niedziela, 3 maja 2015

O powrocie z majówki i o tym, co dostałam na trzydzieste urodziny

Źródło: de.123rf.com
Kolejny szalony dzień.
Najpierw pakowanie. Mąż stwierdził, że będzie szybciej, jeśli on to zrobi, a ja mam się zająć dziećmi.
OK - ja fruwałam za chłopakami, których w piękną pogodę roznosiła energia, a on  PAKOWAŁ.

Następnie podróż - tuż przed Julo usnął i spał jakieś pół godziny - a to bardzo zły prognostyk. Nie pomyliłam się ani trochę. Obudził się natychmiast po wsadzeniu do fotelika i darł się przez całą trasę Krosno-Jasło (ok. 30min.). W Jaśle mieliśmy już serdecznie dość, więc stanęliśmy i ja zabrałam Jędrka na mini-plac zabaw przy zajeździe, w tym czasie mąż nafaszerował Julka kanapką, a po powrocie z placyku ja dotankowałam go jeszcze do pełna piersią.
Sielanka skończyła się w momencie wsadzenia Julka do fotelika. Trasa Jasło-Pilzno (ok. 15min.) przewrzeszczana w całości, ale kawałek za Pilznem, kiedy na horyzoncie zamajaczył kolejny lubiany przez naz zajazd i już mieliśmy zjeżdżać na obiad - Jul zasnął. Uff, jedziemy dalej.
Daleko nie ujechaliśmy - 20min, później, na obwodnicy Tarnowa znów rozległ się alarm. Zjechaliśmy więc do naszego stałego punktu "popasowego" - i lipa: komunia. Restauracja niby czynna, ale serwuje tylko to komunijne menu nie tylko nienadające się do podania dzieciom i matkom-karmiącym-alergików, ale też horrendalnie drogie. Nic to - jedziemy dalej, do kolejnej sensownej knajpki jakieś 10min, drogi. Oczywiście przy akompaniamencie histeryzującego Julka.
Zajeżdżamy, a tam PARAAAM!!! Komunia i kolejne frymuśne menu. Pogadałam jednak z kelnerem, a on poszedł porozmawiać z kucharzami i wrócił z informacją, że zgodzili się zrobić dla nas po zwykłym kotlecie drobiowym z ziemniakami po normalnej cenie. I nawet zupkę Julka nam podgrzali, żeby było szybciej:)

Fajnie było posiedzieć chwilę wśród szczebiotu Andrzejka i mlachania zadowolonego Julka zamiast ciągłego wrzasku o częstotliwości rozwalającej bębenki. Ale trzeba było jechać dalej...
Na szczęście tym razem Julo zasnął szybko i w nieco ponad godzinę później byliśmy już pod rogatkami Krakowa. I tu sielankę zakończył korek. Nie zgadniecie, co się stało, kiedy auto się zatrzymało...

W końcu jednak dojechaliśmy do domu. Na miejscu otworzyłam zapakowane przez męża torby... i już wiem, że nigdy więcej nie pozwolę się wyręczyć. Tak wymiętolonych ubrań - nawet tych, które się nie mną - nie widziałam od nie pamiętam kiedy. Chyba nic stamtąd nie nadaje się do założenia, nawet rzeczy świeżo prane i pracowicie rozgładzane w czasie wieszania... Żeby więc mi się przypadkiem nie nudziło, kiedy Julek jutro zaśnie, mam trzy torby ubrań do wyprasowania.

Jakby tego było mało, rozpakowując w kuchni przywiezione z domu "słoiki", usłyszałam histeryczny płacz Julianka. Przybiegam na miejsce, a tu Julo całą brodę ma we krwi, a mąż rzuca komuś przez telefon: ale wiesz co, ja chyba muszę kończyć. Wrrr...
Kiedy zmyliśmy krew, okazało się, że wcale to lepiej nie wygląda, bo na sporym kawałku brody Jul zdarł sobie skórę. Yeah...

Na koniec jeszcze o prezencie na trzydziestkę, który sprawiła mi moja szalona mama.
Otóż przyjechałam jeszcze poprzednim razem do Krosna, nie zdążyłam jeszcze dobrze ochłonąć po podróży, a już mamusia oznajmiła, że ma niespodziankę i wszystkich zaprasza na pokaz.
Zeszliśmy na dół, a tam jakaś obca kobita ustawia na stole gigantyczne pudło i wyciąga z niego... Thermomix. W ciągu trzech godzin prezentacji z jej pomocą zrobiliśmy: pełnoziarniste bułeczki, masło do tychże, zupę jarzynową jednocześnie z kurczakiem i warzywami na parze, napój pietruszkowo-cytrynowy (pycha!) i sorbet truskawkowo-bananowy, którym nawet Julo, wielki wróg owoców, był zachwycony (tak, dałam roczniakowi lody).

A teraz najlepsze: pod koniec pokazu mama oznajmiła, że kupuje Thermomix DLA NAS. Mało nie padłam trupem, za równowartość tego sprzęcicha nasza czteroosobowa rodzinka jest w stanie przeżyć 2 miesiące i jeszcze coś tam pewnie by zostało.
Wtedy sprzętu nie wzięliśmy ze sobą, bo auto mieliśmy wyładowane po dach. Dziś za to udało się go wcisnąć i nasz nowy "lokator"jeszcze nie został rozładowany, a już zdążył spotkać się z krytyką mamy mojego męża;p Ale cóż, jutro maszyna dostanie szansę, by udobruchać teściową bułeczkami z domowym masełkiem:)

10 komentarzy:

  1. No to teraz Twoje życie się odmieni zupełnie ;) też mamy Thermomix i muszę przyznać, że wszystkie zupki i danka dla Madzi robię tylko przy pomocy tego sprzętu-ogromna oszczędność czasu! Z gotowaniem dla nas różnie bywa, bo lubię też tradycyjne techniki, ale jest niezastąpiony przy robieniu koktajli, wszelkim mieleniu i miksowaniu. No i błyskawicznie ubija białka. Co tu dużo mówić, to z pewnością nie są pieniądze wyrzucone w błoto :) życzę miłego odkrywania tajemnic tego cudu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, fajnie, podrzucisz mi mailem parę przepisów na dania dla roczniaka? Bo Julek generalnie je już to, co ja, a ja zbyt kreatywna nie jestem, lubię tradycyjnie.

      Usuń
    2. Ha! No to będzie trudne, bo wszystko robię wymyślając na poczekaniu no i mamy już machinę od 3 lat, więc dużo improwizuję... Ale generalnie zupki klasycznie - wywar z mięska i warzyw (z przewagą marchewki) i w zależności od tego co akurat jest w domu dodaję jakiś specjał typu szpinak, jarmuż, papryka, dynia, cukinia itp. Zagotowuję i wszystko miksuję zostawiając kilka warzyw w kawałkach. Potem zagęszczam manną, albo dodaję makaron (polecam owsiane nitki). Zaraz Ci wyślę mailem przepis na pianki serowe z miodem - u nas to absolutny hit! :D

      Usuń
    3. Dzięki za przepis, będzie deser na niedzielę:)
      Wiedziałam, kiedy wprowadzić młodemu biały ser;p

      Usuń
  2. Wow! Tyle dobrego słyszałam o tym urządzeniu. Pochwal się koniecznie pysznościami, które w nim zrobisz. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wcześniej niewiele o nim słyszałam, czytałam trochę u Matki Browar i na Chustoforum, ale z powodu ceny nawet nie śmiałam marzyć. W każdym razie buleczki stygną, będzie o nich jutro albo pojutrze, bo dziś już nie mam siły.

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Fajny jest:) Robiłam dziś bułki razowe, ciasto wyrobił mi w 2 minuty:)

      Usuń
  4. Och szczerze zazdroszcze! Brat mojego meża kupił go swojej zonie i wiem ze ten sprzet jest niesamowity! No ale mi niestety mąż powiedział, że owszem kupi mi, ale gdy juz sama bede perfekcyjnie gotowac.. eh.. czyli jeszcze pare lat poczekam ;D Pozdrawiam Emilia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet nie śmiałam o tym marzyć, bo kosztuje więcej niż wynosi wypłata mojego męża. Gdyby nie mama, nigdy byśmy go nie mieli. A Twój mąż w sumie nie mówi nie:) Ja uwielbiam gotować, więc tym bardziej miałabym motywację;p
      Pozdrawiam

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...