sobota, 25 lipca 2015

Misz-masz

Od paru dni totalnie wymiękam. Jeśli wcześniej udawało mi sie na siłę wymyślić jakieś plusy temperatur powyżej 30st. w cieniu, to teraz się poddaję.

Przez ostatni tydzień najchętniej mieszkałabym w łazience, gotowałam tylko w termomiksie, żeby broń Boże nie zapalać płomienia na kuchence, z dziećmi lub/i na zakupy odważałam się wyjść dopiero ok. 19-20 i prosiłam Niebiosa, żeby facet, który miał montować nam rolety, zlitował się i przyszedł jak najszybciej.

Na domiar złego zostałam odcięta od świata - w ciągu miesiąca zepsuł mi się już drugi telefon.
Jak zwykle poratowali mnie tato i brat - zdziwienie na ich twarzach, kiedy zamiast wypasionego smartfona wybrałam starego grata z wysuwaną klawiaturą - bezcenne. A ja jestem zachwycona, że wreszcie mam telefon, na którym bez problemu piszę smsy:)

Spec od rolet umówiony na poniedziałek dotarł w końcu dziś - fajnie, zdążę jeszcze nacieszyć się chłodniejszym mieszkaniem przed poniedziałkowym wyjazdem do Krosna.
Mąż w ogóle na sprawę się wypiął i nawet przy specu manifestował jak bardzo go to nie obchodzi, to ja chciałam rolety, więc ja mam wybierać, ON SIĘ NIE ZNA. Taaa, a ja się znam. Koniec końców coś tam wybrałam, fotki zrobię jutro w dziennym świetle, kiedy wróci z serwisu mój aparat - całkiem fajnie dopasowałam kolory, nawet mama męża na swój oględny sposób ("no, mogą być") wyraziła uznanie.

Andrzejek i Julo dostają totalnego świra. W związku z planowanym wyjazdem i jutrzejszą długą nieobecnością męża puściłam kolejno dwa prania i zaczęłam przekopywać szafę Julasa w poszukiwaniu za małych ubrań do odłożenia "dla trzeciego". Nie minęło dużo czasu, a pokój, przedpokój i łazienka tonęły w ubraniach mokrych, suchych, dobrych, za małych, wypranych i czekających na pranie, a chłopcy robili sobie zawody pt."kto lepiej się zakopie". I segreguj mamusiu od nowa.

W całym zamieszaniu, jakie ostatnio mieliśmy, umknęło mi, że Andrzejkowi już prawie udaje się stanąć na głowie, a z Julem coraz łatwiej się dogadać. Próbuje powtarzać coraz więcej słów - głównie po Jędrusiu i po nas, podsłuchując, jak czytamy książki Jędrusiowi. I tak do słownika weszły m.in. "amen" (Jul klęka obok nas i mówi "amen" pacając się w czoło), "mok" (smok), "tapa" (czapka) i "jeb" (chleb).

Prawdę mówiąc, zastanawiałam się ostatnio, czy nadal chce mi się prowadzić tego bloga. I dzisiaj, odkładając na stosik za małych kolejne ubranka w rozmiarze 86, stwierdziłam, że jednak potrzebuję tego kącika. Bez niego pewnie już dawno pomieszałyby mi się wspomnienia z niemowlęcego okresu moich dzieci, nie miałabym tylu fajnych zdjęć, nie spisywałabym jędrusiowych powiedzonek... będę starać się pisać tu nawet jeśli już nikt nie będzie mnie czytał, choćby po to, żeby kiedyś tę pisaninę odkopać i przypomnieć sobie, co wyprawiali moi chłopcy, kiedy byli mali.
Spieszmy się uwieczniać dzieciństwo naszych dzieci, tak szybko rosną...

2 komentarze:

  1. Droga Olu
    pozdrowienia dla Twoich skarbow :) przecudnie opisujesz ich postepy,zachowanie i wybryki,strasznie milo sie czyta :) moje pierwsze ma przyjsc na swiat za 3 tygodnie .nie moge sie juz doczekac !!!
    pozdrawiam!
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć !
    Pisz Olu, ja czytam :)
    Aga, mama Szymka.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...