poniedziałek, 30 czerwca 2014

Mąż mnie zabije...

Nie jestem typem osoby rozrzutnej. Wręcz przeciwnie - jestem z tych, którzy nawet w lumpie na wagę potrafią roztrząsać, czy bluzka za 3zł jest im potrzebna czy też się bez niej obejdą.
Zwłaszcza kiedy już mają podobną.

Jakiś czas temu wspominałam Wam, że miałam indywidualne warsztaty chustowania, które zostały mi sprezentowane z okazji narodzin Julka. W czasie tychże przypominałam sobie, a może nawet na nowo się uczyłam, jak wiąże się niemowlaka w chuście z przodu. I mimo, że mam już chustę, w czasie lekcji ćwiczyłam na tej, którą przyniosła moja instruktorka. I przepadłam. Jej chusta (bawełniana ze splotem skośnokrzyżowym marki Storchenwiege) była chyba pod każdym względem lepsza od mojej. Przede wszystkim krótsza. Ja mam 4,6-metrową, a tamta miała 3,6m - żółtodziobowi od razu było łatwiej. Po drugie - z cieńszego materiału. Przy upale, który panował tego dnia Julek w mojej Nati od razu protestował, a w demonstracyjnej nawet chwilę wytrzymał. No i po trzecie i najważniejsze - znacznie łatwiej się dociągała - wreszcie w czasie tej czynności nie pękały mi żyłki;p i wreszcie węzeł pod pupą dziecka mniejszy i jakiś taki ciaśniejszy...

Zakochałam się. Przekopałam internet i załamałam się, bo używane chusty tej marki są raczej rzadkością, a nówki kosztują grubo ponad 300zł. A ja nie jestem jeszcze mistrzynią wiązania, duuużo muszę się jeszcze nauczyć, a mąż mój pęd do chustowania uważa za fanaberie i wydziwianie.

Ale Julek chustowanie lubi - nawet tak nieudolne, jakie na razie mogę mu zaoferować. I już, już miałam odżałować trzy i pół stówki, kiedy znalazłam na all NÓWKĘ za 200zł. 200zł na fanaberie i wydziwianie... w dodatku kolorystyka niespecjalnie mi się podobała - znajdowałam sobie wykręty, ale zadzwoniłam do instruktorki, a ona do mnie, że taka okazja szybko się nie powtórzy - brać ale już:) Uff, poczułam się rozgrzeszona:D

A to już my i nasz nowy przyjaciel Johannes. Dzięki niemu Julas pozwolił mi pomóc starszemu bratu w jedzeniu zupy. Darujcie kadrowanie - usiłowałam obciąć plamę z czerwonego barszczu, którą Andrzejek stworzył mi na tunice i spodniach;p

Nie jest idealnie, ale ćwiczę twardo;p

Sorki, Nati, degraduję cię do stopnia chusty awaryjnej:P

niedziela, 29 czerwca 2014

"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie" czyli Andrzejek w kościele

Jak już kiedyś wspomniałam (o TU), postanowiłam zacząć prowadzać Jędrusia na Msze do kościoła.
Postanowienie swe po raz pierwszy zrealizowałam tydzień później i - zachęcona rezultatem - kontynuowałam eksperyment.

Jędruś nie ma oczywiście stuprocentowej frekwencji, wybieram niedziele z przyzwoitą pogodą, żeby zawsze można było wyjść i wybiegać dziecia trochę wokół kościoła.
Do chwili obecnej był na kilku "zwykłych", Mszach, Mszy Trydenckiej połączonej z Chrztem Julka i procesji z okazji oktawy Bożego Ciała. I dziś, jeśli się nie rozpada, też do kościoła pójdzie.

Jędruś siada oczywiście ze mną w ławce - czasem obok mnie, czasem na kolanach. Wybieramy miejscówki blisko ołtarza - żeby Andrzejek dobrze widział, ale z brzegu ławki, żeby w każdej chwili można było szybko się ewakuować.
By mały się nie nudził, zabieramy mu kolekcję świętych obrazków albo jedną z kilku kolorowych książeczek z dziecięcymi modlitwami.


A jak Jędruś się zachowuje?
Bardzo różnie. Do kościoła idzie bardzo chętnie, wręcz piszczy z radości, gdy mamy tam iść. Ale tego, jak będzie zachowywał się na miejscu przewidzieć się już nie da.
Za pierwszym razem całą Mszę cierpliwie przesiedział ze mną w ławce. Co chwilę wypytywał tylko "A co to?", "A co robi...", "A dlaczego?".
Za drugim razem byliśmy na Mszy dla dzieci. To był błąd - ja niedługo po cięciu musiałam uganiać się za berbeciem, który z kolei uganiał się za innymi berbeciami. Większą część Mszy spędziliśmy pod kościołem, słyszałam tylko piąte przez dziesiąte. Ledwo wychwyciłam, kiedy klęknąć na Podniesienie czy iść do Komunii.
Po tym chwilowym kryzysie było zupełnie w porządku, czasem nawet Andrzejek łapał, że w kościele trzeba mówić szeptem, i klękał, kiedy ja klękałam. Za to na Mszy po Chrzcie Julka Andrzejkowi bardzo spodobało się wyłażenie na stalle. I uciekanie przed tatusiem, który tego zabraniał. Oczywiście z piskiem dziecięcej radości. Co było, kiedy tatuś postanowił go wynieść - przeczytacie w pierwszej części relacji z Chrztu.
W ten czwartek mama męża zabrała wnusia na procesję  oktawę Bożego Ciała. Mówiła potem, że był bardzo grzeczny. A jakże by inaczej - od kochanej babci dostał dwie nowe książeczki...

A teraz parę kościółkowych kwiatków:

Z pierwszego razu:

"Mamusiu zobac, jaką ksiądz ma ładną sukieeenkę!"
"Ooo, pats, pan na wózku. Nie umie chodzić?"
"Ooo, idą panie z kosyckami!"**

***

Oczywiście od razu reagowałam, tłumacząc synkowi, co i jak. I kiedy później opowiadałam przez telefon mojej mamie o sukience księdza, Jędruś szarpał mnie za spodnie, krzycząc: "Nie mama, ksiądz nie ma sukienki, ksiądz ma sutannę, i albę i ojnat!"

***

Podczas którejś kolejnej Mszy organista zagrał preludium, które w Jędrusiu wzbudziły skojarzenia z tym, co często śpiewa mu tata. I tak wierni zaczęli śpiewać "Otrzyjcie już łzy płaczący", a Andrzejek: "W poniedziałek rano kosił ojciec siano". Dwa wersy zdążył wymiauczeć, zanim zorientował się, że coś jest nie tak;p


***

Na tej samej Mszy:

Ksiądz: Przekażcie sobie znak pokoju
Andrzejek odwraca się, wyciąga rękę do starszego pana siedzącego za nami i mówi: "Ceść"




* to była tzw. niedziela laetare (niedziela radości) w Wielkim Poście i kapłan celebrował Mszę ubrany w różowy ornat
** księża z tacami



piątek, 27 czerwca 2014

Grzesznie, ale dietetycznie

Źródło: gronkowiec.pl
Przedwczoraj straciłam resztkę złudzeń. Julkowi wyskoczyły na nóżce suche, czerwone placki, które jeszcze przed kąpielą zaczęły pękać jak tandetny lakier do paznokci. Podobne - choć może nawet gorsze miewał Jędruś w czasie swoich zaostrzeń.

A więc kleik lniany do wanienki, Linoderm w ruch przy każdym przewijaniu, a masełko i jajeczka out z (mojego kawałka) lodówki. A razem z nimi sardynki, i kakao, i wszystko, co kwas cytrynowy zawiera, i mleko sojowe... Biedna ja, nawet Jędruś może w tej chwili więcej ode mnie;p

No dobra, dość użalania się, bo najgorzej nie jest: Julek nie ma kolek, więc już jakiś czas temu nieśmiało zaczęłam pozwalać sobie na - o zgrozo! - smażone mięso. Wreszcie czuję, że żyję, choć kefiru, śmietany i serka pleśniowego okropnie mi brakuje. I jajek na twardo też będzie. Chlip...

Nic to. Do obiegu wróciły zamienniki wszelakie. I powiem Wam, że takie jedzenie potrafi smakować zupełnie "normalnie". Na dowód nasze dzisiejsze (dyspensa z okazji święta Najświętszego Serca Pana Jezusa) drugie danie - osoba niewtajemniczona raczej nie zorientowałaby się, że czegoś tu brakuje.

UWAGA! Kaloryczne!


Indyk w cieście

  • 1/2kg fileta z indyka (kurczak też mógłby być)
  • 1/2 kubka mleka roślinnego (użyłam ryżowego z Rossmanna)
  • 1/2 kubka gazowanej wody
  • 1 duża łyżka octu balsamicznego
  • 1 i 1/2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • mąka pszenna
  • czosnek, sól, pieprz ziołowy i imbir do smaku
  • olej rzepakowy do smażenia

filet oczyszczamy z błon i kroimy na kawałki pożądanej wielkości (moje ciut większe niż na gulasz). Przyprawiamy solą i pieprzem ziołowym, odstawiamy do lodówki.
Mleko, wodę, ocet, mąkę ziemniaczana i tyle mąki pszennej, by uzyskać konsystencję jak na racuchy (by kawałki mięsa nie zanurzały się od razu w cieście), mieszamy na jednolitą masę. Doprawiamy do smaku i pozwalamy się trochę "przegryźć" z przyprawami. W cieście zanurzamy kawałki mięsa i smażymy na złoto.

resztka mojej porcji;p
Pycha:)
Chłopaki jedli po ludzku z ziemniakami i surówką, ja wcinałam solo jak czipsy, a dodatki wmuszałam później:)


A to już moja kolacja - bo ciasta wyszło za dużo i żal było wyrzucić;p
Wyszło coś trochę jak pizza, trochę jak węgierski langosz - sama nie wiem, jak to nazwać, ale mnie całkiem smakowało:)

Naleśnikowa pseudopizza eliminacyjna
  • Ciasto pozostałe po smażeniu mięsa
  • sos (zrobiłam z keczupu łagodnego odparowanego z Vegetą natur, słodką papryką i oregano)
  • ulubiona wędlina
  • Kto może - serek żółty do posypania po wierzchu. Ja gdybym mogła, spróbowałabym i z pleśniowym;p

Ciasto wylewamy na patelnię i podsmażamy jak naleśniki (mnie wyszły dwa średnie). Smarujemy dobrze odparowanym sosem, układamy dodatki, można jeszcze posypać ziołami - i do pieca na parę minut.
Smacznego:)

czwartek, 26 czerwca 2014

Cwaniak:)

Z tego tygodnia...

A: Ja chcę iść do babci do mieskanka. Zapakuj mi mamusiu kosiajkę, i kisonego ogójka, i ksiązeckę o wesołym tjaktojku, i hejbatkę z miodem, i nocnik, i naklejki* i świezą pieluchę z zyjafą i słonikiem, któjy chlapie na zyjafę wodą z tjąby**, to pójdę.***


***

A: Mamusiu, jestem głodny, coś bym zjadł.
M: Dobrze, Andrzejku, zaraz zagrzejemy mięsko i kaszę.
A: Nieee, ja na ciastka jestem głodny tylko.


***

A: Tatusiu, ja cię baaajdzo kocham.
T: Ja też cię bardzo kocham, synku.
A: A mama tez mnie kocha?
T: Tak, Andrzejku, mama też cię kocha.
A: A Julianek? Julianek mnie kochaaa?
T: Oczywiście, że Cię kocha, Andrzejku.
A: Hi hi, ale fajnie:D



*jedna zgłoszona i zrealizowana do nocnika potrzeba=jedna naklejka nalepiona na nocnik.
**Babydream 5. Każda ma nadrukowany kolorowy paseczek z żyrafą i jakimś innym zwierzątkiem.
***Babcia mieszka w tej samej klatce piętro wyżej




środa, 25 czerwca 2014

Bracia Ksero

Wybieraliśmy się dziś z imieninową wizytą do babci mojego męża.
Andrzejek otrzymał odpowiedzialne zadanie wręczenia prezentu i bardzo się na nie cieszył. A Julek miał po prostu ładnie wyglądać i czarować minami tak jak to na co dzień ma w zwyczaju;p
Z tej okazji pierwszy raz celowo (bo już wcześniej przypadkiem się zdarzyło) - trochę dla jaj - założyłam moim chłopcom takie same bodziaki, żeby fajnie zaprezentowali się swojej prababci.

I kiedy już mieliśmy wyjeżdżać, Julek zrobił to, co zawsze tuż przed wyjściem wychodzi mu najlepiej - kupę.
Nie, tym razem pielucha nie zawaliła. Tym razem miałam wrażenie, że Julek jest jakby trochę za ciepły. Zmierzyłam temperaturę i wyszło 37,3. Niby nic wielkiego, innych objawów chorobowych brak, ale postanowiliśmy dmuchać na zimne - na wizytę pojechali tylko Andrzejek i tatuś.
Pojechali - i dość szybko wrócili.
Co się okazało: na miejsce w ogóle nie dotarli - ponieważ wszystkie trzy główne ulice łączące naszą część Nowej Huty z centrum Krakowa są obecnie w różnym stopniu rozkopane, a jedyne połączenie tramwajowe (autobusowych w ogóle brak) z miejscem zamieszkania babci męża zostało zawieszone w związku z w/w wykopkami, chłopaki utknęli w megakorku jakiś kilometr od naszego bloku i w ciągu kolejnych 30 minut udało im się posunąć do przodu o kolejne 2km - a do celu zostało jeszcze ponad dwa razy tyle. Jakimś cudem więc przedostali się do zawrotki i w niewiele szybszym tempie wrócili do domu, bo zrobiło się już za późno na odwiedziny u starszej pani.

Babcię męża przeprosiliśmy telefonicznie - mam nadzieję, że się nie obraziła.
Jędruś był niepocieszony, że nie mógł wręczyć solenizantce prezentu.
Julek nieobecność hałaśliwego brata wykorzystał na spokojne wiszenie przy maminej piersi, a kiedy skończył, skorzystałam z okazji i spróbowałam uwiecznić moich chłopców w konwencji "Bracia Ksero".
Zadanie nie było takie łatwe - namówienie Brata Starszego do zapozowania graniczy z cudem, więc przez chwilę pstrykałam tylko Brata Młodszego





 Potem w końcu pojawił się i Andrzejek. I nawet przestał się ruszać... ale tylko na moment:

Andrzejku, smakowała ci moja herbatka laktacyjna?

By zaraz powrócić do swojego zwykłego trybu "motorek w zadku".




Ale w końcu, tuż przed wyczerpaniem baterii aparatu, udało się. Jedno jedyne:

Podobni?

A, jeszcze coś: w czasie tej minisesyjki udało mi się też...

 ...po raz pierwszy zarejestrować uśmiech Julasa:D

wtorek, 24 czerwca 2014

Jak mieć grzeczne dzieci

Jak mieć grzeczne, spokojne dzieci? Ano banalnie. Zabrać je na świeże powietrze gdzieś, gdzie będzie dużo ciekawych rzeczy do oglądania, dużo miejsca do biegania i może nawet fajne towarzystwo do zabawy:)

Jeśli natomiast macie do czynienia z nadruchliwym dwulatkiem, PRZENIGDY nie zabierajcie go gdzieś, gdzie przestrzeń jest ograniczona,  na tej przestrzeni dużo ludzi i ZABAWKI. Bo nawet, jeśli na co dzień nie interesuje się zabawkami, macie jak w szwajcarskim banku  "Mamo, ja chcę", "Ale ja musę (to mieć/tym się pobawić/tego podotykać)"

Niemowlaka zawsze się zadowoli - trochę maminego mleka i jak zabity w obu przypadkach. OK, raz się rozpłakał, kiedy zachciało mu się jeść. Gorzej z tym starszym.
Ku przestrodze dwie nasze wycieczki z ostatnich dni:
  1. koszmar rodzica - uwaga! Dużo zdjęć:)
  2. strzał w dziesiątkę:) - uwaga! Baaardzo dużo zdjęć;p
1. Wystawa budowli z klocków LEGO. Nieduży pawilon, a w nim dużo kolorowych instalacji (niektóre naprawdę piękne - np. model Pałacu Kultury, inne okropne - np. jakieś światy z gier komputerowych), chmara rozwrzeszczanych dzieciaków i goniących za nimi rodziców - w ten schemat szybko udało nam się wpasować. Niestety. Musieliśmy się rozdzielić - mąż ganiał za Andrzejkiem, a ja woziłam śpiącego w wózku Juliana, usiłując zrobić jak najwięcej zdjęć, bo niektóre budowle były po prostu genialne.








7500 klocków - dzieło studentów rzeszowskiej Polibudy. Model samolotu, którego pilot uratował pasażerów i załogę słynnym ryzykownym lądowaniem







Coś dla mamy;p
Dwóch Jędrusiów? Dziękuję, jeden wystarczy:)

Do powtórki - ale za parę lat, kiedy dzieciaki wyrosną już z buntów i będą umiały oglądać i podziwiać w spokoju.

2. Wycieczka do ZOO. Bez limitu czasu. Tym razem Jędruś wyniósł z niej znacznie więcej niż w październiku (klik).
Przybiegał na wołanie, nie odchodził za daleko, wypytywał o zwierzątka, wszystkim się zachwycał.  Nie było bezpośredniego dostępu do klatek, więc nie miał pokusy, by przytulić któreś stworzonko. Dzięki temu i my zdołaliśmy naprawdę sporo zobaczyć. Było wspaniale:)





'Dorożka" czy "Dorotka" - co za różnica;p

Miało być rodzinnie, wyszło jak zwykle: Andrzejek zwiał, mąż pobiegł go łapać, a wózek z Julkiem został ucięty






Małpy skaczą niedościgle...

Jędruś robi małpie figle




Proszę spojrzeć na pawiana. Co za małpa! Proszę pana!















Ratuj się kto może!

Król Julian pokazał, gdzie nas ma

A tu Król Julian w pełnej krasie



Julek zapozował...

ale Jędrusiowi spieszyło się do kąpieli;p

No, może dwa małe ale
  • choć na terenie krakowskiego zoo jest toaleta z przewijakiem (w "żyrafiarni"), to miejsca do karmienia już nie ma. Ja robiłam to w pawilonie zwierząt nocnych, pustej żyrafiarni właśnie i pod wieczór, w pustawym już zoo, normalnie na ławce.
  • nie ma  ani pół miejsca, gdzie można by względnie zdrowo zjeść. Same budy ze śmieciowym żarciem. No, ale my już o tym wiedzieliśmy i prowiant mieliśmy ze sobą.
Tak czy tak - wspaniała wycieczka. Do powtórki zdecydowanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...