piątek, 12 czerwca 2015

Adaptacje w przedszkolu

Zdjęcie "pożyczone" z Fb naszego przedszkola:)
W przedszkolu Jędrusia zaczęły się adaptacje.
Dziś byliśmy pierwszy raz.
Zaproszone zostały przyszłe przedszkolaki razem z rodzicami i rodzeństwem, więc i my pojechaliśmy we czworo.

Prawdę mówiąc - stresowałam się. Jak to będzie, czy Jędruś da radę. Nie chodzi nawet o jego samodzielność, tę ćwiczymy w domu i postępy są. Chodzi o jego, hmmm, subordynację. A raczej niesubordynację.

Pierwsze wrażenie - sala. Ładna, tyle co wyremontowana. Mnóstwo zabawek - przeróżnych. Od montessoriańskich układanek przez chusty animacyjne, piłki, balony, gry planszowe i książki po wszelakie jeździdła, domki, baseniki kulkowe i multum innych.

Katolickie symbole widoczne, ale nienachalne. Plus patriotyzm lokalny - obok figury Jezusa "tańczą" ładnie wykonane porcelanowe lalki w strojach krakowskich. Dla mnie super, choć ja sercem krośnianka:)

Przy drzwiach tablica. Domyślam się, że to ocena z zachowania. Rubryki na 5 dni przedszkolnego tygodnia, każde dziecko oznaczone swoim obrazeczkiem - i przy obrazeczku uśmiechnięte buzie. Większość dzieci miało 100% uśmiechniętych, niektóre pola zostawały puste. Czyli system: nagroda lub brak nagrody - zbliżony do tego, który sama stosuję, ale łagodniejszy niż to, co serwuje Jędrusiowi jego tata.

Wychowawczynie. Na grupę 25 dzieciaków są trzy - dwie świeckie panie i siostra zakonna. Wszystkie na pierwszy rzut oka przemiłe, od razu wciągnęły do zabawy wszystkie dzieci i szybko rozładowały panującą na początku tremę.
Na razie nie wymagały dyscypliny - np. wymarszu na plac zabaw w określonym szyku czy jedzenia na komendę. Raczej obserwowały dzieciaki. Tu szacun dla głównej wychowawczyni - po niecałych dwóch godzinach pamiętała już imiona wszystkich dzieci i potrafiła przyporządkować je do właściwych rodziców. Łał!

Mały zgrzyt - poczęstunek. Mam nadzieję, że to tylko tak na zachętę i nie będzie tak codziennie, ale obok soku i arbuza dzieciaki dostały "Lubisie". Jędrek nadgryzł, powiedział (głośno), że paskudne, i kazał zjeść tacie, a sam wydoił sok i zabrał się za arbuza.

Szok kolejny - opiekunki wcale nie pomagają w toalecie, wychodząc z założenia, że dziecko ma samo wszystko umieć. Może i słusznie. Toalety na szczęście są łatwe w obsłudze i wysokości dostosowanej do wzrostu dzieci. Jędruś bez problemu dał sobie radę. Nie będzie źle.

Plac zabaw jest genialny. Spory, z piaskownicą, huśtawkami, kącikiem z sianem (w którym Andrzejek nie omieszkał się wytarzać), kilkoma domkami i kompleksem zjeżdżalni z drabinkami o różnym stopniu trudności. Przy i pod zjeżdżalniami masa różnych dziwów typu lornetka, hamak, kierownica i coś, co przypominało manetkę skrzyni biegów. Dorosły miałby tam co robić. Jędrula w każdym razie był zachwycony.

Jędruś w ogóle był zachwycony. Przedszkole "absolutnie fantastyczne", pani "bardzo ładna" (to prawda;p), zabawki świetne, szczególnie motor policyjny z pedałami i domek z kulkami, no i tyyyle dzieci:)

Dzieci, łącznie z moim były onieśmielone. Jedne bardziej, inne mniej. Moje z tych mniej, nawet już zdążyło pokazać charakterek. No i jeden chłopiec, który albo odreagowywał stres, albo jest tak rozpuszczony - murowany kandydat na stanowisko grupowego prześladowcy. A Jędrek mu podpadł, bo nie dał się wyrzucić z domku z kulkami.

Myślałam, że Jędrek będzie miał tyły w samodzielnym jedzeniu i każe się nakarmić poczęstunkiem. A gdzie tam, instynkt stadny działa:)

Przekonałam się też, że do przedszkola nie warto dawać dziecku ładnych ubrań. O ile z zabaw w sali i poczęstunku Andrzejek wyszedł czysty, o tyle z placu zabaw wrócił umorusany od butów po czapkę i z sianem wszędzie, nie wyłączając uszu. Podobnie wyglądała dziewczynka, którą upodobał sobie jako towarzyszkę większości zabaw - nie wiem, jak rodzice dopiorą cudną koronkową sukieneczkę, w którą była ubrana.

Andrzejek błyskawicznie się nudzi. Na początku wkłada dużo wysiłku w każdą zabawę, ale szybko traci zainteresowanie, zwiewa do czegoś, co zainteresuje go bardziej i za nic nie chce wrócić do grupy.

Jędruś ma... no cóż, przyznaję się bez bicia, pewne braki w etykiecie. Objawiają się one chociażby w sposobie zgłaszania swoich potrzeb. Większość dzieci prosiły o pomoc swoich rodziców albo opiekunki. Z wyjątkiem jednego, które w środku zabawy chustą animacyjną przekrzyczało piosenkę, wołając "Siiikuuu!!!", a potem w toalecie głośno komentowało, co w danej chwili robi. Wiecie, które to dziecko?

Do przepracowania mamy jeszcze jeden problem - zwracanie się do wszystkich na "ty" - łącznie z opiekunkami i dyrektorką przedszkola.

Ostatnim problemem było... wyprowadzenie Andrzejka z przedszkola. Za dobrze mu tam było.
Na szczęście zajęcia adaptacyjne będą trwać do końca czerwca, więc będzie trochę czasu by jeszcze przed wrześniem przyswoić sobie nieco przedszkolne zwyczaje:)

10 komentarzy:

  1. Fajnie, że jest taka możliwość wcześniejszej adaptacji.
    U nas największym problemem, ale nie tylko u syna, ale i innych dzieci, było dostosowanie się do pewnych zasad, norm, pani mówi, że robimy to i to, a wiadomo niektórzy się buntują, to też taki wiek.
    Było też duże nastawienie na samodzielność. Także dobrze, ale miałam na początku pewne obawy. Najbardziej mnie stresowała pierwsza wycieczka, gdzie dzieci jechały autokarem tylko z paniami bez rodziców. Ale było wszystko w porządku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, przed wycieczką też będę drżała;p

      A dla mnie ważne jest to, żeby zasady w przedszkolu były spójne z zasadami w domu. Widzę, że jest spora szansa, że w naszym przypadku tak będzie. Zobaczymy jeszcze jak będzie z tymi słodyczami, mam nadzieję, że to tylko "od święta", a na co dzień są zdrowsze przekąski. A jeśli nie, to podniosę temat na zebraniu rodziców, mam nadzieję, że wszyscy chcą dla pociech jak najlepiej:)

      Usuń
  2. Kurcze jak tak czytam Twój opis Waszego przedszkola, to nasze w małym miasteczku się do niego nie umywa. Bardzo fajnie były zorganizowane te zajęcia adaptacyjne. Jedynie Lubisie to ewidentna wpadka. Ja już nie mogę się doczekać naszych zajęć adaptacyjnych do grupy żłobkowej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupiłam sobie dziś tego lubisia na spróbowanie. Jędrek miał rację, to jest wstrętne.

      A zajęcia adaptacyjne to super sprawa, dziś nie mogliśmy, ale w poniedziałek pojedziemy znowu i wtedy już nas - rodziców - wyproszą. Na szczęście Jędruś nie ma problemu z zostaniem bez nas, mam tylko nadzieję, że będzie słuchał opiekunek.

      Usuń
  3. Superaśnie... Co do Lubisiów, Ania upodobała je sobie jakoś za wygląd i cóż, lubisiem wiele można zdziałać, od razu grzecznieje ;-) słodycze w przedszkolach to norma, niestety, my też na wstępie na dni otwarte dostaliśmy cukierki czekoladowe. Chęć osłodzenia dziecku życia wygląda na bardzo pierwotną i mocno zakorzenioną, ja niestety mimo całej teorii na temat cukru tymże cukrem dość często Anię pocieszam. Może dlatego, że siebie też...koszmarny nałóg:-(
    Szkoda, że u nas nie ma adaptacji, byliśmy tylko si rozejrzeć. I od tego czasu pracujemy nad formą grzecznościową, bo mała owszem " pani" doda, ale po cygańsku w stylu "daj pani" :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupiłam sobie wczoraj na spróbowanie takiego samego "Lubisia" jak te w przedszkolu. Ja, nałogowy słodyczożerca, muszę przyznać - naprawdę są okropne. Mają ten sam chemiczny posmak co "kultowe" rogaliki 7days.

      Jeśli chodzi o zwroty grzecznościowe, to Ania i tak jest lepsza od Jędrusia, bo on do wszystkich mówi jak do kolegów. Na "pana/panią" jest dziwnie oporny.

      Usuń
    2. Czasem myślę, że dieta eliminacyjna była naszym błogosławieństwem, bo łasuchowałyśmy tylko wegańskie domowe słodycze. A jak można, to trudniej sobie odmówić, bo nie ma mocnego argumentu w stylu alergia i już...
      Ania przyzwyczaiła się, że może do nas mówić jak chce, kim to już ja nie byłam...postaci z bajek wszelakich, a najbardziej upodobała sobie, że ona jest Feliksem, a ja Amelką z opowiastki dydaktycznej wymyślonej na poczekaniu...Głupio mi jak w sklepie zwraca się do mnie per"Karmelko" na przykład, albo "Duża Kobieto", a do taty wczoraj rado zawołała radośnie "mężu mamy" :-) jest zabawna, ale w domu ;-)

      Usuń
    3. Też to zauważyłam. Na diecie eliminacyjnej było mniej problemów. Julek na przykład pluje prawie wszystkim, co słodkie. Jędruś nie pogardzi ciastkiem czy żelkami, ale na szczęście wciąż od słodyczy woli owoce i gotowane warzywa, mam nadzieję, że w przedszkolu się to nie zmieni... za bardzo.

      A co do kurtuazji - pół drogi mu dziś tłumaczyłam, że do lekarza mówi się "panie doktorze" - a on wszedł do gabinetu i powiedział: cześć, D. Ciekawe, kiedy się nauczy.

      Usuń
  4. Widzisz Ola, tak samo się oburzałam na poczęstunek w "naszym" przedszkolu. też: słodycze, słodycze, chrupki i jeden talerzyk owoców.
    Dlaczego?
    Przecież edukować warto wcześnie, a jki pożytek z tego, ze maluchy zjedzą łakocie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To u nas aż tak źle nie było - nie było chrupek, a ze słodyczy tylko te nieszczęsne lubisie. Do tego sok Gerbera 100% . Mój mały sok wypił, arbuza zjadł, a Lubisia porzucił po spróbowaniu, więc może te dobre nawyki z domu procentują. Oby się to nie zmieniło.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...