piątek, 25 września 2015

Martusia Top Secret

Dziękuję Wam wszystkim za ciepłe słowa, gratulacje i komplementy we wiadomościach i komentarzach pod poprzednim postem. To bardzo miłe dla mnie, podniosłyście mnie na duchu w naszych trudnych początkach, kiedy zamiast cieszyć się całą moją trójcą zadekowałam się z córą u teściowej, żeby nie zaraziła się od chorego Julianka, a chłopców, żeby za mną nie rozpaczali, chodzę głaskać i tulić, kiedy już śpią. Mamy też kłopoty z karmieniem - o naszych wybojach na mlecznej drodze na pewno napiszę, kiedy coś się w końcu wyklaruje.

Ale dziś nie o tym.
Wiele z Was zapytało, dlaczego ukrywałam moją ciążę.
Teraz Wam odpowiem. Cierpliwości, będzie dłuuugo:)

Początek był taki, że zaczęło mi się sypać karmienie niespełna ośmiomiesięcznego wówczas Juliana.
Zbadałam poziom hormonów tarczycy i wyniki wyszły złe - niedoczynność się pogłębiała. Ponieważ do swojego endokrynologa i tak już traciłam zaufanie, postanowiłam go zmienić, poszłam do lekarki rodzinnej
i jako mać karmiąca wydębiłam skierowanie na cito.
Wybrałam sobie nową przychodnię, gdzie wszyscy endokrynolodzy mieli opinię dobrych specjalistów,
i zapisałam się do tego, który miał najmniejszą kolejkę - facet zgodził się mnie przyjąć już następnego dnia.
Już po przejściu progu gabinetu poznałam powód jego małej popularności - był po prostu ordynarny,
a badanie tarczycy przypominało duszenie. Zacisnęłam jednak zęby i stwierdziłam, że kompetencje ważniejsze. Podczas tej właśnie wizyty padło zasadnicze pytanie: czy chcę mieć jeszcze dzieci. Po usłyszeniu, że tak, doktor nie dał mi dodać, że za jakieś dwa lata, tylko wypalił prosto z mostu: "to proszę robić już bo potem będzie po ptakach".

Byłam w kropce - z jednej strony tuż po drugim cięciu, z drugiej z perspektywą przyszłej niepłodności. Zdecydowałam, że jeśli Bóg zechce, to będziemy mieli trzecie dziecko, a jeśli nie, to zadowolimy się dwójką lub kiedyś adoptujemy.

Wyniki się poprawiły, karmienie wróciło do normy, miesiączki po porodzie ani widu ani słychu. Objawów ciąży też. Żyliśmy więc normalnie - bawiłam się z dzieciakami, nosiłam Julasa w chuście i nosidle, parę razy udało mi się wyskoczyć na narty i szalałam aż do zakwasów. Aż tu pewnego dnia ból i krwawienie, ale jakieś takie niemiesiączkowe. A potem jeszcze dwa takie w dwutygodniowych odstępach - umówiłam się do ginekologa, a ten stwierdził, że to może być albo zdrowa, ale bardzo wczesna ciąża, albo "puste jajo płodowe".
Szok. Dziwne myśli mnie naszły. No bo czy nie tego właśnie chciałam? Więc skąd teraz wątpliwości?
Ostatecznie dwa tygodnie później już z ogromną ulgą i radością oglądałam bijące serduszko, rączki i nóżki.
9 tydzień...
Bez wspomagania farmakologicznego, bez oszczędzania się...
Zapytałam męża - mówimy innym? Ale zgodnie stwierdziliśmy, że nie. Ciąża została określona jako ciąża wysokiego ryzyka, a ja nie zniosłabym informowania potem o kolejnym poronieniu. Rodzina dowiedziała się więc pod koniec czwartego miesiąca, kiedy już nijak nie byłam w stanie ukryć rosnącego brzuszka pod ubraniem.
Innym nadal nie mówiliśmy nic. Choć ciąża przebiegała bezproblemowo, pierwszy raz bez sensacji żołądkowych, zawrotów głowy i innych nieprzyjemności, ja wręcz panicznie bałam się pęknięcia blizny i nieraz w duchu przepraszałam moją córcię (bo już wiedziałam, że to córcia), że dla swojej egoistycznej potrzeby urodzenia jeszcze jednego dziecka narażałam ją na takie niebezpieczeństwo.

Tak dotrwaliśmy do momentu, kiedy opadł mi brzuch. Nie było do końca wiadomo, który to tydzień, coś między 35 a 37. Poszłam do lekarza porozmawiać o porodzie - chciałam spróbować urodzić naturalnie po dwóch cięciach albo chociaż dotrwać do naturalnego początku zanim dam się pokroić.
Dostałam warunkowe pozwolenie na ten drugi scenariusz i namiary na przychylną lekarkę w wybranym przeze mnie szpitalu. Dwa tygodnie później umówiłam się więc z nią w poradni, żeby omówić plan porodu i wziąć skierowanie na cięcie.  Kiedy stawiłam się na miejscu, kazano mi na chwilę położyć się pod KTG, ot tak, rutynowo. Po ok. 10 minutach aparat zaczął piszczeć. Położna spojrzała na zapis, zbladła i zawołała lekarkę, a ta powiedziała, że malutka ma poważną tachykardię i kazała mi przyjechać następnego dnia na cięcie. Co było dalej - wiecie już z poprzedniego posta.

To dlatego nie puściłam pary. Bałam się. Bałam się, że gdyby coś nie daj Boże poszło nie tak, będę musiała po raz kolejny zmierzyć się z tym na blogu, który powstał przecież na pamiątkę dla mnie i dla moich dzieci.


Teraz już nie muszę się tego bać. Mam piękną córeczkę. Tachykardia była prawdopodobnie wynikiem stresu spowodowanego oplątaniem wyjątkowo długą pępowiną. Gdyby miało dojść do naturalnego porodu, Martusi pewnie już nie byłoby z nami. Ale dzięki przytomności lekarzy ze szpitala im. Żeromskiego w Krakowie - mogę ją teraz tulić. Z problemami z karmieniem, ze znamionami wcześniactwa, ale całą i zdrową.







PS. Na wspomnianym zdjęciu z pobytu w Krośnie naprawdę miałam pod pachą piłkę - po prostu ustawiłam się tak, żeby cienie piłki i brzuszka nałożyły się na siebie:)


19 komentarzy:

  1. Olu bardzo się cieszę, że mimo tych wszystkich trudności wszystko dobrze się skończyło i możecie tulić swiją wymarzoną Córeczkę :-) Przyznam, że ja też widziałam Twój komentarz u Logomatki i zachodziłam w głowę, czemu nie pochwalisz się na swoim blogu, ale teraz już rozumiem. Teraz musi być już tylko lepiej. Uwielbiam Twojego bloga, jesteś tak niesamowitą osobą, że codziennie tu zaglądam i czekam na nowego posta. Dużo zdrówka dla Julianka i trzymam kciuki za spotkanie chłopców z siostrzyczką :-) Ania R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Już jutro wracamy do siebie:D

      Usuń
  2. Ale jesteś dzielna! Powodzenia w najbliższych tygodniach, trzymam kciuki za karmienie i nie mogę się doczekać spotkania! Pozdrawiamy całą Waszą piątkę! :) Jak masz jeszcze mój tel, to puść mi smsa - umówimy się. Ewentualnie zaangażujemy mężów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie:) Unormujemy karmienie, ogarniemy choć trochę życie w piątkę i zapraszamy

      Usuń
  3. No tak sobie pomyślałam, że być może były jakieś problemy, dlatego nie chciałaś tego ujawnić na blogu. Coś mi się wydawało, że jest nie tak, bo posty były rzadko, znaczy nie tak często, jak dawniej, no i Twoich zdjęć prawie wcale. Ale stwierdziłam, że być może nie masz czasu.
    Cieszę się, że wszystko skończyło się dobrze i masz wymarzoną Córeczkę.
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Na razie mogę pisać, bo jeszcze jestem u mamy męża i zajmuję się tylko Martą. Od jutra wracamy do siebie i znowu będę pewnie pisać rzadziej. Ale postaram się nie zaniedbać tak całkiem bloga:)

      Usuń
  4. Nie rozumiem jak lekarz (domyslam sie ze nie jasnowidz) moze straszyc 30 letnia kobiete nieplodnoscia. Jestem pewna, ze za kilka lat bedziesz spokojnie mogla miec dzieci. Z reszta gdyby zeczywiscie to byl koniec plodnosci, to chyba ciaza nie pjawilaby sie doslownie od razu. Czytam kilka blogow i nie moge zrozumiec, ze 80 % ciaz mlodych kobiet jest "wysokiego ryzyka", "zagrozonych", "lezacych" itp. Chyba ci lekarze cos strasza na wyrost. Tak mi sie wydaje. Natomiast Tobie, Olu, serdecznie gratuluje cudownej coreczki. SLicznie wygladalas w ciazy !!! Pa pa, Marzena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci:)
      Natomiast co do ciąży i dopatrywania się wszędzie zagrożenia - co innego zdrowa 30-latka, a co innego taka jak ja, z zaawansowaną chorobą Hashimoto, której często towarzyszą problemy z płodnością. Miałam szczęście, że dotąd ich uniknęłam. No i ciąża po dwóch cięciach, w dodatku szybko po dwóch cięciach, z poronieniem i odwarstwiającym się łożyskiem (przy Andrzejku) w wywiadzie też wymaga obserwacji. Na szczęście tym razem nie musiałam leżeć, a tylko brać leki na tarczycę i obserwować czy blizna trzyma

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Nie mogę nic więcej napisać, jak tylko tyle: jeszcze raz gratuluję! Myślę, że każdy trud, niewygoda czy zmartwienie były warte pięknej córeczki. Imię też cudne :) Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że było warto:)
      Dzięki, Aniu :*

      Usuń
  6. Serdeczne gratulacje i dużo zdrowia dla Córeczki i dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jejciu, aż się wzruszyłam. To stało się tak szybko :D Pomyślałam "może nadrobię zaległości blogowe" a tu w ciągu miesiąca przybyło u ciebie nowego członka rodziny! I to córka! Wymarzona córka! Gratulacje raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest, wymarzona i wymodlona:)
      Dziękuję!

      Usuń
  8. Olu, przepraszam za to wścibskie pytanie, jesli nie chcesz - nie odpowiadaj :) Jestem po prostu ciekawa, ile masz lat? Pytam, bo sama mam to nieszczęsne Hashimoto i zaciekawiło mnie zalecenie lekarza, co do szybkiego "zabierania się" za kolejne dziecko.

    Poza tym powiem, że bardzo lubię zaglądać do Was, bo faktycznie - jesteś chyba jedyną blogerką, która przekłada "być" nad "mieć". Nie stroisz dzieci w leginsy od MiniRodini czy innego Versace, które kosztują połowę przeciętnej pensji, a w dodatku zdołałaś wychować dzieci bez specjalnego kosza na zużyte pampersy i elektrycznego bujaczka, który kołysze w rytm jadącego samochodu ;) A ponadto wszystko masz 3 zdrowych dzieciaków, o których i ja marzę, ale po bombardowaniu z każdej strony informacjami, że "hashimoto=poronienia, problemy z zajściem w ciążę" itd. jestem nieco przerażona ;)

    Pozdrawiam Was serdecznie,
    Magda :)

    OdpowiedzUsuń
  9. To żadne wścibstwo - mam 30 lat. Jestem też przykładem, że z tą chorobą można łatwo zachodzić w ciąże i rodzić zdrowe dzieci, choć i na tym polu problemy mnie nie ominęły.

    Moja choroba jest w tej chwili dobrze kontrolowana, a właściwie hormony są już całkowicie suplementowane, bo moja tarczyca przestała pracować jakoś właśnie wtedy, kiedy usłyszałam, że mam szybko starać się o dziecko - być może właśnie dlatego wciąż nie wracał mi regularny cykl po porodzie i lekarz przewidywał, że w końcu dopadną mnie problemy z płodnością - częste przy tarczycowych niedomaganiach. Mnie co prawda dotąd omijały, ale poronienie i dwie ledwo donoszone ciąże zaliczyłam niestety.

    A co do gadżetów i modnych drobiazgów - jeśli komuś to sprawia radość, to proszę bardzo, ale do nas to jakoś tak nie pasuje. Dzieci to dzieci, wolę żeby miały mniej ładny pokój czy ubranka, nad którymi nie będę się trzęsła, że je zniszczą.

    OdpowiedzUsuń
  10. Super blog :) życze dużo zdrowia. Olu, a czy stosowałas jakieś suplementy diety w czasie ciąży? Pewnie kwas foliowy, co jeszcze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      w tej ciąży oprócz kwasu foliowego brałam tylko DHA. Witaminy tylko w I trymestrze, potem tonami jadłam sezonowe owoce i darowałam sobie zestaw witamin - urok ciąży wiosenno-letniej:D Do witamin wróciłam dopiero po porodzie, bo karmię piersią.

      Usuń
  11. Ja biorę odpowiednie witamiy, jod, kwas foliowy, choline (w zasadzie to wszystko w jednej pigulce prenatal), witamina B6, B12 i co tam jest jeszcze. moje maleństwo rozwija sie prawidlowo i z tego jestem najbardziej zadowolona :) Olinka

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...