poniedziałek, 29 września 2014

Co u Julka

Mało tu ostatnio mojego młodszego synka. A to starszy coś nagadał, a to rocznica ślubu rodziców, a to przepis na ciasto...
Ale już się poprawiam, bo i u Julasa sporo się dzieje.

Zdrówko

Dziś Julek był szczepiony przeciwko Hib - i tak zawzięcie próbował ucapić zegarek pielęgniarki, że nawet nie zauważył, kiedy było po wszystkim. Nawet nie miauknął.
Za dwa tygodnie kolejne - i tak co dwa tygodnie, o ile zdrowie pozwoli, będziemy kursować, aż nadrobimy wszystkie zaległości.

Siłownia

Tak, Julo od soboty pełza. Jeszcze nie bardzo daleko, ale jak już zepnie cztery litery, to pół pokoju da radę pokonać, choć zajmuje mu to ładnych parę minut. Może do swego półrocza Julek usprawni technikę na tyle, że da się nakręcić rozsądnej długości filmik:)



Dział motoryzacyjny

Od ponad tygodnia Julcio jeździ już w spacerówce. Na razie całkiem na płasko, ale może na rehabilitacji dostaniemy pozwolenie na podniesienie oparcia oczko wyżej.


Swoją drogą - pamiętam Andrzejkową przesiadkę z gondoli do spacerówki. Powody co prawda były inne (Julek z trudem się mieścił, a Jędruś odwracał się na brzuch i klękał oparty o brzeg), ale wiek ten sam, może nawet Andrzejek przesiadł się trochę szybciej.

I dziwna rzecz - przy pierworodnym byłam dumna, że JUŻ powożę spacerówką. Jakby to był jakiś wyższy stopień wtajemniczenia albo co. A teraz żal mi gondoli. Spacerówka, nawet z pokrowcem, nie osłania tak dobrze od wiatru, jest mniej wygodna dla dziecka, pasy nie są dostosowane do takiego malucha, siedzisko jest niżej, więc mój kręgosłup płacze, bo muszę bardziej schylać się do dziecka, a w koszu pod wózkiem, w którym do niedawna mieściłam duże zakupy, teraz z trudem upycham folię przeciwdeszczową i butelkę wody...
Plus jest jeden - Julek wreszcie ma wystarczająco dużo miejsca, by rozłożyć się w pozycji "na żabę", tak jak lubi.

Gaworzenie?

Wczoraj rano, chyba w ramach narzekania na trudy pełzania, padło pierwsze ma-ma-ma-ma.
Wiem, że to bez zrozumienia, ale i tak myślałam, że go uduszę z miłości.
Ale to było wczoraj. Na razie był to bowiem jednorazowy wyskok.

Odliczanie

Jeee:) Będzie ząbek, będzie ząbek:D
Niczego nawet nie podejrzewałam, bo Julcio wesoły jak zawsze, ale lekarka podczas badania przed szczepieniem zauważyła dziurkę na dolnym dziąśle.
Czekamy zatem na lewą jedynkę.
Typujemy, kiedy się pojawi?;p No dobra, żartowałam. Będzie kiedy ma być;)


niedziela, 28 września 2014

Opowieść o małym chłopcu i jego wiernym psie


Andrzejek wchodzi do pokoju, wlokąc za sobą jakiś łańcuszek.

M: Andrzejku, co to?
A: To tylko mój piesek.
M: Piesek?
A: mhm, wypjowadzam go na spacej.
M: A pokażesz mi twojego pieska?
A: Mhm, pokazę. Kojek, do nogi!

Po czym szarpnął za łańcuszek i oczom rodziców ukazał się...


Jędruś parę dni temu zakomunikował mi, że chce mieć psa. Na razie udało się spacyfikować go zabawami w wyprowadzanie na spacer, ale za parę lat... naogląda się filmideł o przyjaźni małego chłopca i psa - i zażąda własnego.
A u nas mały metraż, na tym małym metrażu cztery osoby, w tym trzech alergików i dwóch chętnych do miętolenia zwierza przy każdej nadarzającej się okazji.
I niechętna mama...
Tak, nie chcę mieć psa. Lubię je, ale u innych, nie na co dzień. Nie przepadam nawet za Gają, sunią moich rodziców - owczarkiem niemieckim z łagodnością i intelektem baranka.
Sama na razie nie mam warunków na zwierza, ale gdybym miała, zdecydowanie wolałabym kota. A nawet chomika. A tak w ogóle to za wygodna się zrobiłam, nie chcę i już. To nie zabawka, a znając życie, cały psi kram spadłby na mnie, bo przecież "siedzę w domu".

A jak Wasze dzieci?
Chciały mieć?
A może mają?
Albo jak tłumaczyłyście, że nie dostaną?

Wegańskie ciasto drożdżowe

Uwielbiam piec ciasta.
Ostatnio rzadko to jednak robię, trochę z lenistwa, trochę ze skąpstwa - wszak by zrobić dobre ciasto zgodne z dietą bezmleczno-bezjajeczną zwykle trzeba się nasiedzieć w poszukiwaniu przepisu, nałazić z składnikami, trochę na te składniki wydać, a efekty, choć całkiem niezłe, i tak sprawiają, że tęsknię za mlekiem i jajkami.

Wczoraj znów zachciało mi się słodkości - o dziesiątej w nocy.
Zasiadłam więc do kompa i spędziłam trochę czasu sam na sam z "jadłonomią". Znalazłam tam przepis na ciasto drożdżowe z porzeczkami i kokosowym pudrem:

Składniki na dużą prostokątną blachę:
  • 600 g mąki pszennej
  • 450 ciepłego mleka roślinnego
  • 8 g suchych drożdży instant
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1/4 szklanki oleju z pestek winogron lub innego delikatnego oleju
  • 2 łyżeczki spirytusu
  • szczypta soli
  • 4 łyżki wiórków kokosowych
  • 1 łyżka cukru pudru
  • szklanka czerwonych porzeczek

Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki na ciasto dodać do misy robota kuchennego z hakiem do ciasta drożdżowego i wyrabiać przez 4 - 5 minut na gładkie ciasto, można to zrobić też ręcznie w dużej misce. Ciasto powinno wyjść sprężyste i miękkie, może być lekko klejące, ale naciśnięte powinno odstawać od dłoni. Jeśli klei się bardziej można podsypać je 1 - 2 łyżkami mąki i ponownie krótko wyrobić. 
  2. Delikatnie nasmarować dłonie kilkoma kroplami oleju, wyjąć ciasto i uformować w kulę. Przełożyć do lekko obsypanej mąką miski i przykryć plastfolią lub owinąć szczelnie reklamówką - dzięki temu będzie szybciej wyrastać. Odstawić w ciepłe miejsce bez przeciągów na 1,5 godziny. 
  3. Piekarnik rozgrzać do 220 stopni, blachę wyłożyć papierem do pieczenia, ponownie lekko nasmarować dłonie olejem i przełożyć do blachy wyrośnięte ciasto delikatnie je rozciągając, aby zajęło całą blachę. Obsypać porzeczkami, delikatnie wciskając je w ciasto, przykryć ściereczką i zostawić na 30 minut.
  4. Wyrośnięte ciasto wsunąć do gorącego piekarnika i piec 30 - 40 minut do czasu, aż się zezłoci. W międzyczasie przygotować kokosowy cukier puder - do kawowego młynka lub małego pojemniczka blendera o dużej mocy wsypać wiórki i zmiksować na gruby puder, na koniec dodać cukier puder i krótko zmiksować do połączenia. 
  5. Upieczone ciasto wyjąć na blat, ostudzić i obsypać kokosowym pudrem. Poczekać aż (chociaż trochę) ostygnie i kroić. 

Składniki na ciasto miałam w domu, nawet drożdże, choć nigdy w życiu nie piekłam na nich nic ponad rogaliki.
Użyłam mleka ryżowego z Rossmanna.
Ponieważ 1/4 szklanki cukru wydała mi się ilością zbyt małą na ponad pół kilo mąki, na własną rękę wsypałam nieco ponad pół szklanki i dodałam cukier waniliowy.
Zrezygnowałam też z kokosowego pudru - bo mój mąż nie cierpi kokosa.
Owoców stosownych nie miałam, a sklepy dookoła pozamykane. No cóż, raz kozie śmierć...

Do ciasta zabrałam się zgodnie z opisem - utarłam robotem z hakami (wyszło bardzo klejące, ale - kiedy dodatek dwóch kopiatych łyżek mąki niczego nie zmienił - zostawiłam takie), rosło sobie pod reklamówką 1,5h, a potem jeszcze 30min. w formie (tortownica 28cm średnicy), piekło się ok. 40min. w gorącym piecu.

Efekt?
Wyrosło pięknie - to fakt.



Smak?
Mimo większej niż w przepisie ilości cukru - mało słodkie. Smakowało jak chałka - doskonale zrobił mu dodatek powidła śliwkowego.



Odbiór?
Chłopaki zadowoleni. Jeszcze przed południem zniknął ostatni kawałek.
Ja odczuwam jednak potrzebę udoskonalenia tego ciasta.

Wnioski?
Będę częściej piekła drożdżowce. Ten przepis wypróbuję jeszcze w wersji z owocami - kwaśnymi i słodkimi. Spróbuję też uzyskać nieco gęstszą konsystencję, zrobić z tego ciasta bułeczki i za pomocą szprycy nadziać je marmoladą.
W każdym razie potencjał jest.

Dzięki, Jadłonomio:)


czwartek, 25 września 2014

Zapisuję zanim zapomnę

Andrzejek próbuje mnie dźwignąć. Z wiadomym skutkiem.
M: Andrzejku, nie dasz rady mnie podnieść.
A: Dam jadę!
M: Nie, synku, bo ja dużo ważę, czyli jestem...'
A: Gjuba?

***

Jadąc na szkolenie do Wrocławia, babcia Gosia zrobiła sobie u nas międzylądowanie. Z rozmowy między babcią a wnukiem starszym:

Andrzejek puszcza bąka.
B: Andrzejku, co to było?
A (z dumą): Puj!
B: A co się mówi, kiedy się zrobi "pur"?
A: To się zdaza.

***

Jędruś jedzie na rowerku biegowym. Zaczepia go jakiś starszy pan

P: A gdzie pedały?
A: Posły sobie.

wtorek, 23 września 2014

Wielorazowo mi (?)

Jak już wcześniej wspominałam, chciałabym przejść na pieluchy wielorazowe.
Nie zdążyłam przy Andrzejku, bo on już - poza nockami - odpieluszony zupełnie, to chociaż Jula chciałam takimi traktować. Czy to nie uroczy widok?

Źródło: swiatpieluch.pl


Na początku okoniem stanął mąż.
Teraz, kiedy ilość zużywanych dziennie pampków spadła z początkowych prawie dwudziestu do 6-7, jego ton złagodniał - stanęło na "Dobra, ale to ty będziesz prać";p

Powiem, jak to widzę.

Po pierwsze - plusy:
  • oszczędzam środowisko - znacznie mniej chemii ląduje w glebie.
  • oszczędzam pieniądze - i to podobno dużo. Kupuję raz, starcza do końca okresu pieluchowego i przechodzi na kolejnego bąka;p
  • dostarczam sobie wrażeń estetycznych - bo takie pieluchy są o niebo ładniejsze niż pampki
  • Dzieci szybciej się odpieluchowują - podobno

Po drugie - minusy:
  • Dodatkowa robota. Dodatkowy stos prania. Śmierdzącego w dodatku.
  • Gabaryty - u nas i tak ciężko znaleźć miejsce na cokolwiek. Musiałabym wyczarować szufladę na stosik i miejsce na wiadro do przechowywania zużytych pieluch
  • Specjalne wymagania. Bo prać tego nie można w byle czym - nie wolno w mydle, środkach zawierających oleje, silne detergenty... oprócz proszku do prania trzeba mieć preparat antybakteryjny i olejek eteryczny do wiadra na pielusze brudy. No i te środki kosztują więcej niż Lovela, nawet już w przeliczeniu na jedno pranie.
  • zawrót głowy na początku - x rodzajów wkładów i y rodzajów pieluch, a to wszystko może być uszyte z z rodzajów materiałów, z których każdy ma inne zady i walety. A do tego jeszcze jakieś papierowe bibułki, suche pieluchy, suche pupy...
  •  cena - duży wydatek na początek
Po trzecie - wątpliwości
  • Jak rozpoznać, kiedy trzeba zmienić? Bo pampa po prostu dotykam i wiem.
  • Zapach: czy taka "na wpół siknięta" pielucha nie śmierdzi? W pampku "jedzie" tylko grubsza sprawa, cieńszej nie czuję mimo "psiego" węchu.
  • Przy wielorazówkach nie stosuje się kremów na pupę, a Julo to alergik trzaskający rzadkie, kwaśne kupy i łatwo się odparzający. Nie będzie odparzał się jeszcze bardziej? 
  • Czy olejki eteryczne nie będą drażniły mojego małego atopika?
Koniec końców wymyśliłam, że wypróbuję otulacze z PUL plus wkłady. Takie na napy (bo są też i na rzepy), z wrodzonego skąpstwa te rozmiaru uniwersalnego. Wkłady... bo ja wiem - waham się między bambusowymi a takimi z mikrofibry i mikropolaru - ponoć pod nie nie trzeba już wkładki "czysta pielucha". Do tego wkładki "sucha pupa".


Źródło: decoraliki.pl

Myślałam o tym, żeby na początek kupić 1-2 otulacze i po 5 wkładek, a potem stopniowo dobić do 5-6 otulaczy i ok. 25 wkładek każdego rodzaju.
A po drodze może wypróbować też i kieszonki?
Upatrzyłam sobie już nawet otulacze "Pupusa" z podwójnymi gumkami przy nóżkach i specjalnymi zaszewkami, które mają trzymać wkład w jednym miejscu.

Na początku chciałabym je stosować tylko w domu na dzień, a potem, kiedy się już wprawię, także na wyjścia i w nocy.

Uśmiecham się zatem o spostrzeżenia.
Mile widziane merytoryczne głosy za i przeciw.
Mile widziane rady różniące się od tego, co sama wstępnie wymyśliłam.
Najmilej widziane porady praktyczne: w czym prać, jak dbać, co i w jakiej ilości warto mieć, gdzie to kupić, a także jakich producentów polecacie.

A zacznę chyba od wirtualnej pielgrzymki po producentach - może załapię się na jakieś testowanko;p


niedziela, 21 września 2014

Kolarz, tekściarz, liturgista i dowódca w jednej osobie

Jędrula siedzi na nocniku i podśpiewuje:

Bóg nam dał, Bóg nam dał* działa samobiezne ASU-85**

***

I kolejna - tym razem podsłuchana przez mojego męża - wariacja na temat bogoojczyźnianego repertuaru:

Kjew gja, duch gja, Kubuś Puchatek gja...
Niechaj Polska zna
Jakich synów maaa!

***

A tak sobie gawędziliśmy w drodze na plac zabaw przy okazji kręcenia filmiku z testowania rowerka:







* "Krakowiak Kościuszki", 4 zwrotka:)
**zob.  Defilada 1000-lecia

sobota, 20 września 2014

Bo miłość cierpliwa jest (filmowo)

Masz nerwowe, narwane, drażliwe dziecko?
Chcesz, żeby się uspokoiło, wyciszyło, nabrało cierpliwości i dystansu do siebie?
Daj mu...



 rodzeństwo:)

czwartek, 18 września 2014

O pewnej sukience oraz o tym, dlaczego i dla kogo co roku ją wkładam


Na nowy 2014 rok obiecywałam sobie, że 18 września tegoż roku wbiję się w pewną kieckę
z 18 września  Anno Domini 2010.
Jako że kiecka owa znajduje się w domu moich rodziców i jest dość kłopotliwa w przewożeniu i przechowywaniu,





próbę podjęłam dzień przed wyjazdem z Krosna.


Najpierw więc halka.
Jeee, udało się. Musiałam co prawda dość mocno wciągnąć brzuch i zacisnąć zęby, bo mocno się wpijała, ale dopięłam.
Teraz kieca właściwa.
Narzuciłam, spróbowałam zasunąć. O dziwo - jakoś szło. Aż do linii biustu.
No tak - przecież kiedyś go tam nie było.
Nic to, zostawię rozpuszczone włosy i założę tę białą firankę na głowę, to nie będzie widać, że kiecka się nie dosuwa.

Jeszcze tylko ususzony bukiet w dłoń...

Cziiis do słit foci z samowyzwalacza!

wersja "na zjawę" czyli spierniczone zdjęcie musi być;p

***

Dziś mijają cztery lata odkąd ja i mój najlepszy przyjaciel z czasów licealno-studenckich przysięgliśmy sobie przed Bogiem, że wytrzymamy ze sobą resztę życia.
I tak się zastanawiam, czy zmieniłabym coś...

Tak.
Zamiast wkładać welon, upięłabym delikatnie włosy i wpięłabym w nie wrotycz, krwawnik i dziką różę - tak jak miałam w bukiecie;p


No i postawiłabym się w kwestii przyjęcia - zamiast niego wzięlibyśmy cichy ślub na Pustelni św. Jana z Dukli tak jak nam się marzyło. A potem może pojechalibyśmy w Bieszczady albo na "daczę" moich rodziców.

A tak na poważnie...
Nie:)
Jesteśmy małżeństwem cztery lata, mamy dwóch cudnych synków, dotarliśmy się do siebie.
Podziwiam mojego męża za to, że przymyka oko na moje humory i niedociągnięcia, a sama siebie za to, że znoszę różne jego ekstrawagancje.

Czy się kochamy?
Jesteśmy tak różni, że bez tego nie wytrzymalibyśmy ze sobą ani dnia.
Tylko miłość do męża trzyma mnie w mieście, którego szczerze nie znoszę.
Tylko dlatego mąż toleruje fakt, że nieraz obiad jest właściwie w porze podwieczorku, a mieszkanie wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun, bo ja zamiast sprzątać, wolałam zająć się tylko dziećmi, a po paru godzinach użerania się z pierworodnym nie miałam już siły na nic.

Buzi w przedpokoju, rodzinna wyprawa po nową deskę sedesową, klaps w tyłek ścierką podczas mycia garów, wspólny film na laptopie po uśpieniu chłopców, wspólne zastanawianie się, jak to w ogóle możliwe, że zostaliśmy małżeństwem.

Plan na następne lata? Tak trzymać:)
I zadbać o siebie na tyle, by jak najdłużej móc wcisnąć się w kieckę, w której tak podobałam się mężowi*.



*No dobra, biust może zostać, najwyżej trochę przerobię tył;p

Internetowy język macierzyństwa

Chyba zbiera mi się na PMS, będzie złośliwie.
Na jednym z blogów znalazłam kiedyś listę określeń, które denerwowały jego autorkę. Z częścią się zgadzałam, z częścią nie, ale temat mnie zainspirował. 
Sama dość sporo siedzę w necie. Czytam blogi, wertuję ogłoszenia w poszukiwaniu skarbów dla moich chłopców, miałam też konto na jednym z forów dla rodziców w dziale "Marcówki 2012";p
A po dzisiejszym przekopywaniu allegro i gumtree w poszukiwaniu ubranek dla Andrzejka opadły mi chyba wszystkie witki. 
Oto więc moja lista przebojów:


"@"
Czy słowa "miesiączka" albo "menstruacja" są jakimś tabu? Litości...

"Staraczka"
Brzmi strasznie pejoratywnie. Mnie kojarzy się z roszczeniowo nastawioną desperatką. Taką, która połknie tasiemca, żeby schudnąć 2kg albo przystanie na niemoralną propozycję za 5min w telewizji - tylko przedmiot tej desperacji jest inny. Nie wiem, jak przy mojej chorobie pójdzie mi staranie się o trzecie dziecko, ale w życiu bym się tak nie określiła.

"Fasolka"
A dlaczego nie "dziecko"? Wyraz szacunku to to nie jest. Raczej infantylna czułostkowość. A już szczytem jest nazwanie zapłodnienia "zafasolkowaniem" - takiego określenia użyła jedna ze znajomych "staraczek".

"Zaciążyć"
Zwykłe kobiety zachodzą w ciążę lub poczynają dziecko. Z tymi, które "zaciążają" i/lub ich partnerami zwykle nie mam o czym rozmawiać. A nawet jeśli mam, to muszę wspierać się "Słownikiem łaciny podwórkowej", by zrozumieć, co do mnie mówią.

"Bebzol", "kałdun" etc.
zob. "zaciążyć"

"Cyc"
Ja tam karmię piersią.

"Cycuś"
Nawet Andrzejek już tak nie mówi.
Nie mam nic przeciwko takim spieszczeniom w czterech ścianach, ale wydaje mi się, że na forum publicznym po prostu nie uchodzi.

"Cysie"
Szczerze? Gdyby nie kontekst, nie domyśliłabym się, co to w ogóle jest;p
W sam raz dla dziecka uczącego się mówić.

"Cycusianie", "ciumcianie"
patrz "Cysie"

"Cycolenie"
Patrz: "Zaciążyć"

"Mleczko", "mleczusio", "mlenio" etc.
o pokarmie kobiecym lub jego substytutach z proszku. 
Nie lubię nadmiernej infantylizacji języka, zwłaszcza w przestzeni publicznej - dlatego odciągam "pokarm" albo "mleko", a Jędruś dostaje kakao na Bebiko albo na "mleku".

"Sexy mama"
Dla mnie straszny dysonans. Ja nie chcę być "sexy" (okropne, plastikowe słowo) dla moich synów. Chcę być zadbana, żeby nie musieli się mnie wstydzić, ale przede wszystkim - kochana. Chcę, żeby patrzyli na mnie i widzieli ciepło, do którego zawsze mogą się przytulić.
A pociągająca - owszem, ale dla kogoś zupełnie innego;p O nim coś niecoś może jutro;p



I jeszcze coś, co denerwuje mnie zawsze, nie tylko u piszących mam - wulgaryzmy, a także błędy ortograficzne i składniowe. Jeśli takie się pojawiają, odechciewa mi się czytania nawet najciekawszego bloga.
A poza tym przychodzi mi do głowy taka myśl: jak ten ktoś kiedyś wytłumaczy własnym dzieciom, że znajomość zasad poprawnej pisowni i eleganckiego wysławiania się jest ważna?
Przeglądam czasem gumtree. Sporo fajnych rzeczy dla Jędrusia i Julka za jego pośrednictwem upolowałam i paru rzeczy niepotrzebnych tą samą drogą się pozbyłam.  Słowo daję, tylu byków, co tam, nie ma chyba w żadnej hodowli bydła domowego. A już celują w tym ogłoszenia w dziale "przyjmę" - "wuzek", "piżamka do pszeczkola", "ksiąszki", "dla curki"... ech, nauczanie początkowe się kłania:(






wtorek, 16 września 2014

Andrzejek ma nowy hełm bojowy

Zaczynamy test rowerka biegowego. Do tej pory Jędruś zasuwał na nim po domu, ale, kiedy poczuł się już pewnie, zażądał zabrania go na spacer. No więc mama z tatą warunek postawili - pojedziesz na rowerku na plac zabaw, ale najpierw kupimy ci kask. I dalej pokazywać dziecku zdjęcia wujka i dziadka na rowerach i w kaskach. Entuzjazm był, więc poszliśmy do sklepu.
Sprzedawca kilka kasków dziecięciu pokazał, o zadach i waletach rodzicom opowiedział, przymiarkę zaproponował, a Jędruś na to: NIEEEE!
I w nogi. Szybko przekazałam mężowi wózek z Julkiem i pognałąm za młodym. Złapałam go akurat kiedy postanowił uciec na różowym rowerku biegowym z wystawy przed sklepem i właśnie go dosiadał.
Wróciłam, za dziecia przeprosiłam, wśród protestów latorośli kupiliśmy czarny kask z tych porządniejszych ale nie droższych niż rowerek i wyszliśmy wstydząc się za pociechę i dziękując Opatrzności, że Jędrula nie zdążył wyjechać na ulicę i wpaść pod auto.

W domu Jędruś za nic nie chce przymierzyć kasku. Nie chce go nawet oglądać.
Sytuacja zmienia się nieco, kiedy odkrywam, że nowe nakrycie głowy ma z tyłu przymocowane światełka na baterie - i świeci.
Mały więc światełkami się pobawił, po czym wkroczył tatuś, kask zabrał, i położył wysoooko na szafie. Nie minęła godzina, a Jędruś mało na kolana przed tatusiem nie padł, żeby tylko pozwolił mu włożyć kask świecący piękny. Kolejną godzinę później mały człapał już na rowerku przez Planty Bieńczyckie w swoim nowym kasku na głowie.
I nie dał go sobie zdjąć ani na placu zabaw, ani "za krzaczkiem", ani po powrocie do domu. Nawet spać w nim chciał:).

Pełne skupienie: bo ja mam, mamusiu, kask, jak ctelej pancejni i będę jeździł cołgiem biegowym.

Cziiis według mojego syna:)


***

Na placu zabaw, na którym dzisiaj byliśmy jest czteroosobowy samochód terenowy, który Jędruś uwielbia i najchętniej siada w nim nie za kierownicą, ale z tyłu, skąd łatwiej porządnie go rozbujać.
Dziś dosiadł się do chłopczyka w podobnym wieku, nazwijmy go Jaś, i chwilę tak sobie razem "jechali".

Jaś (kręcąc kierownicą): Bwww, Bwww, Bwww!!!
A: Auto tak nie jobi bwww!
M: A jak robi, Andrzejku?
A: O tak - wydaje wargami odgłos przypominający "brrrm" - tak jak często robią to małe dzieci.
Jaś: Bwww! Bwww!!!
A (pod nosem): No pajanoja...

poniedziałek, 15 września 2014

Tako JumperX vs. Jedo Fyn - starcie I. Gondola

Tak się złożyło, że jestem, a właściwie Julian jest, posiadaczem dwóch bodajże najpopularniejszych na rynku wózków wielofunkcyjnych.
Z Tako Jumpera korzystamy na co dzień w Krakowie, Jedo mamy w Krośnie u dziadków.
Oba pojazdy to modele z 2011 roku. Tako kupiłam będąc w ciąży z Andrzejkiem (jako zestaw 2w1, spacerówka była nieużywana w oryginalnych foliach), a Jedo w sierpniu dla Juliana.



I choć oba te wózki z pozoru prawie niczym się nie różnią, to jednak różnice są i dają się zauważyć w użytkowaniu już na etapie korzystania z gondoli.

Zacznijmy od podobieństw:

Są to wózki czterokołowe. Wszystkie koła są pompowane i amortyzowane. Zawieszenie każdego z nich można regulować.
Koła przednie obu wózków są obrotowe (360stopni) z możliwością blokady do jazdy na wprost.
Waga obu jest zbliżona - stelaż z gondolą waży ok. 15-16kg. Tako po złożeniu jest nieznacznie mniejszy. Dodatkowym jego atutem jest to, że gondola składa się na płasko. W każdym razie oba zajmują większość przestrzeni bagażowej w naszym kombi.

Rozwiązania techniczne są praktycznie identyczne - mając na co dzień do czynienia z Jumperem, bez problemu domyśliłam się, jak działa w Jedo hamulec, blokady przednich kół, jak składa się stelaż i odpina koła. Podobnie działa też regulacja wysokości rączki i wysokości zagłówka w gondolce - w tym ostatnim przypadku mała różnica na korzyść Jedo - zagłówek można ustawić w 6 pozycjach - w tako "tylko" w 4.

A teraz przechodzimy do różnic.

Pierwszą z nich widać od razu - tak, gondola Jedo jest sporo większa. W centymetrach długości wewnątrz to 80:75 dla Fyna. 5cm to niby nie jest dużo, ale w praktyce wygląda następująco (zdjęcia robione w odstępie niecałego tygodnia):


W praktyce - jeżdżąc Jumperem - Julka już powinnam przesadzić do spacerówki. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że nie miałam jej jak zabrać i muszę zaczekać, aż do mnie przyjedzie. Gdyby natomiast mój długi Julcio urodził się pół roku później i musiałabym wozić go w gondoli w zimowym kombinezonie, prawdopodobnie nie pojeździłby w takusiowej gondolce nawet czterech miesięcy. Te dodatkowe 5cm przedłużyłoby użytkowanie gondoli o miesiąc, a może i dwa.

Kolejny plus dla Jedo za budkę. W Tako, by ją opuścić, trzeba nacisnąć równocześnie dwa przyciski u jej podstawy. W Fynie starczy pchnąć budę jedną ręką. Ponadto Budka w Jedo ma dwa okienka (foliowe do podglądania dziecka, które w naszym egzemplarzu było już pęknięte, i siatkowe do wentylacji). W Jumperze buda ma tylko okienko wentylacyjne.

Jedo Fyn - okienka w budzie

Jakby tego było mało, buda w Tako jest niezdejmowalna. Chciałam kiedyś zdjąć ją do prania, nie udało mi się. Budka w Jedo jest odpinana (wspólna dla gondolki i spacerówki), ale nie próbowałam jeszcze zdjąć z niej obicia.
Jedyne, co w budzie Jumpera jest lepsze, to uchwyt do przenoszenia gondoli, którego Fynowi brak.

Materiał zewnętrzny - tu wielki plus dla Tako. Wydaje się być mocniejszy - no i nie wyblakł od słońca. Nasz Fyn, pierwotnie grafitowy, pod wpływem słońca wyblakł do koloru jasnostalowego. Widać to zresztą na powyższych zdjęciach budy i całego wózka.

Następna sprawa to posłanie w gondoli - w Tako biała bawełna wywijana na zewnątrz, w Jedo popielata bawełna z doszytym brzegiem z wierzchniego materiału - dla mnie to rozwiązanie jest praktyczniejsze, bo znacznie mniej się brudzi. No i coś jeszcze - wewnątrz gondoli Jedo są takie małe kieszonki:



przewijając dziecko w wózku wkładałam do nich krem i pieluchę albo woziłam tam zabawki dla Jula.
Materacyki gąbkowe, ten w Tako trochę grubszy i bardziej "mięsisty"- na oko wygodniejszy, ale Juluś na żaden z nich nie narzekał.

Kolejna różnica to koła. W Tako mam wymienione - z nowszą wersją felg. Są praktyczne, łatwe do utrzymania w czystości i całkiem niebrzydkie, a w każdym razie komponują się z masywną bryłą wózka:



W Jedo - szprychy.



Przestrzegam - żeby nie wiem, jak pięknie to wyglądało, nie bierzcie kół ze szprychami. W lecie gromadzi się tam piach i błoto, w zimie będzie tam zalegał śnieg. Do tego mur-beton zardzewieją - w naszym egzemplarzu już zaczynają. Ciężko też napompować opony zwykłą pompką - nie mieści się ona między szprychy. Na szczęście mój tato ma taką z wężykiem. W każdym razie rozważam kupno innych felg.

Pora na stelaż.
W obu wózkach podobno aluminiowy. Tu i tu regulowana rączka - w Jumperze prosta obita skórą:


 w Jedo plastikowa - po dłuższej jeździe okazuje się niewygodna.



Na pierwszy rzut oka Tako wydaje się masywniejszy, Jedo - delikatniejszy.
I to jest święta prawda. Stelaż Jumpera jest sztywny, nie drgnie mi w nim nawet śrubka, choć wózka nie oszczędzamy.
Jedo niestety ma luzy przy mocowaniu rączki. Mój tato dokręcił najmocniej jak dał radę - i tak trochę luzu jest. Po pierwszym spacerze tym wózkiem byłam na siebie zła, że kupiłam przez all używany - myślałam, że stało się tak od nadmiernej i niedbałej eksploatacji. Tymczasem parę dni po powrocie do Krakowa w "naszym" sklepie dziecięcym natknęłam się na nówkę. Pomacałam, pobujałam - miała takie same luzy jak nasz wóz przed dokręceniem. Czyli to jednak uroda tego stelaża. Nie rozpadł się, jazdę po schodach wytrzymuje, ale dreszczyk emocji jest;p
Na dodatek stelaż Jedo bardziej rdzewieje. Takuś ma minimalne plamki przy hamulcu i tyle. Fyn ma oprócz tego nadgryzione wahacze.

Moja ocena:
Oba fajne. Prowadzą się rewelacyjnie, są zwrotne i dobrze amortyzują wstrząsy. Super w teren i do jazdy miejskiej - oboma bez problemu wywijałam w wąskich alejkach w Rossmannie;p Radzi sobie z nimi moja filigranowa mama i wygodnie prowadzi mój wysoki mąż.

Jeśli chodzi o awaryjność - w Tako wymieniłam koła - jedno się zepsuło. Trochę ciężko chodzi też hamulec.
W Jedo do naprawy była blokada jednego z przednich kół, do wymiany będą też podrdzewiałe felgi. Poza tym tato dokręcał mi już śruby przy mocowaniu rączki do stelaża.

Dla mnie ideałem byłaby gondola Jedo uszyta z materiału Tako i osadzona na stelażu Jumpera. Ale gdybym miała dla trzeciego dziecka kupować nowy wózek i zdecydować, który z obecnie posiadanych zostawić u dziadków jako zapasowy, wybrałabym jednak Jumpera, ale cicho pochlipywałabym za gondolą Fyna. No chyba, że spacerówka Jedo oczaruje mnie na tyle, że zmienię zdanie o całości.
Dla chcących kupić któryś z tych modeli jako używany - moim zdaniem Tako jest jednak lepszej jakości.

niedziela, 14 września 2014

Julek na piątkę


Statystycznie

Wzrost: 70cm
Waga: 7,5kg
Ciemiączko: 2,5*3,5cm
Ubranka: pół na pół 68 i 74
Pieluchy: w dzień 3, w nocy 4
Papu: pierś na żądanie i raz dziennie gluten
Dodatki: witamina D - 2 krople dziennie (zalecenie lekarza), probiotyk - 5 kropel dziennie, witamina B6 - 1/2 tabletki dziennie (zalecenie lekarza)

Jak z bicza strzelił minął kolejny miesiąc z Julkiem. Nie tak szalony jak poprzedni, z większą ilością komplikacji, ale i tak fajny.
Trafiła się Julkowi jedna drobna infekcja, ale szybko minęła i nie ma po niej śladu. No dobra - jest. Musieliśmy przełożyć kolejne szczepienie na przełom września i października.

Julek rośnie jak na drożdżach. W gondoli naszego wózka jest mu już niewygodnie  i nie pomaga podnoszenie zagłówka. Odliczamy więc dni do przyjazdu mojego taty z siedziskiem spacerowym.
Tu zdjęcie sprzed prawie dwóch tygodni:



Byliśmy na kontroli w poradni rehabilitacji i okazało się, że Julo "skraca" sobie lewą stronę ciała i opiera się na piąstkach zamiast na otwartych dłoniach. Piąstkami się nie martwię zupełnie - Jędruś miał identycznie, nawet raczkował początkowo na kościach jak gorylek. Ale na asymetrię dostaliśmy już konkretne zalecenia. Julek ma bujać się na piłce rehabilitacyjnej (mamy w domu, ale tatuś ciągle nie nadmuchał), kłaść go na ręcznikach, nosić w pozycji półsiedzącej pochylonego w lewo (ciągnie wtedy główkę w prawą stronę) i trzymać w pozycji półsiedzącej (lub krótko nawet w siedzącej) pokazując ciekawe przedmioty na wysokości brzuszka.
No i cios w samo serce (a raczej w mój kręgosłup) - zakaz noszenia w chuście. Buuu!

Nie sposób nie zauważyć, że Julo szybko się uczy. Z pewnością nie jest już takim pokornym cielątkiem za jakie wcześniej wszyscy go uważaliśmy. Jest dzieckiem przemiłym, pogodnym, uśmiechniętym i słodkim do bólu zębów, ale już wie, jak zwracać na siebie uwagę. Kiedy chce, żeby do niego przyjść - krzyczy. Nie płacze - wydaje z siebie najpierw groźne pomruki, a potem zaczyna pokrzykiwać. Płacz nadal równa się "jestem głodny".

Śpi mój Julo fantastycznie. W dzień zasypia przy piersi. Ma trzy do czterech drzemek trwających od 20 minut do godziny. Noce przesypia w całości - położony o 21. budzi się ok. 7.30 na karmienie, po którym często jeszcze na godzinę-półtorej zasypia. Nie mogę narzekać:)
Je mniej więcej 8-10 razy na dobę.
Pięciomiesięczny Julian staje się coraz bardziej świadomy. Bada na przykład przedmioty, których nie widzi. Ulubionym obiektem badań stał się ostatnio własny siusiak.
Ponadto bawimy się w akuku. Zasłaniam się pieluszką, a następnie odsłaniam twarz, czemu towarzyszą istne wybuchy radości. Lubimy też i inny wariant tej zabawy:



Jeśli prześledzić jego rozwój ruchowy, to jego tempo nie jest już tak szalone jak w poprzednim miesiącu.
Z nowości mamy:
  • stopy w paszczy
  • obroty wokół własnej osi
  • pierwsze, jak dotąd nieudane, próby ustawienia się na czworaka
  • siedzenie z podparciem - nie wiem jak długo by się utrzymał. Posadziła go na moment lekarka od rehabilitacji, ja sama się boję.

Prawdziwa rewolucja dokonała się za to w motoryce małej. Oczywiście nadal wszystko ostatecznie ląduje w przepastnej julczynej paszczy, ale, zanim się to stanie, zostanie dokładnie obejrzane z każdej strony i sprawdzone pod kątem wydawania dźwięku. Julek potrafi zatem
  • Chwycić pewnie różne przedmioty - od cienkiego gryzaka po piłkę.
  • Chwycić przedmiot wiszący nad jego głową zarówno z leżenia na plecach jak i na brzuchu
  • Obrócić się z pleców na brzuch (odwrotnie jeszcze nie zawsze) mając zajęte ręce
  • Przekładać przedmiot z ręki do ręki
  • Obracać przedmiot w dłoniach
  • Potrząsać przedmiotami 


Jeśli chodzi o rozwój mowy - pojawiły się nowości: przede wszystkim nowe sylaby - "ba", "ma", "na", "pa", "da" - ale łączone przypadkowo, nadal nie jest to więc gaworzenie. Są też różne inne dźwięki: "pfff", "bwww", "mmmm".

Julek, od zawsze łaknący zainteresowania, teraz domaga się go jeszcze bardziej. Przytula się, dotyka naszych twarzy, nawiązuje naprawdę cudowny kontakt ze starszym bratem. Czekam, co będzie dalej:)
    A już za miesiąc: być może badania u okulisty, szczepienia i dalsze rozszerzanie diety.
    A na koniec jeszcze - jak sprawić radość dziecku. Darujcie jakość, kręcone kalkulatorem;p











    piątek, 12 września 2014

    Dzień nowości

    Dziś niby dzień jak co dzień.
    Ale inny, bo dużo w nim nowości.

    Po pierwsze, odważyłam się wreszcie i zaczęłam rozszerzać Julkowi dietę. Zdecydowałam się jednak zacząć nie od zupki, a od glutenu.

    Julek dostał więc przepisowe pół łyżeczki rozgotowanej w wodzie manny zmieszanej z ok. 5-10ml mojego pokarmu.
    Jeśli chodzi o samą czynność jedzenia, to łyżeczka mu nie nowina. Od dawna dostaje w ten sposób zaleconą przez lekarza witaminę B6 (pół tabletki dziennie) rozkruszoną i zmieszaną z probiotykiem. Odruch wypychania łyżeczki jest więc u niego minimalny i z kolejnymi podanymi łyżeczkami znika całkiem. Julek bez problemu zjadł więc całą porcyjkę.
    Czy mu smakowało? Raczej zdziwiła go ta nowość. Z początku się krzywił, ale potem szczerzył się od ucha do ucha.
    Teraz zobaczymy, czy gluten się przyjmie. Jeśli Julkowi nic po nim nie będzie, to za dwa-trzy tygodnie marchewka.

    Kolejne nowości dotyczą już Andrzejka.
    Kiedy startowałam z tym blogiem i dowiedziałam się o możliwości darmowego testowania różnych różności, zapisałam się do programu pewnej firmy produkującej sprzęt i rowerki dla dzieci. Firma początkowo chyba uznała, że jestem za mało popularna, bo się nie odezwała, a ja z czasem zapomniałam o sprawie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwa tygodnie temu znalazłam w skrzynce zaproszenie do tegoż programu...
    Kiedy się zapisywałam, miałam na stanie tylko Jędrusia. Nawet nie pamiętam, czy już spodziewałam się Julka czy to było jeszcze wcześniej. A teraz Jędrula ma prawie dwa i pół roku, a Julas już dobija pięciu miesięcy. Refleks, co?
    No ale nie ma co się obrażać, tym bardziej, że do testowania zaproponowano mi rowerek biegowy i to drewniany:) Brać? Brać!
    I pal licho, że swoją zgodą na test za zniżkę na zakup rowerka zaniżam stawki blogerom o podobnej i większej popularności. Ja nie robię tego dla zysku, a jeśli mogę przez parę tygodni przetestować wynalazek, nad którym i tak się zastanawiałam, a potem taniej kupić albo bezkarnie oddać, to czemu nie:) A Wam, popularni blogerzy z pretensjami, powiem:

    Bujajcie się. 
    Jeśli mogłabym coś szczerze polecić, napisałabym posta za kilka opakowanie (no doobra, dwa, żeby było więcej kolorów) modeliny Astra (że też nie chcą ze mną współpracować, no...). 
    Albo i zupełnie za darmo;p

    W każdym razie dziś zawitał do nas ów sprzęt i na pierwszy rzut oka prezentuje się następująco:



    Co to za firma i jakie wrażenia - nie zdradzę na razie, bo  - jeśli rowerek spełni nasze oczekiwania - będzie o tym cały post (a jeśli nie, to wzmianka, że jestem zawiedziona i go oddałam), kiedy Jędruś dokładniej obwącha swoją nową zdobycz.

    Nie zdążywszy oswoić się z jedną nowością, chłopaki zafasowali kolejną.
    Wspominałam kiedyś, że Jędrula rozwalił poprzednie krzesełko do karmienia. Jego miejsce chwilowo zajął stoliczek z krzesełkiem stojące wcześniej u mamy męża, ale cały czas rozglądałam się za zastępstwem tym bardziej, że taki sprzęt będzie nam bardzo pomocny przy Julku.
    Zrobiłam więc rekonesans na bangli, ceneo i allegro i tak oto dziś w naszym domu pojawił się Primus. Caretero Primus. Znalazłam na all niewiele używany egzemplarz za niespełna pół ceny nówki. Kupiłam - i faktycznie oprócz startego napisu na tapicerce wygląda jak nowy.
    O nim również bedzie osobny post, ale na razie - mimo "nie mojej" kolorystyki - jestem zakochana w tym krześle. Jędruś zresztą też:)

    A jakby recenzji było mało, wypatrujcie pierwszego starcia Tako JumperaX z Jedo Fyn i opinii na temat kaszek do picia Nestle, na które załapaliśmy się zupełnie przypadkowo.
    A tymczasem zostawiam Was z posiłkiem Julka oraz Jędrusiem i jego diabelskim tronem:)

    Ej, mama, co to?!

    Ok, nie  jest tak źle.

    Miło jest gotować dla kogoś, kto tak docenia kaszę mannę na wodzie;p

    test blatu - jak szybko jedzie po nim talerz z niechcianym jedzeniem

    Sam się wdrapał. Tacki oprotestował mówiąc, że nie jest dzidziusiem.

    czwartek, 11 września 2014

    Gdzie nas jeszcze nie widzieli


    Ilekroć pozwalam sobie trochę ponarzekać, zawsze słyszę:  

    "Dziękuj Bogu, że masz zdrowe dzieci".

    I dziękuję - że moi chłopcy nie mają nowotworów, wad serca, ciężkich wad rozwojowych, nie są niepełnosprawni ruchowo i pięknie rozwijają się społecznie i intelektualnie. To skarb i cud.

    Ale... no właśnie, czy tacy oni zdrowi, skoro od ponad dwóch lat regularnie wydeptuję ścieżki do kolejnych lekarzy specjalistów?
    Nie licząc wizyt na "chorym dziecku", andrzejkowego pobytu w szpitalu i rutynowych kontroli u pediatry oraz jędrusiowych wizyt u dentysty na naszej liście odhaczyliśmy już:

    NEUROLOGA.
    Zaliczył go Jędrula po NOP (po szczepieniu 5w1) i kolejne dwa razy w związku z kilkoma cystami wykrytymi w jego mózgu podczas USG przez ciemiączko. Na szczęście cysty się wchłonęły, a rehabilitacja dawała efekty, więc na tym mogliśmy poprzestać.
    Julek był u neurologa z powodu mojej choroby (Hashimoto) i podejrzenia związanego z niedoczynnością tarczycy obniżonego napięcia mięśniowego. Na szczęście podejrzenie się nie sprawdziło i neurolog więcej nie był nam potrzebny.

    ZAKAŹNIKA.
    W charakterze speca od szczepień. Jędruś został doń skierowany po stwierdzeniu NOP, a Julo skierowanie dostał jako brat NOPiarza. Obaj mają indywidualny tok szczepień i jeszcze przez parę lat będziemy się z naszą lekarką od szczepień widywać.

    SPECJALISTĘ REHABILITACJI MEDYCZNEJ.
     Jędruś - standardowo, po NOP. Julo z powodu nieprawidłowych wzorców rozwojowych, jakie stwierdziła u niego nasza pediatra. A teraz jeszcze wylazł lekki kręcz szyi, więc szybko się od rehabilitacji nie uwolnimy. Obaj chłopcy chodzą do tej samej lekarki.

    PORADNIĘ WAD I ZABURZEŃ ROZWOJU.
    To też Jędrula po NOP. Przez pierwszy rok jego życia co miesiąc słuchałam, że Andrzejek za mało waży i mam dokarmiać go mlekiem modyfikowanym - zwykłym, bo to niemożliwe, żeby on miał AZS. Sama się sobie dziwię, że nie olałam tych wizyt wcześniej.

    ENDOKRYNOLOGA.
    W ciąży z Andrzejkiem nie miałam jeszcze zdiagnozowanej choroby Hashimoto, więc nie było zalecenia, by się do speca od hormonów udał. Niedawno zrobiłam mu badania - są w normie, więc na razie nie panikujemy.
    U endokrynologa był za to Julek, "dziecko matki z chorobą Hashimoto". Na szczęście lekarka, poza okresowymi badaniami poziomu hormonów, nie widzi potrzeby dalszych spotkań.

    DERMATOLOGA.
    Był u niego Jędruś z podejrzeniem skazy (skaza potwierdzona), był i Julek z ciężką ciemieniuchą.

    ALERGOLOGA.
    Jędruś pod opieką alergologa jest od dwóch lat w związku z uczuleniem na mleko krowie oraz białko i żółtko jaja kurzego. Z tych alergii w końcu wyrósł, ale - o ile ni złego nie będzie się dziać - mamy zgłosić się na testy skórne kiedy skończy 5 lat.
    Julo dopiero zaczyna swoją przygodę z alergologiem - ma stwierdzoną alergię na białka mleka krowiego. Będzie odwiedzał tę samą lekarkę, co jego brat.

    CHIRURGA.
    Czteromiesięczny Jędrula złapał jakąś infekcję siusiaka - okazało się, że ma za wąski otworek w napletku. Szybkie nacięcie w znieczuleniu miejscowym (nawet bez szycia), zalecenia dotyczące mycia i steryd w maści załatwiły sprawę.

    GASTROLOGA.
    To też tylko Jędruś - po wprowadzeniu pokarmów stałych zaczął dzień w dzień paskudnie wymiotować. Na szczęście mądra lekarka w kilka miesięcy wybawiła go z kłopotu.

    I na tym jeszcze nie koniec.
    Będąc dziś z chłopcami na rutynowej kontroli na "zdrowym", usłyszałam od lekarki, że powinnam zabrać ich do okulisty. Jędrusia - tak po prostu, bo jeszcze nie był. OK, trzeba to trzeba.
    Ale przechylanie główki w lewo przez Julasa może być spowodowane jakąś niewykrytą wadą wzroku lub problemem z akomodacją.
    No tak, u okulisty Braci D. nie widzieli.
    Jeszcze.

    Ciekawe, do kogo jeszcze przyjdzie nam wpaść na pogaduchy;p

    wtorek, 9 września 2014

    Deja vu - vol.2

    Ponieważ Julo powyrastał ze wszystkich bluz i kurteczek, które podczas swojej pierwszej jesieni nosił Andrzejek, postanowiłam wybrać się do ulubionego lumpa, by coś mu kupić - tak na już, bo potem mógłby wskoczyć w te, które Jędruś nosił wiosną, mając około roku.

    Wyszłam więc rano z domu i - jak przystało na moje "szczęście" - skręciłam nogę w kostce. Uraz na szczęście okazał się niegroźny, ale na tyle bolesny, że wyprawę sobie darowałam - i daruję sobie przez najbliższe kilka dni, bo noga jednak wciąż trochę boli.

    Tymczasem robi się coraz chłodniej i na wieczorny spacer już żywcem nie miałam w co ubrać Julasa.
    A pojutrze kontrola u pediatry - coś muszę na bodziaka narzucić.

    I wtedy mi się przypomniało, jak nakrzyczałam na mamę, że na chrzciny przywiozła nam - oprócz "proszonego" rozmiaru 68 również wielkie pudło ubranek w rozmiarach 74-80, czyli właśnie te przejściowe okołoroczkowe. Gdzie my to będziemy trzymać?

    Tymczasem okazało się, że muszę mamie zwrócić honor, bo wracając z wakacji mieliśmy auto wypełnione tak szczelnie, że nawet szpilka by się nie zmieściła, a właśnie to pudło okazało się teraz ostatnią deską ratunku.

    Kiedy je otwierałam, nie sądziłam, że znajdę tam coś "na już". Tymczasem znalazłam i to całkiem sporo. Wigilijny sweterek, który na Julka pewnie już za miesiąc będzie przykrótki, body, w którym Jędruś pierwszy raz stanął na nóżki - i pozostałe sztuki z tego wielopaku, no i mojego faworyta:


    Kupiła go dla Jędrusia moja teściowa - w moim dawnym ulubionym lumpie, który niestety już nie istnieje. Na początku wydał mi się brzydki, ale zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam go na moim małym przystojniaku. Jędruś nosił go przez całą wiosnę - jako kurtkę albo ocieplenie pod wiatrówkę. Spisywał się rewelacyjnie. Wyjmując go wczoraj z pudła myślałam, że będzie Julek w nim utonie.
    A tymczasem...



    Nie ma tragedii. Jest trochę za duży, ale i tak nieźle jak na niespełna pięciomiesięczniaka w rozmiarze  80;p
    A tu dla porównania pasiak na pierworodnym:




    Andrzejek, Julek i...

    Przeglądałam dziś ubranka chłopców.
    Dla Jędrusia powoli kompletuję garderobę w rozmiarze 98.
    Dla Julka wyciągam ciuszki po Jędrusiu.

    Sentymentalna jestem. Zbiera mi się na wspomnienia.
    Szary sweterek, który dziewięciomiesięczny Andrzejek miał na sobie w swoją pierwszą Wigilię, na Julka jest już "na styk". Zbiegł się czy co? Podobnie jak spodenki, bodziaki, pajacyki...  tylko czapki i skarpetki Jędruś miał większe;p
    Jesienne ciuszki po Andrzejku na jego młodszym bracie trzeszczą w szwach. Kombinezon zimowy raczej trzeba będzie kupić, bo Julo nie zmieści się w te po bracie.

    Kolejna sterta uroczych małych wdzianek przy najbliższej okazji wyląduje w krośnieńskim pawlaczu.
    Spodenki, w których Julek był chrzczony i te z "afterparty" - wtedy trochę za duże, teraz mogą robić za rybaczki. A przecież nadal wyglądają jak nowe.
    Bodziaki, które kupiłam podczas tegorocznego pobytu w Krośnie. Tak, jeszcze 3 tygodnie temu były dobre. Dziś jednego z nich nie udało mi się dopiąć na Julasie. A taki słodki, biały w bure misie...
    Bordowa bluza dresowa, w której obaj tak cudnie wyglądali. I rampersik w kolorowe muszelki...
    I "psi" pajacyk z ogonkiem...

     I przyjdzie dzień, kiedy sama siebie będę za to odsądzała od czci i wiary, próbując nie popłakać się z bólu przy wstawaniu ze szpitalnego łóżka i człapiąc pięć minut w jedną stronę do toalety oddalonej 2 metry od tegoż wyrka.
    Tak, wiem o tym.
    Ale wiem też, że chcę oglądać te ubranka na jeszcze jednym Bąku. Własnym.

    Moje dzieci rosną jak na drożdżach. Dwuipółletni (!) Andrzejek pyskuje i klepie wierszyki, a prawie pięciomiesięczny (!) Julek złazi z maty i zaczepia śmiechem. A jeszcze tak niedawno Jędruś przeciągał się w szpitalnym wózeczku...
    Tak, tęsknię za tym. Za ciuszkami w rozmiarze 56, których moi chłopcy prawie nie nosili, za małym ciepłym ciałkiem śpiącym na maminej piersi i czółkiem zmarszczonym tak, jak potrafi tylko noworodek pierwszy raz zadzierający łepek do góry.
    Dojrzałam do decyzji, że mimo koszmaru cesarskiego cięcia chcę urodzić jeszcze jedno dziecko.

    Plan jest prosty:
    -odchować i do przedszkola posłać obecnie posiadany przychówek
    -wrócić do pracy
    -znaleźć większe lokum
    Daję sobie na to czas do wiosny 2017. A potem zapraszamy kolejnego członka rodziny D. :)


    niedziela, 7 września 2014

    O stosunkach damsko-męskich (i nie tylko)


    Mąż bawi się z Juliankiem w samolot.

    A: Tatusiu! Nie upuść Julianka, bo on jest bajdzo delikatny. I spleśniały...

    Co poeta miał na myśli? Kto ma pomysł?

    ***

    Chwila prywatności - wchodzę do łazienki i już mam klapnąć na sedes, kiedy drzwi się otwierają i z krzykiem wpada mój pierworodny.

    A:Nieee! Mamo, nie siadaj na pjofesoze!!!
    M: ???
    A (zaglądając do muszli): Pjofesoze Gąbka! Jesteś tam?*




    ***

    Andrzejek przejawia ostatnio wielkie zainteresowanie różnicami pomiędzy płciami. Ja nie robię z tego problemu, mąż jest nieco zakłopotany, kiedy setny raz musi tłumaczyć, kto co ma, a czego nie ma. Jędruś doskonale to wyczuwa i takie pytania najczęściej zadaje właśnie tacie. Albo - najpierw tacie, a potem mamie przy tacie.
    Przykład z dziś. Zrobił mi się potężny zastój w piersi, a Julian nie miał już ochoty na dalszą współpracę. Jędruś też nie miał, więc zmontowałam laktator.

    A: Co to jest?
    M: Laktator. Tym się odciąga mleko z piersi.
    A: Odciągnies mi?
    M: Nie, synku. Ty jesteś chłopcem i nie masz piersi. Odciągnę sobie.
    A: A tatuś ma piersi?
    M: Nie, tatuś jest mężczyzną i nie ma piersi.
    A: Aha, tatuś ma za to siujka (mąż przybiera odcień pośredni między amarantowym a burgundem). I ja tez mam siujka. I Julek ma siujka. A babcia ma piejsi?
    M: Tak, ma.
    A: A tatuś powiedział, ze nie ma**.

    ***

    Klęczę, a może raczej kucam, na macie edukacyjnej i łaskoczę Julka. Jędruś podbiega i daje mi klapsa w tyłek.

    M: ???
    A: Ja cię tylko tak piescotliwie klepię.




    * Ktoś tu chyba zanadto naoglądał się Smoka Wawelskiego...
    ** Tak naprawdę to tatuś powiedział, że babcia ma piersi, ale nie ma w nich mleka.

    sobota, 6 września 2014

    Wyłom w rytuale

    Mąż mój pomagał przy organizacji pewnego koncertu. Był to koncert (grającego fatalnego muzycznie "tępego", topornego pseudo-rocka choć podobno ze słusznymi ideologicznie tekstami) niszowego zespołu popularnego w określonych środowiskach organizowany w klubie studenckim, gdzie w sali ze sceną można było kupić alkohol. Śmierdziało dymem z kilometra, ale mąż przekonać się nie dał - w Trójmieście nic się nie stało, więc i w Krakowie się nie stanie. Pojechał.

    W czasie jego nieobecności jakoś dawałam sobie radę z chłopcami, a w porze kąpieli wspomogła mnie teściowa. Ona zabawiła Julka, a ja wypucowłam i nakarmiłam Andrzejka, teściowa pożegnała się i wyszła. Julo szybko usnął, więc mogłam poświęcić się tylko Andrzejkowi.

    Postanowiłam działać zgodnie z utartym schematem: umyłam Jędruli zęby, poszliśmy się pomodlić, odpaliłam pozytywkę z żabą, a następnie poprosiłam, żeby wlazł do łóżeczka. On na to, że nie, bo TATUŚ GO WKŁADA. No to wzięłam go na ręce, zaniosłam do wyrka, a synię moje, ledwie dotknąwszy pupą materaca rozwrzeszczało się, że spać nie będzie, bo TATUŚ MA GO WŁOŻYĆ. A widoków na tatusia brak.
    Próbowałam wszystkiego - ciepłej herbatki (z melisy...), głaskania, tulenia, zgodziłam się przynieść mu do pokoju nocnik i zostawić przytłumione światło.
    Na nic. Tatuś i tatuś.

    Wysłałam do męża, w nadziei, że może jakimś cudem odbierze, sms z krótkim opisem sytuacji, ale reakcji nie było. Po jakiejś godzinie jednak mąż stanął w progu. Jak się okazało, wrócił wcześniej, ale tylko dlatego, że musiał robić za taxi na SOR, kiedy na wspomnianej imprezie kulturalnej pobito jego kolegę. Za co? Ano za to, że ujął się za innym kolegą ubranym w koszulkę z niewłaściwym napisem.  

    Myślałam - uff, jest tatuś, teraz TATUŚ GO WŁOŻY i Jędruś zaśnie jak aniołek, wszak wyje już prawie półtorej godziny. Tatuś ręce umył, zbliżył się do Jędrusia, a ten... rozbeczał się jeszcze bardziej i wycedził, że chce do mamy.
    I tak to mamusia została uziemiona przy Jędrusiu przez kolejną godzinę, bo dziecię zażądało, żeby mamusia została z nim, aż zaśnie.

    I tak oto Julianowi upiekła się dziś kąpiel.



    piątek, 5 września 2014

    Zajęcia ruchowe dla dwulatka?

    Klocki są dla mięczaków...



    Pierwsze koty za płoty. Podejście numer dwa:



    Jędruś jest dzieckiem hiperaktywnym. Nie usiedzi w miejscu. Może stąd jego niechęć do zajęć plastycznych. Nawet zabawa nowymi farbkami nie trwała więcej niż 15 minut. Namalował trzy obrazki i juz miał dosyć.
    Na jedzenie też nigdy nie ma czasu, nawet jeśli usiądzie na chwilę, nie może się powstrzymać od majtania nogami i machania rękami. O samodzielnym jedzeniu nie ma mowy - kiedyb rodzice karmią, jest szybciej, a przecież wokół jest tyle fajnych rzeczy, na które można się wspinać...

    Nie ma co ukrywać, taki gagatek nieraz sieje w domu spustoszenie, a i chęć sprzątania grozi tym, że wybije szybę w drzwiach (albo moje oko) kijem od mopa.

    W czasach przedjulkowych  po prostu brałam go na spacer i szalał do woli. Teraz już nie jest tak pięknie - Andrzejek do posłusznych dzieci nie należy i, kiedy jestem sama, boję się wychodzić z dwójką.

    Zastanawiam się nad posłaniem go na jakieś zajęcia ruchowe. W okolicy mamy do wyboru taniec towarzyski, ju-jitsu, judo i szkółkę piłkarską.
    Pierwsze z marszu odpada - jest za mały. Na ju-jitsu chodził kiedyś mój brat z tym, że w Krośnie na zajęcia przyjmowano chyba od pierwszej klasy podstawówki, on poszedł, o ile pamiętam, w drugiej klasie. Po roku treningów miał "kaloryfer" na brzuchu. Na sąsiednim osiedlu mamy sekcję, która przyjmuje trzylatki. Jędruś sprawnościowo i intelektualnie od nich nie odstaje. Różnica gabarytów jednak swoje robi, bo młody nawet jak na swój wiek do gigantów nie należy.

    Niedaleko mamy też szkółkę piłkarską, sekcję judo i aikido - również od trzech lat, zastanawiałam się nad dwoma pierwszymi, aikido jakoś do mnie nie przemawia.

    Na pewno będę chodzić z Andrzejkiem na basen - ale nie mam takiej możliwości częściej niż raz w tygodniu, poza tym basen z ozonowaną wodą (Jędruś to atopik i nie może chodzić do takiego z mocno chlorowaną) mamy dość daleko. Potrzebujemy czegoś, co będzie odbywać się częściej, ale nie zajmie połowy dnia. I tu zwracam się z pytaniem do bardziej doświadczonych rodziców - czy są jakieś zajęcia ruchowe, na które mogę posłać nadpobudliwego, ale bardzo wrażliwego dwuipółlatka, żeby się wyżył, ale nie zniechęcił?



    czwartek, 4 września 2014

    Obrońca uciśnionych

    Wyparzyłam Fridę, psiknęłam Julkowi Disnemarem do zakatarzonego noska, zaczynam odtykać, Julo zaczyna drzeć się wniebogłosy.

    J: Łeeeeee!
    M: Kochanie, odetkamy nosek, zobaczysz, będzie ci lepiej oddychać.
    J: Łeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!
    A: Mama, jego to boli. Nie jób mu tak.
    M: Jędrusiu, muszę odessać mu katar, bo ma bardzo zatkany nos i ciężko mu oddychać, i jeść, i..
    A: Ale Julek płace. Nie jób mu tak!
    M: Muszę, Andrzejku, będzie mu lepiej
    A: Nie! Bo ja tez będę płakał!

    wtorek, 2 września 2014

    Wesoło

    Wesoło dziś było, oj wesoło:)

    Najpierw mąż przypomniał sobie, że wczoraj miał być w pracy. Po sprawdzeniu okazało się, że nie wczoraj, a dziś, ale za pół godziny. Wystrzelił jak z procy, po czym na miejscu okazało się, że żadnych interesantów do niego nie było. Przygarnęły go więc sekretarki z działu kadr i dały mu na pocieszenie stos papierologii.

    Kiedy mąż dzielnie walczył z papierologią, ja dzielnie walczyłam z dzieciakami -  czteromiesięcznym zasmarkańcem z głosem niczym niemowlęca wersja Chrisa Rea i dwu-i-półletnim tornadem.
    I nie zdążyłam jeszcze podziękować samej sobie, że wczoraj chciało mi się zrobić obiad, a moje kochane tornado rozwlekło ojcowe spinacze do papieru. W czasie ich zbierania zasmarkaniec zaczął domagać się karmienia. Zostawiłam więc spinacze, by nakarmić głodomora i - w czasie tegoż - tornado przypomniało sobie, że chce na nocnik. Wstałam więc z zasmarkańcem u piersi, przeszłam do łazienki, jakoś namówiłam Jędrulę, by tym razem zrezygnował z kibelka na rzecz nocnika i, z braku wolnej ręki, usiadłam z biesiadującym w najlepsze Julkiem na niezamkniętej muszli. Jędruś sprawę swą załatwił sprawnie, po czym przedefilował przez łazienkę, stanął obok mojego "krzesełka" i... nacisnął spłuczkę.

    Wróciłam więc - nadal z  niemowlakiem u piersi - do pokoju usłanego spinaczami do papieru i nawet usiąść nie bardzo było jak, bo wszędzie odbiłabym mokrą pieczątkę.

    Na szczęście posiłek Julka nie trwał już długo, mogłam więc szybko się przebrać, jeszcze szybciej zgarnąć spinacze (pomogłam sobie miotłą), i zrobić sobie herbatę przewinąć Julka, który w międzyczasie również poszedł do toalety.
    Jędruś oczywiście nie czekał aż się nim zajmę - otworzył sobie lodówkę, poczęstował się ciastkami z wesela i zagryzł oliwkami z czosnkiem, a potem zniknął. Po chwili oznajmił, że ma brzuszek pełen pieniążków i że były pyszne. Przewinąwszy Jula, rozejrzałam się po mieszkaniu - w przedpokoju leżała moja torebka, wybebeszony portfel, a wokół niego parę "złotych monet". Nie mam pojęcia, czy Jędruś mówił prawdę, ale nawet jeśli jutro odda, nie przyjmę już zwrotu. Odbiję mu z kieszonkowego;p

    W mojej spragnionej herbaty głowie zrodził się wtedy chytry plan - uśpić Julka, a potem jakoś to będzie.
    Żeby jednak uśpić Julka potrzeba zająć czymś Andrzejka.
    Dostał więc Jędruś

    Marki Elefun. Jak dla mnie deczko za gęste, ale sam artysta nie zgłaszał zastrzeżeń, choć początkowo miał problemy z rozprowadzeniem


    farbki w tubkach, blok i "zniknął", ja ululałam młodszego, wreszcie się napiłam, po czym spojrzałam na artystę i moim oczom ukazał się taki oto widok:



    Murzynek Bambo w Afryce (?) mieszka...

    Na szczęście teraz do pacyfikowania został już tylko jeden gagatek - najpierw wrzuciłam go do miednicy i wyszorowałam, ubrałam, potem posprzątałam, wystawiłam jego dzieła

     na suszenie,

    zagrzałam gagatkowi zupę i nafaszerowałam go tą zupą (skubaniec nadal odmawia samodzielnego jedzenia robiąc z łyżki katapultę), wyinhalowałam i wynajęłam na czas jakiś kochającej babci. Zaparzyłam sobie kolejną herbatę i w momencie, kiedy rozsiadłam się na krześle, by napisać choć kawałek porównawczej recenzji Tako JumperaX i Jedo Fyn 4DS, wśród z takim trudem odzyskanej ciszy rozległo się głośne "Le Le Le"*

    A na koniec jeszcze Jędruś i jego najnowszy pomysł. By wcielić go w życie i mieć z czego go zrealizować, trzasnął o podłogę moim lusterkiem.

    włóż niebieskie okulaaary... Kazał mi przymierzyć. Naprawdę widać przez nie na niebiesko:)
    A, no i jedzie do nas "sprzęt sportowy", który będziemy testować. Jędrula przebiera nóżkami:)


    *W wolnym tłumaczeniu: Jeść! Jeść! Jeść!
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...