzuchu i pstryka jego co słodsze minki. Nakarmiłam więc Martusię "pod korek", ale ona, widząc obok siebie nową osobę, a może raczej czując obcy zapach i słysząc nieznany głos, ani myślała zasnąć i zaczęła się niecierpliwić. Wtedy Martyna, sama będąca przecież mamą maluchów, zawinęła Martusię w kokonik z pieluchy i malutka od razu zmieniła ton.

Najpierw zrobiłyśmy więc te "pozowane" zdjęcia małej. Julianek z zaciekawieniem przyglądał się tej nietypowej scenie i co jakiś czas przychodził pogłaskać siostrę. Potem chciałyśmy zrobić zdjęcia rodzeństwa, ale zbuntowała się o dziwo nie Marta - a Julo. On, który uwielbia, kiedy pstrykam go swoim "idiocikiem" i sam szczerzy się do zdjęć, teraz za nic nie chciał położyć się obok siostry i leżeć przez moment bez ruchu. Tak zakończyła się "pozowana" część sesji. Dalej było już tylko domowo i naturalnie, tym bardziej, że wrócili tatuś i Jędruś i dołączyli do nas.

Całość przebiegła w miłej atmosferze, z Martyną bez problemu znalazłam wspólny język i mam nadzieję, że znajomość nie zakończy się na tej sesyjce. Podejście do dzieci też bez zarzutu, profesjonalizm, elastyczność, szacunek do dzieci i rodziców. Od tej strony - jak najbardziej polecam, a efekty oceńcie sami.

















Dla zainteresowanych mieszkających w Krakowie i okolicach - namiary:

Martyna Kuhn - facebook
www.martynakuhn.pl



PS. Były jeszcze zdjęcia całej naszej piątki, ale męża nie pokazuję, bo w garniturze i z Martusią na rękach jest zbyt przystojny;p

środa, 28 października 2015

Wpis modowy z prośbą o radę

Parę razy już pewnie podkreślałam, że w kwestii ubierania moich dzieci stawiam raczej na wygodę niż urodę.
Nie dla nas zatem zapięcia na plecach, muchy pod szyją i dżinsowe koszule w rozmiarze 56.

Jasne, kupując dzieciom ubrania, wybieram te w idealnym stanie i nieodpychające wizualnie, ale nie zamierzam robić z dzieci laleczek ani małych modeli.
Grunt to ubranka praktyczne: łatwe do założenia i zdjęcia, przewiewne, łatwe w praniu, bez wystających elementów na powierzchni, na której dziecko leży lub siedzi.

Ubieranie chłopców było banalne - przystoją im prawie wszystkie kolory (unikałam chyba tylko różu i fioletu), większość wzorów (może poza serduszkami, kropkami i kwiatkami) i niemal każdy fason pozbawiony kokardek, falbanek czy marszczeń.
Ubieranie dziewczynki jest... równie banalne. Po prostu zakładam jej ciuchy, których nie zdążyli zedrzeć jej bracia:) A że czasem młoda dama paraduje w autkach czy z wozem strażackim na piersi - oj tam, oj tam;p

Kiedy jednak Martula się urodziła i okazało się, że w ubraniach po braciach trzeba szukać jej grabiami, nie pozostało mi nic innego, jak tylko napaść na pobliski szmateks i obrabować go z całego zapasu rozmiaru 50 i 56, bo tych rozmiarów nie miałam już prawie wcale. I choć szmateks mój pobliski jest wielki, to wybór tych najmniejszych ubranek wcale nie był jakiś ogromny. W ten właśnie sposób w garderobie mojej córy pojawiły się falbanki, kwiatki, a nawet parę ubranek w niespecjalnie lubianym przeze mnie kolorze Miss Piggy.
Nadal jednak były to same "praktyczne" fasony - body i rozpinane z przodu na całej długości pajace.

A tu OKAZJA się zbliża.
Wielkimi krokami nadchodzi Chrzest Martusi.

W kościele będzie lekki kombinezon - ten sam, w którym Marta chodzi na spacery i jeździ do lekarzy, akurat mamy taki milusi z białego polarku minky. Pora roku jest jaka jest, z przyczyn światopoglądowych zależy nam, żeby ochrzcić córę względnie szybko i nie będziemy czekać na wiosenną bryzę czy letnie upały, by móc zaprezentować kreację. Ale już na przyjęciu mamy większe pole do popisu i pasowałoby, żeby gwiazda wieczoru (czy raczej popołudnia) "jakoś" wyglądała.
I tu mam zgryz - chcę, żeby było ładnie i elegancko, ale bez zadęcia - nie dla nas dziergane komplety, jedwabie, atłasy, wielkie kokardy i tiulowe bezy. Nie ograniczamy się tylko do bieli, inne kolory też bywają ładne:)
Nie planuję też wielu dodatków - pod spód gładkie białe body, białe rajstopki i tyle. Spinek wpiąć nie ma w co, a opasek Tusia nie lubi. Bez bucików też się raczej obejdzie. Wybór kreacji wciąż jednak przed nami. Mam kilka typów, ale... nie mogę się zdecydować. Doradzicie?

Nr 1
raczej sama sukienka





Nr 2





Nr 3
typ mojego ślubnego





Nr 4




Nr 5








wszystkie zdjęcia z allegro.pl

niedziela, 25 października 2015

Dziecko ma swoje prawa


A: Mamo, malujesz się?
M: Tak.
A: To na zielono się pomaluj.

***

Czytam w necie listy wyborcze mojego okręgu. Jędrek się niecierpliwi.

A: Mamo, chodźmy już
M: Jędrusiu, jeszcze chwilę, patrzę, na kogo będę głosować.
A: Głosuj na Palikota! (przyp. red. po moim trupie)


***


M: Kocham Cię, Jędrusiu.
A: Nie kochasz mnie, bo mi nie puściłaś smerfów.

***


Tatuś ukarał Jędrka za bijatykę z Julianem.

A: Jak mogłeś to zrobić, ty niedobry człowieku!

***

Wchodząc do domu, słyszę dialog (a raczej krzyk męża):

T: Jędrek, ja cię zabiję! (przyp. red. w czasie, kiedy mój mąż grzał chłopcom obiad, Jędrek rozpirzył mu jakieś ważne książki)
A (spokojnie acz dobitnie): Nie wolno tak mówić do dzieci. Zostaniesz ukarany.

 

poniedziałek, 19 października 2015

Pierwszy miesiąc w piątkę

Minął niepostrzeżenie.
Najpierw niespodziewany, wymuszony sytuacją poród, potem kłopoty z karmieniem, w końcu buntownicza natura naszej córy i niestety kolki - oto, tak w skrócie, z czym przychodzi się nam ostatnio mierzyć.

Dobrym przykładem tego niech będzie fakt, że choć miesięcznicowego posta Marty piszę od trzech dni, to jednak nie było mi dane dokończyć, okrasić zdjęciami i opublikować go w terminie, a to właśnie za sprawą jego bohaterki.

No to od poczatku: Martusia urodziła się z wagą 2950g i nierzyła 51cm. Jej płacz słyszał chyba cały oddział, a problemy ze ssaniem były wyzwaniem nawet dla szpitalnej doradczyni laktacyjnej.
Ostateczna statystyka tego miesiąca karmienia:


  • 4 dni kieliszkiem/strzykawką
  • 3 dni butelką dla wcześniaków
  • 7 dni Medela Calma+pierś przez kapturek
  • 7 dni tylko pierś przez kapturek
  • po 3 tygodniach pierś bez kapturka
  • ilość awantur przy piersi - wolałam nie liczyć
  • ilość godzin, które spędziłam z laktatorem - j.w.
  • ilość godzin przy piersi - pierdyliard
  • ilość podanego mleka modyfikowanego: 0
  • ilość odciągniętego mojego mleka: ok. 40l
Z przybieraniem na wadze było bardzo różnie. Na kieliszku dobrze, na butli wcale, na kapturkach trochę. Teraz szał. Na chwilę obecną Marta waży 3300g i przybiera 30-50g dziennie. Oby tak dalej, to szybko nadrobi deficyty.

Jeśli chodzi o inne kwestie zdrowotne, to na razie nie jest źle - nie widać problemów z napięciem mięśniowym, nie zatykają się kanaliki łzowe, na ma ciemieniuchy, na policzkach mała ma tylko odrobinę trądziku noworodkowego, ja jem prawie wszystko bez wpływu na wygląd i zachowanie Martusi. Oby tak dalej:) Gdyby tylko kolki zechciały ustąpić, to bym się bardzo cieszyła.

Sprawnościowych i "społecznych" braków na szczęście moja córa również nie ma. Od drugiego dnia życia podnosi głowę z leżenia na brzuchu, teraz potrafi dobrą chwilę trzymać ją w pionie. Dźwigana do siadu trzyma główkę w linii ciała, noszona pionowo (dużo z powodu kolek) też się stara. Od dawna pięknie wodzi oczkami, łapie kontakt wzrokowy, szczególnie kiedy się do niej mówi, zaliczyliśmy też pierwsze uśmiechy, a łapki bez problemu trafiają do buzi. Cudnie mi się dziewczyna rozwija, serducho rośnie:)


Charakterna jest bardzo. Prawie tak jak Andrzejek. Może to dlatego tak świetnie się "dogadują".
Musi być tak jak ona chce. Oprotestowała matczyny krem na brzuch i żel do kąpieli, śpi nadal w nosidełku od wózka włożonym do łóżeczka i z jakiegoś powodu tylko na kolorowych tetrówkach, na białe od razu ulewa;p Biada matce, kiedy poda nie tę pierś, którą Martula chciała - zje, ale pół godziny użerania jak w banku. Rodzice przewinęli i zapięli ubranie? No to zróbmy kupę. Najlepiej taką, żeby nie zmieściła się w pampersie. Co do pampersów - też muszą być oryginalne. Biedronkowe i rossmannowskie parzyły jaśnie dupinkę księżniczki.





Na szczęście znalazła mamusia remedium na martusine marudzenie:



Ponieważ wiedziałam, że będę sporo nosić, kupiłam sobie drugą chustę, żeby mieć na zmianę, kiedy Johannes jest w praniu. Pożyczyłam też (wiwat chustoforum) cudownie miękką chustę z domieszką jedwabiu (to ta w ślimaki) - no i oczywiście Martuś moja ulubiła sobie tę pożyczoną, w naszych własnych już marudzi. Co to będzie, kiedy przyjdzie ją oddać?

Teraz przed nami badanie bioderek i szczepienia - podobnie jak w przypadku braci w punkcie konsultacyjnym.

A na koniec coś, czego jeszcze na moim blogu nie było (i nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie). Martusia miała profesjonalną sesję fotograficzną.O tym, jak to się stało i jak wyglądało - kiedy już dostanę zdjęcia. Na razie mam malutką próbkę, ale się pochwalę, a co:)





niedziela, 18 października 2015

O tym, jak karmić i starszymi się zajmować, by nie zwariować

Siedzisz na kanapie i karmisz piersią swoją najmłodszą pociechę. Wstajesz z kanapy po kwadransie/godzinie/trzech i zastanawiasz się, gdzie jesteś, bo zaczynałaś karmić w jako tako ogarniętej chałupie a kończysz chyba w jakiejś melinie. Znacie? Ja tak.

Moje chłopaki są samowystarczalne jeśli chodzi o wymyślanie zabaw. Problem w tym, że Andrzejek jest niesamowicie kreatywny jeśli chodzi o psoty, a Jul jest ślepo wpatrzony w Andrzejka. Czasem też karmienie córy nakłada się na pory posiłków jej braci.

Teraz jest już znacznie lepiej, ale do niedawna zdarzało mi się z Martą przy piersi przesiedzieć w porywach trzy godziny, a standardowo pojedyncze karmienie zajmowało mi półtorej do dwóch godzin.

Jak to przetrwałam?

Na szczęście Jędrula sporą część dnia spędza w przedszkolu, a mąż ma pracę, której znaczną część wykonuje w domu. To znacznie ułatwia sprawę, bo wtedy mogę sobie pozwolić, by w czasie karmienia oglądać serial albo poczytać, ale są też popołudnia, kiedy męża nie ma lub "nie ma go dla nikogo", teściowa przyjść nie może, a całą trójcę dzieci trzeba nakarmić, dopieścić, dowartościować i zabawić.

Oczywiście zdarza się jeszcze, że w czasie karmienia Marty chłopcy zdrowo napsocą (kiedyś Jędruś postanowił napić się mleka i zalał całą kuchnię, innym razem Jul zdjął sobie pieluchę i zrobił kałużę w przedpokoju) albo się poczubią, ale idzie nam coraz lepiej, strat w ludziach nie ma, a i szkód jest coraz mniej.

A jak to zrobić?

1. Zabezpieczyć mieszkanie - zamknąć łazienkę i kuchnię, pozamykać bramki na schody, sprawdzić, czy dzieci nie otworzą sobie okien albo szafek z niebezpiecznymi lub cennymi rzeczami
2. Wybrać wygodne miejsce do karmienia - u mnie to po prostu krzesło przy stole
3. Zebrać i mieć pod ręką potrzebne rzeczy - jedzenie i picie dla starszych dzieci i dla siebie, zapas dziecięcych czytadeł, czytadło lub kompa dla siebie, rogal do karmienia, tetrówki, wilgotne chusteczki i co tam jeszcze.

U nas jest tak - jeśli chłopaki mają jeść, to siadamy przy stole wszyscy - Jula sadzam na honorowym miejscu po swojej prawicy, a Jędruś siada gdzie chce, zwykle po mojej lewej. Lewą ręką trzymam Martę przy mlekopoju, prawą dokarmiam Jula, a oczy i usta służą mi do czytania na głos Jędrkowi. Jeśli po prostu się nudzą - robimy tak samo tylko bez jedzenia. Czasem po prostu wyciągam Julastemu kredki, a czytam tylko Jędrusiowi, czasem przytulam Julianka, a starszakowi puszczam w tym czasie Reksia na kompie - w zależności od aktualnych potrzeb gagatków. Mój rekord to jednoczesne karmienie Tusi, czytanie bajki Andrzejkowi i kopanie piłki Julkowi:)

4. Kiedy nabierze się nieco wprawy (tzn. ja mam ją od dawna, u nas to córa musiała wprawić się w jedzeniu) - karmić na chodząco z dzieciem na jednej ręce, a drugą ręką robić, co trzeba.

Przykład z dzisiaj, gdyby ktoś nas sfilmował, nadałby się na stronę "beka z matek-polek" czy innej podobnej:
Ja z przyssaną Martusią, Jędruś i Julek stoimy w kółeczku i wyginamy śmiało ciało śpiewając przy tym "Chrześcijanin tańczy" i przy kolejnych zwrotkach machając wymienianymi w nich częściami ciała.

A jak to wyglądało u Was?


czwartek, 15 października 2015

Osiemnastka Julianka

Wczoraj Julianek  skończył półtora roku. Ten miesiąc był dla mojego młodszego synka przełomowy. W jego życiu pojawiła się bowiem nowa kobieta - jego siostra. Pierwszy raz też Julo został na parę dni bez mamy.

Jak to zniósł?
Podobno był dzielny i nie wspominał o mnie za często. Kiedy wróciłam do domu, przez pierwsze 2 czy 3 dni trzymał mnie na dystans, ale szybko powrócił mój dawny pieszczoszek.

Jeśli zaś chodzi o siostrę, początkowo Jul był jej ciekaw tak jak dzieci są ciekawe nowej zabawki, nawet mówił o niej "lala". Potem zaczął okazywać jej czułość i tak jest do dziś, ale jeśli uzna, że mała za długo absorbuje mamę, próbuje wyciągnąć spod Marty poduchę do karmienia i zająć jej miejsce na kolanach.


Poza tym Jul zdecydowanie odczuł pójście Andrzejka do przedszkola - i nie chodzi tylko o utratę kompana do zapasów na znaczną część dnia - zgadnijcie, kto u nas w domu przechorowuje wszystkie przedszkolne infekcje? No właśnie, wcale nie Jędruś. Aktualnie przerabiamy, jak to mówi nasza lekarka, "zespół ucho-brzucho" czyli zapalenie ucha połączony z biegunką i wymiotami. A winowajca przez jeden dzień smarkał na zielono i mu przeszło. Do tego Julkowi wyłazi dolna trójka. Bywa ostro. No i na dodatek Julek wrócił do karmienia piersią. Przystawia się co prawda sporadycznie, bo co ok. 2-3 dni, ale jak już pociągnie, to mama gwiazdy widzi, i laktację tak rozkręca, że Martusia nie nadąża połykać.

Poza tym życie biegnie swoim torem. Jula wymierzono na 87cm i wyważono na 10kg (w pieluszce), ale ten
wzrost to chyba trochę na wyrost, bo na leżąco, spod pionowej miarki Julo nawiał. But 22, ciuchy góra 92, dół 86, pieluchy 4+/L, zębów 15 (no, 14 i pół, bo ta trójka na dole jeszcze się do końca nie przebiła).

Jul coraz więcej mówi. Powtarza po nas usłyszane słowa, coraz więcej ich używa, choć nadal nie mówi zdaniami. Zlepki się zdarzają, ale wciąż nie dominują. Z nowych słów między innymi: "Mata" (Marta), "pilot", "laptop", "kopytki" (kopyta, racice), "napije" (napiłbym się), "myje", "hopa lala" (weź mnie na ręce), "kolana" (weź mnie na kolana), "body", "mika" (miska), "molik" (mleko), "myno" (mydło).

Jako, że w kółko chory, Julo rzadko ostatnio wychodzi na pole i na plac zabaw. Wspinaczkę i zjeżdżanie trenuje więc w domu - od czego krzesła, stół, regały i przewijak siostry:) Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Na dodatek w kwestii jedzenia Jul jest samoobsługowy i mam tu na myśli nie tyle samodzielne jedzenie sztućcami (je ładnie, ale strasznie powoli, więc pomagamy mu wiosłować), co samodzielne otwieranie lodówki i samowolne częstowanie się jej zawartością. Między innymi z tego powodu wejścia do kuchni broni teraz furtka. Andrzejek co prawda bez problemu ją forsuje, ale na Jula takie zabezpieczenie jest jeszcze wystarczające.

Zabawy też Julek organizuje sobie sam lub zadowala się najprostszymi pomysłami rodziców - kartką i długopisem, płytą z dziecięcymi piosenkami, w takt których śmiesznie sobie pląsa. Jego ulubioną jest obecnie piosenka, jak sam to mówi, "O Mai", o którą Jul całymi dniami nas zamęcza.
A kiedy akurat jest zdrowy, jest najmilszym i najbardziej bezproblemowym dzieckiem, jakie znam.

A co za miesiąc? Sama chciałabym wiedzieć. Mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez chorowania.

wtorek, 13 października 2015

By nabrać dystansu

Martusia znów marudzi przy jedzeniu. Przez ostatnich kilka dni pięknie przystawiała się już do gołej piersi, a tu nagle znów humory, wyparzanie kapturków, wiszenie na piersi po trzy godziny cięgiem. Oby nie powrót do butli. Położna laktacyjna znów odwiedzi nas w czwartek.

Jutro Marta, jako dziecko hashi-matki, rutynowo idzie do endokrynologa, zrobiliśmy więc badania hormonów tarczycy jej i mnie. Ona wyniki ma dobre, ja nie. Może to jest powód naszych problemów z karmieniem? A mój termin do endo dopiero za 2 tygodnie. Zostaje liczyć, że może lekarka Martusi coś mi doradzi.

Jul chory. Poprzedniej nocy co chwilę jechał do Rygi, dywan i nasza pościel wymagały pralni chemicznej.
Dziś już lepiej - "tylko" 38,5stopnia, glut do pasa i mega-maruda.

Andrzejek ma fazę na bicie. Dowiadywałam się w przedszkolu, tam na szczęście jest spokojny, ale nas okłada równo, kiedy tylko czegoś mu zabraniamy.

Oczy na zapałkach. Jest nas dwoje dorosłych i oboje lecimy na pysk. Bo co tu kryć - jest ciężko.
Ostatnio jednak, szukając sobie na "vodzie" czegoś do oglądania na czas karmienia mojej księżniczki na kropelce mleka, trafiłam na coś, co stawia mnie do pionu - serial o ludziach, którzy chcieliby mieć takie problemy jak ja.
Marta je tak długo, że w dwa dni obejrzałam wszystkie odcinki.
Jeszcze jestem w szoku.


Martusia urodziła się na granicy wcześniactwa, ale w dobrym stanie, a ja i tak się martwiłam - nie wiem,czy wytrzymałabym psychicznie widok mojego dziecka zaintubowanego i z sondą w nosku.
Nie płakać przy inkubatorze - ale jak? To były cudze dzieci, a ja przed monitorem płakałam.
Pomnik im postawić!




środa, 7 października 2015

Wyboista mleczna droga i Anioł Stróż;p

Może i mój poród był daleki od moich marzeń, ale gdyby ktoś ogłosił konkurs na najzabawniejszy kontakt skóra-skóra, to chyba miałybyśmy - ze ssąca mój nos Martunią - spore szanse co najmniej na wyróżnienie.

W tamtym momencie, kiedy na własnej skórze odczułam, z jaką siłą potrafi ssać urodzone minutę wcześniej niemowlę, nastroiło mnie to optymistycznie. Umie ssać - pomyślała sobie świeżo upieczona mamusia.
A jednak życie płata figle, o czym miałam się przekonać już nieco ponad godzinę później, kiedy Martę wyjęto z inkubatora i przywieziono mi na salę.

Położna przywiozła mi ją wyzawijaną w milion becików i innych spowijadeł, po czym wyplątała ze wszystkich tych warstw, ułożyła na mnie i spróbowała przystawić do piersi.
Ale Marta nie wykazała żadnego zainteresowania.
Ja wiele pomóc nie mogłam, bo jeszcze nawet nie było mi wolno podnosić głowy po znieczuleniu. Zapytałam tylko, czy mam pokarm. Położna ścisnęła mi lekko sutek i powiedziała, że leci "piękna" siara.
Czyli warunki były, tylko młoda niechętna.

Kolejne próby nie wyglądały wcale lepiej. Martusia przysysała się na krótką chwilę, ciągnęła parę łyków, a potem zasypiała albo podnosiła łepetynę, marszczyła czółko niczym ET i wpatrywała się we mnie.

W dobie po porodzie nikt nie miał do niej zastrzeżeń, ale już następnego dnia wzbudziło to niepokój. I tak po każdym dostawianiu położne dawały mi kieliszek, ja do kieliszka wytaczałam mleko, a one tym kieliszkiem dopajały potem Martę.
Powiem Wam szczerze - nienawidzę ręcznego odciągania i dlatego kazałam mężowi przywieźć sobie laktator. Przywiózł od razu, a ja godzinę później, dwie doby po cięciu, odciągnęłam "do pierwszej ulgi" 50ml mleka z jednej piersi. I to by było na tyle odnośnie "niemania" mleka po cięciu na zimno.

Tymczasem Martusię kieliszek bardzo rozleniwił i przestała wyrażać jakąkolwiek ochotę na jedzenie. No bo po co miała się wysilać, kiedy co 3 godziny i tak przychodzą te miłe panie i wlewają w nią kieliszek mleka?
Efekt był taki, że Marta ładnie przybierała na wadze, a ja prawie wpadłam w depresję, że nie umiem karmić mojego dziecka. Ostatnie karmienie przed wyjściem ze szpitala było koszmarem. Mała nie chciała ani ssać piersi, ani doić z kieliszka. Poprosiłam o konsultację z doradczynią laktacyjną.
Doradczyni przyszła i spędziła z nami prawie dwie godziny, na próżno próbując przystawić Martę. Ostatecznie poddała się i nakarmiła Tunię... jak kociaka, strzykawką.

W domu mała nadal nie dawała się przystawić. Z każdą chwilą stawała się coraz bardziej rozdrażniona, a potem coraz bardziej apatyczna i przysypiająca. W końcu, by uniknąć odwodnienia, i my nakarmiliśmy ją strzykawką. Butelka? Miałam butelkę, ale tylko jako zbiorniczek do laktatora, nie miałam do niej smoczka, wszak poprzednie moje dzieci karmiłam tylko piersią.

Byłam zdesperowana. W akcie tej desperacji odszukałam, mimo późnej pory, numer do położnej laktacyjnej, która uratowała mi karmienie Jędrusia. Zgodziła się przyjechać następnego dnia rano, ale mama wyrwała mi słuchawkę i ubłagała panią Joannę, żeby przyjechała od razu.
Przyjechała.
Pooglądała malutką, stwierdziła, że jest osłabiona z niedożywienia i że zanim zaczniemy wymagać od niej ssania piersi, trzeba ją najpierw odżywić - po czym posłała męża do nocnej apteki po butlę. Mąż objeździł wszystkie nocne apteki w Nowej Hucie, ale w żadnej nie mieli ani smoczków do naszej butelki, ani jednocześnie butelki i kompatybilnego z nią smoczka dla noworodka. Mąż wrócił zrezygnowany, a pani Joanna wysłała go do szpitala, w którym pracuje. Tam pożyczono mu butelkę z Medeli ze specjalnymi smoczkami dla wcześniaków, butelkę ze smoczkiem Lovi i Medelę Calma. Zaczęliśmy od wcześniaczych. Doradczyni długo i cierpliwie ćwiczyła u Marty odruch ssania. W końcu malutka załapała. Na początku mieliśmy poić ją odciągniętym moim mlekiem po odrobinie co moment, potem dawać po 40-50ml co 3 godziny - i tak przez 3 dni.



W praktyce wyglądało to tak, że ja co 3 godziny odciągałam mleko, a mąż w tym czasie karmił Martę flachą. To, czego nie dawała rady zjeść Tusia, mąż znosił chłopcom. Wkrótce laktacja rozszalała się tak mocno, że ściągałam 200-300ml za każdym razem.


Udało się, Marta nie tylko zjadała wszystko z butli, ale zaczęła domagać się dokładek. Wtedy Pani Joanna przyjechała do nas znowu i powiedziała, że pora spróbować przystawić do piersi. Próbowałyśmy - udawało się tylko na chwilę. Doradczyni poleciła kapturki Medeli - sprawdziły się, przez nie Tunia ciągnęła mocniej i dłużej niż z gołej piersi. Po każdym przystawieniu mieliśmy malutką dopajać jeszcze odciągniętym mlekiem z butelki - tym razem już Medeli Calma.
Na początku się udawało, Martusia coraz lepiej jadła z piersi i coraz mniej z butli, ale za którymś razem zbuntowała się i w ogóle przestała chwytać pierś. Baliśmy się, że wracamy do punktu wyjścia, więc dawaliśmy butelkę i znów wezwaliśmy nasze wsparcie. Doradczyni przyjechała i odkryła, że Marta potrafi naprawdę pięknie ssać. Ssała palec, ssała smoczek - tylko piersi nie chciała złapać. Cóż więc było robić - kazała "łamać jej opór". Koniec z butlą, od tej pory tylko pierś. Butli tylko tyle, żeby possała 2-3 łyki i poczuła mleko, potem zabieramy flachę i wciskamy pierś do skutku. Przy niej udało się Martę dostawić po ok. półgodzinnej histerii. Po jej wyjściu walczyłam godzinę, ale dałam radę.
Po kilku takich seansach mama doradziła mi przejście na mm. Nie wiem skąd, ale wynalazłam jeszcze resztkę sił, żeby się z nią o to pokłócić. O dziwo - murem za mną stanęła teściowa. To był przełom, taka jakby katharsis. Od tej pory histeria Marty trwała coraz krócej aż w końcu... przeszła zupełnie.
Doradczyni dzwoni do mnie codziennie, chwali mnie i wspiera.
Marta przybiera na wadze bez szału, ale w normie, przebiła już 3kg. Jej posiłki trwają ok. godziny.

Ja nadal odciągam mleko - choć już nie 8, a 2-3 razy na dobę. I tak starcza jeszcze dla chłopców:)

No i hit nad hity - dziś pierwszy raz od dawna malutka dała się przystawić do piersi bez kapturka:D
Czuję, że wypływamy na spokojne wody.
Teraz już musi być dobrze...



PS. Mamy z Krakowa i okolic, jeśli potrzebujecie pomocy laktacyjnej - jeśli chcecie, odezwijcie się prywatnie, chętnie polecę wspaniałą doradczynię laktacyjną. Prawdziwa cudotwórczyni:)

poniedziałek, 5 października 2015

Po prostu miłość

Jaka ty jesteś śliczna... malutka jak Calineczka.
Julian, zostaw Martusię, teraz ja ją głaskam. Źle to robisz, to tak trzeba, tak delikatnie, bo jej włosy wygłaszczesz z głowy jak tak mocno będziesz głaskał.
Mamo, mamo, dasz mi ją na ręce? No proooszę, tylko na chwilę, udźwignę ją. Zobacz, jaki jestem silny.
Mamo, mogę ją zabrać do przedszkola?
Mamo, czy ona też będzie z nami śpiewała w Konkursie Pieśni Patriotycznych? A jak urośnie duża to będzie?
Martusia, jedz, bo musisz urosnąć taaaka duża, żeby z nami śpiewać



piątek, 2 października 2015

2 tygodnie po porodzie

Dwa tygodnie po pierwszym porodzie miałam baby blues wielkości smogu nad Krakowem. Ciągle łaziłam zgięta wpół, paprała mi się rana po cięciu, nie mogłam dobić się do mojej ówczesnej położnej środowiskowej, moje dziecko darło się całymi dniami, a wyjście ze śmieciami jawiło mi się jako wspaniała odskocznia od tego wycia.

Dwa tygodnie po drugim porodzie zmierzyłam sobie obwód talii i brzuszka i pstryknęłam słit focię swojemu odbiciu w lustrze. I tak dobrze że bez dzióbka;p Bezproblemowy noworodek rozpuścił matkę:)

Dwa tygodnie po trzecim porodzie, wymęczona fochami córci, walką o karmienie piersią i nieprzespanymi nocami w znacznej części spędzanymi z laktatorem, oporządziłam chałupę, n razy walczyłam z córą, by przystawiła się w końcu do piersi, n razy myłam i wyparzałam laktator i również n razy odciągałam mleko, wydarłam się na mamę, która po n-tym razie zasugerowała mi przejście na mm, przytaszczyłam z drogerii chyba z tonę pampersów jedynek, ale zapomniałam o zapasie eko-owsianki dla Jula (trudno, zje rano kanapkę) i jeszcze przed chwilą użerałam się z Andrzejkiem, który zapalił sobie światło w pokoju, bo postanowił się pobawić.
Aha, i jeszcze kupiłam sobie "masło ujędrniające po porodzie", ale z ujędrniania będzie kicha, bo Marta oprotestowała zapach mojego upiększacza i stwierdziła, że jeśli ja będę się tym smarować, to ona ogłasza strajk głodowy.
Figura? Chrzanić figurę, prędzej przyda mi się farba do włosów, bo jak tak dalej pójdzie, to osiwieję.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...