sobota, 31 stycznia 2015

Babcia

Miały być zabawne powiedzonka Andrzejka, ale chyba odłożę to na kiedy indziej.

Tej nocy zmarła moja Babcia - jedyna już.
Długo chorowała, przez ostatnich parę lat kontakt z nią był już coraz bardziej ograniczony, ale ja chcę ją zapamiętać jako wesołą starszą panią, która energią biła na głowę niejedną nastolatkę, na pamięć robiła sobie idealny makijaż, do której co piątek po szkole biegałam na najlepsiejsze pod słońcem placki ziemniaczane i  która za Chiny nie chciała mi dać swojego przepisu na drożdżowe rogaliki
z różą, którymi zajadała się cała rodzina.

Świeć Panie nad jej duszą.
Proszę o modlitwę w intencji mojej Babci.

piątek, 30 stycznia 2015

Przesilenie

Niemoc twórcza mnie dopadła.
Ani coś napisać, ani ulepić - kicha.

To, że nie mam internetu, zauważyłam dziś, kiedy chciałam wyszukać sobie rozkład jazdy autobusu, który miał mnie dowieźć do endokrynologa. Kiedy zapytałam męża, czy na jego kompie jest, odparł, że nie ma już drugi dzień;p
Jak to??? Przez dwa dni nie włączałam neta?
JA?
Niemożliwe;p

No ale modem już naprawiony, net już jest, endokrynolog zaliczony, a weny nadal brak.
Nawet podwojenie dawki Euthyroxu jeszcze mnie nie otrzeźwiło.
Nawet andrzejkowych hasełek nie chciało mi się wyłapywać.

Jul chyba podłapał humorek ode mnie. Nieodkładalny. Pół dnia w nosidle na maminym brzuchu.
Muchy w nosie, palce w paszczy. Czyżby pierwsze natarcie czwórek? Oby nie, bo Andrzejek z buntu dwulatka płynnie wszedł w bunt trzylatka - a u mnie zero natchnienia, jaką by mu tu zabawę zapodać. Kreatywną i edukacyjną, bo oczywiście tylko takie wchodzą w grę;p No więc fruwa Andrzejek po domu i co chwilę każe się wywracać głową w dół i trząść. Biedny kręgosłup mój, że o nadgarstkach schorowanych nie wspomnę.

Nawet spanie mi nie wychodzi.

W tej bezsenności przeczytałam właśnie artykuł o niejakiej Dominice Gwit. Nie wiem, kim jest, podobno aktorką, ale żadnych jej ról nie znam. Wzbudziła jednak mój podziw tym, że zebrała tyłek w troki i w niecały rok zrzuciła niemal połowę ze swoich ponad stu kilogramów.
Ja chcę połowę jej samozaparcia. Ba, i o jedną trzecią się nie obrażę...

Tymczasem stała prośba: kopnijcie mnie w cztery litery, bo od rana znów zostaję ze stworami sama na prawie cały dzień.


wtorek, 27 stycznia 2015

A co TY jadłeś dzisiaj na obiad?

Bo dziś (a może raczej wczoraj, bo już po północku) Julo od rana wsunął:
  • miskę owsianki + piętka chleba
  • mały słoik suszonych śliwek dla niemowląt+kilkanaście chrupek kukurydzianych
  • ok. 200ml jarzynówki z makaronem
  • porcyjkę indyka z kaszą perłową i marchewką
  • znów chrupki kukurydziane
  • ok. 150ml kaszki kukurydzianej na maminym mleku
  • 8 razy pierś.

Tyle oficjalnie.
Nieoficjalnie próbował pożreć jeszcze moje witaminy z talerza, gazetkę z Biedry, ojcowe spinacze do papieru, surową soczewicę, którą Jędrkowi udało się dołapać i rozsypać, podstępnie zdobytą fioletową kredkę woskową Andrzejka i ziemniaka wprost z pudła. Oraz brzeg nosidła i krzyżyk, który miałam na szyi. Dobrze, że choć ziemniak był "bio";p Na tym go przyłapałam, ale tatuś skrzętniej korzysta z faktu, że Julo jest dzieckiem samowystarczalnym i pozwala mu na więcej swobody. Tak więc co Julcio znalazł, kiedy byłam na zakupach, to jego;p
Biedne, głodzone dziecko, hehe.

Do niedawna śmiałam się z takiego zbierania z dywanu każdego paproszka, "bo zje".
Moje pierworodne dziecko NIGDY nie zjadło niczego, co nie było do tego przeznaczone. Ot, jakiś mały plusik mania w domu niejadka z silnym odruchem wymiotnym. Nawet zdjęcia Andrzejka
z czymkolwiek w paszczy są u nas unikatem.Tymczasem Julek ma głównie takie;p





Julek to mały odkurzacz. Zje (z małym wyjątkiem w postaci owoców) wszystko, co mu nie ucieknie. Wsadzi do paszczy, przeżuje i połknie, nie patrząc na tworzywo, konsystencję i konsekwencje.
Żadna wielkość kawałków mu niestraszna. Z tego powodu na naszej podłodze (oraz w nisko położonych szafkach, szufladach i na brzegach stołu, bo nawet tam skubaniec już dosięgnie) nie ma prawa znaleźć się nic, co zmieści się w Julkowej paszczy albo zawiera odgryzalne części.
Na przykład mata piankowa została pozbawiona środków z cyfr 4,6,8 i 9, a wyszydełkowany przez koleżankę mojego brata miś Paddington - swoich szydełkowych guzików. Pod ochroną znalazły się też resoraki, układanki, a nawet pluszaki Jędrka.
A jakie poszukiwania były w domu, kiedy chłopcy roztrzaskali o podłogę elektroniczny termometr
i po poskładaniu okazało się, że brakuje jednej bateryjki...

Pogryzione palce to u mnie norma - wsadzam je do paszczy łakomczucha za każdym razem, kiedy widzę, że przeżuwa coś, czego mu nie dałam - taki odruch Pawłowa;p

No i jeszcze hit - wczoraj odbyła się bezpośrednia prowokacja Julasa masłem. Jeśli nic mu nie będzie, wprowadzam je do diety.
Julo wciął chleb z masłem i szynką. Kto zgadnie, jak to się stało?;p
Jeśli nikomu się nie uda, rozwiązania zagadki szukajcie w podsumowaniu dziesiątego miesiąca życia Julka - już w Walentynki:)

piątek, 23 stycznia 2015

O "asertywności" ;p

Źródło: godmother.pl
Andrzejek od paru dni miga się od modlitwy.
Scenka z wczoraj:

A(po długich namowach ze strony taty): daj mi ładny oblazek, to się pomodlę.
Tatuś wyciągnął z książeczki święty obrazek i dał Andrzejkowi, ale ten ani myślał przestać figlować.
T: Obiecałeś się pomodlić, kiedy dostaniesz obrazek.
A: Ale miał być ładny.

***

Babcia podgrzewała w piekarniku obiad, a Jędruś akurat postanowił zabawić się w piekarza. Babcia zabawy piekarnikiem zabroniła i wyprosiła wnusia z kuchni, na co ten:  
A co to za zachowanie, babciu? Co to ma być?!!!

***

A myślałam, że moja półka w łazience jest wystarczająco wysoko...

M: Andrzejku, kto postawił tu to krzesło i bawił się moją odżywką?
A: Morski pies!
M: Kto?!
A: Eee, nooo... 
M: No więc powiedz mi: KTO TO BYŁ?
A: No dobla, powiem. To był Julian.

środa, 21 stycznia 2015

Niech żyje oryginalność:)

Siedzimy sobie z synem młodszym w kolejce do szczepienia i czekamy, aż nas ani doktor wywoła. Razem z nami siedzą inne dzieci ze swoimi rodzicami - w sumie jeszcze trzej chłopcy i jedna dziewczynka.
W końcu z gabinetu wynurza się lekarka, zagląda do swojego kajecika i mówi: No to teraz Juliana zapraszam.
Wstaję, biorę Julka na ręce i zmierzam do gabinetu, na co mama nieco starszego chłopca stwierdza, że to ich przecież wołano.
Niemożliwe - odzywa się chyba do lekarki ojciec pulchnego 4-5-latka - my byliśmy przed tą panią.

I tak to pani doktor musiała wszystkich szanownych Julianów wywoływać kolejno po nazwisku. Ech, a ja myślałam, że byliśmy choć trochę oryginalni.

Tak samo myślała moja mama, nadając córce,  rocznik '85, imię Aleksandra;p


Źródło: rockefellers.pl


PS. Mam cichą nadzieję, ze w najbliższych latach nie pojawi się wysyp małych Andrzejków.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Na waciki

Kto zna moje poglądy na przerywanie ciąży na jakimkolwiek etapie, ten będzie w stanie zrozumieć, jakim ciosem była dla mnie jako farmaceuty decyzja o wprowadzeniu pigułki "dzień po" do sprzedaży bez recepty. Pewnie zaraz się tu zlecą "obrońcy uciśnionych", ale powiem szczerze - mam ich w nosie i wszystkie komentarze "pro choice" będę kasowała bez dyskusji. Sporo czasu straciłam kiedyś na takich dyskusjach i mam ich dość, wolę ten czas poświęcić dzieciom, mężowi, a nawet ogarnianiu chałupy, pisaniu postów na bloga czy robieniu kolejnych bobasów*.

Kto mnie zna, ten wie, że nigdy takiego preparatu nie wydałam i nie wydam. A to dlatego, że prawdopodobnie nie wrócę już do apteki. Jedynym wyjątkiem byłoby znalezienie pracy w aptece "kościelnej" lub u kogoś o zasadach podobnych do moich, ale w tym celu zapukałam już do wszystkich takich drzwi w Krakowie, o których wiem - bezskutecznie.

I tu przyszło mi do głowy coś, nad czym zastanawiałam się jeszcze na studiach. Przecież uwielbiam zioła, nawet staż odrobiłam w aptece słynącej właśnie z ziołolecznictwa. Mogłabym zostać zielarką - i połączyć wiedzę o ziołach z tą o preparatach syntetycznych. Mogłabym być zielarką inną niż obśmiewane "baby" - wskazywać możliwe interakcje, pokazywać możliwości leczenia konwencjonalnego ze wsparciem ziół, kontaktować i konsultować się z lekarzami zamiast odciągać od nich ludzi. Nie sprzedawać ziółek zebranych w lasku i suszonych pod sufitem, tylko wesprzeć się standaryzowanymi na zawartość substancji czynnych produktami uznanych firm.
Swoją drogą, czy to nie dziwne, że zielarzem może być byle kto po kilku weekendowych zjazdach, a ja nie mogę otworzyć takiej praktyki będąc magistrem farmacji?
Muszę więc załapać się na stosowne kursy i opracować biznesplan. Myślę przy tym nie tylko o otwarciu własnego gabineciku, ale też np. o współpracy z moją mamą - dwa razy w miesiącu lekarz + zielarz farmaceuta w sąsiednich gabinetach z możliwością wspólnej konsultacji na życzenie. Co Wy na to? I byłaby to okazja, by częściej jeździć do Krosna;p

To plan na dłuższą metę, może udałoby się ruszyć w przyszłym roku, ale prawdę mówiąc, już teraz mam dość bycia w 100% na czyimś utrzymaniu.

moja obecna praca;p

Wiele na tym nie zarobię, ale pomyślałam, że może faktycznie warto wykorzystać swoją smykałkę do mas plastycznych. Albo chociaż spróbować. Na początek zacząć współpracę na zasadzie umowy o dzieło z jakimś sklepikiem z upominkami, a gdyby wypaliło, to kto wie, może ktoś do współpracy i jakaś firemka?
zaczęłabym od czegoś, co już robiłam na prezent i się podobało - ramki na zdjęcia czy przedmioty domowego użytku (świeczniki, serwetniki, stemple do papieru) itp. ozdobione utwardzonym ciastem solnym lub modeliną. Inny mój pomysł to kartki okolicznościowe zdobione podobną metodą. Mogłabym opracować kilka lub kilkanaście motywów i produkować seryjnie;p
Pokażę próbkę.
Są to oczywiście plastelinowe prototypy robione z Julkiem u piersi, na potrzeby komercyjne zrobiłabym znacznie bardziej dopracowane. Za tło posłużyła (siostra Amalia chyba by mnie zabiła) książeczka do nabożeństwa z mojej I Komunii;p. Teksty wstawiłam z painta, bo póki co nie mam drukarki, ale to jest do skombinowania.






Jak myślicie, mogłoby się udać czy nie zawracać sobie głowy?







*z plasteliny. Ewentualnie w grę wchodzi modelina lub ciasto solne.

piątek, 16 stycznia 2015

Cudze też cieszy:)

Kąpię Andrzejka. Rzucam w niego kulkami z rossmannowskiej piany, moczymy mordeczkę, barwimy wodę na niebiesko, urządzamy wyścigi gumowych zabawek, a Jędrula, jak na strażaka Sama przystało, gasi"pożar" (spłukuje włosy postawione na pianie z szamponu) za pomocą prysznica. Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Kiedy czuję, że woda wystygła, a Jędruś ma gęsią skórkę, komenderuję:

M: Baaaczność! Strażak Andrzej z wody wyjść!
A: Ja nie jestem stlażakiem.
M: A kim teraz jesteś, Jędrusiu?
A: Telaz jestem komunistą.

***

Zakupospacer. Z racji prawie całodniowego braku silnego męskiego ramienia wybrałam się z oboma chłopcami. Andrzej idzie koło mnie, w razie niesubordynacji wzięłam dla niego spacerówkę. Andrzej idzie przyzwoicie, więc w wózku jadą zakupy. Julek śpi w manduce z przodu, na nas oboje zarzuciłam ciążowy płaszcz tak, że wystają z niego tylko nasze głowy. Na placu zabaw przygląda nam się kilkoro dzieci w wieku tak na oko wczesnoprzedszkolnym. Dwoje z nich prowadzi ożywioną dyskusję:

D1: Zobac, ta pani ma dwie głowy. Jedną nolmalną, a dlugą od dzidziusia.
D2. Nie, ona ma tam dzidziusia, tylko on jest do przyklejony.
D1: Ale od dzidziusia jest tylko głowa, nie ma lącek i nózek.
D2: Ma, tylko też przyklejone do pani.

Potem musiałam lecieć za Andrzejkiem, który postanowił przejść po równoważni bez wyciągania rąk z kieszeni. A szkoda, bo chętnie posłuchałabym, jak dzieciaki zastanawiały się, cy dzidziusia da się odkleić cy juz tak zostanie na zawse;p

czwartek, 15 stycznia 2015

Julian I Dziewięciomiesięczny:)

8 godzin przed porodem i wczoraj:)
Julek skończył 9 miesięcy.
Mierzy oficjalnie 76cm i waży 8,5kg.
Ma osiem zębów - wszystkie jedynki i dwójki.
Nosi ubranka w rozmiarze od 74 (Lidlowe) do 92(smykowe), przeważnie 80.
Papucie rozmiar 17-18 i czapa 48.

A co tam u niego?
Po pierwsze - wysypka. Teraz już wiem, że Julka, oprócz mleka, uczulają pomarańcze. Po ostatnim szczepieniu pielęgniarka zaaplikowała mu Nurofen. Szkoda, że dopiero po fakcie powiedziała, że mają tylko pomarańczowy, przecież mogłam zaczekać i podać w domu... A tak mały już po paru godzinach był w kropki i w paskudnym nastroju. Na szczęście mam w domu Clemastinum w syropie.

Po drugie - pleśniawki wreszcie dały za wygraną. Po dwóch kuracjach nystatyną i dwóch nawrotach moja mama przepisała Julkowi Daktarin i wygląda na to, że mamy już spokój.

Po trzecie - dieta. Mały jest absolutnie zafascynowany chlebem. Im ciemniejszy tym bardziej:)
Osłabła nieco jego niechęć do owoców. Wczoraj ugryzł nawet ode mnie kawałek banana, a normą stało się zjedzenie połowy małego słoiczka. Co prawda Julo dalej wybrzydza, ale jego owocowy repertuar poszerzył się o jabłka (ale tylko kosztele z Krosna, inne nadal ble) i czarne porzeczki - również z ogrodu dziadziusia.

Po czwarte - humory. Mój aniołek ma humory. Lęk separacyjny w pełni - zamykające się za mną drzwi łamią mu serce i następuje istna grecka tragedia. Bardzo też protestuje, kiedy zabiera mu się zabawkę i - tu nowość - nie da się już odwrócić jego uwagi. Chce to i już - i potrafi długo łazić za rodzicem i się żalić.

Po piąte - uczucia. Juluś zawsze był uczuciowy, ale teraz przechodzi sam siebie. Przyczłapuje, uśmiecha się, wspina tak, by mieć w zasięgu twarz, mizia łapką, obejmuje, daje buzi - czyt.: przysysa się jak glonojad i ciężko go odczepić. Co ciekawe, takie czułości są zarezerwowane tylko dla mamy i dla Andrzejka:) Poniżej - Jędruś ucieka przed buziakami:



Po piąte - zainteresowania - pierwsze to wszystko, z czego można wydobyć jakikolwiek dźwięk. Drugie to przeżuwanie wszystkiego, z czego można złapać jakiś syf - ziemi z kwiatków (my przezornie nie mamy, ale u rodziców jest tego pełno), psa dziadków, ubłoconych butów, naszych toreb i portfeli, nieumytych warzyw, a nade wszystko - miotły, mopa i nocnika Andrzejka. Trzecia pasja to jeżdżenie wszystkim po podłodze z głośnym odgłosem pierdzenia "Brrrum" na ustach. Muszę chyba kupić jakieś bezpieczne resoraki.

No i po szóste - postępy.
W tym miesiącu Julek po raz pierwszy w pełnym znaczeniu tego słowa wstał. Wstawanie doskonalił przez cały pobyt u dziadków i teraz pozycja stojąca jest jego ulubioną. Potrafi łazić bokiem przy meblach i ścianach, przytrzymany od przodu za rączki zrobił (na badaniu) dwa kroki. Stawia też swoje pierwsze kroki z chodzikiem pchaczem, z tym, ze dla bezpieczeństwa zablokowałam na razie tylne kółka. No i, co najważniejsze, Julek umie bezpiecznie przejść ze stania do siedzenia lub czworaków a także kucnąć, podtrzymując się jedną ręką.
Co jeszcze? Julek bije brawo. I to już nie piąstkami, a całymi dłońmi:) "Papa" do lustra nauczył się już miesiąc temu. Teraz zdarza mu się i na komendę;p
Pobyt w Krośnie i mieszkanie w domu zaowocowało kolejną nową umiejętnością - Julo nauczył się wdrapywać po schodach. Mało zawału nie dostałam, kiedy to zobaczyłam. Radził sobie całkiem dobrze, ale wolałam go jednak asekurować.
Nowością jest picie z niekapka. Jul to potrafi, ale nie lubi. Pierś mamy zdecydowanie górą!
Postępują próby komunikacji. Do tej pory rozszyfrowałam "abu" (=ale fajnie), teraz doszło "giziii" (=mama, weź mnie na ręce) i "leeee" (=jeeeść!!!);p. No i w końcu padło wyczekiwane "tatata" - ale tylko raz i do mamy;p
Kolejna nowość to zabawy wodą. Julian siedzi już tak stabilnie, że bez obaw kąpię go na siedząco. Daję mu zabawki, a mały chlapie, próbuje wylewać (idzie mu świetnie), przelewać (bez skutku) i, a jakże - pić wodę (z kubeczka lub bezceremonialnie prosto z wanny, pochyliwszy się w przód). W wannie trzeba go jednak pilnować, bo próbuje wstawać i łazić, a mata antypoślizgowa nie przykrywa całego dna wanienki.
Teraz zapraszam na fotourywki z dziewiątego miesiąca życia Julianka:

Mama, gdzie te zęby?!

No, tak lepiej:)

Z drogi, śledzie, bo Król Julian jedzie!!!

Gdzie bracia się bawią, tam wióry lecą




A w przyszłym miesiącu - prowokacja masłem, rekonesans w poszukiwaniu nowego fotelika samochodowego, wrażenia na temat krzesełka do karmienia i sama jestem ciekawa, co jeszcze;D

wtorek, 13 stycznia 2015

Twój brat w twoim wieku...

Dałam dziś Julkowi do zabawy chodzik pchacz po Jędrusiu. Julo jeszcze nie porusza się do przodu, a jedynie w bok przy meblach, ale chciałam w spokoju dopić herbatę i odciągnąć mleko na wieczorną kaszkę.
Kątem oka obserwowałam sobie poczynania mojej młodzieży.

Najpierw przyszedł Andrzejek i pokazywał bratu, gdzie można wrzucać klocki. Juluś nie załapał - jest na to za mały - ale radośnie walił dwoma klockami o siebie, a potem o "panel" pchacza.
Potem, również za sprawą Jędrusia, odkrył, za co trzeba pociągnąć, żeby odpalić melodyjkę - równie kiczowatą co wpadającą w ucho.
Melodyjka musiała zlasować mi mózg, bo pomyślałam sobie coś w rodzaju "Jaki ten Jędruś inteligentny/zręczny/sprawny, a ty, Julo, co?"
A przecież Julo jest o całe dwa lata młodszy.

Chwilę później Julek wstaje oparty o rączkę pchacza.Układa sobie na niej wygodnie obie łapki i patrzy zdezorientowany, nie mając pojęcia, co dalej.
I znowu tak sobie pomyślałam: "Jędruś w tym wieku z pchaczem wywijał ósemki i stał bez trzymanki..." - i zrobiło mi się łyso, bo z tych głupich myśli wyrwał mnie mój starszy synek. Ja ich tu porównuję, a on bije bratu brawo i, przesadnie naśladując mój ton, mówi: "Brawo, Juleńku, wspaniale! Mamusiu, on zrobił dwa kroki, ja mu popchałem chodzik i zrobił dwa kroki!!!"

Kiedy? - pomyślałam - nie zauważyłam.
Głupia matka.
A miałam ich nie porównywać.
Tymczasem ciągle
  • "ten lepiej je", 
  • "tamten szybciej się rozwijał", 
  • "ten jest pogodniejszy i umie sam się sobą zająć", 
  • "tamten w jego wieku mówił już mama i tata" .
Jednak wpadłam w tę pułapkę, dobrze, że przynajmniej się nie odezwałam. Zamiast się cieszyć, omal nie zafundowałam swoim dzieciom tego, co mnie w dzieciństwie fundowano nieustannie porównując mnie z dwiema koleżankami z podwórka. Wiadomo, były rzeczy, w których byłam najlepsza, były i takie, w których byłam najsłabsza - i właśnie one sprawiły, że dziś boję się wychylić, żeby ktoś mnie nie skrytykował.
Sama o dziwo nie porównuję moich dzieci z cudzymi, ale między sobą - co chwilę.
Umiem już trzymać język za zębami, ale muszę z tym powalczyć, bo ominie mnie sporo radości, tak jak dziś. No i dostrzegać ciężką pracę dziecka, nawet jeśli efekty przychodzą później niż się ich oczekuje.


niedziela, 11 stycznia 2015

Trzy miesiące pieluchowania wielorazowego

Tak, nadal twardo trwam przy wielorazówkach. Ba, uwielbiam je:)
Używamy ich już około trzech miesięcy i wiem, że była to dobra decyzja.
Przez ten czas wypróbowałam na Julku kilka rozwiązań.

Podstawowym - i naszym ulubionym - jest zestaw otulacz+wkład bambusowo-węglowy+wkładka "sucha pupa" z cienkiego mikropolaru. Wciąż służą nam kupione na początku "Pupusy". Taki zestawik to 2-3h bez przecieku. Jul nie narzeka, ja też nie. No, może trochę, bo podczas ładowania nowego wkładu Julek zaczyna się wiercić i próbuje uciekać. Tu ujawnia się przewaga pampersów na rzepy:) Przecieki czasem się jednak zdarzają - ale w tych otulaczach góra raz w tygodniu.





Po jakimś czasie podkusiło mnie, żeby wypróbować formowanki. Dla niewtajemniczonych - to takie materiałowe pieluchy bez warstwy nieprzemakalnej (a więc wymagające założenia na wierzch otulacza), ale skrojone tak, by nie wymagały już składania i układania na pupie jak np. tetra. Kupiłam dwie bawełniano-welurkowe z dodatkową kieszenią na wkład - polskich marek Ecodidi i Zufizo, o takie:

Muszę stwierdzić, że formowanki spełniają swoje zadanie. Zakładałam je Julkowi razem z naszymi wkładami bambusowo-węglowymi, a od pupy kładłam jeszcze mikropolarek, żeby Julkowi było sucho. Na pierwszy ogień poszła ta piękna panterka Ecodidi: Rezultat - cztery godziny bez przecieku, pupcia suchutka i... Jul purpurowy z wściekłości. Długo nie potrafiłam dociec, dlaczego moje anielsko spokojne dziecko się tak piekli. Odpowiedź dostałam, zdejmując formowankę - chyba po prostu jest mu w niej niewygodnie.  Kolejnego dnia na spacer założyłam tę drugą - musieliśmy przerwać spacer i wracać do domu. Każdej z nich dawałam jeszcze szansę w domu - nic z tego - chłonne, miłe, nigdzie się nie odciskały, ale mój syn jest na  "nie". Obstawiam, że cała ta instalacja po prostu krępowała mu ruchy. Formowanki odziedziczył więc Andrzejek - dostawał je czasem na noc i nie narzekał - z tym, że wtedy już właściwie nie potrzebował pieluch i wkrótce zrezygnował z nich całkiem.

Kolejne, co postanowiłam wypróbować, to tzw. SIO (snap in one) czyli otulacz z wpinanym wkładem. Tak w moje łapki trafił ten piękny zestaw KoKoSi:



Do otulacza wpina się ręczniczek z bodajże froty bambusowej i składa go na 3 i podgina z przodu. Ja na całość zakładam jeszcze "suchą pupę".

Zestaw ten okazał się jednak mało chłonny i wkładam go  tylko wtedy, gdy potrzebuję włożyć coś na krótko - nie więcej niż godzinę np. przed spacerem. Dłużej nie wytrzymuje i cieknie górą, a otulacz nie ma zakładek, które utrzymałyby w ryzach dodatkowy wkład. Poza tym rozczarowałam się też wielkością otulacza - choć Julo jest szczuplutki, a otulacz jest niby "one size", rozpinam go na rozmiar "L", a i tak Julek ma go już,, na biodrach.

Porównanie wielkości: Pupus spięty na "M" (w zwierzaki) kontra KoKoSi rozpięte do największego rozmiaru

Najdalej za miesiąc odłożymy ten zestaw do pudła, by czekał na następne dziecko. Generalnie nie polecam, choć piękny. Chyba tylko dlatego jeszcze go nie sprzedałam;p.

Mamy jeszcze jedną ciekawą rzecz - znów marki Ecodidi:



Z pozoru to zwykły otulacz, jednak pod zakładkami kryją się dodatkowe napki. Mając dodatkowo specjalną polarową wpinkę, można z otulacza wyczarować kieszonkę:
Używam tej pieluszki w obu wariantach i powiem tak: jako sam otulacz jest dość zawodna, przecieka częściej i szybciej niż "chinki" Pupusy. W wersji z kieszonką nie przeciekła mi ani raz (mam ją ponad dwa miesiące), ale za to Jul narzeka, że toporna i ruchy mu krępuje - choć nie aż tak ja  ma to miejsce w przypadku formowanek. Jeśli jednak potrzebuję czegoś "pancernego" na 4-5 godzin, nie zważam na protesty i zakładam właśnie tę.

O tym, jak piorę pieluchy, pisałam już w TYM poście. Wiele się nie zmieniło, dodam tylko, że co miesiąc robię pieluchom SPA czyli tzw. odtłuszczanie: piorę wszystkie wkłady, wpinane kieszonki i suche pupy, a następnie moczę przez całą noc w wodzie z płynem do naczyń. Rano piorę je na długim programie bez detergentu. Po takiej kuracji chłoną znacznie lepiej.

Zaczynając używać takich pieluch, sama byłam ciekawa, jak to odbije się na naszych rachunkach. Już mówię:
  • rachunki za wodę wzrosły o ok. 5-10zł miesięcznie (spłukiwanie kupek strumieniem zimnej wody, codzienne przepierki "suchych pup" i czasem otulaczy)
  • rachunki za prąd i gaz nie wzrosły wcale
  • z ok. 3,5 paczki pampów miesięcznie (8 dziennie) zeszliśmy do ok. pół paczki (1-2 dziennie. Czasem nawet na spacer wkładam wielo).
  • Zero odparzeń. Krem na pupę idzie tylko na noc pod pampersa. Od 3 miesięcy mamy ten sam słoik Linodermu i zużyliśmy może 1/3:)
  • Podsumowując: zaoszczędziliśmy równowartość nieco ponad 8 paczek pampersów po 48zł każda (Rossne;p). 
  • Jeśli tak dalej pójdzie, wydane na pieluchy ok. 500zł zwróci się za jakieś 2 miesiące czyli  po 5 miesiącach stosowania
  • Po odpieluchowaniu Julcia mam wybór: albo zostawiam je dla następnego dziecka, albo sprzedaję dalej i co najmniej połowa tej kwoty do mnie wraca:)
A że czasem trzeba nos zatkać i kupę sprać... ano trzeba. Ale i tak POLECAM:D

piątek, 9 stycznia 2015

Rodzeństwo w kąpieli

Próba generalna - czy Julo wysiedzi całą kąpiel?

Od dawna już planowałam sobie, że, kiedy Julo nauczy się pewnie siedzieć, spróbuję obu chłopców wykąpać razem.
Zanim podjęłam się tego eksperymentu, zapytałam o zdanie starszaka. Jędruś bardzo się ucieszył i był niesamowicie podekscytowany, że będzie kąpał się z Juliankiem.

Teraz trzeba było obmyślić techniczne szczegóły - postanowiłam, że nie będę wsadzać ich do małej wanienki, a spróbujemy w dużej wannie z matą antypoślizgową dla Julianka.

Pozostało tylko przystąpić do działania. Zdecydowałam się podczas pobytu w Krośnie, gdy trafił się dzień, kiedy musiałam obu chłopców ogarnąć wieczorem sama, bo wszyscy albo się rozjechali, albo musieli zajmować się moją babcią.

Przyznam, że początkowo byłam nie mniej podekscytowana niż Andrzejek. Chłopcy sprawiali wrażenie zachwyconych swoim towarzystwem, ale moja ekscytacja szybko ustąpiła miejsca nawet nie rozczarowaniu, a przerażeniu.

Słowo daję, worek pcheł łatwiej upilnować niż tych dwóch jednocześnie w wannie. Kąpiel skończyła się więc szybkim wyciągnięciem Jula i błaganiem kogokolwiek, by przyszedł na pomoc przy starszym.

A dlaczego tak się stało?
No cóż... Pięknie było, póki obaj bawili się zabawkami, Julo chlapał na wszystkie strony, a Jędruś polewał go strumieniem ze swojej plującej żaby albo odpalał prysznic i robili sobie fontannę.
Potem doszły do głosu różnice w kąpielowych potrzebach moich synków, których (mea culpa!) nie wzięłam pod uwagę.
Najpierw Julo postanowił wstać i zacząć wędrować sobie przy brzegu wanny tak, jak czyni to przy tapczanie. Parę razy udało mi się zachęcić go jeszcze na chwilę do zabawy kubeczkami, ale w końcu potrzeba stania zwyciężyła. Tymczasem Andrzejek odkrył w sobie żyłkę pływaka, kładł się na brzuchu, zanurzał buzię i unosił się na wodzie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie machał przy tym rękami, podcinając w ten sposób chwiejnie posuwającego się w bok Julka.

Nieszczęścia udało się uniknąć, ale na razie jednak podziękuję za takie wrażenia. Może za pół roku przy dwóch dodatkowych parach oczu do obserwacji (i rąk do pomocy).


środa, 7 stycznia 2015

Deja-vu (3)

Wracamy do siebie.
Dotlenieni, odkarmieni.
Przytyłam kilogram (yes, yes, yes! :D), ciekawe, kiedy go zrzucę.

Dzieciaki rozwinęły się niesamowicie jak na taki krótki czas. Jędrula, który dotąd bał się zanurzania buzi (po mamie;p) pięknie nurkuje w wannie, a Julo zaczyna się wspinać - więcej o jego krośnieńskich wyczynach w comiesięcznym podsumowaniu już za tydzień.

Zdjęć tym razem nie ma dużo, bo zapomniałam ładowarki do aparatu i mam tylko to, co pstryknęli tata i brat - w tym jeden unikat - zdjęcie mamy z oboma synami :)




Jul wzbogacił się też o całą furę ubranek - oczywiście po bracie. W tym miesiącu raczej definitywnie pożegnamy rozmiar 74, a witamy kolejne 80-ki, a nawet zawyżone 86/92.

Na koniec małe deja-vu:

Łapka do góry, kto pamięta siedzącego na nocniku półtorarocznego Jędrusia utytłanego kremem na słońce? (KLIK)

Myślałam, że nie odratuję tych ubranek. A jednak - odratowałam:)

Zatem: dżinsy TEX i body z liskiem w październiku 2013r...

Papucie też znalazłam, ale jeszcze na Jula za duże.

oraz w styczniu 2015r.



wtorek, 6 stycznia 2015

Kronika Postępów Juliana by mama

Mam nowe postanowienie noworoczne. Wracam na dobre do starego hobby. W tym roku, oprócz comiesięcznych podsumowań na blogu, postępy Juliana będę dokumentować również w plastelinie.
Na dobry początek stan na dzień dzisiejszy. Dzidki może nieco pokraczne, ale pod koniec roku pewnie będą już trochę lepsze. Aż żałuję, że nie zaczęłam w kwietniu:)


sobota, 3 stycznia 2015

Pierwsze zapiski noworoczne

Jędruś stoi na progu łazienki i patrzy na koszyk stojący na lustrzanej szafce prawie pod samym sufitem.

A: Mamusiu, daj mi ten koszyk z papilotami babci.
M: Nie, Andrzejku, przyjdzie babcia, to ją poprosisz, żeby ci dała.
A: A ona tam w ogóle dosięgnie?
M: dosięgnie, Jędrusiu, dosięgnie.
A: To chyba będzie musiała wleźć na sedes.
M: I takie pyskate stworzenie  mi z brzuszka wylazło, no...
A: nie wylazło. Pan doktoj wyjął.


***

Modlimy się. Idzie bardzo opornie. Postanawiam trochę przyspieszyć sprawę.

M: Aniele Boży, Stróżu mój...
A: nie podpowiadaj!

***

Kiedy z Jędrusiem modli się mój mąż, po standardowym "Aniele Bożym" modlą się jeszcze krótko do Matki Boskiej i świętych patronów. Ja, modląc się wczoraj z Jędrusiem, zapomniałam o tym.

A: Mamusiu, jeszcze do Matki Bożej się pomodlimy.
M: Dobrze. Najświętsza Maryjo Panno...
A: Módl się za nami. Święty Andrzeju Świejadzie* módl się za nami. Święty Julianie z Toledo** módl się za nami. Święty Julianie bez Toledo módl się za nami w imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego. Amen.



*Patron naszego Jędrusia - Św. Andrzej Świerad - pustelnik, pierwszy polski święty.
** Patron Julka, żyjący w VII w. arcybiskup Toledo oraz teolog i literat.

czwartek, 1 stycznia 2015

Rozliczenie ze starym czyli długi i nudny post na Nowy Rok:)

W Nowy Rok weszłam może nie wyspana (Julek ząbkuje i nocami jest nieszczęśliwy), może przemoczona, przemarznięta i oblodzona, ale szczęśliwa.
Kocham moich chłopców, ale wytchnienie od nich, nawet z marznącą mżawką na twarzy, działa na mnie terapeutycznie i sprawia, że wracam do nich z nową energią.
Mama 2015. To białe na kurtce, włosach i kasku to lód:D

Ładuję więc akumulatory i będę wyrywać się na narty przy każdej możliwej okazji. Dziś nawet przydybała mnie telewizja i zrobiono ze mną krótki wywiad. Mam nadzieję, że mnie wycięli, bo mózg mi zamarzł i strasznie się zacinałam. Chociaż jeśli mnie puszczą, to może ktoś się trochę pośmieje.
Zanim jednak wejdziemy w nowy, pora rozliczyć się ze starym rokiem.

Tak w skrócie:

Najważniejszy dzień roku: 14 kwietnia.
Człowiek roku: ON
Radocha roku: piękna więź między moimi synkami
Inwestycja roku: ex aequo TA i TA.
Zmartwienie roku: KLIK

Na początku tego roku było nas jeszcze troje. No, troje plus brzuch. Kończymy we wzbogaconym składzie 2+2. Dodatkowa jednostka rośnie jak na drożdżach, ma siedem zębów, 77cm wzrostu, waży 8,7kilo, uśmiecha się od ucha do ucha, gada po swojemu i łazi sobie boczkiem przy barierce łóżeczka.
Starszy brat wyżej wymienionego też nie próżnuje - gada jak najęty, staje na rękach przy dowolnej pionowej powierzchni, bawi się w rycerza z mątewką w ręce i durszlakiem na głowie, a w wannie, rozciągając węża prysznicowego staje się Strażakiem Samem.



Mama rok temu poczyniła postanowienia.
Co to ja sobie obiecywałam? A tak...

1. Do końca ciąży:
  • bez ważnych przyczyn zdrowotnych nie opuszczę ani jednych niedzielnych ćwiczeń na basenie
  • przytyję nie więcej niż 15kg względem stanu sprzed ciąży - czyli nie przekroczę 66,5kg.  Stan na chwilę obecną (kończę 25 tydzień): +5,5kg
  • Nie opuszczę więcej niż 3 posty miesięcznie;p
2. Po urodzeniu Juliana:

  •  Do ostatniej kropli krwi (lub mleka) zawalczę o karmienie piersią. Nawet gdyby Julian też okazał się "skazańcem"
  • do wakacji zejdę do 55kg
  • W rocznicę ślubu (18września) zmieszczę się w suknię ślubną bez konieczności popuszczania szwów.
  • do następnego sylwestra pozbędę się pociążowej oponki
  • Nie porzucę bloga. Będę pisać nie mniej niż 10 postów miesięcznie
  • znajdę (niekolidujące ze sobą) zajęcia basenowe dla obu moich synków tak, bym mogła chodzić z jednym i z drugim.
Pierwsza część już rozliczona. Udało się.
Druga...

Karmienie piersią - zaliczone. Nawet nie wymagało walki, choć wyrzeczeń już tak - znów jestem na diecie bezmlecznej. Mimo tego karmię Julka przeszło osiem miesięcy i końca nie widać. Chciałabym karmić go co najmniej tak długo jak Andrzejka, a moje marzenie to półtora-dwa lata.

Kolejny punkt - waga. Chciałabym ważyć 55kg, ale niestety. Ważę 50, co przy moim wzroście nadaje mi wygląd patyczaka. Może za rok...

Jak wyglądało moje wciskanie się w suknię ślubną, przeczytać możecie w poście z 18 września 2014 roku. By uczciwie się rozliczyć, powiem, że się wcisnęłam - z jednym małym "ale". Tym "ale" był mój biust matki karmicielki. Teraz jestem nawet szczuplejsza niż w dniu ślubu, ale w biuście nadal się nie dopinam.

Oponki jako takiej brak. Jest tylko ciut za luźna skóra. No i na PMS wyglądam jak w 4. miesiącu ciąży, ale co tam, PMS się kończy i znów jestem patyczakiem;p

Punkt blogowy odhaczony - dowód w pasku archiwum.

Basen - niezaliczony. Z Jędrusiem byłam raz, nawet mu się podobało, ale potem z sobie tylko znanego powodu odmawiał współpracy. Julian ma zakaz od pediatry - raz, ze względu na silniejsze niż u brata AZS, dwa, z uwagi na indywidualny plan szczepień, w którym i tak mamy zaległości spowodowane kilkoma przeziębieniami. Nadrabiamy harcami w wannie, nie zapominając o emoliencie.

Czyli zaliczone 8/9. Nie tak najgorzej:)

Cel na obecny rok: powrót na pół etatu do pracy. Trzymajcie kciuki:D

A Wam, moi Kochani Czytelnicy, 
życzę, by ten nowy 2015 rok 
przyniósł Wam spełnienie wszystkich Waszych marzeń 
i postanowień 
oraz ciepła, miłości i Bożej opieki na co dzień:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...