wtorek, 30 grudnia 2014

Kolędowe prawo Murphy'ego

I po kolędzie. Jak pewnie pisałam w zeszłym roku - nasza rodzinka ma szczęście - nie zdarzyło nam się trafić na wrednego służbistę ani wyłudzacza kasy, o których tak często czyta się na blogach w poświątecznym okresie. Nasz tegoroczny ksiądz tez był bardzo sympatyczny. Chyba - Jędruś nie za często dawał mu dojść do słowa. Nie odkreślał nas nawet w swoich kartotekach, ba, chyba nawet zapomniał ich wyjąć.
W każdym razie wizyta minęła przyjemnie, wśród śmiechu i przy bezmlecznym ciachu i była miłym zwieńczeniem szalonego dnia.
Z kolędą rokrocznie mamy za to inny problem: ZAWSZE zapowiedzą nam ją na jedyny do bólu zawalony  dzień w całym tygodniu. I NIGDY nie wiemy, o której ksiądz zawita do naszego domu. Wysprzątamy, czekamy - nie ma go. Mamy kołowrotek - prawie na pewno przyjdzie właśnie wtedy. A jeśli jakimś cudem uda nam się uwinąć przed jego wizytą - patrz przypadek pierwszy.

Dziś szaleństwo zaczęło się przed południem - na dwunastą mieliśmy wizytę u alergologa z chłopakami
Niby byliśmy umówieni na godzinę, a weszliśmy ponad godzinę później.
Na dwunastą było też umówione łatanie mojej piątki górnej lewej, które na szczęście udało się przełożyć - na drugą. Choć obie sprawy miałam w szpitalu, bałam się, czy zdążę. Tymczasem nie tylko zdążyłam, ale zdołałam jeszcze zjeść co nieco w szpitalnej stołówce.

Od dentysty dostałam prikaz - nie karmić Julka przez trzy godziny. Problem w tym, że Julo, kiedy mnie widzi, domaga się jedzenia średnio co dwie godziny i napitku co około godzinę albo i częściej - i to niezależnie od posiłków stałych i tego, jak obficie został dokarmiony tuż przed tą przymusową przerwą. Mąż wziął więc chłopców do domu, a ja umówiłam się z mamą na załatwianie wszystkiego, co i tak trzeba załatwić, mając nadzieję, że czas abstynencji jakoś zleci.
Zaczęłyśmy od komisu dziecięcego, bo chciałam sprawdzić, czy sprzedały się kozaczki po Jędrusiu.
Kozaczki się nie sprzedały, za to kupiło się (czyt. babcia kupiła) nowe krzesełko do karmienia dla Jula, nawet bardziej wypasione niż nasze krakowskie.

Wychodząc z komisu myślałyśmy już tylko o tym, że teraz jedziemy do Rossmanna kupić mamie szminkę, a potem będziemy zbierać reprymendę za kolejny grat w domu - zupełnie straciłyśmy poczucie czasu. Nagle telefon z pytaniem, czy pamiętamy o Kolędzie. Mama na to, że przecież ma się zacząć o trzeciej, na co tato  tak glośno, że usłyszałam, choć stałam przy drugim końcu samochodu: Ale już jest po czwartej!!!

No więc nici z makijażowych zakupów, wróciłyśmy do domu. Kiedy tylko weszłyśmy, Julian, przez cały czas spokojny, natychmiast upomniał się o pierś. Płakał tak rozpaczliwie, że dosłownie odliczałam minuty do tej pieprzonej szóstej, by móc wreszcie dać mu jeść.
Kiedy tylko wybiła, Jul przyssał się tak łapczywie, że, choć pół godziny wcześniej wsunął drugą porcję zupy (porcja=ok. 150-200ml), nie zostawił ani mililitra do odciągnięcia na wieczorną kaszkę, po czym, zadowolony, pobiegł bawić się z wujkiem.

Ok. wpół do ósmej ciastka wyszykowane na wizytę kolędową były już zdziesiątkowane przez moją starszą pociechę, buteleczka z wodą święcona gdzieś się zapodziała, kropidło zostało kijem bejsbolowym w rękach Jędruli, a ministrantów zapowiadających księdza ani śladu. Stwierdziliśmy więc, że ksiądz już pewnie nie przyjdzie. Ja odpaliłam laktator, mąż zaczął szykować kąpiel dla Jędrka, mama postanowiła jechać do supermarketu, a tato zszedł do piwnicy, żeby dosypać węgla na noc, a tu nagle dzwonek do drzwi - czy życzą sobie państwo sobie wizytę księdza?  

I tak wizyta, choć bardzo miła, rozwaliła nam cały wieczorny rytuał. Jędruś był tak podekscytowany, że zasnął dopiero przed chwilą. Julo padł ze zmęczenia na rękach mojego brata bez kąpieli i kolacji. Pewnie będzie się budził w nocy na papu. Do łazienki kolejka. To znaczy - w czasie, kiedy piszę tego posta, okupuje ja mama, a czekają jeszcze tato, brat i mąż.
Ech, i jak ja jutro wstanę na narty...

sobota, 27 grudnia 2014

I po Świętach. Jedziemy odpoczywać dalej:)

Dziękuję Wam bardzo za piękne życzenia świąteczne - mam nadzieję, że i dla Was te dni były pełne rodzinnego ciepła i radości z narodzin Zbawiciela.

Tymczasem już po Świętach. Moje były właśnie takie jak chciałam. Leniwe, rodzinne, bez ciśnienia. Takie jak lubimy. Wigilia może nieco szalona, bo ciężko było przetłumaczyć Jędrusiowi, że najpierw jemy, a potem odpakowujemy prezenty, ale jakoś się to udało. Kiedy już natomiast przyszło do rozpakowywania prezentów, Jędruś zanosił każdy tacie do przeczytania etykietki, a następnie roznosił je w dość specyficzny sposób - na własną kupkę ulokowaną za choinką;p Koniec końców jednak każdy swoją dolę dostał i chyba wszyscy byli zadowoleni. Książka, którą dostała mama męża leży u niej na nakastliku z założoną zakładką, mąż pije swoją nową herbatę, chłopcy bawią się wspólnym plastikowym pianinkiem, Julek chlupie wodą w nowym niekapku, a Jędruś opisuje Julkowi obrazki w jego nowych książeczkach i radośnie pluska się w wodzie barwionej nowymi musującymi tabletkami. Ja też cieszę się z moich prezentów - wreszcie dostałam porządną stolnicę i nie musiała rezygnować z pierogów w obawie o drzazgi;p
No i Julo pod choinkę dostał jeszcze trzy nowe zęby - w sam raz do gryzienia opłatka:)



Jędruś w kościele, więc Julo ma zabawkę tylko dla siebie
Mama, co to? Czy to się je?



Spadł wreszcie śnieg. Jędruś szaleje z radości, choć warstewka jest cieniutka, a i sam śnieg raczej lepki niż puchaty. Ciekawe, jak będzie szalał, kiedy zobaczy go parę razy tyle - tam, gdzie jedziemy, śniegu zawsze jest znacznie więcej niż  Krakowie:)

Mam nadzieję odbić sobie zeszły sezon narciarski. Moja mama stęskniła się za wnukami, więc może z nimi zostanie i zabierze na saneczki, a ja z tatą i bratem wybiorę się na stok:)  Zatem - Maguro! Karlikowie! Laworto! Przybywam!!!:D

środa, 24 grudnia 2014

Wigilia na spontanie i życzenia dla Was:)

Zrobiliśmy w tym roku mamie męża niespodziankę świąteczną. I to jaką!

W ciągu nieco ponad czterech lat naszego z Adasiem małżeństwa tej pory zdążyło stać się tradycją, że święta spędzamy naprzemiennie u jednych i drugich rodziców: jeśli np. Wielkanoc w Krakowie, to Boże Narodzenie w Krośnie, a potem żeby było równo Wielkanoc w Krośnie i Boże Narodzenie w Krakowie. Tak się już przyjęło i do tej pory nie było wątpliwości, gdzie i kiedy.

Na poprzednie Boże Narodzenie wyjeżdżaliśmy do moich rodziców, a tegoroczną Wielkanoc - również z powodów okołoporodowych - spędziliśmy z mamą męża. Wypadało nam zatem i na Gwiazdkę zostać w Grodzie Kraka, ale - ponieważ przerwa świąteczna w pracy męża jest w tym roku wyjątkowo długa i trwa do samych Trzech Króli, postanowiliśmy, że w drugi dzień Świąt pojedziemy do moich rodziców.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy mama męża, wpadając do nas wczoraj, zapytała: "To wy się jeszcze nie pakujecie?"

Co się okazało - teściowa moja na hasło "Krosno", które gdzieś tam mimochodem usłyszała, zakodowała sobie, że jedziemy tam na całe Święta, łącznie z Wigilią. Gdy sprostowaliśmy i sami wyraziliśmy zdziwienie, że nic takiego nie mówiliśmy i zachowujemy dotychczasową kolejność spędzania Świąt, mama męża rozpętała awanturę, że jak to tak, dopiero teraz mówimy, a ona w ogóle nie planowała Wigilii w tym roku...
Kiedy tak już na nas nakrzyczała i wyszła, trzaskając drzwiami, mąż szepnął mi do ucha: "Ale wiesz co? Mama tak krzyczy, krzyczy, ale widać, że tak naprawdę się cieszy, że zostajemy".

Wbijamy się więc do mamy męża we czwórkę na to jedno biedne tradycyjne jedno puste krzesełko. Będzie spontanicznie, skromnie i bez szaleństw z ilością dań, swoje, dietetyczne, musiałam sobie sama zrobić, ale za to rodzinnie:)

A Wam, kochani Czytelnicy, 
w imieniu własnym i moich Mężczyzn, serdecznie życzę, 
aby te Święta były dla Was wspaniałym czasem 
spędzonym w ciepłej, rodzinnej atmosferze 
i aby Chrystus, którego przyjście na świat będziemy obchodzić, błogosławił Wam na cały przyszły rok.


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Uwaga!!! Kaszki Holle i Lebenswert wycofane!



UWAGA! GŁÓWNY INSPEKTORAT SANITARNY PODAJE INFORMACJĘ O WYCOFANIU NIEKTÓRYCH KASZEK HOLLE I LEBENSWERT!!!

Całość obwieszczenia tu:



I gdzie ja teraz znajdę takie dobre kaszki? Ekologiczne i bez cukru... Jaglanka Holle to jedyna kaszka z dodatkiem owoców, którą zaakceptował Julek. Domowej nie chciał, a tę jadł. Buuu...
I co? I g...uzik.

Produkty Holle z dodatkiem kaszy jaglanej zostały wycofane z powodu wykrycia w nich atropiny
i skopolaminy.
Atropina to alkaloid występujący naturalnie w pokrzyku wilczej jagodzie (Atropa belladonna). Stosuje się go już głównie w okulistyce, czasem w kardiologii przy niektórych arytmiach. Historycznie była jednym ze środków używanych do skrytobójstw.
Może ona powodować przyspieszenie rytmu serca, zaczerwienienie skóry, rozszerzenie źrenic
i zatrzymanie moczu.

Skopolamina występuje w bieluniu dziędzierzawie (Datura stramonium). Działa podobnie jak atropina, ale słabiej. Stosowana właściwie tylko w kardiochirurgii, choć już nieczęsto. Z ciekawostek historycznych - Gestapo i CIA wykorzystywały ją podczas śledztw jako "serum prawdy", ponieważ przedawkowana wprowadza człowieka w stan półsnu, dezorientując i wywołując amnezję, halucynacje i majaczenie.
Zarówno atropina jak i skopolamina ulegają rozkładowi w organizmie i na dłuższą metę nie powodują zagrożenia, groźne jest jedynie zażycie jej w zbyt dużej ilości w krótkim okresie czasu.
 
Wycofano wszystkie partie produktów:
  1. Holle Bio-Babybrei Hirse (z ryżem)
    Źródło: gazetapowiatowa.pl
  2. Holle Bio Babybrei Hirse Apfel-Birne
  3. Holle Bio-Babybrei 3-Korn
    Źródło: idealo.de
  4. Holle Bio-Milchbrei Hirse
    Źródło: apo-discounter.pl
  5. Lebenswert bio Hirse & Reis Vollkornbre
    Źródło: amazon.de
Przyznam, że ten komunikat napędził mi stracha. Od początku naszej przygody z kaszkami Julo je właśnie Holle. Do tej pory zjadł już ze trzy opakowania kaszki nr 2 i co najmniej dwa opakowania trójki, a kolejne ma dojedzone do połowy.
Na szczęście - nic mu nie jest. Kiedy dowiedziałam się o sprawie, rzuciłam się do szafki z kaszkami, przeglądać, co jeszcze mamy. Na szczęście nie we wszystkich produktach tych marek wykryto atropinę, a pozostałych, które mamy, nie ma na liście. Ufff... Teraz tylko oddam do sklepu nienapoczęte opakowania numerów 2 i 3 i będzie, mam nadzieję, po sprawie. Oby poprawili, przebadali i przywrócili. Julo będzie czekał:/

niedziela, 21 grudnia 2014

Co bym chciała dostać pod choinkę


Kto nosi u Was prezenty pod choinkę? Święty Mikołaj czy Gwiazdor?
Do nas przychodzi Aniołek. I choć nie było tu dotąd takich postów, ale niech tam, wszyscy układają chciejlisty, ułożę i ja.
A więc, Aniołku kochany, w tym roku bardzo ucieszyłyby mnie:

Źródło: jakkupowac.pl
1. Roczny zapas mleka, jogurtów i błękitnego "Lazura"
Kochany Aniołku, już w styczniu będziemy przeprowadzać prowokację mlekiem u Julka. Chciałabym cichutko prosić, żeby Julo nie dostał po niej zaostrzenia - tak, abym mogła zjeść to wszystko, co mi przyniesiesz

2. Nowy "chałat". Taki ładny, wcięty w talii. I okazję, by codziennie go nosić, najlepiej już od wiosny;p

















Źródło: www.uszatek-trzemeszno.pl
3. Dwie co najmniej  roczne wejściówki: do przedszkola dla Andrzejka i do żłobka dla Julasa.
I końskie zdrowie, żeby w całości je wykorzystali;p









4. Wór cierpliwości, by nie wykończył mnie bunt dwulatka.














5. Wór słodyczy. Taki bez dna. Żebym w końcu przytyła te 5kg i żeby mama nie martwiła się, że zaraz zniknę.


6. Trochę śniegu, bo chcę wypróbować nowe sanie chłopców i odbić sobie zeszły sezon narciarski.
I może jeszcze tego liska do przytulania. Tylko niech on tak nie przeklina.














Z góry dziękuję, Aniołku:)

piątek, 19 grudnia 2014

Mama skazańca je poza domem - czego unikać, na co zwrócić uwagę

Dużo ostatnio wychodzę z domu na dłużej. A to wesele, a to kino, to znów wizyta u dawno niewidzianych znajomych albo przedświąteczny rajd po galeriach. Skrupułów się już dawno wyzbyłam, zostawiam na wierzchu odciągnięte mleko, zupkę i kaszkę i już mnie nie ma.
Większym problemem jest to, co JA w tym czasie będę jeść.

Będąc mamą alergika na białka mleka krowiego, mam kupę kłopotliwych dla otoczenia ograniczeń. No więc tak:
  • Na weselu nie mogłam zjeść przystawkowej sałatki (śmietana w sosie), rosołu (na wołowinie) ani kremu z pieczarek (bielony śmietaną), pieczonej ryby (moczona w mleku) ani puree z ziemniaków (polane masełkiem). Żyłam cebulową, którą skądś wytrzasnęła dla mnie kelnerka, i sokiem jabłkowym.
  • U znajomych mogłam zjeść tylko sałatkę warzywną z majonezem. Koleżanka miała jeszcze ów majonez, więc na etykietce sprawdziłam, czy nie dodano doń nic trefnego. Ominęły mnie bowiem wędliny (nie jem, jeśli nie mogę przeczytać składu, a często są "ulepszane" białkiem mleka), ciasta, tort naleśnikowy, a nawet chipsy, bo i one zawierały serwatkę.
  • W kinie jedynym, na co mogłam sobie pozwolić, były... lody. Sorbet malinowy. Niestety - bez wafelka, bo mleko było w jego składzie na pierwszym miejscu. Nawet nachos miały w składzie serwatkę.
  • W czasie dzisiejszego szału zakupów popełniłam błąd i odłożyłam papu na czas wizyty w Plazie. A tam tylko jedna kawiarnia i jedna restauracja pseudowłoska. No więc wchodzi mama alergika i pyta, co da się zjeść przy alergii na mleko krowie. W kawiarni - NIC. Nawet pieczywo na tosty było trefne. W restauracji znalazła się JEDNA rzecz: zupa pomidorowa.
Julek to drugi skazaniec w mojej karierze maci karmiącej, więc po paru wcześniejszych doświadczeniach tego typu wiem, czego mogę się spodziewać.
Wiem, że może zdarzyć się sytuacja, że zwyczajnie nic się dla mnie nie znajdzie - a jeść trzeba.
 Przeważnie nie wychodzę więc z domu bez kanapki albo dozwolonych ciastek.

A czego mi nie wolno?
Najpierw oczywista oczywistość - kawy z mlekiem.

Z marszu odpadają też:
Sernik.
Sałatka grecka.
Koktaile i "szejki".
Pierogi ruskie.
Naleśniki i racuszki

W innych produktach białka mleka ukryte są znacznie sprytniej. Poza własnym domem nie jemy zatem:

  1. Ciast i ciasteczek - kupnych i domowych, jeśli gospodarze wyrzucili już opakowanie i nie można przeczytać składu. Zawierają masło lub margarynę, a 99% margaryn na rynku zawiera białka mleka. Mleko bywa też często w zaczynie do ciasta drożdżowego - takie też odpada.
  2.  Wędlin. Tak - bywają fałszowane białkami mleka:( Na codzień mam wypróbowane 2 (!) wytwórnie, których wyroby nie uczulają Julka. Innych kupnych nie ruszam.
  3. Pieczywa, kanapek, tostów etc. Do niektórych chlebów producent dorzuca serwatkę. Inne są z założenia pieczone na maślance albo jogurcie. W piekarni można o to zapytać. Gospodarze pewnie już dawno wyrzucili etykietkę ze składem i nie pamiętają.
  4. Ponadto do smarowania podane zostanie prawdopodobnie masło. Wątpię, by ktoś, szykując proszony podwieczorek, stał pół godziny przy półce z nabiałem szukając dla jednej osoby margaryny bez mleka.
  5. Czipsów innych niż solone. Wszystkie inne, nawet paprykowe i bekonowe, zawierają serwatkę jako nośnik dla przypraw.
  6. Sałatek. Mleko bywa dodane np. do musztardy albo chrzanu. Skąd wiemy, jakie kupiła pani domu?
  7. Tłuczonych ziemniaków. Przeważnie są ubite z masłem albo śmietaną.
  8. Ziemniaków z wody okraszonych tłuszczykiem. Idę o zakład, że ten tłuszczyk to masełko.
  9. Ryb. A jeśli już chcemy, musimy zapytać, czy nie były wcześniej "odsmradzane" przez moczenie w mleku
  10. Past rybnych. Niemal zawsze zawierają twaróg lub śmietanę.
  11. Niczego, co jest panierowane bułką tartą (zob. pieczywo) i jajkiem, jeśli nie jesteśmy pewni, że gospodyni nie dolewa do jajek odrobiny mleka dla lepszej konsystencji (sama tak kiedyś robiłam).
  12. Nic z mięsa mielonego, dopóki upewnimy się, że nie zawiera bułki tartej  lub bułki (zob. pieczywo) tradycyjnym sposobem wymoczonej wcześniej w mleku.
  13. Mięs polanych zabielanymi sosami.
  14. Rolad mięsnych - np. kotleta de volaille - wewnątrz czai się masło.
  15. Bardzo chudego drobiu i dziczyzny - np. bażanta. Takie mięso piecze się, obkładając je tłuszczem. Czasem jest to boczek, zwykle - masło.
  16. Zup zabielanych zasmażką (zawiera masło) i dań zapiekanych z sosem na bazie beszamelu (masło, mleko). W ogóle o każdy sos trzeba pytać.
  17. Pizzy - widział ktoś kiedyś taką bez sera? Że nie wspomnę o ewentualnym mleku w zaczynie na ciasto...
  18. Placków ziemniaczanych (niektóre przepisy zakładają dolewkę mleka).
  19. Pierogów - jeśli nie można dokładnie wypytać o przepis na ciasto i farsz. Również leniwych, kopytek i knedli - np. według tradycyjnego przepisu krążącego w mojej rodzinie ciasto robi się z dodatkiem twarogu.

Temat otwarty, można dopisywać.

czwartek, 18 grudnia 2014

Co warto kupić w Smyku?

Dzisiejszy wpis sponsoruje sieć sklepów SMYK, a właściwie nie tyle sama sieć (a szkoda;p), co ciocia P., która z okazji mikołajkowo-świątecznej ofiarowała swojemu chrześniakowi kartę podarunkową do tegoż przybytku.

Może się zdziwicie, ale dotąd w SMYKu nie kupiłam nic. Co nie znaczy, że moi chłopcy nic stamtąd nie mają. Mają m.in. piramidę z kółek FP (tę najprostszą), jakieś grzechotki i gryzaki, no i parę ubranek coolclub.
Co do tychże mam bardzo mieszane uczucia.
Po pierwsze, mają dziwną rozmiarówkę. Są znacznie mniejsze niż ubranka innych firm z takim samym oznaczeniem na metce. Na przykład z H&M czy NEXT Julo nosi 74-80, a smykowe 80-86.
Na zdjęciu poniżej Jędruś w lecie ubiegłego roku w bodziaku coolclub rozmiaru 92. Ogólnie nosił wtedy rozmiar 80.


Druga rzecz to jakość materiałów. Ten bodziak na zdjęciu powyżej był fantastyczny. Jędruś miał jeszcze seledynowy i niebieski, wszystkie świetnie się nosiły. Użytkował je bardzo intensywnie przez ponad pół roku i nadal wyglądają jak nowe.
Również welurowe pajacyki, które Andrzejek dostał na chrzciny sprawdziły się dobrze i w niezmienionym stanie przetrwały obu chłopców. Inna sprawa, że Julo wyrósł ze smykowego 68 zanim zaczął obracać się na brzuszek, za to Andrzejek zdążył urządzić im prawdziwy chrzest bojowy, pełzając i raczkując w nich po domu. Zdjęć niestety nie mam - mamy jeden szary i jeden biało-granatowy z motywem łaciatego psiaka.
Welurowe pajacyki mogę polecić. O bawełnianych niestety nie mogę powiedzieć tego samego. Mieliśmy dwa takie:




Te z kolei miał okazję nosić tylko Andrzejek. Po jego pełzaniu i kilku praniach zmechaciły się i poszarzały. Wyglądały tak fatalnie, że, kiedy Jędruś z nich wyrósł, przerobiłam je na szmatki do czyszczenia mebli i pastowania butów. Nawet Cyganom wstyd to było dać:(
Podobne zdanie mam o białych body, które dostałam od mamy męża w 4- albo 6-paku, już nie pamiętam. Nie były aż tak fatalne jak te pajace, ale też kucawiły się i bardzo łapały plamy. Nawet mleko ciężko było doprać, jeśli nie zamoczyło się od razu. Słowo daję, w szmateksach na wagę są rzeczy lepszej jakości.

Mam więc kartę podarunkową do Smyka i jest okazja.
Od biedy zawsze mogę nakupić Julasowi ubranek w "następnym" rozmiarze, ale z drugiej strony chciałabym też wybrać dla niego coś, czego nie dostałby od nas. A ponieważ sklepu nie znam (byłam dwa razy w poszukiwaniu pieluch tetrowych. NIE MIELI.), zwracam się do Was:

Co warto kupić w SMYKU?
Może na coś są tam szczególnie dobre ceny?
Albo może mają tam jakieś fajne rzeczy, których nie ma gdzie indziej?

Chciałabym coś, co trochę posłuży. Zabawek mamy multum  po Andrzejku, ale i ich nie wykluczam. Gadżetów też nie, choć sama raczej ich unikam.

Proszę o Wasze typy:)

środa, 17 grudnia 2014

Ja wiedziałam, że tak będzie

Mamusiu, dlaczego ta pani, co mi masowała rączki, nie pozwalała mi wstać? Przecież to takie fajne.
I jakie widoooki!
I wreszcie dosięgnę do chrupek, które chowa przede mną Jędrek.
No i ty na mnie, mamusiu, będziesz zwracać większą uwagę, bo jak nie, to jeszcze się zachwieję, zlecę i guza sobie nabiję.
Czego ty się, mamusiu spodziewałaś, że od razu będę pięknie sobie siadał? Taaa, jasne, może jeszcze bez trzymanki, co? Nie ma tak dobrze.
A teraz rób mamuś zdjęcie. Tylko szybko, bo chcę jeść. Zasłużyłem w końcu, no nie?

Któraś kolejna próba - kiedy zauważyłam, że Jul stoi na tyle pewnie, że zdążę sięgnąć po aparat. Zdjęcie dedykowane julkowemu tacie jako spóźniony prezent na jego wczorajszą okrągłą 29. rocznicę urodzin;p

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wybieramy nosidełko ergonomiczne

Po ostatnich przygodach w szpitalu dziecięcym stało się dla mnie jasne, że, jeśli ktokolwiek z nas chciałby gdziekolwiek wybierać się z dwójką dzieci, niezbędny - oprócz wózka - staje się dodatkowy sprzęt.

Mąż w takiej sytuacji wybiera dostawkę dla Andrzejka, ale przed nim Jędruś czuje respekt i raczej nie próbuje mu uciekać.
Ja to inna sprawa. Mamie się zwiewa przy każdej możliwej okazji - Andrzejek wie, że z wózkiem na pewno go nie dogonię - ciężko biec zakosami za zwinnym dwulatkiem pchając przed sobą szeroką kolubrynę lub parasolkę na małych podwójnych kółkach. Z powodu ucieczek Jędrusia boję się brać go na dostawkę, kiedy nie ma z nami męża.

Już dawno wpadłam na pomysł, by, w razie niesubordynacji, w wózku jechał Andrzejek. Tylko co wtedy z Julkiem?
Julka wtedy muszę nieść ja. Do niedawna - w chuście. Uwielbiam naszego Johannesa, Julek również, ale nie było to dla nas rozwiązanie idealne.
  • Po pierwsze - wiązanie chusty trwa. Nawet najbardziej byle jakie motanie to około dwóch-trzech minut, a w takim czasie Jędruś jest w stanie zniknąć mi z zasięgu wzroku.
  • Po drugie - średnio nadaje się na spacery. Nie sposób, motając się lub rozwiązując w warunkach plenerowych, uniknąć majtania ogonami po ziemi, wszak to co najmniej 3,5m materiału.
  • Po trzecie, dla mnie najważniejsze, przez moje perypetie zdrowotne, miewam problemy ze stawami, szczególnie nadgarstkami, a te są niezbędne dla dobrego dociągnięcia chusty. Czasem zwyczajnie nie daję rady i muszę zrezygnować - a wtedy siłą rzeczy musimy zrezygnować ze spaceru.

Dlatego jak na zbawienie czekałam na moment, kiedy Julek usiądzie samodzielnie - to właśnie tę umiejętność uznaje się za wyznacznik gotowości na przesiadkę z chusty do nosidełka ergonomicznego (takiego, w którym dziecko ma szeroko rozstawione nóżki w kształt litery
"M" lub, jak kto woli, "na rozjechaną żabę", a jego ciężar spoczywa głównie na biodrach rodzica) a tylko takie, jako najzdrowsze dla kształtującego się kręgosłupa i stawów biodrowych, brałam pod uwagę.

Stało się to około trzech tygodni temu - Jul po prostu klapnął pupą na podłogę dając sygnał, że już możemy zamawiać nosidło.

Po przekopaniu chustoforum w poszukiwaniu wskazówek, miałam trzy typy: Tulę, Manducę i Bondolino. Tulę udało mi się spotkać przypadkiem - zwyczajnie podeszłam do obcej kobitki, u której wypatrzyłam ją w koszu pod wózkiem, popytałam o to nosidło, a ona pozwoliła mnie i Julkowi je przymierzyć. Przymierzyłam i wiedziałam, że Tuli nie kupimy - pasy naramienne, nawet po maksymalnym skróceniu i przełożeniu na krzyż, były dla mnie za długie i było mi zwyczajnie niewygodnie.
Bondo i Manducę mierzyłam u pani, która ogłosiła na portalu, że chce sprzedać to pierwsze, bo kupiła to drugie:)
Bondolino było wygodniejsze dla mnie, ale jakieś takie maławe. Miałam wrażenie, że Julo dłużej niż do roku w nim nie pojeździ. Już w chwili przymiarki, kiedy miał niecałe osiem miesięcy, panel kończy mu się w połowie łopatek.
Manduca ma wydłużany panel.


By zwiększyć jego wysokość, wystarczy rozsunąć zamek - i po rozsunięciu panel sięgał Julkowi po uszy.

Zdecydowałam się więc na Manducę i, po dłuższych poszukiwaniach, w końcu znalazłam okazyjną ofertę.

Tak oto, dzień po feralnych przygodach w szpitalu, dojechała do nas nasza brązowa gąsieniczka:)


mój "Maniek" w pełnej krasie:)

Kapturek. Przed deszczem nie osłoni, ale może stanowić dodatkowe wsparcie dla główki, kiedy dzieć uśnie

to podpięte pod gumkami to wkładka dla noworodków i małych niemowląt

Wkładka rozwinięta. Na panelu nosidła podpina się ją zatrzaskami. Dziecko może jeździć bez niej, gdy osiąga rozmiar ubranek ok. 68

Moje nosidło jest zrobione z sukna bawełniano-konopnego, ma grube pasy naramienne i solidny pas biodrowy. Wyglądało porządnie, nic tylko próbować.

Wrażenia?
Kiedy Andrzejek zobaczył, jak Julo fajnie sobie jeździ na mamie, sam zażądał przejażdżki. Włożyłam go sobie na plecy, nosiłam chyba przez 10minut (potem zaczął mnie ciągnąć za włosy i szczypać po szyi) i powiem Wam, że nie czuję wielkiej różnicy między prawie 13kg Andrzejka a ok. 8,5kg Julka. Obu nosi mi się lekko zarówno z przodu, jak i na plecach. Podobno można też na biodrze, ale nie próbowałam, bo raz, żem krzywa jak chiński paragraf, a dwa, że za leniwa na zmianę ustawień wszystkich pasów, pasków i paseczków;p
Póki co stwierdzam, że z Julkiem wygodniej mi z przodu (bo się przytula i nie wierci), a Andrzejek... Andrzejek jest za ruchliwy na jakiekolwiek nosidło.

tu najlepiej widać tę zalecaną przez fizjoterapeutów pozycję "żabki"


No, matka, wiśta! Wiooo!!!

Nosidło ma masę regulacji, ale, jeśli cały czas ten sam dorosły nosi w nim to samo dziecko, wystarczy ustawić je raz i tak zostawić.
I ja skwapliwie z tego korzystam, bo ostatnio Julkowi rżną się zęby i jest nieodkładalny, a Jędruś taryfy ulgowej nie daje. Doszło do tego, że przez ostatnie dwa dni prawie nie zdejmowałam nosidła i, kiedy akurat nie nosiłam Julka, zwisało mi ono z bioder jak fartuszek;p
W sobotę padł mój rekord noszenia non stop - na całe popołudnie zostaliśmy z chłopakami zupełnie sami, nawet mama męża do nas nie zajrzała;p. I tak Julo jeździł na mamie przez bite dwie godziny, a potem, o dziwo, żadne z nas nie czuło się połamane. A w międzyczasie powiesiliśmy pranie, zrobiliśmy obiad i oczywiście pacyfikowaliśmy Andrzejka:)

Tak więc szczerze polecam to nosidło:) A chusta zostaje z nami, bo nosidło czasem będzie wymagać prania. No i za parę lat chłopcy będą mieć z niej fajowy hamak:)



niedziela, 14 grudnia 2014

Osiem miesięcy Julka

Niby dużo się działo, a jakoś tak niepostrzeżenie przeleciał mi ten ósmy miesiąc z Julkiem.
Dopiero teraz złapałam się na tym, że dziś czternasty, trzeba pisać miesięcznicę, nie przygotowałam się. Wstydź się, mamusiu;p

No więc tak: wymiarów nie ma. Julek jest bezwymiarowy;p Od wieków nie był mierzony ani ważony u pediatry. Domowymi metodami wychodzi 8,5kg i 76cm, ale nie wiem, na ile to prawda.
W każdym razie ubranka w rozmiarze już głównie 80, pampersy 4, wielorazówki spięte na M to już właściwie biodrówki, ale spięte na L mu lecą, bo chudy;p

Je ładnie prawie wszystko - chrupki kukurydziane, skórkę z chleba, kaszki na moim mleku, coraz bardziej wymyślne zupy - teraz już na wywarze mięsnym. Tylko z owocami nadal kłopot, nawet jeśli raz coś mu podejdzie, najdalej dwa dni później już jest fuj. Nawet suszone w roli gryzaków nie przechodzą.
Z alergenów wprowadziłam łososia, żółtko i pomidory, na które sama jestem uczulona - udało się, Jul nie zareagował źle na nic z tych rzeczy, a ryba awansowała na nr 1:)

Jeśli chodzi o postępy rozwojowe, Julo raczkuje jak torpeda. Dawno przestał już pełzać i czworakuje w tempie mojego szybkiego marszu.

Siada całkiem sprawnie z dowolnej pozycji, siedzi stabilnie i prosto jak struna. Mimo tego nie za bardzo chce jeść w krześle do karmienia. Tam odchodzą tylko próby BLW, zupa jak dotąd w foteliku samochodowym albo bujaczku.


Klęczy z podparciem, solo przez chwilę też daje radę. Na kolanach łazi przy wszystkim, co da się przesuwać, nawet przy jeździku Andrzejka.

Wstać na stopy mu nie pozwalamy - zalecenie z rehabilitacji. Odwracam jego uwagę, kiedy tylko widzę, że próbuje - i idzie mi to coraz trudniej, bo Julek aż się rwie do pionu. Niedługo pewnie już nie uda mi się tego zatrzymać. Na razie pozycja "krakowiaczek jeden" jeszcze mu wystarcza.

Zaciśniętą piąstką robi papa Jędrusiowi i swojemu odbiciu w lustrze. Własne odbicie to w ogóle ostatnio spektakl wszechczasów - Julek śmieje się z niego do rozpuku.
A co do łapek, to nie wiem, dlaczego trzyma je w piąstki - do raczkowania czy chwytania łatwo się otwierają, nawet chwyt pęsetowy Jul ma już opanowany.

Pięknie bawi się z bratem i potrafi domagać się tej zabawy - przyłazi, zaczepia i zaczyna marudzić, kiedy się przerwie:)



Od dawna już Julek śledzi wzrokiem upadające przedmioty - nowość to celowe wyrzucanie. Jeśli mu się ich potem nie poda, wyraża niezadowolenie.

W mowie przełomów brak. Nadal gaworzenie i nadal nie ma wołania taty. Jest za to głoska "o" w sylabach, jest "dzi", "si", "zi", nieśmiało pojawia się "ka".
Chociaż może i jakiś mały przełomik jest: "ma-ma" jest tylko w momentach niezadowolenia, a w chwilach szczęścia pada "abu" - na razie tylko Julo wie, co to znaczy, ale okoliczności są zawsze te same - kiedy ktoś bierze młodego na ręce.

Z mniej przyjemnych nowości - pleśniawki. Od środy smaruję nystatyną i wygląda na to, że pomaga, bo już prawie ich nie ma. Lekarka profilaktycznie kazała mi też smarować brodawki, by uniknąć wzajemnego zakażania się w nieskończoność - tak też robię.

Na koniec zęby. Są cztery, w drodze co najmniej dwa kolejne. Na razie wygląda to, hmmm, nietypowo:




A co za miesiąc?
Na pewno wstawanie.
I może wspólne kąpiele z bratem?

A na koniec mała zapowiedź następnego posta, który będzie o tym, w czym się teraz przytulamy:)

czwartek, 11 grudnia 2014

Ja to mam szczęście

czyli recepcyjnych perypetii część druga.

Źródło: jakleczyc.com.  U nas nie tak duże, ale uparte, skubańce
Jak już wspominałam, z powodu pleśniawek Julka, które nie dały się usunąć dezaftanem, fioletem ani witaminą C, musiałam uciec się do mocniejszej artylerii.

Zadzwoniłam więc wczoraj rano do przychodni i poprosiłam o połączenie z moją panią doktor.
O co chodzi? - pyta pani w rejestracji. Odpowiedziałam, a pani mi na to, że doktor prosi, żeby z nią nie łączyć, ale ona zaraz przekaże.
No więc czekam, czekam, CZEKAM... wróciła i mówi, że pani doktor bez rozmowy nystatyny nie wypisze (potem pomyślałam, że w sumie słusznie) i prosi, żeby przyjść po pacjentach.
Pytam, czy brać dziecko, bo ono zdrowe, tylko pleśniawki ma.
Pani odpowiada, że nie, po co wlec dziecko, mama wystarczy.

Przychodzę, mówię ładnie dzień dobry, przedstawiam się i powołuję na rozmowę sprzed pół godziny.
Pani (sądząc po głosie, ta sama): To proszę zapytać, czy dr Z. panią przyjmie i wrócić po kartę jeśli się zgodzi.
Pomyślałam swoje, ale udałam się posłusznie do lekarki.
Znów się przywitałam i wyłuszczam sprawę.
Pierwsze pytanie pani doktor:

"NO A GDZIE JULIANEK?"

Receptę ostatecznie dostałam bez problemu, ale komunikacja interpersonalna w mojej przychodni chyba jednak wymaga poprawy;p

środa, 10 grudnia 2014

Każdy może się pomylić

Ja po prostu kocham panie rejestratorki z "naszego" szpitala dziecięcego. Na cztery, z którymi regularnie mam do czynienia, tylko jedna nie sprawia wrażenia, jakby odbywała tam karę dożywocia.
Dlatego - jeśli tylko jest możliwość - podchodzę właśnie do niej. Zawsze też, rejestrując któregoś z synków na wizytę, proszę, by wpisano nas na środę, bo wtedy mąż ma wolne i może zająć się drugim bąkiem lub jechać ze mną, jeśli akurat interesy w szpitalu mają obaj chłopcy.

Zwykle więc dostaję termin, zapisuję go na sklerotce w książeczce zdrowia Julasa i stawiam się potem z dzieckiem w wyznaczonym dniu o umówionej godzinie.
 
A że jako Matka-w-Domu-Siedząca straciłam rachubę czasu, pamiętając, że rehabilitację Julka zamówiłam jak zwykle na środę, byłam przekonana, że zapisany w książeczce 9 grudnia jest jutro.
O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się, robiąc poranny przegląd blogosfery po nakarmieniu Julka. Wszystkie blogi, na których dziś zdążył ukazać się nowy post, krzyczały, że dziewiąty jest dziś, we wtorek.
No to super...
Wizyta o pierwszej, mąż do pracy na dwunastą, teściowa w pracy, ciocia w pracy, brat w Krośnie.

Ostatecznie zorganizowaliśmy się tak, że mąż odwiózł nas pod szpital i tam nas zostawił, a sam pognał do roboty, a potem miał przyjść po nas w "okienku" i odwieźć do domu.

Tak oto zostałam sama z dwójką dzieci i jednym wózkiem prawie półtorej godziny przed przyjściem naszej lekarki w poczekalni pełnej zabawek, wózków, dzieci i ich rodziców.

Na szczęście przyszło mi do głowy wziąć ze sobą chustę. Gdyby nie to, nie wiem, jak dotrwałabym do wizyty. Na początku strasznie bałam się motania bez lustra, ale kiedy Jędruś któryś raz podjął próbę samowolnego opuszczenia szpitala, po prostu zastawiłam wyjście na schody wózkiem Julka, wyciągnęłam z torby szmatę, zamotałam błyskawicznie coś w rodzaju "kangurka", nawet nie zastanawiając się, czy wszystko jest podociągane, po czym pognałam za Andrzejem. Kangurek chyba nie był najgorszy, bo wytrzymał bieg przez prawie cały korytarz.
To się nadawało do amerykańskiej komedii: dwulatek pędzi przed siebie, za nim, nie nadążając przepraszać potrącanych ludzi, biegnie matka z przychustowanym niemowlakiem, który ma z tego wszystkiego ubaw po pachy i chichra się na całego. Brakowało chyba tylko, byśmy wszyscy wylecieli przez szybę prosto do wielkiego tortu z bitą śmietaną;p

Dość, że uciekiniera złapałam tuż przed rejestracją do dziecięcych poradni zdrowia psychicznego. Nawet ładnie powiedział paniom "Dzień dobly". Zgarnęłam stwora, zgarnęłam nasz wózek, wpakowałam do niego stwora i poszliśmy pod drzwi poradni rehabilitacji, bo do wizyty zostało już tylko 15 minut. W czasie, kiedy ja uganiałam się za Jędrusiem, pacjenci naszej pani doktor zaczynali się już schodzić. I co się okazało? Że wszyscy mamy termin na pierwszą:)
Na szczęście pani doktor przyszła trochę przed czasem i jako pierwszych poprosiła właśnie nas.

W gabinecie lekarka zaczęła badać Julka, a w tym czasie Jędruś siedział na krześle i bawił się plastikowym modelem stawu kolanowego, śpiewając wariację na temat kotka na płotku.

Lekarka skończyła badanie, zadała Julkowi ćwiczenia i kazała nam zaczekać na instruktaż w poczekalni. Pod gabinetem rehabilitantki okazało się, że akurat przywieźli jakiegoś porażonego chłopca na ćwiczenia. Kolejne nie-wiem-ile czasu z głowy. Postanowiłam nakarmić Julka, więc na wszelki wypadek wsadziłam Andrzejka do wózka, zapięłam pasami i dałam mu do oglądanie książeczkę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę później zobaczyłam, jak Andrzejek pasy rozpina i wieje w kierunku klatki schodowej. No więc lecę za nim osłonięta tetrówką z Julkiem na ramieniu. Uff, złapałam, pod gabinet dowlokłam. Jedna ze współczekających, mama malutkiego niemowlaka, śmiała się, że teraz to się wcale nie dziwi, że jestem taka chuda.

W końcu nasza kolej. Wpadamy zziajani do środka, a Jędruś, na widok przyrządów pozostałych po ćwiczeniach tego biednego chłopca, wyrwał mi się i rzucił się na materac, krzycząc "Piiiłkiii!!!". Prawdę mówiąc, więcej czasu straciłam na pilnowaniu, by nie skakał po nas niż na ćwiczeniach Julianka. W końcu Julo zaczął płakać. Wiadomo - przez to wszystko nawet nie zdołał się najeść. I akurat wtedy Jędrula przerwał rzucanie się za piłkami i zaanonsował, że chce do toalety.
Na szczęście akurat w tym momencie do salki wszedł mąż i Jędrusia zabrał, mogłam więc spokojnie jeszcze raz powtórzyć zadane do domu ćwiczenia i sposób masowania rączek.
A potem błyskawicznie do domu, żeby ten koszmar dobiegł wreszcie końca.

Wniosek?
Przykry - że wszystkich trzeba sprawdzać i patrzeć im na ręce.
Kiedy rejestrowałam dziś Julka na następną kontrolę, mąż  pilnował Andrzeja, a ja z Julem na ręku nie odeszłam z mężem od okienka, dopóki nie sprawdziłam dnia tygodnia we własnym kalendarzu, co zostało przyjęte ze zdziwieniem. Na stwierdzenie, że przez pomyłkę pani rejestratorki moje dziecko omal nie zrobiło sobie krzywdy albo nie zaginęło, nie usłyszałam nawet słowa "przepraszam".



PS. Od lekarki i rehabilitantki usłyszałam, że generalnie Julo rozwija się bardzo ładnie, tylko za bardzo zaciska dłonie i stópki. Mam wykonywać ćwiczenia relaksacyjne i nie pozwalać mu na razie stawać na obu stopach. No i do kontroli za dwa miesiące:)

PS2.
U Jula w paszczy dwie nowości. Pleśniawki i prawie wyrżnięta dolna dwójka. Ponieważ na te pierwsze nie pomogły domowe sposoby - jutro poproszę pediatrę o nystatynę. Zobaczymy, jak w naszej przychodni funkcjonuje lubiany przeze mnie system "recepta bez wizyty", hehehe;p

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Powiedzieli, co wiedzieli

Na początek pierwsze bon-moty młodszej z moich pociech. Julo jest na etapie gaworzenia. I choć sylab opanował dość sporo, to na razie jest raczej małomówny, ale czasem i jemu się uda cięta riposta;p

-1-

Kolejna próba przekonania Julka do deserków. Tym razem kisiel malinowy (jadalny) zmieszałam z tartym jabłkiem (niejadalnym). Julek widzi w mojej dłoni znajomą turkusową miseczkę z czerwoną łyżeczką. Banan na pyszczydle poszerza się coraz bardziej.

J: papapapapapapapa...
M: Julciu, mama przyniosła jedzonko.
Julek próbuje deserku i wykrzywia usteczka w podkówkę.
M: Nie smakuje dziecku?
J: nienienienieeeee!!!

 -2-

Ten sam deserek, chwilę później.
M: No Julo, powiedz "AAAAA"
J: Be! - i uśmiech numer 3. Akurat ten, przez który nie ma szans przecisnąć łyżeczki;p

***

A teraz wróćmy do naszego domowego mistrza humoru sytuacyjnego;p

Andrzejek: Mamo, a co tam jobi ten słoik z majmoladą na kuchennym blacie?
M: Stoi, misiu.
A: Nie, on nie stoi, on jyczy jak lew!

***

Przyszła moja ciocia. Wybieramy się na spacer z chłopcami. Przed spacerem ciocia namawia Jędrusia na skorzystanie z toalety.

Ciocia: Andrzejku, a może usiadłbyś jeszcze na nocniczku.
A: Nie mogę, ciociu.
C: O, a dlaczego nie możesz?
A: Nie ma siku w człowieku. 

***

Na koniec jeszcze dwa kwiatki z cyklu "dyktafon"...

 -1-

T: Nie, dość już "Reksia" na  dziś - i zdejmuje Andrzejka z krzesła przed laptopem, po czym sam na nim siada i odpala swoją pocztę elektroniczną.
A: Adam, zachowujesz jak kjetyn.

 -2-

Jędruś bawi się butami w przedpokoju. Tekst na widok wyszczerzonego w banan Julka raczkującego z piskiem w jego stronę: "O nieee, znowu lezie ten żul..."

sobota, 6 grudnia 2014

Dobrze czasem z domu wyjść...

Włożyć elegancką sukienkę, umalować się.
Popodziwiać męża w garniturze wypsikanego wodą kolońską.
Iść do fryzjera w celu innym niż podcięcie końców:)

Cieszyć się z przyjaciółmi, którzy biorą ślub.
Stać w kościele w tych eleganckich kreacjach z worem kociego żarełka, które Młodzi zażyczyli sobie zamiast kwiatów.
Spotkać masę znajomych niewidzianych przez parę lat.
Nasłuchać się komplementów, że się nic nie zmieniło (taaa, jasssne;p), że synek śliczny i że skóra zdjęta z mamusi.
Obserwować zbiorowy opad szczęki, że nasze dziecko najzwyczajniej w świecie zasnęło i przespało ponad godzinę podczas wesela mimo, że usadzono nas przy samym DJ-u i jego głośnikach.

Nawet jeśli mąż twierdzi, że prędzej zaleje się w trupa niż wyjdzie na parkiet (po czym nie pije ani kropli czegokolwiek wyskokowego)
Nawet jeśli jest się okropnie głodnym, 90% weselnego menu zawiera składniki zakazane, a nie wypada podżerać spod stołu własnych biszkoptów
Nawet jeśli karmić piersią trzeba, chowając się za kotarą na głównej sali weselnej, bo nawet na kibelek nie ma szans
I nawet jeśli z wybiciem dwudziestej trzeba się pożegnać i wrócić do domu, bo babcia daje do zrozumienia, że ma dość starszaka (a trzeba zachować rezerwy babcinej cierpliwości, by pójść w końcu na "Bogów":P)

PS. Poprosiłam męża o uwiecznienie mojej fryzury - bo sama byłam jej ciekawa, a u fryzjerki nie było dobrze widać. Oto ona:



Czy Wam też kojarzy się ona TAK?



czwartek, 4 grudnia 2014

Biedny Święty Mikołaj...

Biedny Święty Mikołaj...  Został dziś napadnięty i bezwzględnie obrabowany. Dobrze, że choć renifery zdołał ocalić, bo nawet sań mu nie oszczędzono.
Ale mam nadzieję, że ma w Niebie zapasowe sanie i drugi wór prezentów, bo my łupów tak łatwo nie oddamy. A Święty Mikołaj ma nauczkę i na przyszłość na pewno będzie omijał szerokim łukiem państwa S. jadących w odwiedziny do wnuków;p


Po przyjeździe moich rodziców zaczął się podział łupów.
Dla wszystkich - wielki wór ekologicznych warzyw i owoców. Ba, nawet czosnek niedźwiedzi zachomiczony z lepszych czasów:)
Dla mamy - rękawiczki skórzane, ciepła czapa, fajowy wełniany komino-szalik i grube wełniane skarpety.
Dla taty nawet nie wiem, co, bo jeszcze wszystkiego nie rozpakował, ale rozmiary prezentu sugerują, że poza słodyczami jest tam jeszcze sporo innych rzeczy.
Dla chłopców - dresy, kosmetyki, zabawki, kolorowanki, słodkości no i najlepsze:)

Zapjaszam na jazdę testową! Pjoszę wsiadać, drzwi zamykać! Pięć złotych za przejazd się należy.

Panocku! Toż to rozbój w biały dzień! Wysiadam.

No uspokójta się, jakoś się dogadamy. Za piwo waz przewiozę, zgoda?

Zgoda, ino ubierzta się, panocku, bo obciach tak goło jeździć.

No dobja, pjoszę wsiadać, drzwi zamykać!

Mama, ja będę w mikołajowym spiworku spał, dobrzeee???

Także tego, zimo, wzywamy cię!
Wszyscy ciepło opatuleni i ja, wyposzczona do bólu i żądna wrażeń na stoku:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...