sobota, 14 marca 2015

Jak państwo dyskryminuje pełne rodziny

Wszyscy szukają, szukamy i my.
Szukamy przedszkola dla naszego pierworodnego.

Dookoła wszyscy pukają się w głowę. Po co? Przecież ja "siedzę w domu" (ha ha ha;p).
Dziecku najlepiej w domu z matką. Taaa, może jeszcze do osiemnastki. Albo nie. do trzydziestki.

Prawda jest taka, że ledwo łapię ostatnio zakręty. Jędruś, jaki jest, wiadomo Wam od dawna, a do tego Julo niezmiernie się uaktywnił. Dalej wprawdzie boi się upadków, ale podtrzymując się ścian/mebli/nóg domowników jest w stanie obejść całe mieszkanie w tempie ekspresowym. A jeśli jeszcze dorwie się do pchacza, to już w ogóle biegiem. I bardzo często mają cichą zmowę - jeden broi w jednym, a drugi w przeciwległym końcu mieszkania.

Zatęskniło mi się do mania w domu tylko jednego malucha. Tego młodszego i spokojnego, który bez braterskich inspiracji jest do rany przyłóż i potrafi nawet przez godzinę zajmować sie zupełnie nieinwazyjną zabawą. A nawet, kiedy zaczyna marudzić, to wrzuca się delikwenta do nosidła i już znów spokój. Przydałby się komuś, kto chce zająć się jakąś zdalną pracą. Ale to tylko jeden powód - i to wcale nie najważniejszy.

Drugi jest taki, że Jędrula mi zwyczajnie dziczeje. Wiecie, dlaczego ostatnio nie ma tu jego zdjęć? Między innymi dlatego, że mały zapałał niechęcią do ubrań i wykorzystuje każdą okazję, by się ich pozbyć. Nawet jeśli rano sam je sobie wybierał.
Z jedzeniem jest horror. Potrafi nawet przy stanowczym ojcu wywrócić swój talerz do góry dnem i strącić zawartość na podłogę.
Odrzuca wszystkie propozycje zabawy. Nie będzie rysował, lepił z ciasta solnego ani grał w memo, nie pobawi się autami ani nie nakarmi misiów ciasteczkami, co jeszcze niedawno czynił namiętnie.
Potrafi za to przez kilka godzin poruszać się po mieszkaniu skacząc i twierdzić, że jest żabą z papą smerfem na grzbiecie. Albo przemawiać czule do opaski odblaskowej na ramię.

No i trzeci powód jest taki, że przy obcych, a szczególnie poza domem Jędruś naprawdę potrafi zachować się przyzwoicie. Nie robi już maniany w kościele, na placu zabaw chętnie dzieli się zabawkami i przepuszcza dziewczynki w kolejce do zjeżdżalni (tatusia szkoła;p), a kiedy przychodzi do nas moja ciocia, jest do rany przyłóż. Tylko przy najbliższych, włączając w to moich rodziców i mamę męża, pokazuje różki.
Może więc, gdyby tak częściej miał kontakt z cywilizacją, znormalniałby i w domu...

Z tych powodów postanowiliśmy - posyłamy dziecko do przedszkola. Albo raczej - spróbujemy posłać...

Chcielibyśmy, żeby synek poszedł do placówki, w której nacisk kładzie się bardziej na wychowanie niż modne fiu bździu typu sto języków obcych, globalne czytanie metodą Domana, fortepian, balet klasyczny i garncarstwo. Chcielibyśmy też, żeby nie było to przedszkole, w którym dzieci traktuje się kompletnie bezstresowo, ani takie, gdzie jest duża szansa trafić na dzieci rodziców, którzy mają takie właśnie podejście.
No i chcemy w końcu, by szanowne państwo w swym obecnym kształcie jak najmniej miało do powiedzenia  w kwestii kształtowania światopoglądu naszego syna: żadnego źle pojmowanego gender, żadnego wyścigu szczurów, żadnej nauki tolerancji dla wynaturzeń i zboczeń.
Tak oto podjęliśmy decyzję, że złożymy papiery tylko do przedszkoli katolickich prowadzonych przez zgromadzenia zakonne.

Szukając takowych w sieci, mąż wynalazł ich w całym Krakowie kilkanaście, wybrał z listy 12, do których mamy bezpośredni dojazd, i wszystkie po kolei objechał, składając w nich podania.

Jego obserwacje?
  • W salach jest dość cicho. Ewentualnie słychać pojedyncze głosy dzieci lub śpiewy całej grupy. Nie ma dzikich wrzasków, płaczów i protestów.
  • Rodzice odbierają uśmiechnięte pociechy, które radośnie opowiadają o tym, co robiły. 
  • W ogrodach klasztornych są duże i fajnie wyposażone place zabaw.
  • Wszystkie te przedszkola mają własne kuchnie. Wywieszone menu wygląda bardzo "domowo", na przekąski - owoce, jeśli słodycze, to co najwyżej domowe ciasto pieczone przez siostry.
  • Siostry dyrektorki mówią wprost - to są bardzo oblegane przedszkola. Na jedno miejsce dla trzylatka jest od kilku do kilkunastu chętnych.

A teraz co nieco o kandydacie:
  • dziecko lat 3 (a więc nieobjęte obowiązkiem przedszkolnym)
  • starsze (więc nie ma rodzeństwa w przedszkolu) z dwójki dzieci(a więc nie z rodziny wielodzietnej)
  • wychowują je oboje (a nie jeden samotny) biologiczni rodzice (odpada przywilej dla dzieci z rodzin zastępczych), którzy na dodatek są małżeństwem (więc samotnego rodzicielstwa nie da się spreparować)
  • nikt w rodzinie nie jest niepełnosprawny
  • nic nie przeskrobaliśmy (a więc nie mamy kuratora)
  • mama nie pracuje zawodowo ani nie studiuje dziennie.
A więc czekamy do 27 marca na wyniki, a potem mąż będzie, jak w "Alternatywach 4" szukał nazwiska Jędrusia kolejno na 12 listach.
Zaciskamy więc kciuki i cicho wzdychamy do św. Judy. Szanse są.
Bliskie zeru.



PS. O żłobku dla Juliana nie śmiem nawet marzyć. Końcem lutego dostałam bowiem wiadomość, że Jędruś, którego zapisywałam do żłobka, kiedy miał rok, by poszedł od września mając półtora roku, zostanie przyjęty od 1 kwietnia roku 2016. Tego dnia będzie miał dokładnie 4 lata i 3 dni.

12 komentarzy:

  1. Dobrze wiem o czym piszesz w zeszłym tygodniu składałam podanie do grupy 2-latków dla Olusia. U nas jest szansa ale dlatego, że odchodzą z przedszkola wszystkie pięciolatki, trochę sal się zwolni i zamiast dwóch będą trzy grupy 2-latków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Macie szczęście.
      Ja poszłam zapytać, czy na to andrzejkowe miejsce w żłobku mógłby załapać się Julek, byłoby łeb za łeb. Ale nie, musiałam zapisać go od nowa, bo nie zgadza się imię i pesel. I tak Julo jest 159 na liście rezerwowej.

      Usuń
  2. U mnie całe szczęście nie ma takich problemów :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mogłabym wysmarować długi komentarz na bardzo drażliwy dla mnie temat, ale po prostu odeślę tutaj: http://ja-pasjomatka.blogspot.com/2014/05/dlaczego-nie-lubie-samotnych-matek.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to...
      Swoją drogą, w naszej sytuacji byłby to absurd - rozwodzić się, żeby dostać miejsce
      w przedszkolu KATOLICKIM... ale nawet siostrom ministerstwo narzuca te durne kryteria, niestety.

      Usuń
    2. Dodatkowo czasem do przedszkoli katolickich nie zawsze wysyłane są dzieci wychowywane w rodzinach katolickich.

      Usuń
  4. Mnie z kolei fascynuje taka ekwilibrystyka logiczna - niepracująca matka oznacza mniej punktów. A w jaki sposób niepracująca ma iść do pracy, skoro ma dziecko w domu, a nie w przedszkolu? Koło się zamyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Iść do pracy na etat nie mam jak, bo nawet jeśli Andrzejek gdzieś by się dostał, to zostaje jeszcze żłobek dla Julka, na który już zupełnie nie mamy szans. Przy samym Julku spokojnie dałabym radę pracować w domu, więc zaciskam kciuki, żeby nad Andrzejkiem gdzieś się jednak zlitowali.

      Usuń
    2. Życzę powodzenia! Dziecku bardzo potrzebny jest kontakt z rówieśnikami. Mam nadzieję, że się Wam uda (mimo że polityka prorodzinna u nas jest mało śmiesznym żartem).

      Usuń
  5. Ja polecam http://www.krakow.sternik.edu.pl :)) Dużo znajomych ma tam dzieci i bardzo sobie chwalą. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Już byliśmy i nam się podobało - ale od nas tam w szczycie korków to 1,5h w jedną stronę niestety:(

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...