wtorek, 9 czerwca 2015

Chlip na koniec

I stało się.
Po dwóch dniach katorgi i kilku dniach dramatu Julo chyba zrozumiał, że nasze karmienie dobiegło końca.

Nie tak miało być. Chciałam karmić go nawet dłużej niż Andrzejka, byłam gotowa robić to do drugich urodzin, a potem zastanawiać się, co dalej.

Tymczasem natura zdecydowała za nas i pewnego dnia Julek z żalem odkrył, że więcej niż te parę łyków nie wyssie. No to dawaj matka drugą pierś.
Z drugiej, o dziwo tej, którą uważałam za "słabszą" szło trochę lepiej, ale dla Julka to i tak było za mało. Jak wcześniej karmiliśmy się już 2-3 razy dziennie po ok. 10 minut, tak nagle znów zaczęły się żądania co półtorej-dwie godziny i wiszenie po 30-40 minut połączone z biciem, szarpaniem i gryzieniem w nadziei, że może jeszcze coś wyleci. Po dwóch dniach takiego stanu rzeczy byłam już tak obolała i wykończona, że postanowiłam skrócić nasze męki i skończyć z przystawianiem.

Na początek ograniczyłam się do podawania piersi tylko wtedy, kiedy Jul naprawdę tego potrzebował - do snu i drzemek. "Karmiłam" i półprzytomnego ze zmęczenia robieniem sceny kładłam w naszej pościeli, a mały momentalnie zasypiał. Potem wykorzystaliśmy długi weekend i obecność męża przez cały czas w domu - i  w tych newralgicznych porach ja znikałam, a mąż kładł Julka spać. O dziwo - kiedy mnie nie było w polu widzenia - wszystko odbywało się bez histerii. I tak w końcu Jul nauczył się zasypiać na naszym rozesłanym tapczanie. Teraz jedyną niedogodnością pozostaje to, że do dziennej drzemki trzeba znów wyciągać z tapczana pościel, ale przynajmniej nie chodzę pobita i pogryziona. No i mogę jeść co tylko chcę.

Czy mi żal? Jasne, że tak. Chciałam inaczej, ale godzę się z tym, że widocznie tak miało być. Widocznie mój organizm nie dał już rady.
Żal mi tym bardziej, że - o ile Andrzejek z karmienia zrezygnował sam, o tyle Julo walczył o nie rozpaczliwie. Nie raz wyłam razem z nim. Nawet nie z bólu pogryzionych do krwi piersi - mniejsza o to. Raczej z żalu, że nie mogę dać swojemu dziecku tego, czego oczekuje, i nie mam pojęcia, jak je pocieszyć. Dopiero teraz, po prawie tygodniu, Julcio znów potrafi spokojnie, bez dopominania się, przytulić się do mamy, wcześniej to tylko pogarszało sprawę.

Tak więc czekam na Mleczną Drogę nr 3. Mam nadzieję, że moje ciało da mi taką szansę.
A na razie mamusine smutki zagryzam... batonikiem Milky Way.

6 komentarzy:

  1. Ja na szczęście nie miałam problemu z zakończeniem karmienia. Może dlatego, że od trzeciego miesiąca uczyłam już picia dzieci z butelki. Oczywiście piły z butelki moje mleko. Poczytałam na forach, że dzieci nie chcą przestać pić z piersi mleka i są problemy, więc starałam się je przyzwyczaić chociaż do butelki. Może to zadziałało?
    Tymczasem gratuluję kolejnego małego sukcesu:-)
    Serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      Jul nie lubi butli ze smoczkiem od dawna, ale bez szemrania pije z rozmaitych kubków od niekapków po "dorosłe". On się rozżalił o stratę naturalnej flachy, uwielbiał nasze karmienie. Próbowałam go takiego wtulonego poić mlekiem z niekapka, ale to potęgowało frustrację.

      Usuń
  2. Piękna była Twoja droga mleczna:) Moja skończyła się bardzo szybko, bo nikt nie potrafił nam pomóc. 4 miesiące walki i papa. Liczę na to, że numer dwa będzie kiedyś dużo lepsza:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem na pewno będzie lepiej - ja na przykład za drugim razem uniknęłam kłopotów ze ssaniem i obolałych sutków na początku, maltanu użyłam może ze trzy razy w szpitalu. Przy następnych dzieciach jesteśmy mądrzejsze:)

      Usuń
  3. Ola, karmiłaś tyle ile się dało, nie masz sobie nic do zarzucenia! A czy Juluś dostaje w zamian mleko modyfikowane?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci.

      Owszem, Jul dostaje Bebilon Pepti. W formie płynnej go nie akceptuje, więc je go w formie kaszki 2 razy dziennie.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...