środa, 1 kwietnia 2015

Pieniądze szczęścia nie dają?

Dziś rano przed wyjazdem do Krosna, mąż przez internet płacił rachunki. Wszedł na konto i zdębiał, bo okazało się, że mamy tam znacznie (tzn. dla nas znacznie) więcej niż się spodziewał.
Weszliśmy w historię rachunku i okazało się, że to jego pracodawca, tytułem wynagrodzenia za marzec, przesłał mu niemal dwa razy więcej, niż mąż ma na umowie.

Zaczęliśmy się zastanawiać - pewnie kadrowe się pomyliły i przesłały mu pensję jego szefa.
Trzeba zadzwonić i się dowiedzieć.

Mąż przez jakiś czas dodzwonić się nie mógł, a ja w tym czasie sobie gdybałam
- a może rozliczają grant
- a może za artykuł naukowy
- a może podnieśli ci pensję i jeszcze nie zdążyli cię powiadomić?

Zanim mąż rozwiał wszystkie te moje wątpliwości, zdążyłam jeszcze pomyśleć, że fajnie by było, gdyby naprawdę tyle zarabiał.

Jędruś wyrasta z ubranek, trzeba go znów obkupić. We wrześniu idzie do przedszkola, trzeba kupić wyprawkę, ja trochę przytyłam, muszę wymienić przynajmniej spodnie. Mogłabym nie liczyć każdej złotówki - choć, znając mnie - i tak bym to robiła, nawet gdybyśmy byli milionerami.

Moglibyśmy znaleźć większe mieszkanie. O tak, przydałby się dodatkowy pokój, choćby dziupelka, byle małżeńskie łóżko do niej weszło;p I żeby pokoje były nieprzechodnie. Ech...

No i mogłabym namawiać męża na trzecią pociechę...

W międzyczasie mąż zdołał się dowiedzieć, że to nie pomyłka i możemy zatrzymać dodatkowe pieniądze. To po prostu "trzynastka" - w zeszłym roku jej nie było, bo oszczędności, ale w tym udało się wypłacić.

Dają więc te pieniądze szczęście czy nie? Z jednej strony  - przy takich dochodach - mielibyśmy trójkę dzieci, mieszkalibyśmy wygodnie, a jeszcze coś tam by się odkładało na zaś.

Z drugiej - czego nam teraz brakuje? Kochamy się, jest na jedzenie, ubranie i rachunki. Stać nas, żeby wykupić leki i czasem wezwać pediatrę prywatnie do domu. Możemy sobie pozwolić, by czasem wyjść do kina i zabrać dzieci do sali zabaw albo zoo. Choć już z wakacjami innymi niż pobyt w Krośnie (lub ewentualnie pod namiotem, ale to kiedy dzieci podrosną), byłoby krucho.

Ale kiedy tak spojrzę wstecz... oboje z mężem straciliśmy pracę, kiedy byłam w ciąży z Jędrusiem. Mąż po jakimś czasie znalazł nową, ale tylko na rok akademicki, potem umowa się skończyła. Kiedy Jędruś miał 10 miesięcy poszłam do pracy na pół etatu. Zarabiałam niewiele, mąż brał "fuchy". Było dosłownie "na przeżycie" i nic więcej - i musiało nam wystarczyć. I choć nigdy w życiu, nawet na studiach, tak nie zaciskałam pasa (moi rodzice dawali nam pieniądze, ale postawiłam sobie za punkt honoru, że nie wydam z tego ani grosza, tylko odłożę dla dziecka), to właśnie ten okres wspominam jako najlepszy dla naszej rodziny.
Ja miałam swoją odskocznię, mąż cały czas był w domu, Jędruś nauczył się zostawać z kimś innym niż mama, nie było nas stać na kino i koncerty, to we trójkę zwiedzaliśmy okolicę i chodziliśmy do kościoła słuchać, jak organista ćwiczy przed niedzielą...

Nie, pieniądze nie dają szczęścia. Dają komfort. Im większe pieniądze, tym więcej wygód, a do tego łatwo przywyknąć. A kiedy człowiek się do czegoś przyzwyczaja, to przestaje to zauważać. Jak się cieszyć czymś, czego się nie dostrzega? Ja tam wolę mieć mniej, ale autentycznie cieszyć się z tych drobiazgów, na które możemy sobie pozwolić. Ot, słoik oliwek, wyprawa do zoo, nowe butki dla chłopców, ładne prezenty urodzinowe dla rodziców... Może tylko cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdybym miała w tym swój udział, ale pomału do tego dążę, może za jakiś czas mi się uda trochę ulżyć mężowi...


8 komentarzy:

  1. Masz rację, pieniądze pomagają wygodniej żyć i nie martwić się o najpotrzebniejsze sprawunki, dają nam komfort i takie poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia niestety niewiele...
    Współczuję, utraty pracy przez męża i Ciebie. To bardzo przykra sprawa... Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie jeszcze myślę, że w życiu nie chciałabym doświadczyć utraty pracy...

      Usuń
    2. Dzięki. Ja pracę straciłam w sumie dwa razy. Raz, to pół etatu, po ludzku, nie mam żalu, po prostu była redukcja zatrudnienia, a ja byłam tam najkrócej. Wtedy w ciąży z Andrzejkiem, to zupełnie inna sprawa, ale kto w zagrożonej ciąży ma siłę na sądy...
      Na szczęście Góra nie dała nam zginąć i dajemy radę:)

      Usuń
  2. Nie dają szczęścia! Mamy podobne podejście do życia, ja również wole swoje proste życie, ale NASZE. Co mi po szafie pełnej butów, drogich perfumach? No co? NiC. Za pieniądze nie kupię rodziny, miłości.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oboje z mezem pochodzilismy z rodzin gdzie sie "nie przelewalo". Od pierwszego roku studiow pracowalam by utrzymac sie w Krakowie, a czasami to co udalo mi sie uciulac podsylalam mlodszemu rodzenstwu. Nauczylam sie zyc oszczednei i nie wydawac na glupoty. Teraz z mezem zarabiamy dobrze, mamy stala posade, stac nas na duzo ale mimo to staramy sie nei szalec. Jestesmy zdrowi, mamy mieskzanie w kredycie na 40 lat;) i corkę.. Wole nie kupic nowej sukienki, albo tzreci rok chodzic w tym samym plaszczu a przelac ta kwote na jakas fundacje, zasponsorowac wyprawke do skzoly dla jakiegos dziecka czy kupic komus jakis prezent.
    Ludzie przez prymat pieneidzy czasami zapominaja jak to jest cieszyc sie z najprostszych rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Poczucie bezpieczeństwa dają...złudne i kruche, ale jednak...

    OdpowiedzUsuń
  5. Może i szczęścia nie dają ale nie osiągnęlibyśmy szczęścia nie mając co jeść, bo po prostu skończyłoby się nasze życie. W obecnym świecie nie ma nic za darmo bez względu na to czy łączą się z tym łzy czy uśmiech na twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Każdy z nas chciałby mieć więcej niż mi. A mimo tego że niby pieniądze szczęścia nie dają, to pozwalają nam żyć spokojnie, a to też jest ważne, a nie z dnia na dzień martwić się, czy nam wystarczy

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...