czwartek, 17 grudnia 2015

Ciuchowy recycling - czyli jak tchnąć nowe życie w poplamione ubranka

Były sobie ubranka - białe body po Julku w rozmiarze 62 i różowe półśpiochy w rozmiarze 68 dostane od kogoś na wieść o idącej na świat małej dziewczynce.
Ubranka były jednak smutne, bo choć na kruszynę były (już prawie) dobre rozmiarowo, wciąż leżały na osobnej kupce, a Martusia nosiła wszystkie tylko nie te. No cóż - taki los bodziaka z rdzawą plamą i półśpioszków z kleksem po jakimś soku.

Aż tu któregoś dnia mama po nie sięgnęła.
Martusia właśnie wskoczyła w rozmiar 62. Kopertowy bodziak byłby jak znalazł. Śpioszki jeszcze ciut za duże, ale do chusty można założyć - podwiną się i będą w sam raz, a i stopki mają wygodne - wreszcie mała kangurzyca nie będzie podkurczała paluszków...

Dzieci jak to dzieci - brudzą. Ich ubrania często się plamią, a czasem te plamy nie schodzą. Co robić? Wyrzucić?
Nie - używać nadal:)
Wyjaśniam: nie, nie wkładam mojej córci poplamionych rzeczy. Co prawda moje podejście do ubranek jest czysto użytkowe, ale i tak nie lubię widoku zniszczonych ubrań na dziecku. Nie lubię też jednak wyrzucać ubrań z powodu jednej plamki, więc kiedy pomocnik św. Mikołaja ofiarował nam kredki do robienia naprasowanek, byłam zachwycona.

Działa toto tak: najpierw rysuje się wzór na papierze. Potem przykłada ten papier rysunkiem w dół do tkaniny i prasuje kolistymi ruchami na "trzech kropkach" przez ok. 2 minuty. Następnie suszy się tkaninę 72h w pozycji rozłożonej i już można cieszyć się nowymi fatałaszkami.

Rozwiązanie to ma oczywiście swoje minusy - odpada w przypadku ubrań z delikatnych tkanin, których nie można traktować tak wysoką temperaturą. No i uranie, nawet wcześniej pancerne, teraz staje się delikatne i najlepiej prać je ręcznie.

Ale są i plusy:
  • wyżyłam się artystycznie
  • Marta ma "nowe" i w dodatku niepowtarzalne ubranka
  • satysfakcja, że się nie wyrzuciło
  • satysfakcja, że zrobiło się coś samemu:)

U nas wyglądało to tak:


Na dobry początek splagiatowałam rysunek z opakowania kredek. Potem zrobiłam jeszcze kilka bardziej lub mniej udanych rysunków, które czekają na swoją kolej:)


Efekt wyszedł nieco rozczarowujący. Kontury na kwiatku poprawiłam więc czarną kredką, przyłożyłam czystą kartkę i przejechałam żelazkiem jeszcze raz. Na półśpiochach sie nie szczypałam i poprawiłam wodoodpornym pisakiem do płyt.

Jeszcze trochę brokatu i voila!
Marta nie miała ich jeszcze na sobie, na razie schną. Może na trzecią miesięcznicę jej założę;p

Wrażenia?
Pracochłonne toto. Mam nadzieję, że te moje malunki przetrwają choć jedno pranie.
Idea mi się jednak podoba, choć na przyszłość chyba wybiorę inną technikę. Gotowych pasmanteryjnych naprasowanek nie trawię, ale może coś wyhaftuję albo zrobię naszywankę ze skrawków materiałów?
Albo po prostu kupię farby do tkanin. A może Wy mi coś polecicie?

4 komentarze:

  1. Ja do dzisiaj ratuje ubranka syna .Wycinam ze skrawków materiału co chce autko, balon, latawiec itp; podklejam flizeliną po prostu naszywam na plamę czy dziurę zygzakiem maszyną do szycia. Faktycznie ubrania mają druga szanse na kolejne plamy, ale zawsze to lepsze niż kupowanie nowych jeśli jeszcze to jest dobre.Z dziewczynką łatwiej można serduszka kolorowe przyszywać do woli.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Haft wydaje mi się najbardziej satysfakcjonujący, a przy okazji najtrwalszy. Ale pewnie najprościej jest przyszyć/przyprasować jakąś łatkę ;)swoją drogą świetny pomysł! Zamierzam go wykorzystać, bo Madzia ma kilka dobrych, ale zniszczonych jedzeniem ubranek ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mamy te same kredki, ale wrażenia z ich używania podobne do Twoich :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne te kredki. Nawet nie wiedziałam, że jest coś takiego. Farbki do tkanin miałam, ale długo leżały nieużywane, więc nie dam sobie głowy uciąć że w czasie przeprowadzki ich nie wyrzuciłam...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...