wtorek, 8 grudnia 2015

Chrzcielny sajgon

5/6 grudnia 2015

Paczka z mikołajkowymi drobiazgami dla chłopców czeka już w ich pokoju, a ja nie mogę doczekać się szału radości na widok drewnianych owoców do krojenia i zestawu "mały rzeźnik" "mały chirurg".
W restauracji zaklepane miejsca dla 14 osób i dwa krzesełka do karmienia dla Julasa i córeczki rodziców chrzestnych Marty.
W szafie wiszą już przygotowane ubrania dla całej naszej piątki.
Na szafie odnalezione w czeluściach pawlacza szatka i świeca, które obsłużyły obu chłopców.
I płacz Juliana zza ściany.
Biegnę do niego, żali się na buzię i pokazuje miejsce, gdzie wybija się ostatnia trójka. Smaruję dentinoxem - pomaga, wracam do łóżka. Pół godziny później znów płacz. Całuję czółko- jakieś ciepławe. Mierzę temperaturę, wychodzi 37,2. Zostaję z małym jeszcze chwilę, ale nadal skarży się na zęba, więc dostaje ibum i słodko zasypia.
Udaje nam się przespać całe 3 godziny. O 6 rano znów płacz. Mimo ibumu termometr pokazuje 39,6.

6 grudnia

Jul leży jak skóra z diabła. Obudził się już dawno, ale nie ma siły wstać. Jędrula rozbebeszył zawartość paczki. Zobaczył, że Julo źle się czuje i wlazł do jego wyrka, by zbadać go swoim nowym stetoskopem. Kolejna dawkę ibumu moglibyśmy dać o 11, ale o 9 serwuję mu paracetamol i mały odżywa na tyle, by coś zjeść i dołączyć do zabawy. W pół godziny wysprzątane mieszkanie zmienia się w p***nik.
O 11 przyjeżdżają moi rodzice i ciocia. Moja mama od razu łapie za stetoskop (prawdziwy) i osłuchuje średnie wnuczę.
Werdykt: zapalenie oskrzeli na pewno + początki zmian w płucach. No to ekstra. Ciocia deklaruje, że zostanie z Julem w domu.
Babcia wypisuje receptę, tata organizuje leki z apteki pod blokiem, żeby ciocia mogła jak najszybciej podać pierwszą dawkę. W międzyczasie dowiadujemy się, że rodzice męża też są chorzy i nie dadzą rady być na Chrzcie, a rodzice chrzestni Martusi jedna nie zabierają ze sobą córeczki. No ale interes właściciela restauracji mało mnie obchodzi wobec choroby trójki bliskich osób, z synkiem na czele.
W czasie, kiedy Julo jest badany, a ja i mąż przygotowujemy siebie i dwie zdrowe pociechy do wyjścia, mój tato wyciąga prezenty mikołajkowe. Czymże jest ubieranie się wobec prezentów - Jędrula w niedopiętej koszuli i jednej nogawce spodni nie może się zdecydować, co najpierw wybebeszyć - swoje narty czy drewniany pociąg Juliana. A są jeszcze nowe dresy, które koniecznie teraz trzeba przymierzyć, herbata dla tatusia, nowe kapcie dla mamy...

W końcu ładujemy się w dwa samochody, machamy cioci i Juliankowi i jedziemy do kościoła.
W samochodzie orientuję się, że pomyliłam kozaki i włożyłam te niewypastowane, zapomniałam się umalować, a na głowie wciąż mam rozwalający się cebulo-kok z rana. Potrzeba matką... do lusterka w klapie ocieniającej robię "oko", a to, co parę godzin temu było koczkiem, błyskawicznie przerabiam na niby-celowo-niedbały-warkocz.
Na miejscu zastajemy już mojego brata i rodziców chrzestnych Tusi i wszyscy razem... prawie pół godziny czekamy na księdza. W międzyczasie okazuje się, że w kościele wyłączono ogrzewanie, bo właśnie wietrzy się bo odkorniczaniu organów jakąś paskudną chemią. Chemii co prawda nie było już czuć, ale ziąb owszem... Ksiądz zjawia się 5 min. przed Mszą, a przecież przed Mszą trzeba jeszcze ochrzcić Martę.
No to ekspres - Marta wędruje na ręce swojej matki chrzestnej i w wielkim, prawie pustym kościele rozlega się RYYYK. Biedna chrzestna, próbuje różnych pozycji, lula, przytula - na nic. Zabieram zgagę. Płacz ustaje, by za chwilę rozlec sie na nowo. Chyba głodna... a tu procedura trwa w najlepsze. Nawet sól, która posmakowała obu braciom Marty, wkurzyła ją jeszcze bardziej. Uff, przechodzimy z przedsionka pod chrzcielnicę. A właściwie raczej biegniemy. Martulec wszem i wobec oznajmia, że ma dość. Nacieranie krzyżmem to pikuś, ale kiedy ksiądz polewał główkę Tusi wodą, ona wierzgnęła tak, że omal jej nie upuściłam. To moje trzecie dziecko, ale w życiu nie przypuszczałam, że dwumiesięczne niemowlę ma tyle siły.
Kiedy ksiądz ogłaszał, że oto Marta Małgorzata szczęśliwie została chrześcijanką, my, a za nami moja mama niosąca torbę z akcesoriami, już biegłyśmy do zakrystii, gdzie mała dosłownie rzuciła się na mlekomat, więc w przytulnej i cieplutkiej zakrystii spędziłyśmy prawie całą Mszę i wyszłyśmy dopiero na Komunię. Żegnając się z nami, ksiądz śmiał się, że szatan z krzykiem opuszczał naszą córę.
A potem jeszcze zgubiliśmy Andrzejka. To znaczy - tatuś go zgubił, bo zanim Jędrula wplątał się między dzieci bawiące się na dziedzińcu, wlekli się razem spory kawałek za nami. Obcy facet przyprowadził go i zapytał, czy to czasem nie nasz syn. Nadal nie wiem, jak to się stało, że mąż nie zauważył jego zniknięcia.

No to teraz do restauracji. Nasze auto prowadzi całą kawalkadę, ale mąż przejechał zjazd i był spory kłopot z wyjechaniem z powrotem na ruchliwą ulicę. W końcu się udało i znaleźliśmy się w uroczej restauracyjce pełnej drewnianych nart, starych zdjęć, zabytkowych sprzętów AGD i słojów z prawdziwymi nalewkami i buzującymi zakwasami na żur i barszcz czerwony w różnych "stadiach rozwoju". Było miło i smacznie, tylko Andrzejek dawał popalić jak zwykle. A Marta... spała. Po tym, co odstawiła w kościele, przespała całe przyjęcie, a nam szkoda było ją budzić.

A zdjęcia... nie mam ich. Aparatem uszczęśliwiłam Kubę, w nadziei, że pstryknie nam jakieś zdjęcia z samej uroczystości, ale uroczystość przebiegała w takim tempie i hałasie, że nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle pomyślał o robieniu zdjęć. Ja w każdym razie kompletnie nie miałam do tego głowy. Z knajpki zdjęć nie ma - bo i co tu pstrykać, skoro malutkiej nawet nie wyjęliśmy z fotelika, a tylko rozpięliśmy kombinezon, żeby się nie ugotowała.
Tak więc przy dobrych wiatrach są jakieś zdjęcia z oczekiwania na księdza. I to o ile aparat nie został przekazany mojemu tacie i nie pojechał z nim do Krosna...

6 komentarzy:

  1. Ja również nie mam zdjęć z chrztu córki w kościele, jedynie potem - zrobione w domu z rodziną. Córka płakała, a raczej wyła - całą mszę, nie szło jej uspokoić, wychodziliśmy z nią na zaplecze. Potem w aucie w drodze do restauracji też płakała, a i w restauracji też nie była spokojna. Nie było jak zrobić tych zdjęć, ani też ja nie nie miałam na to ochoty.. Dopiero w domu zamieniła się w anioła. Ogólnie jest bardzo spokojna, mało płacze - kochana dziewczynka. Ale w ten jeden dzień - masakra. Syn natomiast ma całą sesję zdjęciową z kościoła, z restauracji, no i w ogóle nie płakał.
    No tak to z tymi dziećmi jest - różnie niestety.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojeju... No to nieźle się działo! Ale jakie wspomnienia rodzinne będą! Prawie jak u Borejków! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie do śmiechu Ci wiem, ale czyta się całkiem całkiem, no ja bym się załamała ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. No fakt. Niezłe przeboje. Gratuluję, że przetrwaliście bo ja pewnie bym wymiękła...

    OdpowiedzUsuń
  5. No, no, ale się działo! Czytałam z lekkim uśmiechem i przerażeniem, bo chyba bym nie dała rady tego przetrwać. Totalne załamanie chyba by mnie dopadło. Życzę Wam wszystkiego dobrego i oczywiście zdrówka. Pozdrawiam
    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  6. Mikolajkowa masakra! ;)

    Ciesze sie jednak, ze malutka pomyslnie ochrzczona i mam nadzieje, ze Julo dochodzi juz do zdrowia! :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...