poniedziałek, 28 grudnia 2015

Bilanse, bilanse...

Święta, święta i po świętach, choć nie wracamy jeszcze do normalnego trybu funkcjonowania, bo w Krośnie zostajemy do Trzech Króli.
No i wygląda na to, że rozminiemy się z Zimą - bo właśnie po Trzech Królach zapowiadają śnieg. Łeee...

Tymczasem zbliża się Nowy Rok - czas podsumowań tego, co było i nadziei na nowe.

Ja miałam nadzieję na nową pracę - nie wyszło, ale nie żałuję, bo dostałam coś daleko cenniejszego niż etat.
Mąż też starał się o nową pracę i też nic z tego nie wyszło - i również całe szczęście, bo co nam po pieniądzach, nawet bardzo dużych, kiedy mielibyśmy się rozdzielić albo wynieść do stolycy, gdzie nie mamy nikogo...

Dla nas ten rok, podobnie jak poprzedni, był piękny z przyczyn rodzinnych. W zeszłym roku pojawił się Julianek, nasz promyczek, nasze wiecznie uśmiechnięte złotowłose słoneczko.
W tym roku powitaliśmy Martusię, naszą kochaną młodą damę, równie uroczą, co wymagającą Księżniczkę na Ziarnku Grochu.
I Jędrusia udało się posłać do przedszkola. I Julek tak ślicznie uczy się mówić. I Martunia z dość trudnego w obsłudze noworodka ze znamionami wcześniactwa wyrasta na silną, pięknie rozwijającą się dziewczynkę. W Boże Narodzenie zaliczyła pierwszą przewrotkę na brzuszek. A my możemy to wszystko obserwować - razem...

Problemy? Pewnie, że są. Jedne mniejsze, inne większe. Jedne odeszły, inne uparcie nie chcą się od nas odczepić. Zresztą - przecież każdy jakieś ma, więc dlaczego nas miałyby ominąć?

No nic, teraz postanowienia.
Na 2016 rok postanawiam...

  • wybrać się do lekarza po zaświadczenie do becikowego.
  • wymusić na mężu, by polazł do urzędu złożyć wnioski.
  • zameldować się wreszcie w Krakowie, a kiedy już to zrobię...
  • ...wyrobić nam kartę dużej rodziny. 

Tak, do dziś nie mam meldunku w Krakowie, choć mieszkam w nim tyle lat. Nadal czuję się krośnianką, nie krakuską. Na pytanie "skąd jesteś?" niezmiennie odpowiadam, że z Krosna.
Meldunek w Krakowie jest mi jednak potrzebny, by dostać lokalną wersję "Karty Dużej Rodziny". Bo podobno jest oddzielnie ogólnopolska i krakowska i można mieć obie, o ile ma się meldunek na terenie Krakowa. Mąż i dzieciaki mają, więc dostaną, ale ja też chcę taniej jeździć MPK, pobierać krew i zwiedzać muzea. Pora więc się przełamać i zostać "czasową" krakowianką;p

Swoją drogą, czy trójka dzieci to dużo? Kiedyś to był standard, w większości domów była właśnie trójka, rzadko dwoje lub 3+. W mojej klasie na 34 osoby było troje jedynaków. Teraz nagle troje to - aj waj! rodzina wielodzietna. Idąc tym tropem, czwórka to pewnie już patologia.


Ja nie czuję się "wielodzietna". No, może czasem - kiedy przyjeżdżam do rodziców. Jedno wspina się po stromych schodach na strych, drugie zapiernicza po schodach na dół, a trzecie płacze, by odwrócić uwagę od dwojga pozostałych. Ciasne M2 ma jednak swoje plusy;p

Innych postanowień nie mam. No, może szczęśliwie dotrwać w komplecie do roku 2017:)


czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilia tuż tuż...

Świątecznie witamy się z Krosna. W poszerzonym składzie, bo nawet mama męża dała się namówić na wyjazd. Te Święta będą więc zdecydowanie rodzinne:)

Dojechaliśmy w poniedziałek i trafiliśmy w sam środek przedwigilijnego kociokwiku.
Na kuchence kompot i ze dwa rodzaje kapusty, z piekarnika właśnie wyjeżdżają 3 bochenki chleba, ale tylko po to, żeby zrobić miejsce babce i sernikowi, a w kolejce czekają już dwa stoły zasłane pierniczkami.

Wspomnień czar - te bańki są starsze ode mnie:)


We wtorek i środę wielkie pieczenie miąs na dwa kolejne dni świąt. Kaczka, rolada z indyka, nadziewane piersi z kurczaka, schabik ze śliwką... Kiedy my to przejemy...

Dziś mama krząta się przy rybach, tato ubiera choinkę, mąż ululał Julianka, brat zabrał z placu boju Andrzejka, a ja jedną ręką stukam posta, drugą dojadam śniadanie, a trzecią ręką nogą bujam Martusię w wózku, bo marudzi po karmieniu choć odbiła i ma sucho.

Czekała też na nas masa niespodzianek - od mojego wujka z Francji przyszły cudne śpiworki dla młodszej dwójki i piżama dla Jędrusia. Znamienny jest napis na bluzie: "rules are not for me". Tak, zdecydowanie dobre podsumowanie charakterku właściciela:) i kolejna niespodzianka: już nie muszę się głowić, jak wystylizować dzieciaki na wieczerzę:

Na widok sukieneczki aż mi się oczy zaświeciły. Ciekawe, czy Martusia zmieści się w to cudo.
Sweterek miał być dla 3,5-latniego fana myszki Miki, a okazał się w sam raz na Jula

Prezent od Wujka z okazji narodzin siostrzenicy. Wreszcie doczekał się stosownej okazji:)


A Wam, drodzy Czytelnicy, 
najserdeczniej życzę błogosławieństwa rodzącego się Dzieciątka,
Świąt pięknych, magicznych i owocnych duchowo 
oraz zdrowia, radości i rodzinnego ciepła.

Pozdrawiam - Ola z Dzieciakami:)


sobota, 19 grudnia 2015

Marta ma kwartał:)

Martusia dziękuje: Babci za spódniczkę
i cioci za buciki;p
Wczoraj Martula skończyła 3 miesiące.
Według miarki na naszym przewijaku mierzy 60-61cm, a waży jakieś 5500-5600g. Czyli nadal kruszyna, ale przynajmniej na siatki się wdrapała. Nosi ubranka w rozmiarze 62 (pojedyncze 56 i 68 też ma) i pieluszki w rozmiarze 3. Powoli przymierzam się do przesiadki na pieluchy wielorazowe - przynajmniej częściowej, w środku dnia, kiedy mała nie robi "dwójek" - pojulkowe otulacze już na nią pasują, trzeba by tylko spinać je do rozmiaru "S".

W tym miesiącu zaliczyliśmy choróbsko, katar, chrzest i kilka kontroli. Endokrynologicznie jest w porządku, bioderka w normie, ale jeszcze coś tam jest do sprawdzenia w 6 miesiącu, za to przypadkiem lekarka odkryła nieznacznie wzmożone napięcie mięśniowe - ale na kontroli w poradni rehabilitacyjnej dowiedziałam się, że to nadgorliwość, a Marta mieści się w normie - tym bardziej, że jest nieco przedterminowa. Mamy zatem jeszcze jedną kontrole w styczniu, a jeśli i tym razem będzie ok, to współpracę z rehabilitacją zakończymy.

Bardziej martwi mnie co innego - Marta jak dotąd jest nieszczepiona. Chciałam zrobić to już dawno, jeszcze przed katarami, ale okazało się, że brakuje szczepionki 3w1. Jest tylko 5w1, ta sama, którą brał Andrzejek - ale po tym, co go spotkało, po prostu drżę na samą myśl o podaniu Martusi tego preparatu. Więc odwlekamy - może za czas jakiś uda się dostać "naszą" szczepionkę...

Martusia nadal złośnicą jest. Noce przesypia ładnie, ale w dzień daje popalić nam, przyległym piętrom i
Matka, coś ty mi włożyła? #wstydzioch#
mieszkańcom sąsiedniej klatki.
Zapinanie pieluchy po przewijaniu to według niej tragedia.
Wózek na spacerze musi być w ruchu nawet, kiedy księżniczka mocno śpi. Kiedy wózek staje (np. żeby mama kupiła w kiosku gazetę) można sie bowiem łatwo przekonać, że księżniczka wcale tak mocno nie spała.
Chrzest już opisywałam. Słysząc wrzaski nowoochrzczonej, sam diabeł wiał, gdzie pieprz rośnie - a takie histerie zdarzają nam się prawie codziennie. Czasem nawet pierś nie pomaga. Ale jest coś, co daje radę:
chusta. Nadal w codziennym użyciu. Gdyby nie ona, mieszkalibyśmy w chlewiku i bylibyśmy zdani na talent kulinarny mojego męża czyli pizzę na telefon i słoiki dla niemowląt. A tak może porządek to za dużo powiedziane, ale nie zarastamy, a i coś ciepłego na obiad codziennie jest.

 Bracia Martusię zaakceptowali już w pełni. Z młodszym jest przyjaźń i głaskanie po główce, starszy zakochał się na zabój, w przedszkolu głosi cnoty siostry i żenić się chce. Oczywiście jak dorośnie i będzie tak duży jak tatuś. No ale co się dziwić - podobieństwa się przyciągają. Gdyby Marta była chłopcem, powiedziałabym, że to klon Andrzejka:

Inne mieszkanie, inna fryzura, inna bluzka - to samo dziecko? ;p

a co potrafi?

Przewrócić się z brzucha na plecy - już tak elegancko:)
Chwycić grzechotkę i spróbować ją zjeść
Chwytać się za dłonie zaplatając palce (i spróbować je zjeść)
Trzymać głowę dowolnie długo w każdej pozycji
Głużyć (choć jak na razie panna z tych mniej gadatliwych)
Odwrócić głowę za znanym sobie głosem
Próbować złapać zabawkę, która wisi nad nią (np. warkocz mamy;p)

A w nowym miesiącu - pierwsza dłuższa podróż i pobyt poza domem:)
Za powyższą sesyjkę dziękujemy Wujkowi. Na koniec jeszcze trochę Martulca:





czwartek, 17 grudnia 2015

Ciuchowy recycling - czyli jak tchnąć nowe życie w poplamione ubranka

Były sobie ubranka - białe body po Julku w rozmiarze 62 i różowe półśpiochy w rozmiarze 68 dostane od kogoś na wieść o idącej na świat małej dziewczynce.
Ubranka były jednak smutne, bo choć na kruszynę były (już prawie) dobre rozmiarowo, wciąż leżały na osobnej kupce, a Martusia nosiła wszystkie tylko nie te. No cóż - taki los bodziaka z rdzawą plamą i półśpioszków z kleksem po jakimś soku.

Aż tu któregoś dnia mama po nie sięgnęła.
Martusia właśnie wskoczyła w rozmiar 62. Kopertowy bodziak byłby jak znalazł. Śpioszki jeszcze ciut za duże, ale do chusty można założyć - podwiną się i będą w sam raz, a i stopki mają wygodne - wreszcie mała kangurzyca nie będzie podkurczała paluszków...

Dzieci jak to dzieci - brudzą. Ich ubrania często się plamią, a czasem te plamy nie schodzą. Co robić? Wyrzucić?
Nie - używać nadal:)
Wyjaśniam: nie, nie wkładam mojej córci poplamionych rzeczy. Co prawda moje podejście do ubranek jest czysto użytkowe, ale i tak nie lubię widoku zniszczonych ubrań na dziecku. Nie lubię też jednak wyrzucać ubrań z powodu jednej plamki, więc kiedy pomocnik św. Mikołaja ofiarował nam kredki do robienia naprasowanek, byłam zachwycona.

Działa toto tak: najpierw rysuje się wzór na papierze. Potem przykłada ten papier rysunkiem w dół do tkaniny i prasuje kolistymi ruchami na "trzech kropkach" przez ok. 2 minuty. Następnie suszy się tkaninę 72h w pozycji rozłożonej i już można cieszyć się nowymi fatałaszkami.

Rozwiązanie to ma oczywiście swoje minusy - odpada w przypadku ubrań z delikatnych tkanin, których nie można traktować tak wysoką temperaturą. No i uranie, nawet wcześniej pancerne, teraz staje się delikatne i najlepiej prać je ręcznie.

Ale są i plusy:
  • wyżyłam się artystycznie
  • Marta ma "nowe" i w dodatku niepowtarzalne ubranka
  • satysfakcja, że się nie wyrzuciło
  • satysfakcja, że zrobiło się coś samemu:)

U nas wyglądało to tak:


Na dobry początek splagiatowałam rysunek z opakowania kredek. Potem zrobiłam jeszcze kilka bardziej lub mniej udanych rysunków, które czekają na swoją kolej:)


Efekt wyszedł nieco rozczarowujący. Kontury na kwiatku poprawiłam więc czarną kredką, przyłożyłam czystą kartkę i przejechałam żelazkiem jeszcze raz. Na półśpiochach sie nie szczypałam i poprawiłam wodoodpornym pisakiem do płyt.

Jeszcze trochę brokatu i voila!
Marta nie miała ich jeszcze na sobie, na razie schną. Może na trzecią miesięcznicę jej założę;p

Wrażenia?
Pracochłonne toto. Mam nadzieję, że te moje malunki przetrwają choć jedno pranie.
Idea mi się jednak podoba, choć na przyszłość chyba wybiorę inną technikę. Gotowych pasmanteryjnych naprasowanek nie trawię, ale może coś wyhaftuję albo zrobię naszywankę ze skrawków materiałów?
Albo po prostu kupię farby do tkanin. A może Wy mi coś polecicie?

wtorek, 15 grudnia 2015

20 miesięcy minęło...

Tak niedawno byłam w ciąży... z Andrzejkiem:) A teraz Andrzejek ma już dwójkę młodszego rodzeństwa.
Siostrę, której mimo jej głośnego sprzeciwu montuje karuzelę na łóżeczku, i brata, który właśnie kończy 20 (!!!) miesięcy.

Statystyk nie ma. Wymiary podobne jak poprzednio, bo rozmiar ubrań się nie zmienił. Tylko stopa urosła - kozaki kupiliśmy w rozmiarze 24. Ech, szkoda tylko, że na razie zaprezentowały się jedynie na trasie dom-przychodnia dom...

Brat Andrzejka bidny był bowiem w tym miesiącu. No bo co zdążył się wykurować, to Jędruś zwlekał do domu kolejnego bakcyla. Ciekawe, jak będzie teraz - Julo właśnie wyzdrowiał po drugim od września zapaleniu oskrzeli...

Smutne to, ale już nie pamiętam, kiedy wszyscy razem byliśmy na rodzinnym spacerze. Podwójny wózek na razie służy samej Marcie - doczepiane siedzisko dla Julianka nadal czeka na swój debiut. Może jutro po południu, jeśli nie będzie pluć żabami?

Jul kisi się zatem w domu. Wbrew pozorom, jakieś plusy takiego stanu rzeczy jednak są. Julasty grzebie się w plastelinie, podbiera bratu ciastolinę, buduje z klocków, rysuje (najchętniej długopisem), polubił czytanie książeczek i niesamowicie rozwija słownictwo. Mówi krótkimi, prostymi zdaniami, całkiem nieźle odmienia, każde słowo wymawia z wielką starannością. Wiadomo - nie wszystkie głoski wypowiedzieć potrafi. Nie wymawia jeszcze "r", "sz", "cz", "ż", "s" i "z", ale i bez nich daje radę.

"Mamo, nalej mi hoku! Kubusia! wody w hokiem chtem.", 
"Mamo, odłów Maltę do łówka", 
"Mamo, otwów lodówkę! Kepup daj mi! I bulaki!!!", 
"Tatusiu, długopif chtem"
"Będę/Nie będę lulał"
"To długopif tatusia. Andwejek oftaw to!"
"To lubię. Lubię piejogi. Daj mi!!!"
"O potągu/kotku/piefku/Mai/ułanach mi pewaj"
"Palek ała. Boli. Kochamy" (=uderzyłem się w palec. Boli. Pocałuj, mama)
"Malta jet kochaaana, kochamy Maltę" (głaszcząc siostrę po stopie w czasie karmienia)

Tak mniej więcej wyraża się obecnie Julianek. Do całych opowieści i wierszyków może i jeszcze daleko, ale postęp i tak jest potężny.
Dogadujemy się bez większego problemu. Nawet kiedy Jul nie zna jakiegoś słowa. Ostatnio przyszedł do mnie w rękawiczkach Jędrka i oznajmił "Mamo, nałapki mam":)

Wszystko w książeczce pokaże, wie, gdzie co jest w domu, wie, że do babci idzie się na górę, co rano sam wyciąga ręczny odkurzacz i "sprząta".

Minus kiszenia się w domu, oprócz tych oczywistych jak brak możliwości hartowania przez zabawę na polu i treningu fizycznego, jest jednak taki, że o ile wcześniej Julka trzeba było ode mnie odklejać, to teraz jest już do mnie totalnie przyspawany. Łazi dosłownie 10cm za mną, pilnuje mnie na każdym kroku. Co chwilę chce na kolana albo prosi, żeby go przytulić. Kiedy zamykam się w kuchni, stoi ze smutną miną przy bramce i czeka. Kiedy ide do toalety i uda mi się nie zatrzasnąć drzwi na Julastym - waruje pod drzwiami. Liczę, że sytuacja unormuje się, kiedy mały trochę pobędzie zdrowy. Bo unormuje się, prawda?

Mamoza bywa uciążliwa, jednak bratoza zaczyna mnie zatrważać. Tym bardziej, że - wykorzystując bezkrytyczny zachwyt Julka - Andrzejek momentami złośliwie uczy go niepożądanych zachowań. Przykład z wczoraj:  Andrzejek proponuje zabawę w ogrodnika: bierze kubek Julastego i podlewa kwiatki. Szkoda tylko, że te na dywanie, a w "konewce" jest woda z sokiem jabłkowym... A Jul oczywiście zachwycony - gdy dostaje kubek z powrotem, radośnie zaczyna podlewanie.


Z niepokojem czekam na moment, kiedy chłopaki podrosną i zaczną się walki o pozycję w domu. Na razie sytuacja jest jasna: Jędrek jest guru, Jul się podporządkowuje. Marta jest maskotką obu chłopców, ale widać, że zaczynają rywalizować o jej względy.
"Husiu husiu, Maltusiu!"

No siostra, daj buziaka!

A w nowym miesiącu - uodparnianie, kontrola w poradni rehabilitacji, stomatolog i święta u dziadków - oczywiście jeśli choroby nam nie przeszkodzą.

wtorek, 8 grudnia 2015

Chrzcielny sajgon

5/6 grudnia 2015

Paczka z mikołajkowymi drobiazgami dla chłopców czeka już w ich pokoju, a ja nie mogę doczekać się szału radości na widok drewnianych owoców do krojenia i zestawu "mały rzeźnik" "mały chirurg".
W restauracji zaklepane miejsca dla 14 osób i dwa krzesełka do karmienia dla Julasa i córeczki rodziców chrzestnych Marty.
W szafie wiszą już przygotowane ubrania dla całej naszej piątki.
Na szafie odnalezione w czeluściach pawlacza szatka i świeca, które obsłużyły obu chłopców.
I płacz Juliana zza ściany.
Biegnę do niego, żali się na buzię i pokazuje miejsce, gdzie wybija się ostatnia trójka. Smaruję dentinoxem - pomaga, wracam do łóżka. Pół godziny później znów płacz. Całuję czółko- jakieś ciepławe. Mierzę temperaturę, wychodzi 37,2. Zostaję z małym jeszcze chwilę, ale nadal skarży się na zęba, więc dostaje ibum i słodko zasypia.
Udaje nam się przespać całe 3 godziny. O 6 rano znów płacz. Mimo ibumu termometr pokazuje 39,6.

6 grudnia

Jul leży jak skóra z diabła. Obudził się już dawno, ale nie ma siły wstać. Jędrula rozbebeszył zawartość paczki. Zobaczył, że Julo źle się czuje i wlazł do jego wyrka, by zbadać go swoim nowym stetoskopem. Kolejna dawkę ibumu moglibyśmy dać o 11, ale o 9 serwuję mu paracetamol i mały odżywa na tyle, by coś zjeść i dołączyć do zabawy. W pół godziny wysprzątane mieszkanie zmienia się w p***nik.
O 11 przyjeżdżają moi rodzice i ciocia. Moja mama od razu łapie za stetoskop (prawdziwy) i osłuchuje średnie wnuczę.
Werdykt: zapalenie oskrzeli na pewno + początki zmian w płucach. No to ekstra. Ciocia deklaruje, że zostanie z Julem w domu.
Babcia wypisuje receptę, tata organizuje leki z apteki pod blokiem, żeby ciocia mogła jak najszybciej podać pierwszą dawkę. W międzyczasie dowiadujemy się, że rodzice męża też są chorzy i nie dadzą rady być na Chrzcie, a rodzice chrzestni Martusi jedna nie zabierają ze sobą córeczki. No ale interes właściciela restauracji mało mnie obchodzi wobec choroby trójki bliskich osób, z synkiem na czele.
W czasie, kiedy Julo jest badany, a ja i mąż przygotowujemy siebie i dwie zdrowe pociechy do wyjścia, mój tato wyciąga prezenty mikołajkowe. Czymże jest ubieranie się wobec prezentów - Jędrula w niedopiętej koszuli i jednej nogawce spodni nie może się zdecydować, co najpierw wybebeszyć - swoje narty czy drewniany pociąg Juliana. A są jeszcze nowe dresy, które koniecznie teraz trzeba przymierzyć, herbata dla tatusia, nowe kapcie dla mamy...

W końcu ładujemy się w dwa samochody, machamy cioci i Juliankowi i jedziemy do kościoła.
W samochodzie orientuję się, że pomyliłam kozaki i włożyłam te niewypastowane, zapomniałam się umalować, a na głowie wciąż mam rozwalający się cebulo-kok z rana. Potrzeba matką... do lusterka w klapie ocieniającej robię "oko", a to, co parę godzin temu było koczkiem, błyskawicznie przerabiam na niby-celowo-niedbały-warkocz.
Na miejscu zastajemy już mojego brata i rodziców chrzestnych Tusi i wszyscy razem... prawie pół godziny czekamy na księdza. W międzyczasie okazuje się, że w kościele wyłączono ogrzewanie, bo właśnie wietrzy się bo odkorniczaniu organów jakąś paskudną chemią. Chemii co prawda nie było już czuć, ale ziąb owszem... Ksiądz zjawia się 5 min. przed Mszą, a przecież przed Mszą trzeba jeszcze ochrzcić Martę.
No to ekspres - Marta wędruje na ręce swojej matki chrzestnej i w wielkim, prawie pustym kościele rozlega się RYYYK. Biedna chrzestna, próbuje różnych pozycji, lula, przytula - na nic. Zabieram zgagę. Płacz ustaje, by za chwilę rozlec sie na nowo. Chyba głodna... a tu procedura trwa w najlepsze. Nawet sól, która posmakowała obu braciom Marty, wkurzyła ją jeszcze bardziej. Uff, przechodzimy z przedsionka pod chrzcielnicę. A właściwie raczej biegniemy. Martulec wszem i wobec oznajmia, że ma dość. Nacieranie krzyżmem to pikuś, ale kiedy ksiądz polewał główkę Tusi wodą, ona wierzgnęła tak, że omal jej nie upuściłam. To moje trzecie dziecko, ale w życiu nie przypuszczałam, że dwumiesięczne niemowlę ma tyle siły.
Kiedy ksiądz ogłaszał, że oto Marta Małgorzata szczęśliwie została chrześcijanką, my, a za nami moja mama niosąca torbę z akcesoriami, już biegłyśmy do zakrystii, gdzie mała dosłownie rzuciła się na mlekomat, więc w przytulnej i cieplutkiej zakrystii spędziłyśmy prawie całą Mszę i wyszłyśmy dopiero na Komunię. Żegnając się z nami, ksiądz śmiał się, że szatan z krzykiem opuszczał naszą córę.
A potem jeszcze zgubiliśmy Andrzejka. To znaczy - tatuś go zgubił, bo zanim Jędrula wplątał się między dzieci bawiące się na dziedzińcu, wlekli się razem spory kawałek za nami. Obcy facet przyprowadził go i zapytał, czy to czasem nie nasz syn. Nadal nie wiem, jak to się stało, że mąż nie zauważył jego zniknięcia.

No to teraz do restauracji. Nasze auto prowadzi całą kawalkadę, ale mąż przejechał zjazd i był spory kłopot z wyjechaniem z powrotem na ruchliwą ulicę. W końcu się udało i znaleźliśmy się w uroczej restauracyjce pełnej drewnianych nart, starych zdjęć, zabytkowych sprzętów AGD i słojów z prawdziwymi nalewkami i buzującymi zakwasami na żur i barszcz czerwony w różnych "stadiach rozwoju". Było miło i smacznie, tylko Andrzejek dawał popalić jak zwykle. A Marta... spała. Po tym, co odstawiła w kościele, przespała całe przyjęcie, a nam szkoda było ją budzić.

A zdjęcia... nie mam ich. Aparatem uszczęśliwiłam Kubę, w nadziei, że pstryknie nam jakieś zdjęcia z samej uroczystości, ale uroczystość przebiegała w takim tempie i hałasie, że nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle pomyślał o robieniu zdjęć. Ja w każdym razie kompletnie nie miałam do tego głowy. Z knajpki zdjęć nie ma - bo i co tu pstrykać, skoro malutkiej nawet nie wyjęliśmy z fotelika, a tylko rozpięliśmy kombinezon, żeby się nie ugotowała.
Tak więc przy dobrych wiatrach są jakieś zdjęcia z oczekiwania na księdza. I to o ile aparat nie został przekazany mojemu tacie i nie pojechał z nim do Krosna...

sobota, 5 grudnia 2015

Kochany Święty Mikołaju

Wiem, nie byłam w tym roku zbyt grzeczna.
Często denerwowałam się z byle powodu, krzyczałam na Andrzejka. Często też nic mi się nie chciało, a to, co już absolutnie musiałam, robiłam po łebkach, żeby tylko mieć z głowy.
Wiem też, że tegoroczny prezent dostałam już na rocznicę ślubu - w dodatku tak fajny, że wystarczyłby mi już na wszystkie mikołajki do końca życia. Właśnie jutro, w Twoje imieniny będziemy ten prezent chrzcić:)

Chciałam Cię jednak prosić jeszcze o jeden prezent - uproś proszę i podaruj nam zdrowie dla prezentów z 2012 i 2014...

Z poważaniem
Twoja mała Ola

piątek, 4 grudnia 2015

Diabeł robi co może

Nie może tak być, żeby wszystko układało się wspaniale, prawda?

Znaleźliśmy Jędrusiowi cudne przedszkole, ba, mały się do niego dostał. W przedszkolu uczy się nie tylko wierszyków, piosenek i zachowania przy stole, ale i modlitw, pieśni patriotycznych, zachowania w kościele i wrażliwości na przyrodę.
Gołym okiem widać poprawę zachowania kiedy tylko Jędruś do przedszkola chodzi. Wychodzi z domu mały łobuz, wraca spokojny chłopczyk.

Komuś jednak najwyraźniej to przeszkadza i podstawia nogi, gdzie może. Uderza w mniejszych i słabszych.
Tak naprawdę Jędruś, odkąd poszedł do przedszkola był chory przez tydzień i przez 3 tygodnie zakatarzony - ale lekko, nawet na spacery bez problemu chodził, chociaż do przedszkola go wtedy nie puszczaliśmy. Za to Jul to co innego. On jest chory prawie cały czas z krótkimi przerwami.
Nie upiekło się nawet Marcie - ją również dopadło przeziębienie. Woda na młyn dla wszystkich odradzających nam posyłanie Andrzejka do placówki.

Półtora tygodnia temu wydawało się, że wychodzimy wreszcie na prostą. Martuli przeszedł katar, Jul wyzdrowiał, Andrzejek przestał smarkać, więc zrobiliśmy to, co od dawna powinno być załatwione, a leżało odłogiem ze względu na niedyspozycję głównej zainteresowanej: ustaliliśmy termin Chrztu Marty. I co?

Dzień po rozmowie męża z księdzem Jul znów zaczął kaszleć jak stary gruźlik. Dzień później dołączyła do niego Marta, która już dzień wcześniej nie za bardzo chciała jeść i, co do niej niepodobne, prawie cały czas spała. W nocy mieliśmy niezłe koncerty. Niedawno ja i mój mąż przeszliśmy zapalenie krtani, więc spałam czujnie, a właściwie nasłuchiwałam, czy któremuś nie robi się duszno.
Telefon do przychodni - nie ma numerków. Myślę sobie - Jul wytrzyma, a Martę łapię na ręce i zanoszę do przychodni. Ludzie w kolejce widząc taką drobinę sami mnie przepuszczają. Lekarka godzi się zbadać małą... przyszłam krok przed zapaleniem oskrzeli. Mówię lekarce, że Jul jest w podobnym stanie, ona załatwia nam termin następnego dnia. I co? I u Julka zapalenie oskrzeli jak byk. Badanie krwi i kontrola. Wirusowe. Nie będzie antybiotyku.

No więc jazda: dwa disnemary, dwa różne leki do inhalacji, dwa aspiratory do nosów, syropki, kropelki, maści (Jul), oklepywanie... Kontrola... Uff, jest lepiej, dzieci zbierają się do kupy. Żeby nie było tak pięknie, pochorowali się rodzice męża.

Tymczasem Chrzest już w tę niedzielę. To znaczy - będzie, jeśli lekarka da zielone światło. Kontrola jutro - prosimy o modlitwę lub/i kciuki.

A na koniec jeszcze patent - jak inhalować zakatarzonego niemowlaka, który nie jest w stanie przez 10minut pionowo trzymać główki:

trochę ciężko szło nam z zakładaniem maski...

ale jakoś się udało:)


niedziela, 22 listopada 2015

Jak nie mając TV wychować telemaniaka

Znalazłam w internetach i w pełni się zgadzam:



Nie mam telewizora, nie mam tabletu, smerfona co prawda mam, ale niepodłączonego do neta, tymczasem moi chłopcy i tak oglądają bajki.

Andrzejek nawet nie jest szczególnie zainteresowany - on nie ma cierpliwości, żeby długo siedzieć i oglądać, parę minut i już go nie ma. Może i są jakieś plusy nadpobudliwości?
Gorzej z Julastym.
Zaczęło się niewinnie - będąc w Krośnie przyłaził do pokoju telewizyjnego, w którym babcia/dziadek/wujek coś oglądali. Nie wyganiali, więc oglądał razem z nimi, a czasem i na przekąskę się załapał.
Po powrocie do Krakowa był odwyk - ale jego efekty diabli wzięli, kiedy musiałam pod nieobecność męża, w zaawansowanej ciąży z Martą będąc, inhalować chorego Julastego sterydem z nebulizatora. I choć nebulizator mamy cichutki, Jul z jakiegoś powodu bał się jego brzęczenia i urządzał histerie. Nie pomagały książeczki, bajeczki, kredeczki... pomógł dopiero Youtube, a na nim Fasolki i czołówki starych kreskówek z pszczółką Mają i smerfami na czele. Z czasem doszła jeszcze "Rada puchaczy"oraz  "Mucha w mucholocie" i parę jej podobnych psychodelicznych potworków. 
Niewątpliwie sukces został osiągnięty - przełamaliśmy niechęć do inhalacji i mogliśmy leczyć Jula jak należy.
Ale... no właśnie, Julek choruje teraz co chwilę, zalecenie inhalacji (Berodualem, Pulmicortem albo chociaż solą fizjologiczną) dostaje za każdym razem, inhalacje mamy robić 2-3 razy dziennie po ok. 10 minut. Próbuję bez YT - ale no nie da się. Ryk i zrywanie maski.
I tak, choć poza inhalacjami Jul filmików nie ogląda, to jednak pół godziny dziennie się nazbiera. A on ma dopiero półtora roku. Sama do tego doprowadziłam i nie wiem, jak z tego wybrnąć. Przeczekać?
Jędrek w tym wieku żadnych filmików jeszcze nie oglądał, a kiedy nawet zobaczył będąc w gościach, nie spotykały się one z żadnym zainteresowaniem z jego strony.
Julek to idealny materiał na telemaniaka: nie jest ani zbyt ruchliwy, ani szczególnie wymagający. Potrafi zachwycać się nawet największym kiczem. Zasiądzie i nie ma dziecka. W Krośnie zdarzyło się, że zasnął przy TV, ale sam nie odszedł.

Pocieszam się tylko, że nadal jest moim pieszczochem, a jutuboza nie przeszkadza mu jak dotąd ładnie rozwijać mowy i uczyć się tworzenia coraz bardziej złożonych wypowiedzi.

A jak to jest u Was? Pozwolilibyście półtoraroczniakowi oglądać "baaje"? A jeśli tak, to jak długo?




czwartek, 19 listopada 2015

Dwumiesięczna Miss Min


Martusia jest z nami już dwa miesiące. Szalone dwa miesiące zgadywania zachcianek jaśnie panienki i wyrabiania się ze wszystkim innym na przedwczoraj.

Wiele rzeczy się ustabilizowało. W ciągu dnia Marta śpi zwykle ok. godziny-półtorej w dwóch lub trzech turach. Przystawia się do piersi bez większych problemów i ładnie je. W nocy raz budzi się na karmienie - zwykle ok. trzeciej w nocy. Kolki jakby ciut osłabły. Trądzik niemowlęcy ustąpił, podobnie jak te śladowe ilości ciemieniuchy, których dopatrzyłam się na łepetynie. Moja córcia wreszcie nabrała ciała. W ciągu tego miesiąca przybrała ok. 1,4kg. Ubranka w rozmiarze 56 i pieluszki "2" są na styk.

Jaśnie panienka Marta idealnie wpisuje się w schemat "high need baby" czyli dziecka wymagającego.
Rób, co każę, bo będę WRZESZCZEĆ - tak w skrócie można opisać ten charakterek. Lub jeszcze krócej: Jędruś 2.


Ma masę swoich własnych dziwactw - zawsze zaczyna jeść od tej samej piersi, ma już swoje ulubione tetrówki pod głowę do spania, nienawidzi karuzeli na łóżeczko i bezbłędnie rozpoznaje pożyczone chusty - tylko nasza własna ostała się jeszcze bez ulewania.

W tym miesiącu Marta przeszła swój pierwszy katar. I tak dziękuję Niebiosom, że tylko katar - wszystkich pozostałych domowników przeczołgało jakieś paskudne choróbsko, mój mąż i Jul biorą właśnie drugi antybol:( Tymczasem Jędruś, ja i Marta już wyzdrowieliśmy - u malutkiej dziś był pierwszy od ponad dwóch tygodni dzień bez odglucania Fridą.

Muszę przyznać, że Marta to twardziel. Mimo kataru dobrze jadła, przyzwoicie spała w nocy, pięknie przybierała na wadze i dużo ćwiczyła na brzuchu.

Z mniej fajnych rzeczy - z powodu kataru nie mogliśmy zacząć szczepień i nie wiem, kiedy będzie to w ogóle możliwe. A tu krztusiec ponoć szaleje...
Marta nadal ma też niedojrzałe stawy biodrowe. Kazano nam ją układać na brzuchu i nosić w pozycji żabki, szeroko pieluchować (nie robię tego) i ćwiczyć odwodzenie nóżek podczas przewijania. Martusia te ćwiczenia lubi, więc nie sprawia nam to większych problemów. No i zebrałam wielkie pochwały za chustonoszenie. Podobno bardzo sprzyja prawidłowemu rozwojowi bioderek. Kontrola w grudniu.

A co potrafi moja dwumiesięczna panienka?
  • kontroluje głowę w leżeniu na brzuszku i podczas noszenia w pionie.
  • unoszona do siadu trzyma głowę w linii ciała
  • obraca się z pleców na boki i próbuje z boku obrócić się na brzuch
  • z brzucha na plecy przewraca się pod ciężarem własnej głowy
  • głuży - choć na razie mało
  • szeroko się uśmiecha, odpowiada uśmiechem na uśmiech
  • łączy dłonie i obie naraz pakuje do paszczy 
  • przypatruje się uważnie twarzom i przedmiotom, wręcz świdruje spojrzeniem
  • robi 100 000 min na minutę. To zdecydowanie najbardziej "miniaste" z moich dzieci.
W następnym miesiącu nie mniej wrażeń. Oby szczepienie. Kontrola bioder. Kontrola endokrynologiczna.
Chrzest.
A teraz jeszcze Marta. Dużo Marty:)
Łobuzy:)

Te elfickie uszy...



Przyłapana na gorącym uczynku - ułożyłam ją na plecach:)

przyjemne z pożytecznym czyli przytulanie najlepszą profilaktyką dysplazji
Pierwsze uśmiechnięte zdjęcie Martusi





niedziela, 15 listopada 2015

Julian 19-miesięczny i wyniki rozdania z DEMSA TOPIC

Miała być wizyta na zdrowym i szczepienie. A guzik, Julek znowu chory. Nie został więc Julo zmierzony, ale wiem, że wreszcie przebił 10kg. Wiem dzięki jego młodszej siostrze, której jedzeniowe przeboje przyprawiły nas o wagę niemowlęcą. Wczoraj Jul ważył dokładnie 10,1kg. Hurra:D

Poza tym bez zmian: ciuchy 92, pieluchy 4+/L, but 22. Kozaki pewnie kupimy 23.

Zębów 15. Brak piątek i jednego kła, który już jest w drodze.

Zaczęło się psocenie. Zaczynam odczuwać negatywne skutki zachwytu starszym bratem. Dziś podczas kiedy karmiłam Martę na podłodze znów wylądował wybór pism Eliadego i encykliki papieskie. Kiedy układałam książki na półce chłopcy razem zrobili sobie ciasto solne. A że nie mieli pod ręką mąki i wody użyli... jogurtu którego Jędrusiowi nie chciało się jeść. W czasie, kiedy ja likwidowałam tę szkodę Julo znów rozwlókł książki...
Parę dni temu zabawili się w salon fryzjerski i tak w niezbyt bujnych, ale długich włosach Jula znalazła się guma do żucia. Na szczęście Jul nie jest taki narwany jak brat i w ramach dalszego ciągu zabawy - tym razem z mamą - zasiadł na krześle, pozwolił sobie nałożyć na głowę tonę wazeliny i wytrzymał prawie godzinę wyczesywania gumy grzebieniem - dzięki temu obciąć wystarczyło tylko jeden mały kosmyk i całość fryzury pozostała jak dawniej.

A co poza tym? Jul jak zwykle przymilny. Tuli się do każdego, nadal upomina się o pierś, więc karmię teraz dwoje. Julcio przystawia się średnio co drugi dzień i pewnie niedługo znów się odstawimy, ale na razie nie jest to dla mnie szczególnie uciążliwe. Przynajmniej nie tak jak to, że pozazdrościł Marcie jazdy na mamie i pakuje mi się "do chuty" - czyli chusty. A ja po cięciu nie powinnam jeszcze nosić takiego klocka, więc pozwalam rzadko i na krótko.


Jeśli chodzi o rozwój fizyczny - tu nie ma wielkich postępów, ale odkąd Jędruś poszedł do przedszkola, Julo bardzo rozwinął się intelektualnie - lubi na przykład piosenki z pokazywaniem i zna już kilka układów, ulubiony to "Gdy na morzu wielka burza, Jezus ze mną w łodzi jest". My z Jędrusiem śpiewamy, Jędrul pokazuje, a Jul powtarza gesty. Oczywiście ani w połowie tak precyzyjnie jak starszak, ale widać postępy i zaczątki synchronizacji.
No i mówi. Coraz lepiej mówi - zaczyna łączyć wyrazy i tworzyć najprostsze zdania typu "nalej mi foku" (soku), "nie ma taty", "fota nowa daj mi"  (=daj mi szczotkę do ubrań), "ała, to bolało", "ide lulu" (=idę spać) etc.na pytanie, kto będzie jadł/kąpał się odpowiada "to ja", kiedy coś zbroi i widzi mój karcący wzrok, mruczy "oj ty Lulu, ty Lulu". Jest to jednak wyjątek, bo zwykle Julek nie o sobie w trzeciej osobie, tylko mówi "ja", "moje", "mi". Pomału próbuje też odmieniać przez przypadki, ale idzie opornie. Próbuje za to powtarzać usłyszane słowa i robi to całkiem wyraźnie. Potrafi  wypowiedzieć tak skomplikowane słowa jak np. "inhalatol" czy"kosialka"., Z każdym dniem słownik się wzbogaca i choć na pozór szału nie ma, to dogadać się z Julem da.

Pijak:) Flacha o pojemności 300ml, a on żłopie takich 7-8 dziennie. Na szczęście badania w normie.


Jakąś godzinę po zrobieniu tego zdjęcia w tych uroczych lnianych piórkach znalazłam gumę do żucia

Wieczorem Jul (z fryzem nadal na wazelinie) i wszystkie chusty pożyczone mamie:p z cyklu: "a dziś każę się nosić w..."
Jedyna moja była brązowa - już ją sprzedałam, żeby odkupić od właścicielki tę ciemnozieloną - to moja pierwsza chusta, w której 10kg nic nie waży:)

________________________

A teraz obiecane wyniki rozdania.

Do wygrania były trzy następujące zestawy kosmetyków marki DEMSA.



Najchętniej nagrodziłabym wszystkie Uczestniczki, ale niestety - musiałam wybrać.

Zestawy trafią więc do Autorek tych odpowiedzi:

ZESTAW I
Moj synek Mateusz ma AZS a od kilku dni ma pokrzywke na nogach ale nie moge znalezc przyczyny. Drapie sie przy tym bardzo ale po posmarowaniu wysypki kremem na azs wszystko wraca do normy w ciagu godziny.

nasz rytual wyglada mniej wiecej tak.
1. Kapiel w emoliencie sprawdzony od urodzenia synka raz zmienilam na inny skora nie byla tak nawilzona a raz zastosowalam zwykly plyn do kapieli i synek drapal sie strasznie wiec musialam drugi raz wykapac go w emoliencie.
2. Mateusz uczulony byl na wiele produktow jaja, gluten, bialko mleka krowiego, pomidory, banany, w tej chwili skora i brzuszek reaguja na zoltko jaja, bialko mleka krowiego i pomidory.
Mati ma delikatna skore na buzce ktora pokryta jest drobnymi szorstkimi krostkami i to wlasnie na buzce widac wszystkie zaostrzenia choroby swedzi go tez cale cialo choc nie widac krostek dlatego raz dziennie smaruje kremem do skory atopowej cale cialko synka a kilka razy dziennie buzie. Synek jest dosyc uparty i swego czasu nie buntowal sie przed smarowaniem buzi wtedy Twoj wpis Olu na blogu mi pomogł ktory ukazal sie daawno temu. Od tamtej pory jak smarujemy buzke mowie "policzki chomiczki"

3. Jesli wychodzimy na mroz wiatr smaruje Mateuszka gestym kremem odpowiednim na taka pogode, w upaly smaruje odslonieta skore kremem z filtrem UV+50. Gdy slonce nie jest mocne a synek bawi sie w cieniu nie smaruje go wcale badz uzywam mniejszego filtra.

4. krotkie paznokcie:) Mati czesto drapie sie po zjedzeniu roznych produktow a ostatnio przy wystapieniu pokrzywki musze czesto obcinac mu paznokcie srednio raz na 3 dni zeby nie zadrapal sie do krwi, ostatnio pokrzywka mnie zaskoczyla ale synek zrobil na nozce tylko 2 ryski.

Skąd ja to znam - smarowanie przed każdym wyjściem, bo mróz, bo upał, bo słońce... inne dzieci latają jak chcą i prażą się jak frytki, moje muszą chować się w cieniu. Niby słońce dobrze robi na zmiany, ale dziecko ciut się przepoci i problemy. Niby skóra od dawna ładna, ale emolient musi być, bo inaczej problemy - a Andrzejek błaga o tabletki barwiące wodę albo płyn do kąpieli, z którego można robić bańki mydlane:(

ZESTAW II.  
1. AZS jest jak ninja, skrada się, skrada – by za chwilę wyskoczyć z głośnym „Ija!” i powalić na kolana. Dobrze o tym wie mój synek, który co jakiś czas budzi się z nóżkami pokrytymi suchymi plackami, które swędzą i bezgłośnie krzyczą do mojego dziecka: „Drap nas, drap!”. Skutek jest taki, iż zaczerwienienia na jego nóżkach to norma, a swędzenie przeszkadza mu czasem nawet w zasypianiu. A ja płączę z nim…

2. Podstawą pielęgnacji jest kąpiel w delikatnych emolientach, które natłuszczają skórę - dlatego codziennie mój synek kąpie się w "mleku Kleopatry "(tak wyglądają emolienty w wannie;) Obmywam jego ciało delikatnie myjką z Kubusiem Puchatkiem, który zręcznie odciąga uwagę Malucha od zabiegów:) Jeśli nie mam pod ręką emolientów lub właśnie "wyszły" - do wanny wlewam trochę naturalnego oleju z awokado, rewelacja. Ostatnio połączyłam fakty i już wiem dlaczego mam takie "fajne" , nawilżone dłonie! Na czas mycia głowy zaś (tego synek nie znosi) - dostaje do rączek kredki do rysowania po wannie . Zdobywam już minutę, a to wystarczy:)
Następnie wycieram jego ciałko delikatnym ręcznikiem (dlatego prasuję je, mimo że prasowania nie znoszę - żeby nie były szorstkie) i zaczynamy balsamowanie:) Mówię: " Teraz będziemy balsamować mumię!", a synek zaczyna chichotać. "Najpierw podnosisz rękę, potem nóżkę.." i tak dalej - a on w tym czasie udaje, że jest właśnie mumią:) Gdy już mumia jest zabalsamowana i owinięta w bandaże (=piżamka), zaczyna mnie gonić po całym mieszkaniu z wyciągniętymi rękami (wiesz, o co chodzi:) Taka nasza zabawa umilająca AZSową rutynę.
Dermokosmetyki dla AZS-owców to coś, co mamy stosować według zaleceń dermatologa, lecz znalezienie odpowiednich to nie lada wyczyn. Teraz jesteśmy w fazie słodko-gorzkiego testowania produktu wiodącej marki, lecz miłości między nami nie ma. Szukamy więc dalej, a DEMSA wyjątkowo wpadła nam w oko – porządny skład i profesjonalna marka. Będziemy wdzięczni za możliwość przetestowania:)

Porównanie AZS do ninja i zabawa w mumię mnie powaliły. Jeśli, nie daj Boże, będę kiedyś potrzebować, to moi chłopcy też zostaną zabalsamowani;p


ZESTAW III
Cześć, nigdy w swojej rodzinie nie miałam do czynienia z AZS aż do początku października 2015, kiedy to u mojego 4 miesięcznego synka zaczęły wychodzić okropne liszaje na policzkach. Walczymy z tą straszną chorobą już miesiąc, straszną bo mały drapie się, smaruję go i potem znów się drapie i tak w kółko. Jesteśmy po wizycie u dermatologa dziecięcego, który polecił m.in. emolienty DEMSA. Zaciekawiła mnie ta marka i tak trafiłam do Ciebie na blog, już widzę że sporo czytania przede mną ;)

2. Mój ulubiony rytułał pielęgnacyjny? Mój - prysznic z gorącej wody - działa na mnie niezwykle relaksująco, jakby cały brud, stres, zło całego dnia spływało - schodziło z mojego ciała, mogłabym tak stać i stać, jest to dla mnie szybki relaks i uwielbiam te chwilę samotności w gorącej wodzie... może to śmieszne ale tak mam. Co poradzić. A rytułał mojego synka? to masaż wieczorny właśnie jakimś kosmetykiem i wspólnie...rozrabianie na przewijaku, całowanie maleńkich stópek...mmm uwielbiam. Czas ucieka...dzieci są starsze z każdym dniem...trzeba łapać te chwile bliskości.

Mamy chyba te same ulubione rytuały:) Ja też mam słabość do ciepłych pryszniców i stópek moich dzieci:)


wtorek, 10 listopada 2015

Noworodek w dom: czy zabrać starszaka z przedszkola?

Jędruś od września jest dumnym przedszkolakiem.

Wraz z pójściem do przedszkola zaczęło się to, czego chyba wszyscy rodzice się obawiają - choroby.

Jędruś jest dosyć odporny. Jak dotąd każda przedszkolna infekcja kończyła się u niego na katarze, teraz ma niewielki stan zapalny w jednym uchu. Jak dotąd mamy system 1 tydzień w domu: 2 tygodnie w przedszkolu.

I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że wszystko, co on na sobie zwlecze, przechorowuje Julian i to w znacznie większym nasileniu, a ostatnio również mój mąż, Marta i ja. Julowi rzuciło się na uszy, katarzył i gorączkował. Mąż i ja mieliśmy zapalenie krtani z gorączką, całkowitą utratą głosu i megabólem gardła. I dzięki Bogu - przynajmniej za moją infekcję - nic tak nie chroni dziecka przed chorobą jak mleko od chorej mamy;p U Marty też skończyło się na glucie, którego dżilion razy na dobę trzeba traktować solą morską i odsysać fridą. Zresztą - o naszych sposobach na katar u tak małego bajtla pewnie jeszcze będzie, ale dziś nie o tym.

Dziś o tym, że zewsząd słyszymy, że powinniśmy Jędrusia zabrać z przedszkola. Przynajmniej na rok. Ze względu na Juliana, ale przede wszystkim na Martę.
Bo nie wiadomo, co przywlecze.
Bo wiadomo, że inni rodzice przyprowadzają chore dzieci, a wtedy j.w.
Bo młodsze dzieci się tym zarażą.
Bo dla niemowlaka katar to tragedia stulecia, a co dopiero większe komplikacje jak np. zapalenie ucha.
Bo nie mamy warunków, żeby odizolować to chore dziecko od pozostałych.

No tak.
pełna zgoda.
j.w.
Jul pewnie tak, Marta już dwie choroby "ominęła" - i przypisuję to karmieniu piersią. Dopiero teraz się zasmarkała
Nie wiem, jak te poważniejsze komplikacje, ale katar to tylko upierdliwość. Marta śpi, je i przybiera, a że przed każdym karmieniem trzeba ją spacyfikować (bo robi się ciut zołzowata), zakropić nos i odessać jej gluty... przecież to nie koniec świata.
No, nie mamy... ale Jędrusia nawet w wielkim domu moich rodziców nie dałoby się izolować. Nawet w zeszłym roku w szpitalu było go wszędzie pełno.

A tymczasem przedszkole fantastycznie rozwija Jędrusia. Codziennie znosi stamtąd nowe wierszyki i piosenki. Wystąpił już w akademii o życiu Jana Pawła II, zaśpiewał "Sygnał" w konkursie pieśni patriotycznych, był w kinie, co miesiąc mają w przedszkolu przedstawienie teatralne i wizytę jakiegoś ciekawego gościa - a to piłkarzy Wisły, a to strażników miejskich, a to żołnierzy...
Chodzi tam na zajęcia szkółki piłkarskiej, lepi z pucholiny, szaleje na najbardziej wypasionym placu zabaw jaki w życiu widziałam... ja nie dałabym rady zapewnić mu tylu atrakcji. Po powrocie z przedszkola mały jest spokojniejszy, a mnie aż zazdrość kłuje, kiedy Jędruś opowiada, że ładnie zjadł i dał się namówic na rysowanie. Poza tym ma już swoją "paczkę" - dwóch najlepszych kolegów i najlepszą koleżankę, o których bardzo często opowiada.
Miałabym mu to teraz zabrać?
I jak ja mu to wytłumaczę? Że nie pójdzie do przedszkola, bo Jul i Marta będą chorzy?

Ale dlaczego on ma na tym tracić... on kocha to swoje przedszkole i bardzo dobrze się tam odnalazł. Lubi swoje opiekunki i kolegów, przez te dwa miesiące bardzo się rozwinął.

Tymczasem wszyscy dookoła jakby uwzięli się i przypuścili zmasowany atak na Andrzejka i jego przedszkole. Obie babcie, położna środowiskowa, nawet lekarka zastępująca chwilowo naszą rodzinną, u której mąż był dziś z uchem Jędruli. Kiedy Jędruś usłyszał to u niej w gabinecie, zareagował dokładnie tak jak przypuszczałam - rozpłakał się i powiedział, że pani doktor jest niedobra, brzydka (musiało ją to dotknąć do żywego, bo jest młoda), wstrętna i jak ona śmie.

Rozmawiałam z mężem i jest tego samego zdania, co ja - Jędrek w przedszkolu zostaje.
Czy podjęliśmy dobrą decyzję - czas pokaże.



piątek, 6 listopada 2015

Kosmetyki do skóry atopowej DEMSA Topic - KONKURS

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości firmy USP Zdrowie, dostałam do zrecenzowania zestaw kosmetyków marki DEMSA.


W skład zestawu wchodzą:




Kosmetyki DEMSA są przeznaczone dla skóry suchej, bardzo suchej, wrażliwej i atopowej, do stosowania w remisji, ale i zaostrzeniu atopowego zapalenia skóry. Nie zawierają sterydów, SLS, SLES, parabenów, barwników ani substancji zapachowych.
Są przebadane dermatologicznie, przeszły nawet testy kliniczne.
Są bezpieczne dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia - z testów odpadła więc miesięczna Martusia, ale od czego dwaj atopicy i ich mama? Na wszelki wypadek skonsultowałam się też z ginekologiem - by upewnić się, że mogę stosować kosmetyki DEMSA karmiąc piersią.

Preparaty, które ja otrzymałam, przeznaczone są do codziennej pielęgnacji skóry w remisji AZS - za wyjątkiem balsamu polecanego do łagodzenia zaostrzeniowego świądu.

Przyznaję się bez bicia, nie znałam wcześniej tej marki. Na współpracę zgodziłam się z czystej ciekawości - kosmetyki te miały intrygujące składy i pomyślałam, że raz kozie śmierć, najpierw wypróbuję na sobie, a jeśli mnie nic nie będzie, to spróbuję nieśmiało zastosować je u chłopców.

Bardzo ciekawym składnikiem kosmetyków dla skóry atopowej jest ekstrakt z korzenia lukrecji. Roślina ta, znana przede wszystkim z działania wykrztuśnego, wykazuje też właściwości  przeciwzapalne. Podobne przypisuje sie również rzewieniowi dłoniastemu (czyli rabarbarowi) znanemu dotąd jako środek przeczyszczający. Jako składnik łagodzący świąd wykorzystano wyciąg z selernicy - z tym składnikiem dotąd nie miałam do czynienia.

Przejdźmy do testu właściwego

Testerzy:
Mama, lat 30 - bez AZS, ale z chorobą Hashimoto i jej skórnymi konsekwencjami
Atopików Dwóch, lat 1,5 i 3,5 - od kilku miesięcy bez zaostrzeń, z ładną, zadbaną skórą - codziennie kąpani w emoliencie i smarowani kremem do twarzy oraz balsamem do ciała.

Wrażenia:

DEMSA TOPIC krem do twarzy (70ml, ok. 35-40zł)

Lekki, ładnie wchłaniający się żółtawy kremik o chemiczno-aptecznym zapachu, który na szczęście dość szybko sie ulatnia.



Skład:

Stosowałam przez tydzień na moją własną facjatę. Mam skórę łojotokową z trądzikiem, ale też ze skłonnością do łuszczenia się.
Krem nie zapycha porów, nie powoduje wysypu niespodzianek, a po nałożeniu na świeżo przemytą tonikiem twarz ładnie się wchłonął i już po ok. 5 minutach mogłam nałożyć podkład. Wielki plus za to, że dzięki niemu podkład przestaje tak bardzo podkreślać suche skórki.

Następnie przyszła pora na próbę u chłopców. Zaczęłam od starszego, bo ma dojrzalszą i mniej wrażliwą skórę - najpierw odrobina, potem po dobie znów jedno maźnięcie - objawów alergii nie było, więc zaczęłam smarować pyszczydło po kąpieli. Następnie identycznie postępowałam z młodszym synkiem.


Objawów alergii brak, skóra ładnie nawilżona i natłuszczona - czyli w remisji AZS sprawdza się bardzo dobrze i jest co najmniej równie skuteczny jak nasz poprzedni krem.

DEMSA TOPIC krem do ciała (100ml, ok. 35-40zł).

Konsystencja tego kremu przypomina mi raczej masło do ciała. Dość ciężko wyciska się go z twardej tuby.
Jest tłustawy, łatwo się rozprowadza, ale zostawia na skórze film, jeszcze przez jakieś 15min. mógłby zostawić plamy na cienkiej bluzce.


Po prawej zdjęcie z fleszem, na którym widać film kremu


Skład:

Producent poleca stosowanie raz dziennie poniżej trzeciego roku życia i do trzech razy dziennie u osób 3+.

U siebie stosowałam go na brzuch, łokcie i kolana, u chłopców na całe ciało. Starczył nam na niecałe dwa tygodnie - pierwsze 5 dni tylko dla mnie, a potem tydzień tylko dla synków - obu smarowałam raz dziennie po kąpieli.
Krem na pewno dobrze nawilża i natłuszcza - widać to nawet nie tyle po chłopcach, co po skórze na moim brzuchu mocno nadwerężonej po niedawnej ciąży. I choć efektu ujędrniającego nie oczekiwałam, to skóra stała się jakby milsza w dotyku. Dzięki temu,  że nie wchłania się od razu, krem nadaje się do wykonania krótkiego masażu - ja w ten sposób nakładam go na brzuch. Chłopcy na masaż nie mają czasu - wiecznie gdzieś pędzą, więc musi wystarczyć im szybkie rozsmarowanie - i chyba wystarcza, bo obaj mają ładną, dobrze natłuszczoną skórę.

DEMSA TOPIC Preparat do mycia (200ml, ok. 25-30zł)

Gęsty żel, w pierwszej chwili skojarzył mi się ze świeżą żywicą. Wyciśnięty na suchą dłoń jest nieco lepki i trudny do rozprowadzenia, ale dobrze rozprowadza się po mokrej skórze. Wlany do wody właściwie znika.

Skład:



I tu skucha - DMDM-hydantoin - pochodna formaldehydu (=formaliny!)  podejrzewana o działanie rakotwórcze... Ja wiem, że kosmetyk do mycia zwykle nie ma długiego kontaktu ze skórą, ale w kosmetykach tej klasy to wpadka spora.

Opinia: żel dobrze myje ciało, nie przesusza skóry. Jest dość wydajny - do porządnego umycia całego ciała wystarcza mi mniej niż łyżeczka żelu. Minus - nie radzi sobie z myciem nawet krótkiej męskiej fryzury. Mąż musiałby osobno używać szamponu, a że on minimalistą jest, został przy swoim żelu.
U synków nie zastosowałam go wcale, bo oni uwielbiają długo siedzieć w wannie, a ta pochodna formaldehydu wpędzałaby mnie w poczucie winy. Podejrzewam jednak, że ilość tego składnika jest  minimalna, więc przed umyciem ich tym żelem na szybko pod prysznicem już bym się tak nie broniła.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Edit (13.11.2015): analizując skład preparatu do mycia zastosowałam pewien skrót myślowy, więc prostuję: DMDM-hydantoina sama w sobie rakotwórcza nie jest, ona uwalnia szkodliwy formaldehyd, który takie działanie już posiada (moje źródło). Poniżej odpowiedź doradcy medycznego USP Zdrowie:

„DMDM Hydantoin to konserwant powszechnie używany w kosmetykach. Dzięki niemu w kosmetykach nie rozwijają się mikroorganizmy. Należy on do tzw. „uwalniaczy formaldehydu”. To oznacza, że uwalnia z siebie aldehyd mrówkowy, który stwarza niekorzystne warunki do rozwoju mikroorganizmów. Nie ma doniesień naukowych o rakotwórczym działaniu DMDM hydantoiny. Co najwyżej kosmetyków zawierających DMDM hydantoinę powinny unikać osoby uczulone na formaldehyd, gdyż mogą u nich wywołać podrażnienie. Sam formaldehyd faktycznie może być szkodliwy dla zdrowia człowieka w odpowiednio wysokich dawkach. Zwracam jednak uwagę, że hydantoina słabo się wchłania przez skórę, więc ilości formaldehydu, które mogą przedostać się do organizmu w wyniku używania kosmetyku z hydantoiną są minimalne. Prawdopodobnie więcej formaldehydu wchłoniemy do organizmu jeśli zjemy gruszkę (do 6 mg/100g).”
----------------------------------------------------------------------------------------------------------


DEMSA TOPIC Intensywny balsam łagodzący swędzenie (50ml, ok. 40zł)

Cięższa artyleria - bo już nie do codziennej pielęgnacji, a na zaostrzenia. Flagowy produkt marki, chyba najbardziej chwalony na forach. Ma łagodzić nawet świąd uniemożliwiający zaśnięcie. Ech, czemu nie wpadł mi w ręce, kiedy Jul dostał wysypki po kontakcie z psem dziadków... kto wie, może udałoby się uniknąć sterydów?
Balsam jest dość rzadki i wchłania się błyskawicznie nawet bez rozsmarowywania


Skład:


W zasadzie o skuteczności tego preparatu mogłaby się wypowiedzieć jedynie osoba, której właśnie doskwiera swędzenie. Np. atopik w zaostrzeniu albo ofiara komara. U nas chłopcy na szczęście w remisji i na świąd się nie skarżą, a i na komary już nie sezon, więc znalazłam temu cudowi kosmetyki jedno bardzo naciągane zastosowanie - łagodzenie podrażnień pod zakatarzonym nosem Juliana. Pomogło, ale prawdę mówiąc z tym poradzi sobie i zwykły Linomag, więc balsam Demsy zachomikuję sobie na sezon wiosna/lato 2016.

Moje uwagi do całości:
  1. Wypuśćcie większe opakowania. Krem do ciała i preparat do mycia przydałyby się np. w półlitrowych opakowaniach
  2. W linii odczuwalnie brakuje szamponu.
  3. Ceny... pozornie nie robią wrażenia, ale akurat skóra atopowa wymaga obfitszego smarowania - i jeśli taki krem do ciała, nawet najfantastycznejszy, kosztuje ok. 100zł miesięcznie (a do tego jeszcze coś do mycia, coś do twarzy, coś na świąd), to koszta rosną.
A teraz niespodzianka dla Was, moi Czytelnicy:

 KONKURS!!!


 - mam do rozdania trzy zestawy kosmetyków DEMSA, takie oto:



By jeden z nich zgarnąć, wystarczy zapoznać się z regulaminem konkursu (klik),  a następnie w komentarzu podać swój adres e-mail oraz odpowiedzieć na dwa pytania:

Czy Ty bądź ktoś z Twojej rodziny/bliskich znajomych cierpi na AZS?
Jaki jest Twój ulubiony rytuał pielęgnacyjny?

Na zgłoszenia czekam do godziny 23.59 w piątek 13-go listopada
Wyniki podam 15 listopada i skontaktuję się ze zwycięzcami w sprawie wysyłki nagród




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...