środa, 30 września 2015

Od ilu dzieci jest się doświadczonym rodzicem?

Od poniedziałku jesteśmy już u nas w domu - cała rodzina w komplecie.
Martusia przyniosła braciom w prezencie drewniane tory z kolejką, a Jędruś przez dwa dni miał urlop od przedszkola, żeby zapoznać się z siostrzyczką.
Chłopcy przyjęli ją nad podziw dobrze. Jeśli chodzi o Andrzejka, to prawdę mówiąc właśnie tego się spodziewałam, wszak Juliana powitał wspaniale. Tym razem na szczęście było tak samo. Bardziej bałam się reakcji Julianka, wszak niespełna półtoraroczniakowi ciężko wytłumaczyć, co to jest młodsza siostra.
Jul tymczasem, naśladując Andrzejka, kiedy tylko ma taką możliwość podchodzi do Marty, całuje ją w główkę i delikatnie głaszcze. Pozazdrościł jej jednak karmienia piersią, ale załagodziłam ten "konflikt" przystawiając i jego. Do tej pory ssał dwa razy - nie ma lepszego laktatora niż on. Rozhulał mi laktację tak, że tego, co odciągam, starcza nie tylko dla Marty i na zapas, ale jeszcze na wieczorne kakao dla obu chłopców.

To tak w skrócie o tym, jak przyjęli siostrę Jędruś i Julek. A teraz nieco o moich wrażeniach...

Nie wiem, na jakiej podstawie, ale wysnułam sobie pochopny wniosek, że odchowawszy dwóch bardzo różnych synków i wyprowadziwszy ich (oczywiście nie bez pomocy służby zdrowia) z różnych zdrowotnych kłopotów, jestem już doświadczoną aj-waj mega-supermatką i nic mnie już zaskoczyć nie może.
BŁĄD.

Pierwszy szok przeżyłam na wieść, że Marta musi do inkubatora. Jak to do inkubatora, przecież dostała 10 punktów, no nie? Na szczęście była tam tylko godzinę i przywieziono mi ją na salę.

Szok nr 2 - moje dziecko kompletnie nie było zainteresowane piersią. Przystawiałam ja, "doświadczona" alma mater, przystawiały położne i doradczyni laktacyjna. Klęska.
Teraz przychodzi do nas inna doradczyni - ta, która pomogła mi przy Andrzejku - pomału, krok po kroku sytuacja się prostuje - ale walczymy do ostatka. Na szczęście mleka mam wystarczająco dużo:)
Stały element krajobrazu. Nawet Andrzejka już nie dziwi.




Pięknie, mama, odciągnęłaś. Przerwa na buzi?
Szok kolejny - Martusia to moje pierwsze dziecko, które ma żółtaczkę. Chłopcy nie mieli, a ona jest żółciutka jak mała Chinka. Na szczęście poziom bilirubiny nie kwalifikuje jej jeszcze do fototerapii i nikomu nie przyszło do głowy nakazywać mi sztucznego karmienia.

Zdziwiło mnie też, że Martunia tak łatwo marznie. Żadne z moich dzieci nie potrzebowało rożka i podwójnej warstwy kocyka. Żadnemu też nie było tak trudno dogodzić w kwestii miejsca do spania. Marcie najlepiej spało się w szpitalnej "mydelniczce". W domu był problem - nie chciała ani w łóżeczku, ani z nami w łóżku. Ostatecznie przestała marudzić, kiedy wylądowała w nosidełku od wózka:




No i to moja pierwsza taka kruszyna. Po dwóch dorodnych chłopakach taka drobinka mi się trafiła - niecałe 3kg wagi i tylko nieco ponad pół metra wzrostu. Jędruś nawet powiedział, że jest maleńka jak Calineczka, a Jul mówi na nią "lala". Segregując jeszcze przed ciążą ubranka po gagatkach, większość rozmiaru 56 rozdałam lub sprzedałam, a w ciąży dokupiłam głównie 62. No bo skąd mogłąm przypuszczać, że urodzę 3 tygodnie przed czasem i to taką malotę? Chłopcy byli przecież dłudzy...
W szpitalu nie było problemu - Martusia była ubierana w tamtejsze ciuszki, ale w domu okazało się, że w większości swoich ubranek mogłaby się zgubić.  Co więc zrobiła mamuśka tydzień po cięciu? Ano polazła do lumpa po nową garderobę dla młodej damy. A ponieważ w rozmiarze 50/56 nie było akurat jakiegoś wielkiego wyboru, musiałam schować dumę do kieszeni i kupić co nieco różu i kwiatków, mając nadzieję, że córcia szybko z nich wyrośnie;p

niedziela, 27 września 2015

Jej Cesarska Mość Recydywistka

Kocham dzieci - tak w ogóle. Uwielbiam i swoje, i cudze. Szczególnie noworodki, niemowlaki i te małe słodziaki na etapie nauki chodzenia i mówienia.
Dlatego, choć na chwilę obecną czuję, że mam przy sobie już wszystkie moje pociechy, nie zamierzam się zarzekać, że "nigdy więcej". Na razie jednak nie marzy mi się kolejne i cieszę się, że dane mi było urodzić moją wymarzoną od zawsze trójeczkę.

Obok urodzenia trójki dzieci, moim marzeniem zawsze było, by urodzić je siłami albo choćby drogami natury. Niestety - nie było mi to dane. Najpierw ułożenie twarzyczkowe i spadek tętna, potem niewspółmierność główkowo-miednicowa. Miałam nadzieję, że może do trzech razy sztuka, wszak porody naturalne po dwóch cięciach na zachodzie są normą, a i w Polsce zdarzają się coraz częściej.
Kres moim nadziejom położyła informacja o tachykardii Martusi, która wydała się lekarzom na tyle niepokojąca, że ne pozwolili mi nie tylko rodzić naturalnie, ale nawet czekać na samoistny początek akcji porodowej. I tak oto moja córa została "donoszonym wcześniakiem" - bo z wymiarów w USG wyszła lekarzom donoszona, ale z jej owłosionymi uszami, skroniami i czółkiem, czerwonawą skórą, nieumiejętnością ssania i zwijaniem się w kłębek za wszelką cenę bardziej przypominała wcześniaki niż swoich dorodnych, donoszonych braci.

Miałam więc trzy cesarskie cięcia. Wszystkie niechciane, ale niestety medycznie uzasadnione.
Po dwóch pierwszych, które zniosłam bardzo źle, trzeciego bałam się dosłownie panicznie. A właściwie to nie samego cięcia, bo ono nie boli, tylko całej tej otoczki, która nieodłącznie się z nim wiąże - cewnikowania, odcewnikowania, wstawania, chodzenia, pierwszych wizyt w toalecie, kichania i kaszlu - tego wszystkiego, co sprawiło mi najwięcej bólu poprzednimi razami.

A tu - niespodzianka - cesarkę da się znieść zupełnie nieźle i jestem tego żywym przykładem. Oczywiście wymienione wyżej problemy mnie nie ominęły, ale z jakiegoś powodu zdjęcie cewnika nie bolało - może trafiłam na jakąś wyjątkowo delikatną położną?
Wstawanie co prawda bolało bardzo, ale już nie było koszmarem nie do zniesienia - czyżby lepiej rozłożono w czasie  podanie środków przeciwbólowych?
Wizyta w toalecie też nie sprawiła mi kłopotów - czyżby tym razem podczas cięcia nie naruszono mi innych narządów?
Połogu właściwie nie odczułam - tak dobrze wyczyszczono?
Skąd taka różnica? Lepiej zrobione cięcie czy dojrzalsza, pogodzona z taką koniecznością mama?

Ósmego dnia po urodzeniu Julianka zdjęto mi szwy, a ja nadal łaziłam przygięta jak stara babcia.
 Dziewięć dni po urodzeniu Marty, wciąż pozszywana, wlazłam na parapet, bo wkurzała mnie obluzowana na karniszu firanka.

Jasne, brzuch nadal pobolewa, rana ciągle rwie - ale bez porównania, wcale nie czuję się jak po poważnej operacji.
Na dodatek właśnie dowiedziałam się, że Julo już zdrów i możemy z Martusią wrócić do naszego mieszkania. Ogromnie się cieszę i czuję się wystarczająco zregenerowana, by z pomocą męża zająć się całym moim przychówkiem.

Jeszcze tylko zdjęcie szwów (lekarka, która mnie wypisywała, mówiła, że lepiej poczekać z tym do 10 doby, bo trzy cięcia to już recydywa), wizyta położnej środowiskowej, wizyta doradczyni laktacyjnej, pakowanie prezentu powitalnego i już Martula będzie gotowa na powitanie braci:)

piątek, 25 września 2015

Martusia Top Secret

Dziękuję Wam wszystkim za ciepłe słowa, gratulacje i komplementy we wiadomościach i komentarzach pod poprzednim postem. To bardzo miłe dla mnie, podniosłyście mnie na duchu w naszych trudnych początkach, kiedy zamiast cieszyć się całą moją trójcą zadekowałam się z córą u teściowej, żeby nie zaraziła się od chorego Julianka, a chłopców, żeby za mną nie rozpaczali, chodzę głaskać i tulić, kiedy już śpią. Mamy też kłopoty z karmieniem - o naszych wybojach na mlecznej drodze na pewno napiszę, kiedy coś się w końcu wyklaruje.

Ale dziś nie o tym.
Wiele z Was zapytało, dlaczego ukrywałam moją ciążę.
Teraz Wam odpowiem. Cierpliwości, będzie dłuuugo:)

Początek był taki, że zaczęło mi się sypać karmienie niespełna ośmiomiesięcznego wówczas Juliana.
Zbadałam poziom hormonów tarczycy i wyniki wyszły złe - niedoczynność się pogłębiała. Ponieważ do swojego endokrynologa i tak już traciłam zaufanie, postanowiłam go zmienić, poszłam do lekarki rodzinnej
i jako mać karmiąca wydębiłam skierowanie na cito.
Wybrałam sobie nową przychodnię, gdzie wszyscy endokrynolodzy mieli opinię dobrych specjalistów,
i zapisałam się do tego, który miał najmniejszą kolejkę - facet zgodził się mnie przyjąć już następnego dnia.
Już po przejściu progu gabinetu poznałam powód jego małej popularności - był po prostu ordynarny,
a badanie tarczycy przypominało duszenie. Zacisnęłam jednak zęby i stwierdziłam, że kompetencje ważniejsze. Podczas tej właśnie wizyty padło zasadnicze pytanie: czy chcę mieć jeszcze dzieci. Po usłyszeniu, że tak, doktor nie dał mi dodać, że za jakieś dwa lata, tylko wypalił prosto z mostu: "to proszę robić już bo potem będzie po ptakach".

Byłam w kropce - z jednej strony tuż po drugim cięciu, z drugiej z perspektywą przyszłej niepłodności. Zdecydowałam, że jeśli Bóg zechce, to będziemy mieli trzecie dziecko, a jeśli nie, to zadowolimy się dwójką lub kiedyś adoptujemy.

Wyniki się poprawiły, karmienie wróciło do normy, miesiączki po porodzie ani widu ani słychu. Objawów ciąży też. Żyliśmy więc normalnie - bawiłam się z dzieciakami, nosiłam Julasa w chuście i nosidle, parę razy udało mi się wyskoczyć na narty i szalałam aż do zakwasów. Aż tu pewnego dnia ból i krwawienie, ale jakieś takie niemiesiączkowe. A potem jeszcze dwa takie w dwutygodniowych odstępach - umówiłam się do ginekologa, a ten stwierdził, że to może być albo zdrowa, ale bardzo wczesna ciąża, albo "puste jajo płodowe".
Szok. Dziwne myśli mnie naszły. No bo czy nie tego właśnie chciałam? Więc skąd teraz wątpliwości?
Ostatecznie dwa tygodnie później już z ogromną ulgą i radością oglądałam bijące serduszko, rączki i nóżki.
9 tydzień...
Bez wspomagania farmakologicznego, bez oszczędzania się...
Zapytałam męża - mówimy innym? Ale zgodnie stwierdziliśmy, że nie. Ciąża została określona jako ciąża wysokiego ryzyka, a ja nie zniosłabym informowania potem o kolejnym poronieniu. Rodzina dowiedziała się więc pod koniec czwartego miesiąca, kiedy już nijak nie byłam w stanie ukryć rosnącego brzuszka pod ubraniem.
Innym nadal nie mówiliśmy nic. Choć ciąża przebiegała bezproblemowo, pierwszy raz bez sensacji żołądkowych, zawrotów głowy i innych nieprzyjemności, ja wręcz panicznie bałam się pęknięcia blizny i nieraz w duchu przepraszałam moją córcię (bo już wiedziałam, że to córcia), że dla swojej egoistycznej potrzeby urodzenia jeszcze jednego dziecka narażałam ją na takie niebezpieczeństwo.

Tak dotrwaliśmy do momentu, kiedy opadł mi brzuch. Nie było do końca wiadomo, który to tydzień, coś między 35 a 37. Poszłam do lekarza porozmawiać o porodzie - chciałam spróbować urodzić naturalnie po dwóch cięciach albo chociaż dotrwać do naturalnego początku zanim dam się pokroić.
Dostałam warunkowe pozwolenie na ten drugi scenariusz i namiary na przychylną lekarkę w wybranym przeze mnie szpitalu. Dwa tygodnie później umówiłam się więc z nią w poradni, żeby omówić plan porodu i wziąć skierowanie na cięcie.  Kiedy stawiłam się na miejscu, kazano mi na chwilę położyć się pod KTG, ot tak, rutynowo. Po ok. 10 minutach aparat zaczął piszczeć. Położna spojrzała na zapis, zbladła i zawołała lekarkę, a ta powiedziała, że malutka ma poważną tachykardię i kazała mi przyjechać następnego dnia na cięcie. Co było dalej - wiecie już z poprzedniego posta.

To dlatego nie puściłam pary. Bałam się. Bałam się, że gdyby coś nie daj Boże poszło nie tak, będę musiała po raz kolejny zmierzyć się z tym na blogu, który powstał przecież na pamiątkę dla mnie i dla moich dzieci.


Teraz już nie muszę się tego bać. Mam piękną córeczkę. Tachykardia była prawdopodobnie wynikiem stresu spowodowanego oplątaniem wyjątkowo długą pępowiną. Gdyby miało dojść do naturalnego porodu, Martusi pewnie już nie byłoby z nami. Ale dzięki przytomności lekarzy ze szpitala im. Żeromskiego w Krakowie - mogę ją teraz tulić. Z problemami z karmieniem, ze znamionami wcześniactwa, ale całą i zdrową.







PS. Na wspomnianym zdjęciu z pobytu w Krośnie naprawdę miałam pod pachą piłkę - po prostu ustawiłam się tak, żeby cienie piłki i brzuszka nałożyły się na siebie:)


środa, 23 września 2015

Więcej o naszej rocznicy:)

Jest wtorek, 15 września, jadę do poradni K po skierowanie na operację, do końca mając nadzieję, że uda się jej uniknąć. Niestety - nie tylko nie jest to możliwe, ale pojawiły się komplikacje i operację trzeba przyspieszyć - w poradni pytają, czy mogę przyjechać następnego dnia. Na następny dzień nie mam opieki do chłopców, więc pytam, czy da się bezpiecznie odroczyć chociaż do czwartku. Ostatecznie dostaję termin w piątek na 10 rano, o ósmej mam stawić się na czczo.

W piątek rano dopakowuję szpitalną torbę, całujemy śpiącego jeszcze Julka, zostawiamy go pod opieką babci i odwozimy Jędrusia do przedszkola. Nawet nie wysiadam z auta, młody daje mi buziaka i leci jak na skrzydłach.
Zgłaszam się na izbę przyjęć, jest godzina poślizgu, ale wszyscy zapewniają, że zabieg się odbędzie. Wypełniam od groma papierów, przechodzę krótkie badania, przebieram się w urocze wdzianko z czarnej fizeliny i czekam sobie pod salą operacyjną. W końcu mnie wołają.

Operacja może odbyć się w znieczuleniu ogólnym lub podpajęczynówkowym, pozwalają wybrać. Wybieram to drugie i zaczyna się. Lekarze cały czas tłumaczą mi, co właśnie robią. Moja plastyczna wyobraźnia podsuwa mi realistyczny obraz tych wszystkich "flaczków". Do tego dołożyły się opioidy podane w znieczuleniu i zrobiło mi się tak niedobrze, że przez chwilę pożałowałam swojej decyzji. Dostałam tlen, odrobinę antidotum i usłyszałam najbardziej rozdzierający dźwięk w swoim życiu.

Pierwszy płacz Mojej Córki.

Chwilę potem lekarz unosi ją ponad zasłonami. Jest filigranowa, śliczna i zadziwiająco czysta, wcale nie wygląda jakby przed momentem się urodziła. Na piersiach i brzuchu ma cztery pętle pępowiny.
Następnie położna zawinęła ją w jakieś powijaki i przyłożyła buzią do policzka - i już miałam się rozryczeć, kiedy mała capnęła mój nos i zaczęła go ssać, co wywołało na sali ogólną wesołość.

Bogu  niech będą dzięki za wtorek i stanowczość lekarzy... ominęło nas co prawda kangurowanie, córcia potrzebowała około godziny w inkubatorze, a te trzy tygodnie, które zostały jej do terminu, nadrobi już w naszych objęciach, ale JEST - cała i zdrowa.
Gdybym tak dalej upierała się czekać do naturalnego początku, to...

Nic, to, ciąg dalszy nastąpi, a na razie poznajcie naszą Martusię:





piątek, 18 września 2015

Piąta rocznica ślubu

Być żoną...

Dzielić życie z mężczyzną, którego się pokochało i starać kochać go dalej, choć czasem zdaje się robić wszystko, by utrudnić nam to zadanie;p
I cieszyć się tym, że jednak wciąż się udaje.

Mieć satysfakcję, że porządny, inteligentny i obdarzony poczuciem humoru mężczyzna nie tylko wybrał właśnie nas, ale był gotów wyznać to publicznie i przysiąc przed Bogiem, że tak już zostanie.
I że dotrzymuje słowa, choć od dnia ślubu straciłyśmy na urodzie, a zyskałyśmy co najwyżej na wadze.
Że chciał mieć z nami dzieci, a kiedy już się urodziły, cieszy się, że przypominają swoją mamę.

Odkrywać w naszych dzieciach podobieństwo do ich ojca.
Cieszyć się, że mają dobry kontakt, a nawet swoje sekrety skrywane przed mamą.

Cieszyć się, że z własnej inicjatywy pochwalił ugotowany na szybko obiad i sam z siebie wziął się za sprzątanie kuchni, zamiast wypominać, że skończywszy myć naczynia zostawił brudny zlew. Tego cały czas się uczę.
Dawać sobie nawzajem prawo do własnego zdania, ale stanowić wspólny front wobec kolejnych wychowawczych i ogólnożyciowych wyzwań.

Tak mija nam już pięć lat.
Nasze małżeństwo nie jest już takie samo jak na początku. Zaliczyliśmy problemy z pracą, stratę dziecka, strach o życie i zdrowie kolejnego. Już nie twierdzę, że małżeństwo z wiekiem i stażem robi się coraz nudniejsze.
Mniej motylków w brzuchu, więcej stania murem za sobą nawzajem.
Mąż zaczyna siwieć na skroniach, a ja w tym roku pierwszy raz od ślubu nie zmieściłam się w ślubną sukienkę - ale zmieszczę się, kiedy zrzucę te dodatkowe 15kg, które przybyły mi nagle w ciągu ostatnich paru miesięcy.
W tym roku pierwszy raz rocznicę, zamiast na romantycznym wypadzie do restauracji albo kina, spędzimy w szpitalu. A jednak, mimo tych trudności, będzie to najpiękniejsza i najbardziej romantyczna z naszych dotychczasowych rocznic.
Relacja już za parę dni.

wtorek, 15 września 2015

Tatoza na 17 miesięcy

Julek skończył 17 miesięcy. Miała być wizyta na zdrowym, miary, wagi, kontynuacja szczepień i prowokacja mlekiem, a tu Jędrula przyniósł z przedszkola jakiś syf. W efekcie u Jędruli przez 2 dni była wilgoć pod nosem, przez 1 dzień zielony glut i spokój, a u Jula megakatar, gorączka ponad 38 stopni, kaszel jak u starego palacza i kolejna biegunka. Na szczęście Julo już z tego wychodzi, został tylko katar, a ja przeklinam, że w przeciwieństwie do starszaka jest oporny na naukę smarkania i nadal musimy użerać się z Fridą.

Wymiary zatem pozostają tajemnicą. Tylko stopy zauważalnie urosły, bo rozmiar butów 21 zmieniliśmy na 22. Ciuchy dalej 86/92, pieluchy nadal L/4+, żebrzyska nadal na wierzchu.

No i zębów przybyło - dolne czwórki wystają już każda dwoma czubkami, pojawiły się też górne kły - choć na razie nieśmiało, akurat tyle, żeby było widać, że się przebiły. A nocami nadal ostra jazda bez trzymanki.

Połączenie wybijania się trójek i infekcji spowodowało, że Julek stracił nieco ze swego wilczego apetytu. Nadal je ładnie i dużo, ale owoce (nawet ukochane dotąd maliny i banany) są już totalnie be, a ponadto przestały "wchodzić" nawet domowe ciasta i generalnie wszystko, co ma słodki posmak. Nie ma też już wołania o dokładki i dobierania się do naszych talerzy, nagle zaczęły Julkowi wystarczać podstawowe porcje.

Kłopoty zdrowotne na szczęście nie idą w parze ze spadkiem formy - Jul wspina się już właściwie wszędzie, podszkolony przez Andrzejka potrafi zrobić sobie niemalże schody z różnej wysokości pudeł i krzeseł. Uwielbia rysować - ostatnio namiętnie ćwiczy spirale. Ma też za sobą pierwsze kontakty z ciastem na pierogi (celowy) i moją plasteliną (przypadkowy), które zapamiętale miętosił, rwał na kawałki i sklejał z powrotem.

Nauczył się Julo odgryzać bratu - i to dosłownie, zębami. I dobrze - wie, że w zapasach nie ma szans, więc wynalazł sobie inny sposób obrony. I choć mama męża jest temu przeciwna, ja pozwalam im się bić, dopóki widzę, że nie robią sobie krzywdy. Czasem nawet mam wrażenie, że tłuką się dla zabawy, bo kiedy się im przerwie, obaj solidarnie atakują przerywającego, a sami się potem przytulają i całują w najlepsze.

W gadaniu - codziennie nowe słowa i coraz więcej sensownych zlepków. Nie idzie to co prawda tak błyskawicznie jak u starszego brata, ale postępy są zauważalne, bo Jul potrafi już nazwać w miarę zrozumiale niemal każdą część ubrania czy sprzęt domowy.

A na koniec nowość - totalna tatoza. Z tatą jeść, z tatą spać, z tatą się myć, z tatą do toalety. Przyznam, że łapię oddech, bo do tej pory to do mnie był tak przyklejony. Kiedy męża nie ma ja też jestem do zaakceptowania, ale kiedy jest w domu tatuś, to mama może przestać istnieć.

Może to i lepiej, bo już w piątek Julka czeka pierwsze kilkudniowe rozstanie z mamą, a potem mama wróci pokrojona, obolała i nie od razu skłonna do zabaw w parterze, brania na ręce i noszenia w nosidle.
Tak więc za miesiąc podsumuję, jak Jul zniósł moją nieobecność oraz - mam nadzieję - nowe postępy półtorarocznego szkraba:)


wtorek, 8 września 2015

Moja pierwsza "wywiadówka"

Przedszkolnie tu ostatnio. Dziś też będzie przedszkolnie, bo z innych tematów na tapecie mamy tylko kwoty imigrantów, którymi nie chcę się dołować, moje wątpliwości zdrowotne, którymi nie chcę Was zanudzać i przeziębionego Julastego, który w kółko domaga się malin.
A tymczasem ja byłam dziś na zebraniu w przedszkolu Jędrusia. Mąż zawozi go i przywozi, więc zebrania są moje;p

Pierwsza obserwacja była smutna - zebranie miało zacząć się o 17.00, ale nie mogło, bo o tej godzinie w przedszkolu było jeszcze całkiem sporo nieodebranych dzieci z różnych grup. Niektóre z nich bawiły się grzecznie w kąciku pod okiem jednej z opiekunek, ale kilkoro wyło wniebogłosy. Jakich czasów doczekaliśmy, skoro spośród niespełna setki przedszkolaków około dziesięcioro spędza w przedszkolu cały dzień i nie ma nikogo, kto mógłby je odebrać do domu?

Druga - matko, iloma przepisami, nakazami i zakazami obwarowane jest prowadzenie przedszkola... na każdą, za przeproszeniem, pierdołę musiałam podpisać osobną zgodę: żeby dziecko mogło być zbadane przez psychologa, żeby mogło uczestniczyć w wyjściach i wycieczkach, żeby dziecko mogło być okresowo badane przez pielęgniarkę, dentystę i pediatrę (podpisała ok. połowa, dlaczego? Czy reszcie nie zależy na zdrowiu dziecka?), żeby mogło być na fotografii grupowej, żeby można było zbadać mu włosy pod kątem wszy (i tu jestem wściekła - na 25 rodziców zgodę na przegląd głów podpisało 8 osób)... Takich formularzy dano nam do podpisania 8 różnych. Najbardziej absurdalny wydał mi się wymóg wyrażenia zgody na udział w katechezie. W zwykłym przedszkolu - w pełni zrozumiały, ale - halo! - to jest przedszkole prowadzone przez rzymskokatolicką parafię, które katolicki charakter ma wpisany w statut:) Nie wiem, jak inni rodzice, ale my WŁAŚNIE DLATEGO je wybraliśmy.

Trzecia - zajęcia dodatkowe. Mnie się podoba, że nie ma ich dużo, ale szmer oburzenia przetoczył się po sali, kiedy wychowawczyni oznajmiła, że trzylatki nie będą uczone angielskiego. Na pytanie jedynego na sali ojca o powód odparła, że są w grupie dzieci, które przez cały tydzień ani raz się jeszcze nie odezwały i należy dać im szansę nadrobić najpierw zaległości w języku ojczystym, a dopiero potem wymagać nauki obcego. Będzie więc prowadzona przez jednego z trenerów Wisły Kraków szkółka piłkarska dla chętnych (my chętni), również dla ochotników comiesięczne spotkania z Biblią (jasne, że chcemy), zajęcia muzyczno-taneczne zamiast typowej rytmiki, zajęcia kompensacyjne, dyżury logopedyczne i gimnastyka korekcyjna dla "potrzebujących" oraz ognisko teatralne - ale uwaga! - dla RODZICÓW. Już przebieram odnóżami z radości:)

Po zebraniu wychowawczyni miała czas na indywidualne konsultacje, więc i ja poszłam dowiedzieć się, jak się mój syn sprawuje. I o dziwo, Jędruś był tylko chwalony - że samodzielny, że koleżeński (choć bardziej garnie się do dorosłych), że bardzo elokwentny i ciekawy świata, że pani widzi go jako przyszłą gwiazdę przedszkolnych przedstawień. Tylko na pytanie o jego stosunek do zajęć plastycznych wymijająco odparła, że nie każdy musi być artystą, filozofowie też są potrzebni;p


A w domu po zebraniu...

M: Jędrusiu, pani Jola (przyp. red.: pomoc wychowawcy, równa, bezpośrednia kobitka) mówiła, że ty mądraliński jesteś i wszystko wiesz najlepiej;p
A: No co ty powiesz, mamusiu...

środa, 2 września 2015

Aby nie zapeszyć...

Źródło: rybnik.pl
Debiutuję jako mama przedszkolaka.
Debiutuję na razie siedząc w domu, bo wychowawczynie zalecają, by przynajmniej początkowo dziecko odprowadzał bardziej opanowany z rodziców,czyli u nas - tatuś.

Odprowadził więc tatuś dziecko we wtorek po raz pierwszy. Dziecko zmieniło kapcie, zajrzało do sali i wsiąkło, nawet nie pomachawszy tatusiowi na "do widzenia".
Pojechał tatuś po dziecko po przedszkola. Godzinę później (przedszkole jest góra 10min. drogi od nas), sam dumny jak paw, niemal za oszywę przyprowadził naburmuszonego syna.

M: Co to za mina, Andrzejku?
A: Bo tata mnie zabrał z przedszkola. A ja chciałem jeszcze zostać.

Odprowadził więc tatuś dziecko w środę po raz drugi i sytuacja z poprzedniego ranka powtórzyła się. By więc nie powtórzyła się ta z poprzedniego popołudnia, tatuś po dziecko wyruszył godzinę później, by znów usłyszeć "Co? Ale jak to juuuż??? Nieee!!!"

Aż mnie to zastanowiło - czy to dobrze świadczy o przedszkolu, bo takie fajne, że dziecko nie chce wychodzić, czy tak dobrze o rodzicach, że wychowali pewnego siebie, łatwo aklimatyzującego się i przyjacielskiego młodziana, czy też źle o nas - bo w domu nudzi się aż tak, że woli być w przedszkolu niż z własnymi rodzicami;p

Podpytałam męża, co mówiły o Jędrusiu opiekunki. Mówiły ponoć, że jest otwarty, serdeczny, sprawny fizycznie, ładnie się wypowiada, szybko się uczy. Ani słowa, że nieposłuszny, że nie je, że pyskuje.
Nie do wiary. Aż pomyślałam - świetnie, ciekawe tylko jak długo. Cisza przed burzą jak nic.

 A już zupełnie rozłożyła mnie na łopatki wiadomość, że Andrzejek LEŻAKOWAŁ. I to ponoć na własną prośbę. Co te panie i siostra mają takiego, czego nam brakuje? Może dowiem się we wtorek, bo już wymogłam na mężu, że na zebranie rodziców idę ja.

Na dodatek już drugi dzień Jędrula nie świruje mi w domu. To znaczy - świruje, ale ani w połowie tak jak do tej pory. I nową piosenką już się nawet popisywał... pozostaje mi tylko czekać na wiadomość, że Andrzejek poprosił o kredki i rysował. Wtedy będę potrzebować, by ktoś szybko podstawił mi krzesło.

Ale nie zapeszam. Dziękuję Opatrzności za stan obecny i proszę o jeszcze:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...