niedziela, 12 kwietnia 2015

Dylematy

Dobrze, że pojechaliśmy na Święta do Krosna. Tam najlepiej odpoczywam ja i moje dzieci.
Dzieciaki zawsze z pobytu u dziadków wracają wyhasane i rozpuszczone jak nomen omen dziadowski bicz, ale każda, nawet kilkudniowa bytność u nich to dla nich ogromny skok rozwojowy.

Cieszę się z tych paru dni tym bardziej, że ostatnio mamy zgryz.
Otóż mój mąż będzie starał się o nową pracę. Wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie ma wystarczające. I chce próbować.

Gdyby mu się udało, moglibyśmy zapomnieć o problemach lokalowych, stać by nas było, żeby wynająć dużo większe, komfortowe mieszkanie, posłać Julka do prywatnego żłobka albo zatrudnić nianię, żeby mi pomagała i jeszcze sporo odkładać.

To nad czym ja się właściwie zastanawiam?

Po pierwsze, boję się o męża. On jest dobrym, uczciwym, do bólu prostolinijnym człowiekiem z twardym kręgosłupem moralnym. A trafiłby w sam środek wyścigu szczurów, gdzie każdy pod każdym kopie dołki - bo takie słuchy chodzą o tej firmie.

Po drugie, boję się samotności. Mąż byłby w domu właściwie gościem.
Czy ja już wspominałam, że nie cierpię Krakowa? Nie cierpię szczerze i marzę, żeby się z niego wynieść. Ale nie do miasta niemal równie dużego, w którym byłam raz w życiu przejazdem, gdzie nie mamy żadnej rodziny, a ja nie znam dosłownie nikogo...

Tu mamy na miejscu mamę męża. A ona ma właściwie tylko nas. W życiu by się do tego nie przyznała, ale kocha wnuki do szaleństwa. Kiedy mąż powiedział jej o swoich planach, wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.
Do moich rodziców zamiast 180 mielibyśmy ponad 500km i właściwie nie za bardzo mielibyśmy kiedy tam jeździć. Zatęskniłabym się chyba na śmierć... I obie babcie za swoimi wnusiami:/
Inną opcją jest rozłąka: ja z dziećmi w Krakowie (albo Krośnie), mąż sam na drugim końcu Polski, dojeżdżający do nas na parę dni w miesiącu. Też lipa.

Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby go przyjęli. Na razie męża czeka sporo przygotowań, długa i skomplikowana rekrutacja, a ostatecznie dowiemy się wszystkiego pewnie nie wcześniej niż jesienią.
Wiem, że mąż chciałby mojego wsparcia, ale dla mnie jedyny plus (finanse) nie przeważa wszystkich wad takich zmian.
Prosiłam męża, żeby zrezygnował, ale odmówił. To był chyba cios w jego męską ambicję.
Modlę się zatem, by nie dostał tej pracy.
Wolę żyć skromnie, ale razem, względnie blisko rodziny. Egoizm?
Co Wy byście mi doradzili?

Darujcie, musiałam to z siebie wyrzucić. Na odtrutkę za 3 dni (a nawet za dwa, bo już po północy) będzie wesoło -  Julek, nasz Promyczek, skończy rok:)

21 komentarzy:

  1. Olu, moim skromnym zdaniem rozłąka to najgorsza z możliwych opcji, ponieważ rodzinna powinna być razem. Rozumiem Twoje zdanie, że wolisz żyć skromniej, ale razem. Z drugiej strony może warto zaryzykować? Kiedy Twój mąż zdobędzie doświadczenie w prestiżowej firmie, otwirzą się przed nim nowe możliwości. Szkoda by też było zostawić Teściową samą, bo nie ma nic gorszego niż samotniść (ja z siostrą studiujemy 130 km od domu rodzinnego, a tata został tam sam, jednak co tydzień na weekend wracamy).
    Dbajcie o siebie Kochani, wierzę, że podejmiecie najlepszą decyzję :-) Ania R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozłąki nawet nie biorę pod uwagę. Nigdy nie rozstałam się z mężem na dłużej niż 2 dni. Rozstanie nie wchodzi w rachubę. Co do samej pracy - mąż zawsze chciał robić karierę naukową - i robi, jest w trakcie habilitacji. O karierze takiej, jaką planuje teraz zacząć, wcześniej przez lata wyrażał się mocno ironicznie. To raczej instynkt jaskiniowca;p

      Usuń
    2. Wielkie gratulacje dla Twojego męża w związku z tytułem doktora:-) Bardzo szybko robi habilitację, u mnie na uczelni ciężko spotkać kogoś przed 40-stką z tytułem dr hab, ale taki proces tez pewnie trochę trwa. Możee jednak się nie rozmyśli i kirdyś zostanie profesorem :-) Ania R.

      Usuń
  2. Zgadzam się z Anią w życiu nie rozłąka! Nawet gdyby męża nie było całymi dniami ale wracał by każdego wieczoru, zawsze jest to lepsza opcja niż rozłąka! Rodzina, małżeństwo - musicie trzymać się razem. Wiem, że jesteś osobą wierzącą, więc niczego się nie bój, tylko zaufaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozłąka nigdy w życiu. Tyle wiem. Ufam Panu Bogu, mam nadzieję, że z Jego pomocą przetrwamy to, co dla nas zaplanował. Ale i tak nie uśmiecha mi się wizja wyprowadzki w kompletnie nieznane.

      Usuń
  3. Z jednej strony masz rację ale z drugiej warto spróbowac czegos nowego, choć po to by się trochę "odkuć", może na rok czy dwa. A i tak powinnaś sie cieszyć, ze twój maż jest sam w stanie otrzymać rodzż musze pracować Pozdrawiamine. Mój niestety jest zwykłym fizycznym pracownikiem w dodatku pracujacym w budowlance, i niestety gdy przychodzi zima przynosi do domu niewiele bo ok 1400 zł a latem to i tak polowa na czarno, więc z dójką małych dzieci te

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest kwestia roku czy dwóch. To jest 5 lat z możliwością przedłużenia. Jasne, że się cieszę, że mąż daje radę nas utrzymać. Teraz on, wcześniej albo razem, albo ja - może kiedyś znów będzie moja kolej, różnie może być.
      PS. Sama swego czasu pracowałam na czarno - i to w aptece:) Umowa na 1/4 etatu na minimalną krajową, a pracowałam 8h dziennie i czasem nadgodziny;p

      Usuń
  4. Rodzina musi być razem, ja sobie inaczej tego nie wyobrażam , także myślę ze rozłąka całkowicie odpada, nie zawsze pieniądze są najważniejsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem z domu, gdzie się nie przelewało, umiem odmówić sobie różnych rzeczy i wcale nie czuję się pokrzywdzona z tego powodu. Nie głodujemy, mamy w co się ubrać, stać nas czasem na drobne atrakcje i utrzymanie auta - nie jest źle.
      A rozłąki bym nie zniosła. Też wolę skromniej, ale razem.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak. Może Adam Wam się pochwali tym, co mu chodzi po głowie.

      Usuń
  6. A może to jest marzenie Twojego męża? Być docenionym i mieć pracę i pensję na miarę swoich możliwości. Jeśli teraz macie tyle co na przeżycie to podobną pracę pewnie bez problemu by znalazł. Spróbujcie, żebyście nie gdybali i nie żałowali w przyszłości, ale nie mieszkajcie w dwóch różnych miastach. Miałabyś daleko, ale jeśli byś nie pracowała to mąż mógłby raz na jakiś czas zawieźć Cię na jedno lub dwu tygodniowe wakacje do rodziców. A w pracy zawsze można złożyć wypowiedzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie nie, on nigdy nie marzył o czymś takim, marzył o tym, co robi teraz. Wbrew pozorom nie jest łatwo o taką pracę, jaką teraz ma, starał się o nią ponad rok. Jeśli teraz z niej zrezygnuje, to nie wiem, czy przyjmą go znowu w razie w.
      Ja doceniam to, co on teraz robi, żeby utrzymać rodzinę, nie potrzebuję opływać w dostatki.

      Usuń
    2. To w takim przypadku nie rozumiem po co zmieniać to z czym jest dobrze i ryzykować.

      Usuń
    3. Kasa ze cztery razy większa...

      Usuń
  7. Żaden egoizm, widocznie on martwi się o utrzymanie rodziny i to jest jego priorytet, więc oślepł na inne kwestie :-( więc tez bym się modliła o rozwiązanie w Krakowie, którego nie cierpisz (nie wiedziałam), ale żebyście byli razem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytając o egoizm, miałam na myśli raczej siebie niż męża.
      Też mam wrażenia, że to taki instynkt jaskiniowca.
      Jasne, że będziemy razem. Ja też staram się, żeby coś w końcu drgnęło, kto wie, może w wakacje uda mi się chociaż zacząć kurs zielarski...

      Usuń
  8. Witam. Zagladam tu dosc regularnie, nie pamietam jednak czy kiedys zostawilam komentarz.

    Napisze Cie, ze doskonale Twojego meza rozumiem. Moze kieruje nim meska ambicja, a moze po prostu chce czegos wiecej dla swojej rodziny niz skromne zycie "na styk"? Tak, pieniadze szczescia nie daja, ale daja poczucie bezpieczenstwa i pewien komfort. Ty w najblizszym czasie nie planujesz zdaje sie powrotu do pracy i odciazenie budzetu domowego, wiec maz, jako jedyny zywiciel, wzial polepszenie Waszego bytu na siebie.
    Z perspektywy emigrantki dodam tez, ze te 500 km od rodzicow wydaje mi sie smieszne (bez obrazy). Mnie od rodziny dziela tysiace. Mozna przywyknac, a wierz mi, dzieciom obecnosc dziadkow wystarcza tylko raz na jakis czas i tez sa szczesliwe. Zreszta. zrobisz prawo jazdy (jesli go nie masz), przy wiekszych zarobkach meza kupicie drugie auto dla Ciebie. Poniewaz nie pracujesz, mozesz jezdzic z chlopcami w odwiedziny do dziadkow tak naprawde w kazdej chwili. Wszystko zalezy od nastawienia. Tak jak pisza przedmowczynie, najwazniejsze to zatrzymac rodzine razem i mam na mysli ta najblizsza: meza i dzieci, a nie rodzicow i tesciow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam wszystkich, którzy wyemigrowali - ja bym nie umiała. Ja z tych, co łatwo przywiązują się nie tylko do ludzi, ale też do miejsca i jeśli raz gdzieś wrosnę, to ciężko mi odciąć korzenie. W sumie już 10 lat mieszkam w Krakowie lub jego okolicach, a serducho cały czas mieszka na Podkarpaciu. Dla mnie 500km to kosmos.
      Prawo jazdy mam od studiów, jeździć lubię.
      Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Dbam o kontakt dzieci z dziadkami - to też jest bardzo ważne.
      Co do mojej pracy - planuję, planuję, ale nie do apteki i nie na etat. I małymi kroczkami...

      Usuń
  9. Trudna sprawa. Twoj maz zapewne chce Wam neiba przychyli i zapewnic wszystko o czym marzycie nawet kosztem rozlaki. Wbrew sobie byli bliscy byli szczesliwi.
    Moj P. gdy jeszcze nei bylismy malzenstwem czesto jezdzil w delegacje za granice ( nawet na 9 miesiecy). Bylo ciezko. Gdy zakonczyl ostatnia stwierdzil ze nigdy wiecej. Minelo 3 lata i jzu go ciagnie w swiat...
    Chyba pierwszy raz bede trzymala kciuki za to by ktos nei dostal pracy...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...