niedziela, 27 września 2015

Jej Cesarska Mość Recydywistka

Kocham dzieci - tak w ogóle. Uwielbiam i swoje, i cudze. Szczególnie noworodki, niemowlaki i te małe słodziaki na etapie nauki chodzenia i mówienia.
Dlatego, choć na chwilę obecną czuję, że mam przy sobie już wszystkie moje pociechy, nie zamierzam się zarzekać, że "nigdy więcej". Na razie jednak nie marzy mi się kolejne i cieszę się, że dane mi było urodzić moją wymarzoną od zawsze trójeczkę.

Obok urodzenia trójki dzieci, moim marzeniem zawsze było, by urodzić je siłami albo choćby drogami natury. Niestety - nie było mi to dane. Najpierw ułożenie twarzyczkowe i spadek tętna, potem niewspółmierność główkowo-miednicowa. Miałam nadzieję, że może do trzech razy sztuka, wszak porody naturalne po dwóch cięciach na zachodzie są normą, a i w Polsce zdarzają się coraz częściej.
Kres moim nadziejom położyła informacja o tachykardii Martusi, która wydała się lekarzom na tyle niepokojąca, że ne pozwolili mi nie tylko rodzić naturalnie, ale nawet czekać na samoistny początek akcji porodowej. I tak oto moja córa została "donoszonym wcześniakiem" - bo z wymiarów w USG wyszła lekarzom donoszona, ale z jej owłosionymi uszami, skroniami i czółkiem, czerwonawą skórą, nieumiejętnością ssania i zwijaniem się w kłębek za wszelką cenę bardziej przypominała wcześniaki niż swoich dorodnych, donoszonych braci.

Miałam więc trzy cesarskie cięcia. Wszystkie niechciane, ale niestety medycznie uzasadnione.
Po dwóch pierwszych, które zniosłam bardzo źle, trzeciego bałam się dosłownie panicznie. A właściwie to nie samego cięcia, bo ono nie boli, tylko całej tej otoczki, która nieodłącznie się z nim wiąże - cewnikowania, odcewnikowania, wstawania, chodzenia, pierwszych wizyt w toalecie, kichania i kaszlu - tego wszystkiego, co sprawiło mi najwięcej bólu poprzednimi razami.

A tu - niespodzianka - cesarkę da się znieść zupełnie nieźle i jestem tego żywym przykładem. Oczywiście wymienione wyżej problemy mnie nie ominęły, ale z jakiegoś powodu zdjęcie cewnika nie bolało - może trafiłam na jakąś wyjątkowo delikatną położną?
Wstawanie co prawda bolało bardzo, ale już nie było koszmarem nie do zniesienia - czyżby lepiej rozłożono w czasie  podanie środków przeciwbólowych?
Wizyta w toalecie też nie sprawiła mi kłopotów - czyżby tym razem podczas cięcia nie naruszono mi innych narządów?
Połogu właściwie nie odczułam - tak dobrze wyczyszczono?
Skąd taka różnica? Lepiej zrobione cięcie czy dojrzalsza, pogodzona z taką koniecznością mama?

Ósmego dnia po urodzeniu Julianka zdjęto mi szwy, a ja nadal łaziłam przygięta jak stara babcia.
 Dziewięć dni po urodzeniu Marty, wciąż pozszywana, wlazłam na parapet, bo wkurzała mnie obluzowana na karniszu firanka.

Jasne, brzuch nadal pobolewa, rana ciągle rwie - ale bez porównania, wcale nie czuję się jak po poważnej operacji.
Na dodatek właśnie dowiedziałam się, że Julo już zdrów i możemy z Martusią wrócić do naszego mieszkania. Ogromnie się cieszę i czuję się wystarczająco zregenerowana, by z pomocą męża zająć się całym moim przychówkiem.

Jeszcze tylko zdjęcie szwów (lekarka, która mnie wypisywała, mówiła, że lepiej poczekać z tym do 10 doby, bo trzy cięcia to już recydywa), wizyta położnej środowiskowej, wizyta doradczyni laktacyjnej, pakowanie prezentu powitalnego i już Martula będzie gotowa na powitanie braci:)

13 komentarzy:

  1. Olu, podziwiam Cię kobieto! Już dawno nie miałam okazji spotkać tak mądrej i dojrzałej dziewczyny. W tym dziwnym świecie podjęłaś coraz mniej popularną decyzję- wyższość rodziny nad dobrem materialnym. Jesteś świetnie wykształcona, a mimo wszystko postanowiłaś nie wracać do zawodu ze względu na Twoje przekonania (tak wynikało z jednego posta). To takie odejście od tematu, ale chciałam, żebyś wiedziała, że Cię uwielbiam, jesteś wyjątkowa! Karina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, zatkało mnie, nie wiem, co napisać. Dziękuję!

      Usuń
  2. Tez czytam czesto bloga Oli. I uwazam, ze jest bardzo szczera (no poza ostatnim numerem z Martusia), ma niesamowity kregoslup moralny i tak jak pisze Karina, stawia wszystko ponad dobro materialne. To dzisiaj nieczeste. Brawo OLa !!!! Marzena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam czytac Twojegi bloga, buziaki :)

      Usuń
  3. Gratuluje! Niech Martusia sie zdrowo chowa i rosnie szybko zeby dawała sobie rade z braćmi :) a Tobie szczerze zazdroszcze duzej rodzinki :) mama Małgosi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Dużej? Ja myślałam, że duża to taka z co najmniej piątką dzieci;p

      Usuń
  4. Wiesz, może jednak cięcie nie w pośpiechu tylko planowo było jakoś szczęśliwiej przeprowadzone, ja tez lepiej zniosłam druga niż pierwszą cesarkę i śmigałam od razu, aż pielęgniarki były zdziwione. A cewnik nie bolał mnie za żadnym razem, więc raczej nie tyle teraz dobrze trafiłaś, co wtedy źle, bo to nie powinno boleć... I oby to już poszło w zapomnienie, cała ta otoczka! Teraz tylko cieszyć się rodzinką w komplecie :-) A! I pamiętaj, że to jednak operacja była ;-) można się zapędzić w tym dobrym samopoczuciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i tak być.
      Jesteśmy już wszyscy razem i usiłujemy ogarnąć rzeczywistość w piątkę, co wcale nie jest organizacyjnie łatwe, biorąc pod uwagę odciąganie mleka 8 razy na dobę i czasem konieczność jednoczesnej obsługi trójki maluchów. Ale wczoraj udało mi się wyrwać do lumpa:) Poszłam po bluzki do karmienia dla siebie, wróciłam z kupą ciuchów dla dzieci;p

      Usuń
  5. Nie mam pojecia jak to z tymi cesarkami jest. Niektore kobiety narzekaja, ze strasznie, ze porod silami natury to pikus, itd. A inne, ze do przezycia, ze nie jest tak zle. Zawsze myslalam, ze to kwestia naturalnej odpornosci na bol. Ale na Twoim przykladzie widze, ze to nie to, bo mialas 3 cesarki, a jednak trzecia znioslas zupelnie inaczej niz dwie pierwsze... Ciekawe od czego to zalezy...?
    Ja rodzilam raz naturalnie, drugi porod zas zakonczyl sie cesarka (nieplanowana). I po obu czulam sie podobnie. Rozciety brzuch wcale nie bolal mnie bardziej niz naciete i pekniete krocze. A wrecz powiedzialabym, ze blizna po cesarce byla mniej upierdliwa. Mialam rozpuszczalne szwy i blizna dodatkowo byla zalepiona specjalnym klejem, wiec odpadlo mi sciaganie szwow. Po cesarce musialam wolniej i ostroznie sie podnosic, ale po porodzie naturalnym siedziec moglam przez kilka dni wylacznie na miekkiej poduszce. Kurczaca sie macica bolala bardziej po teoretycznie cesarce, ale podobno to norma przy kolejnym porodzie, bez wzgledu na to jak sie odbywa...

    W kazdym razie ciesze sie, ze czujesz sie dobrze, ze Martusia przyszla na swiat bezpiecznie i ze wkrotce bedziecie wszyscy w domku! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę Ci naturalnego porodu przede wszystkim ze względu na ten dwugodzinny kontakt skóra do skóry, który w moim przypadku za każdym razem był co najmniej mocno ograniczony. No i zawsze chciałam pogłaskać rodzącą się łepetynę, ale cóż, bezpieczeństwo ważniejsze:)

      Usuń
    2. Oj nie, moj porod naturalny nie byl tak bajkowy! ;) Wrecz przeciwnie, zostawil spora traume. Byl wywolywany (ciaza przenoszona), rozwarcie nie postepowalo jak trzeba, w sumie (od zalozenia lekarstwa na szyjke w celu wywolania trwal niemal 30 godzin. Pod koniec bylam tak wycienczona, ze nie mialam juz sily przec. Musiano uzyc ciagu prozniowego. Do dzis widze przed oczami moja coreczke, sina, wiotka i bezglosna, wiszaca bezwladnie na rekach lekarza. Nie moglam jej nawet przytulic, tylko szybko oddali w rece neonatologow. :( W szoku nie pamietam nawet jak urodzilam lozysko, bo tylko dopytywalam sie dlaczego ona nie placze. Na szczescie wszystko skonczylo sie dobrze, ale kiedy mi ja w koncu przyniesli byla juz wytarta i zawinieta "na kokonik". ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...