niedziela, 30 listopada 2014

Mama niepodatna na trendy, mody i "uzależnienia"

Parę tygodni temu, szukając informacji na temat pieluch wielorazowych i ich użytkowania, zalogowałam na Chustoforum - wielokrotnie wcześniej polecane przez Martę.
Forum to posiada cały dział poświęcony pieluchom wielorazowym, w którym znalazłam wiele przydatnych rad (szczerze polecam) i "Bazarek pieluszkowy", gdzie co nieco jeszcze do mojego pupusowego stosiku dokupiłam.
Z czasem weszłam tez na dział chustowo-nosidłowy, gdzie zapytałam (i dostałam kilka odpowiedzi) np. jak motać się i dociągać chustę przy osłabionych i bolących nadgarstkach.

Jestem na tym forum od niedawna i udzielam się bardzo mało, ale jest sympatyczne, zupełnie inne od tego "parentingowego", na którym miałam konto będąc w ciąży z Andrzejkiem.

Uderzyła mnie jedna rzecz - że chusty i wielorazowe pieluchy chyba mają w sobie coś uzależniającego. W dziale sprzedażowym co chwilę ktoś wystawia całe stosy chust. W pawie, w rybki, w jasz...gekony, z jedwabiem, z kaszmirem, z merynosem, gradacje, indio, didki, leośki, osche i girasole (cokolwiek to jest). A ceny! Spodobała mi się jedna chusta. Biała w tygrysie paski. Kosztowała... 650zł. I ta sama dziewczyna wystawiała jeszcze kilka innych "szmat" w zbliżonych cenach. Stosik wart prawie 3000. A ja miałam wyrzuty sumienia z powodu dwóch stów na mojego Johannesa. I to tym bardziej, że jedną chustę już miałam. I, by uśpić te wyrzuty sumienia, swoją starą "natkę" puściłam w świat. Ech...
Teraz zbieram się na odwagę, by kupić nosidło Manduca. Oczywiście używane, nie będę patrzeć, czy wzór jakoś szczególnie mi się podoba - Julo lubi być noszony, ja lubię nosić, a chustę dociągam z coraz większym trudem. A tam forumowiczki, oprócz chust, mają po kilka nosideł: tule, bondolino, ergobaby i jeszcze inne - a każde kosztuje co najmniej 300zł.

To samo z pieluchami wielorazowymi. Mój stosik w całości kosztował niecałe 500zł. Dla mnie to naprawdę dużo. Znalazłam jednak na chustoforum wątek, w którym dziewczyny pokazują swoje kolekcje. Szczególnie jeden zapadł mi w pamięć. Wielki, piękny, kolorowy, chyba z 60-70 pieluch. Z komentarzy pod spodem wywnioskowałam, że takich najlepszych i najdroższych, czyli też parę tysiaków.

I tak się zastanawiam - czy ja tam w ogóle pasuję.
Nie pożądam kolejnych chust, wystarcza mi jedna - i lubię ją, choć wizualnie nadal mi się nie podoba.
Nie przedkładam chusty nad wózek. Swoją drogą, każdy z moich dwóch wózków (używany JumperX 2w1 i nowa Inglesina trip 2012)  kosztował mniej niż ta piękna "tygrysia" chusta na forumowym bazarku.
Pieluchuję Julka sześcioma otulaczami i dwudziestoma wkładami i nie zamierzam już kupować nic więcej. Nosidło wystarczy mi jedno.
Do wszystkiego mam takie do bólu użytkowe podejście.

Podobne odczucia mam, kiedy zaglądam na niektóre blogi. Kiedyś każdy miał swój charakter, teraz wszędzie jest tak samo - biało i przejrzyście jak w tabelce. Blogi zaczynają przypominać portale - a ja tęsknię do czasów, kiedy były po prostu pamiętnikami. Tak było jeszcze te prawie półtora roku temu, kiedy sama zaczynałam pisać...
Nie umiem zachwycać się nowościami "jak leci". Nie oczarował mnie Pomelo, nie polubiłam Pana Pierdziołki, nie zachwyciła "Ulica Czereśniowa". Nadal wolę Brzechwę, Tuwima, Ezopa
i La Fontaine'a z klasycznymi ilustracjami. Jędruś nie ogląda mini-mini,za to kocha Reksia i marzy, by zostać Bolkiem i Lolkiem.
Nie urządziłam dzieciom modnego pokoiku w  bielach, szarościach, miętach i w kropki, nie powiesiłam tiulowych pomponów ani bawełnianych kul nadziewaych na choinkowe świecidełka.
Nie twierdzę, że to brzydkie, wręcz przeciwnie, bardzo gustowne,a już na pewno ładniejsze niż zielony pokoik Jędrusia urządzony przypadkowymi meblami pozbieranymi ze wszystkich naszych dotychczasowych mieszkań.
Tylko, no właśnie, ciekawe, jak takie cacuszko wyglądałby po kilku przejściach mojego żywiołowego starszaka i co zostałoby z tych pomponów, bawełnianych kulek i popielatej pościeli w białe grochy?
Wolę odczekać i zrobić chłopcom piękny, ale zgodny z ich gustami pokoik tam, gdzie zadomowimy się na dłużej, kiedy dorosną już na tyle, że zaczną szanować swoje rzeczy.

Powiedzcie mi - jestem nienormalna? tracę wrażliwość?
A może to dobrze?

czwartek, 27 listopada 2014

Owoce w diecie dziecka. A raczej - co, gdy dziecko nienawidzi owoców?

Jakie owoce lubiły w wieku niemowlęcym Wasze dzieci?

Jabłka?
Gruszki?
A może brzoskwinie?

Pytam, bo jakoś nie mogę dogodzić Juliankowi.
Zaczęłam od jabłek ze słoiczka. Bleee, pierwszą łyżeczkę wypluł, na widok drugiej się rozpłakał.
Słoikowa gruszka nawet na węch mu się nie spodobała.
Podobnie było z , brzoskwinią, morelą i bananem - albo spróbował i więcej nie chciał, albo nawet spróbować nie raczył.

Pomyślałam - może "żywe" zje? Wszak obiady słoikowe zjada z biedą, a domowe wcina aż mu się uszy trzęsą.
Jabłko (bardzo słodka kosztela z ogrodu rodziców) - bleee utarta i w siateczce.
Gruszka (moja ulubiona "konferencja") - fuj.
Banana tylko powąchał i się rozpłakał.
Winogrona "rodzynkowe" (bez pestek) - zjadł dwa, dalej ani rusz.
Borówki (zbierane w lesie przez moją mamę) - zob. banan.

Spróbowałam nawet BLW. Próbę mięsno-warzywną mamy już za sobą, może bez spektakularnych efektów, ale zainteresowanie było, więc liczyłam, że może coś to da.
Tymczasem jedynym efektem był wrzask na całe osiedle. No otruć dziecko chcą kawałkami gruszki, jabłka i banana...

Są jak dotąd tylko dwie rzeczy, którymi Julo nie wzgardził - gerberkowy mus z suszonych śliwek (podałam przedwczoraj na przeczyszczenie po trzech dniach bez kupy. Pomogło po paru godzinach i - o dziwo - zasmakowało) i kisiel na domowym soku z malin (niestety słodzonym, ale maliny najlepsiejsze, bo hodowane przez mojego tatę).

Na razie spasowałam. Może Julek musi do tego dojrzeć.
Tymczasem w charakterze deserku podaję mu lubianą przezeń dynię albo marchewkę, w których udaje mi się przemycić odrobinę surowego jabłka. Może tędy droga?
Nie chcę Julka zmuszać - mięso, kaszki na wodzie lub moim mleku (pod warunkiem,że bez owoców) i warzywa zjada z apetytem, obficie popijając jeszcze z piersi. Może on po prostu nie będzie lubił owoców...  Jak my, dorośli, czulibyśmy się, gdyby codziennie zmuszano nas do jedzenia tego, czego nie znosimy? Bo ja na przykład nie chciałabym, żeby ktoś codziennie podstawiał mi pod nos fasolową, owoce morza i alkohol, próbując mnie karmić i poić.

Poza tym wcale nie dziwię się Julkowi, bo sama średnio przepadam za owocami. Lubię je w cieście i deserach, ale na palcach jednej ręki można policzyć te, które naprawdę chętnie jem na surowo.

No i ta julkowa niechęć przypomniała mi, jak mnie odrzucało od większości owoców, kiedy byłam z nim w ciąży. Nie mogłam i już, nawet soki w siebie wmuszałam tylko "dla dobra dziecka".



Temat otwarty, burza mózgów mile widziana.



wtorek, 25 listopada 2014

O Wielkiej Sztuce.

Jędruś tworzy. Im więcej esów-floresów pojawia na kartce, tym większe skupienie maluje się na twarzy Artysty.
M: Ooo, Andrzejku, co to takiego?
A: Nic - i wraca do pracy.
M: Nic?
A: Nic. Ja jestem malarzem abstjakcjonistą*.

***

Jędruś stwierdził, że farby to za mało i ubłagał tatusia, by pożyczył mu swoje pióro kulkowe. Tatuś w końcu pożyczył a Jędruś, rysując nim po kartce, wjechał piórem prosto w niewyschniętego jeszcze kleksa gęstej farby.


A(ze skruchą): Uciapałem tacie piójo.
M: To co trzeba zrobić?
A: Wyczyścić trzeba. Wyczyść je.
M: Ja? A kto uciapał pióro?'
A: No ja uciapałem, ale ty wyczyścisz.
M: A dlaczego ja mam wyczyścić pióro, które ty ubrudziłeś?
A: Bo TY jesteś moją mamusią - zarzuca brudne łapki na moją szyję, daje mi buziaka i ciągnie dalej - Kocham cię baaajdzo. A tejaz przepjaszam, muszę iść do kąpieli.




I jak uważacie - jest abstrakcjonistą czy nie?






*jak Pan Tempera, drugo-, albo i trzecioplanowy bohater ulubionej ostatnio "Bromby i innych" Macieja Wojtyszki, rozpaczający za każdym razem, kiedy układ plam na jego obrazach mógł budzić jakiekolwiek skojarzenia.

niedziela, 23 listopada 2014

Dumnam:)

Źródło: pl.forwallpaper.com
Dumna mama spieszy donieść, że Juluś daje czadu.
Wczoraj pozazdrościł bratu poruszania się na dwóch i postanowił, że on też. Doczworaczył się więc do jędrusiowego pudła na zabawki, podciągnął się na nim do klęku i tak, pchając je przed sobą, popełnił dobrych kilka kroków.

A dzisiaj tuż przed kąpielą Julianek pierwszy raz wstał. Nie udało mu się do końca wyprostować i po może dwóch-trzech sekundach runął z powrotem na klęczki, ale pierwsze stanie na całych stopach uznaję za zaliczone:)

***

Andrzejek też daje czadu.
Wczoraj ulepił swojego pierwszego pieroga. Na dodatek, choć nie bez  drobnych poprawek kosmetycznych,pieróg ten dał się ugotować i został pożarty przez swego wytwórcę:)

Po pierogach została mi resztka ciasta, więc usmażyłam z niego prażuchy z tymiankiem. Jędruś oczywiście upomniał się o placuszka i, otrzymawszy go, zjadł, maczając w herbacie z sokiem malinowym.

Dziś natomiast robiliśmy kotlety - Jędruś porwał mi bułkę tartą i postanowił opanierować swojego resoraka. Za sklejacz - zamiast jajka- posłużyła kawa inka. Długo, oj długo szorowałam tę beemkę...





piątek, 21 listopada 2014

Co dodają do tych szczepionek;p

Przez internety (jak ja nie lubię tego określenia, ale niestety pasuje) co rusz przetacza się jakaś wojenka między zwolennikami a przeciwnikami szczepień.
Jeśli tylko zabiorę gdzieś głos (piję m.in. do ostatniej dyskusji u Żanety z Tere fere kuku), zaraz znajdzie się ktoś, kto anonimowo postara się, bym poczuła się matką nieodpowiedzialną i bez serca, bo - mimo poważnych konsekwencji pierwszego po wyjściu ze szpitala szczepienia u Andrzejka, nie tylko szczepiłam go nadal, ale zdecydowałam się również szczepić kolejne ze swych dzieci.
I na nic tłumaczenia, że naprawdę zadbałam, by wszystko odbyło się jak najbezpieczniej - niektórzy wiedzą swoje - szczepienia to ZUO i już.
No, ale, skorom już matka nieodpowiedzialna, z życiem i zdrowiem dzieci moich igrająca, to osobiście zawiozłam Juliana, by w Poradni Chorób Zakaźnych jednego z krakowskich szpitali dziecięcych wstrzyknięto mu kolejną, trzecią już dawkę Infanrixu DTPa (błonica-tężec-krztusiec).
I wiecie co?
Ta szczepionka chyba naprawdę ma jakieś niezatwierdzone składniki, bo nie dość, że po jej podaniu dziecię moje pierwszy raz usiadło z pozycji na czworaka (wcześniej udało się tylko z leżenia na brzuchu), to potem jeszcze takie cuda wyczyniało:





A w tle słychać jak syn mój starszy (dla Szanownego Anonima - właśnie ten od NOP) uczy się literek.



Na razie - stan na wieczór 20 listopada 2014 - bezbłędnie rozpoznaje: J (jak Jędruś), K (jak Kuba, wujek Kuba;p), M (jak mama) oraz I (jak igła).
A dzisiejszy wpis sponsorowała cyferka 0 (jak jajo):)

wtorek, 18 listopada 2014

Braterstwo krwi?

czyli rozkmin o rodzeństwach ciąg dalszy.

Julo przeszedł kolejny etap inicjacji - pierwszy fikołek z kanapy. Stało się to, kiedy ja odwróciłam się, po pieluchę dla niego, a teściowa, siedząca obok mnie, w tym samym momencie odwróciła się, żeby spacyfikować awanturującego się Andrzejka. Julek przetoczył się między nami, zleciał na podłogę i przyciął sobie wargę tymi słodkimi dwoma zębolami u dołu. Chwilę popłakał i przestał, żadnych problemów wspomniany uraz nie spowodował, jedynie górną wargę ma teraz niczym Donatella Versace.

Zastanowiła mnie inna rzecz - mianowicie zachowanie Jędrusia. Wyglądało to tak, jakby to on miał ten wypadek albo jakby przejął na siebie cały ból Julianka.
Przez resztę dnia Julek tylko parę razy pomarudził, natomiast Jędruś cały czas skarżył się, że boli go buzia, nie chciał jeść, bał się mycia zębów, szukał wyimaginowanego guza na głowie.

Jak to jest?
Ja nie pamiętam, żebym współodczuwała dolegliwości mojego rodzeństwa. Ale też i więź była inna - bo to jednak różna płeć i siedem lat różnicy wieku.
Przypadek?
A może spotkałyście się z czymś takim?

niedziela, 16 listopada 2014

Zaszufladkowani na wieki?

Żyjemy ostatnio bardzo wystawnie. Od wystawy do wystawy;p W ciągu miesiąca zaliczyliśmy właśnie czwartą. Na jednej z nich byliśmy z samym Julkiem, na pozostałych - z oboma chłopcami.
Byliśmy też całą rodziną w szpitalu dziecięcym, gdzie Julo brał szczepienia i oddawał krew do badań, a Andrzejek odbywał copółroczny przegląd uzębienia.

Wszystkie te wydarzenia łączą wnioski obcych na temat naszych chłopców: Andrzejek pięknie mówi, ale jest niegrzeczny, a Julek to aniołek i słodziak. No i duży jest.

O Andrzejku:

  • "Jeju, ile on ma? Tak pięknie mówi i takich trudnych słów używa"
  • "Ale gaduła, buzia się nie zamyka"
  • "2,5 roku? I wymawia już sz i ż! To moja ma cztery latka i dalej sepleni"

i, coby nie było za słodko:

  • "Żywe srebro, ale się pani nabiega"
  • "Ty zbój jesteś"
  • "Ale charakterek, współczuję".


A o Julku:

  • "O jej, ale słodziutki, jak on pięknie się uśmiecha i wcale nie płacze"
  • "Chodź tu aniołku, pokaż się pani"
  • "I on tak cały czas śpi? Niesamowite dziecko".
  • "Pół roku ma tylko? Eee, to wielki! Mój był taki, kiedy miał rok. Pewnie ma apetyt, co?"


No i hit:

"Słoneczko (do Andrzejka - przyp. red.), zobacz, jaki twój braciszek jest grzeczny, patrz jak wcina, zaraz cię przerośnie".

A wiecie, co jest najgorsze?

To, że ja, ich mama, choć gotuje się we mnie, kiedy inni tak się zachowują, robię dokładnie to samo.
Spowszedniała mi już co prawda mowa Andrzejka, wszak zdaniami nawija już od roku. Jednak temperamenty to już zupełnie inna sprawa. Sama jednak widzę to, że choć Andrzejek wymaga większej ilości czasu, do Julka podchodzę łagodniej, spokojniej.
Jędruś wyzwala moje zdenerwowanie, Julo je koi.

  • Przykład 1 - płacz dziecka.

 Julek czasem marudzi, ale płacze rzadko, więc kiedy słyszę jego szloch, reaguję w stylu: "Julciu, chodź, kochanie, co ci dolega? Jesteś głodny? A może zajrzymy do pieluchy? A może chcesz spać? Chodź, pobujasz się w foteliku".

Andrzejek tymczasem krzyczy lub płacze co chwilę, właściwie za każdym razem, kiedy jakaś jego zachcianka nie zostaje spełniona NATYCHMIAST. Często sceny odbywają się z powodu zupełnie niewiadomego, a na pytanie, o co chodzi, Jędrula odpowiada w jakimś dziwnym narzeczu i wyje dalej, waląc łepetyną w Bogu ducha winne panele.
W efekcie co chwilę gryzę się w język, by na jego kwękanie nie odpowiedzieć np.: "Czego ty ZNOWU ode mnie chcesz?!", " Nie teraz, teraz robię (...)", "Natychmiast przestań wyć. Zachowujesz się okropnie." "Sąsiedzi na dole wszystko słyszą", "Zbiera ci się na lanie".

  • Przykład 2 - rozwój.

Andrzejek to dziecko wszechstronnie rozwinięte. Ma co prawda tyły w samoobsłudze i ogania się od prac plastycznych, ale sprawnością fizyczną dorównuje dzieciom rok starszym, a słownictwo - według naszej lekarki - ma na poziomie przeciętnego czterolatka. Starczy parę razy przeczytać mu nowy wierszyk, by nauczył się uzupełniać go na wyrywki albo wręcz recytował z pamięci, ma talent do różniastych akrobacji i w lot pojmuje reguły i schematy. Dlatego sukcesy Andrzejka są dla mnie czymś tak oczywistym jak dzień i noc i, kiedy Jędrula wyrecytuje rymowankę, zremisuje ze mną w memo albo wyciąga mi wszystkie rzeczy potrzebne, by zrobić kanapki i kakao z uwzględnieniem tego, co kto lubi i co komu wolno jeść, wyrywa mi się po prostu - "ślicznie, Andrzejku, jesteś super facet".

Julek i tu się różni. On od początku każdą nową umiejętność okupuje żmudną, ciężką pracą. By np. stanąć na czworaka, kombinował najpierw z podnoszeniem pupy, potem z dźwiganiem się na rękach, potem próbował utrzymać się na dłoniach i kolanach z głową na podłodze, by w końcu i łepetynę zadrzeć na moment do góry na znak zwycięstwa. Całe takie "szkolenie" trwało ponad miesiąc, więc udana próba została nagrodzona brawami, pochwałami i buziakiem. Podobnie było z gaworzeniem, tak samo jest z siadaniem, raczkowaniem...

I tego się właśnie obawiałam - że mając dwa skrajnie różne egzemplarze, będę swoich synów skrajnie różnie traktować. I że potem Julek może mieć mi za złe, że Andrzej jest dla mnie ważniejszy, bo wiecznie mnie od niego odciąga, a Andrzejek może mieć pretensje, że bardziej kocham Julka, bo na niego nie krzyczę i bardziej go chwalę za obiektywnie mniejsze osiągnięcia.

A ja kocham ich obu, gdyby kazano mi zdeklarować, którego bardziej, prędzej bym osiwiała niż się zdecydowała. Moja miłość jest niepodzielna, jest cała dla każdego z nich.
Nie chcę wbijać ich w schematyczne role ani żadnego z nich faworyzować, choć czuję, że sobie nie radzę. Choćbym nie wiem jak się starała, każdego dnia mam sobie dużo do zarzucenia.
Bo nie byłam SPRAWIEDLIWA.

Ale jak tu wpajać pożądane wzorce, rugować te niepożądane, szanować indywidualność każdego z dzieci, a jednocześnie pozostać SPRAWIEDLIWYM?
Da się w ogóle?


sobota, 15 listopada 2014

Szczęśliwa siódemka Julka

Dzień był dziś szalony. Najpierw wyleciała mi kolejna plomba, potem babcia męża trafiła na obserwację do szpitala i przesiedziała tam ponad pół dnia. Na koniec udało mi się załapać na 19.30 do dentysty - dowiedziałam się, że po znieczuleniu przez ok. 3 godziny nie będę mogła karmić, więc powstał kolejny zgryz - jak przy ustabilizowanej laktacji w kilka godzin odciągnąć ok. 400ml mleka, żeby starczyło na dwa karmienia?
Przez to wszystko omal nie zapomniałam o siódmym miesiącu mojego Julianka.
No, ale z babcią męża już wszystko ok, dentysta z głowy, Julasowi zamieniłam kolejność posiłków tak, by zamiast jednego karmienia piersią dostał zupę,a na jeden posiłek udało się wydoić. Teraz, kiedy znieczulenie już zeszło, na "śpiocha" nakarmiłam małego na noc i mogę nadrabiać:)

Zacznijmy od statystyki:.
Waga: pewnie między 8 a 8,5kg
Wzrost: obstawiam 74-75cm.
Czapa rozmiar 46
Długość stopy 11cm
Pieluchy wielorazowe rozmiar M (pampy 4)
Ubranka: 74/80 (zależy od producenta ubranek i pieluchy na pupie Jula)
Zęby: sztuk 2 i chyba klują się kolejne, ale to raczej nie jest kwestia najbliższych dni.

Zdrowie...
Jest względnie ok.
Był niewielki katarek, ale nie trwał nawet tygodnia. Było niewielkie zaostrzenie AZS - możliwe powody są dwa: Gajka* albo jajka.
Teraz psiur został w Krośnie, a jaja odstawiłam, spróbuję znowu, kiedy buzia Julka całkiem wróci do normy. Nadrabiamy zaległości w szczepieniach. W środę idziemy na kolejne i chyba w końcu poproszę o pomierzenie Julka.

Papu.
Powoli, ale konsekwentnie rozszerzam Julkowi dietę.
Młody zjada już ok. 150 g zupy dziennie. Czasem jest to słoik, ale częściej gotuję sama i te moje wytwory są zdecydowanie bardziej lubiane. Cieszy mnie to:)
Z warzyw mamy wprowadzone: ziemniaki, marchewkę, dynię, zielony groszek, brokuły, buraki i pietruszkę. Kalafior nadal jest niejadalny. Wśród kasz króluje manna, ale Julo spróbował też już kukurydzianek, ryżowej i jaglanej (oraz przez przypadek perłowej).
W tym miesiącu wprowadziłam też do julczynej diety mięso - na razie indyka, królika, kurczaka i jagnięcinę. Wszystkie jak dotąd są dobrze tolerowane, więc podaję je w ilości kopiatej łyżeczki dziennie.
Daję też małemu owoce - na razie w siatce do lizania. Było już jabłko i gruszka, ale nie wzbudziły zachwytu.

Od kilku dni menu Julka wygląda mniej więcej tak:

1.Śniadanie: kaszka gotowana na wodzie rozprowadzona moim mlekiem - ok. 100g
2.Obiad: zupka z małymi grudkami (część warzyw gnieciona widelcem) i mini-drugie - zblendowane mięso roztarte z odrobiną oleju, łyżeczka kaszy manny z kapką mojego mleka, gniecione widelcem rozgotowane jarzynki.
3. Poza tym pierś na zawołanie.

No i postępy:

Od ponad tygodnia Julek raczkuje. To znaczy - właściwie czworakuje. Na razie są to 3-4 kroczki na czworaka i powrót do pełzania, ale mały się nie poddaje i coraz lepiej mu idzie.

Pełzanie wychodzi już bez zarzutu - Julek umie już nawet wczołgać się na jakąś niewysoką przeszkodę typu noga mamy. I jest szybki - pokonanie naszego dużego pokoju (4,5m) zajmuje mu dosłownie parę sekund.

Kolejny osiąg miesiąca: Julcio siedzi.  Niezbyt pewnie (i niezbyt długo, bo na to nie pozwalam), ale samodzielnie, coraz mniej podpierając się łapkami. Żeby jednak nie było, że brutalnie go sadzam - robię to bardzo delikatnie, rotując jego bioderka z pozycji czworaczej tak samo, jak kiedyś w ramach rehabilitacji Jędrusia.
Samodzielne siadanie wydaje się być jednak kwestią dni, a w najgorszym razie tygodnia lub dwóch - Julcio od dawna już kombinuje, jak to zrobić. Raz już prawie się udało:)

Przyjemnie obserwuje mi się też zabawę Julka. Widać coraz większe postępy w motoryce małej. Julek umie już na przykład trzymać w łapkach dwa różne przedmioty i z upodobaniem wali nimi o siebie. Kiedy dorwie zabawkę z mniejszymi elementami - np. autko Jędrusia albo grzechotkę z metką - od razu próbuje za nie chwycić - i widać już pierwsze udane próby chwytu pęsetowego:)

W gadaniu julkowym nie ma przełomu, ale postęp - owszem.
Julek więcej gaworzy: mamama, dadada, bababa, papapa, lalala, wawawa, łałała
Nowe sylaby: "bu" i "nie"
Głużenie nadal w cenie - gu, ga, gi, gli i tym podobne.

A w następnym miesiącu:

siadanie?
Raczkowanie?
Żółtko jaja
A może jakieś większe wspinaczki?
No i może "Tata"


Tymczasem zostawiam Was ze słodziakiem siedmiomiesięcznym
Taki skupiony byłem w muzeum

Ciocia luz, dam se radę!

Pstrykasz, matka? Bo do kąpieli muszę.




czwartek, 13 listopada 2014

Najbardziej pokręcone losowanie jakie widziałam

Zgodnie z obietnicą, dziś losujemy ten oto kieszonkowy słowniczek pięciojęzyczny:

Poczekałam na wyjście męża i popołudniową drzemkę Julka, żeby dać trochę czasu ewentualnym niezdecydowanym, a także by mieć więcej swobody i nie narażać się na drwiny Pana i Władcy (;p).

Losowanie postanowiłam udokumentować filmowo. Niestety - maszyna losująca była akurat na turbodoładowaniu, więc aparat w jednym miejscu nie wchodził w grę. Zostało kręcić "z łapki", a drugą łapką obsługiwać całość.
Muszę przyznać, że Jędruś potrafi trzymać w napięciu. Ewentualnym następnym razem zainwestuję w jakiś wodo- (czyli ślino-)odporny nośnik i zastanowię się jednak nad modelem "Julian" ;p

Koniec końców udało się jednak wyłonić Zwycięzcę:



Gratulujemy i prosimy o kontakt mailowy:D

środa, 12 listopada 2014

Na pamiątkę zabiorę sobie...

I znów wracamy z Krosna.
Byliśmy króciutko, bo przyjechaliśmy w niedzielę, a jutro, a może raczej dziś, jedziemy z powrotem.

Wyjeżdżamy zanim zdążyłam poczuć ten pobyt, narobić zdjęć, nalepić figurek z plasteliny i ciasta solnego, nacieszyć się rodzicami, a moi rodzice - nacieszyć się wnukami.
Nie byliśmy nawet na dzisiejszej defiladzie, bo Jędruś ją przespał, ani na rodzinnym spacerze, bo wolał grabić z dziadkiem liście i robić z babcią jogurty.

Moja mama nas rozpuszcza - jak zwykle obsypała nas prezentami. Ja obłowiłam się najbardziej, bo dostałam piękny płaszcz na zimę i butki na teraz, ale każdy coś fajnego dostał. I już wiem, po kim mój talent do wygrzebywania fajnych rzeczy w rozmaitych lumpach i komisach - w komisie dziecięcym mama trafiła piękny wełniany śpiwór do wózka albo na sanki i ciepły welurkowy śpiworek nocny w świetnym stanie. Do tego jeszcze ślimako-wałek do raczkowania dla Julka, a wszystko razem za 50zł z jakimś niewielkim ogonkiem:)
W każdym razie teraz ma zakaz kupowania mi czegokolwiek pod choinkę. A jeśli już MUSI, to najwyżej sanki chłopcom, bo do plastikowych po mnie nie wejdą we dwóch;p

Tato zrobił domową wiśniówkę. Takie słodycze to chyba jedyna forma alkoholu, którą jestem w stanie wypić, ale tym razem w moim przypadku, skończyło się na wąchaniu. Za to Jędruś niedopilnowaną resztką nie pogardził i kieliszek po tatusiu swoim zdołał wylizać. A jak potem śpiewał przed spaniem, ho ho;p
To nie koniec nieplanowanego rozszerzania diety - dziś Julo zaliczył swoją pierwszą próbę BLW. Siedząc na moich kolanach, porwał z matczynego talerza kawałek gołąbka i nie wszystko udało mi się wydobyć z jego paszczy - trochę zdołał połknąć i z niecierpliwością czekam na konsekwencje.

Zabiorę więc ze sobą szczebiot Andrzejka radośnie wymachującego grabiami większymi od niego, wniosek, że jadła i napitków trzeba pilnować, pełen bagażnik, choć przyjechaliśmy z dwiema torbami, zapach ojcowskiej wiśnióweczki (z ochotą na degustację w gratisie), trochę świeżego podkarpackiego powietrza, widok rozświetlonej krośnieńskiej starówki z szumem fontanny na Rynku, zdziwienie, że nawet wielgachna gondola Fyna jest już przymała na mojego Jula i wielką chęć powrotu - jak najszybciej...


bo mamie nie chciało się zmienić nadwozia...





sobota, 8 listopada 2014

Planeta Dziecko, mini-konkursik i cięta riposta

Byłam wczoraj na warsztatach "Planeta Dziecko".
Powiem tak - więcej się chyba na tego typu warsztaty wybierać nie będę. Był sensowny wykład dietetyczki Magdaleny Makarowskiej i fajne wystąpienie ratownika medycznego, które jednak utonęły w zalewie, że tak to niepolitycznie ujmę, pierdół - czyli nachalnej reklamy mleka modyfikowanego Enfamil, Polskiego Banku Komórek Macierzystych liczącego sobie ponad półtora tysiąca za pobranie krwi pępowinowej i ponad 500zł za roczne przechowywanie, pokazu wlewania wody we wkładkę poporodową Canpol, która od innych lepsza jest, bo cienka i wcięta w kroku, bielizny Alles mama (skądinąd naprawdę ładnej, tylko dlaczego w ciągu ostatniego roku prawie dwukrotnie podrożała?) i jakiejś szkoły angielskiego uczącej metodą Helen Moron, ekhm... Doron dzieci - uwaga! - od trzeciego miesiąca życia. Suuuper, nie?
Zabrakło niestety stoiska firmy Womar - tuż obok wejścia na warsztaty stał baner z reklamą nosideł Eco i chust tkanych. Liczyłam na nie, bo szukam nosidła ergonomicznego dla Julka, Womara też brałam pod uwagę i miałam nadzieję na możliwość przymiarki:(

Ale nie żałuję, że poszłam - na miejscu spotkałam dwie niewidziane od pięciu lat koleżanki ze studiów i przesympatyczną Lidię, autorkę bloga Retro-moderna:)
Always look on the bright side of life...

A, no i jeszcze mini-mini-mini rozdanko. Kto chce słowniczek pięciojęzyczny dla dzieci, lubić nas, ani obserwować nie musi, niech tylko wyrazi tę chęć w komentarzu i poda maila. W razie mnogiej ilości chętnych w ruch pójdzie maszyna losująca "Jędruś". Ewentualne losowanie w czwartek (13-go) po naszym powrocie z Krosna (a zdjęcie słowniczka dodam, kiedy aparat mi się naładuje;p)

***

A na koniec jeszcze dzisiejszy popis mojego pierworodnego.


Po powrocie z pracy mąż relacjonuje:

T: ... I wtedy ten gość powiedział mi, że w moim ostatnim artykule wyranie zaznaczają się wpływy...
A: Palikota!

wtorek, 4 listopada 2014

Moja krew!

Dziś Julek pierwszy raz dostał ugotowane i zmielone mięso z indyka. I to nie zmieszane z zupką - solo na łyżeczce.
Powiem Wam, że taki szał to ja widuję chyba tylko kiedy daję Andrzejkowi kiszone ogórki;p
Czyli Julian Mięsożerny.
Moja krew:D


Komentarz starszaka: Julian, wyłaź z tej budy, ja jestem lepszym Jeksiem!

 A tak a propos Andrzejka, to i u niego dziś postępy - chyba pierwszy raz w swoim żywocie zjadł (a nie tylko nadgryzł) jabłko w całości, ze skórą. Cóż, lepiej późno niż wcale. A potem jeszcze kazał sobie obrać drugie i wsunął - a jakże - łupkę.
Też moja krew:)


Muszkieter przed pojedynkiem. Szpady wzięliśmy potem z kuchennej szuflady:)

niedziela, 2 listopada 2014

Moje ukochane

Nie, tym razem nie dzieci;p

Tym razem moje ukochane ciacho:) Nie robiłam go od wieków, bo zawsze ktoś czegoś nie mógł jeść.
Zaryzykowałam raz wersję zweganizowaną z bezmleczną margaryną i bananem zamiast jaj, ale to nie to.
Dziś, choć na mleko nadal szlaban, mogłam użyć przynajmniej jaj, więc wzięłam bezmleczną margarynę i do dzieła.

Przedstawiam ciasto cytrynowe z owocami i cynamonową kruszonką:)

To ciasto typu "jadą goście" - ciekawe, ale na tyle proste, że razem z pieczeniem w najgorszym wypadku mieści się w godzinie. A jeśli nasi goście mają przed sobą np. 3 godziny trasy, zdąży jeszcze ostygnąć:)

Za Chiny nie przypomnę sobie, skąd ten przepis wziął się na okładce mojej ulubionej mini książeczki kucharskiej. W każdym razie ciacho piekę już od głębokiego liceum i wciąż niezmiennie mnie zachwyca. Wypróbowałam je już chyba ze wszystkimi dostępnymi owocami. Ciekawie wychodzi ze śliwkami, czerwonymi porzeczkami, jeżynami i "mieszanką kompotową", ale moim faworytem są wiśnie z syropu.
Oto i receptura:


Robi się banalnie - składniki na ciasto wrzuca się do garnka i miksuje na gładko. Masa wychodzi bardzo gęsta, lepka, ale nie lejąca.

Składniki na kruszonkę zagniatam razem - ma być na tyle lepka, by dała się połączyć a zarazem łatwo kryszyła się w palcach.
Nie wiem, skąd autor przepisu wziął takie ilości - kiedy za pierwszym razem zrobiłam z podanej ilości, jakieś 3/4 kruszonki dojadałam potem łyżeczką z miski;p
Na tortownicę 28cm spokojnie wystarczy kruszonka z łyżki masła, cukru, skórki cytrynowej i cynamonu do smaku oraz mąki i bułki tartej do odpowiedniej konsystencji.

Ciasto wilgotnymi rękami rozprowadzam w tortownicy lub po blaszce, układam owoce (ułożyłam na połowie, bo mąż woli bez), posypuję kruszonką i w moim piecu bez termoobiegu piekę 40-45 min. w temperaturze 180-200 stopni.
A potem  czekam aż wystygnie i rzucam się:)



SMACZNEGO:D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...