sobota, 31 maja 2014

Łóżkowe przygody

Nie miała matka problemów (a przynajmniej takich szczególnie dużych), to się za eksperymenty wzięła. No, ale od początku.

Trauma poszpitalna, jeśli tak to w ogóle można było u nas określić, powoli odchodzi w zapomnienie. Andrzejek znów zaczyna sam jeść, próbuje sam się ubierać i daje się, nierzadko z sukcesami, wysadzać na nocnik. Pomyślałam więc, że pora na kolejny krok ku dorosłości.
Jędruś jest już na takim etapie rozwoju, że zaczyna planować przyszłość. Jeśli powie mu się, że coś dostanie lub gdzieś go zabierzemy, to wie, że tak będzie i czeka na to. Postanowiłam wykorzystać ten fakt, włączyłam allegro, posadziłam go przed monitorem i zapytałam, który stoliczek z krzesełkiem podoba mu się najbardziej. Wybrał - tak jak myślałam - zestaw "mammut" z ikei - kwadratowy stolik i krzesełko z oparciem w kolorze niebieskim. Zapytałam, czy chciałby takie mieć. Kiedy potwierdził, adres obrazka wylądował w ulubionych, a ja zabrałam Andrzejka do jego pokoju i głośno zastanawiałam się, gdzie ten piękny stoliczek mógłby stanąć. Zgodnie z przewidywaniami, Andrzejek stwierdził ze smutkiem, że stoliczek się nie zmieści. Wtedy zaproponowałam mu, że można złożyć łóżeczko turystyczne - jeśli to zrobimy, miejsce się znajdzie. Jędruś: "Hujja!!!"*
Potem razem doszliśmy do wniosku, że jeśli chcemy złożyć łóżeczko, to Jędruś musi nauczyć się spać na tapczanie. Postanowienie zostało podjęte.

Realizację tego postanowienia podjęłam dziś, korzystając z wieczornej nieobecności męża**.
Razem z Andrzejkiem uroczyście rozłożyliśmy tapczan, na nim rozścieliliśmy prześcieradło i rozłożyliśmy ulubione poduchy i maskotki. Dopełniliśmy codziennego rytuału, po czym odpaliłam jędrusiową pozytywkę i wyszłam - tak jak robiliśmy to do tej pory. Jest punkt dwudziesta. Czas - start!

Pół godziny później: "Mamusiu, pić mi się chce".  Weszłam, bez słowa dałam picie, wyszłam.

Godzinę później: "Uciekła mi psepiójecka w pjosoooo, a ja za nią niebojacek bosooo!!!..." Obudził Juliana.
Julian w krzyk.
Jędruś staje w drzwiach: "Nie płac, Julecku, ja cię pokołysę". Z niemałym trudem mu to wyperswadowałam, odprowadziłam do wyrka, utuliłam, wyszłam, spacyfikowałam Juliana.

Chwilę później przyszła mama męża - pomóc mi w kąpieli młodszego. Uwinęłyśmy się raz dwa, w tym czasie Andrzejek zawodził piosenkę o tym, jak to siostrzyczka i brat jadą drogą i podziwiają wieś sielską i anielską. W końcu, słysząc, że znów jesteśmy w pokoju, zmienił płytę na: "Mamusiu, psecytaj mi bajkę". Mama bajki nie przeczytała, ale nakarmiwszy młodsze, do starszego dziecia poszła, utuliła, ucałowała i znów wyszła.

Mija kolejne pół godziny. Andrzejek nadal śpiewa, tym razem o ułanie, co to stoi na widecie. Julo dalej nie chce spać, nie chce też jeść i resztkami sił i pomysłowości staram się powstrzymać go od marudzenia. Wraca mąż. Zagląda do Andrzejka. Pyta, czy nie chciałby usnąć w swoim łóżeczku. Skutek był natychmiastowy -  nie, on chce na kanapie, bo wtedy złożymy łóżeczko i będzie miejsce na stoliczek niebieski śliczny. I w RYK.

Poszłam do wrzaskuna. Pacyfikowałam go bitą godzinę, a w tym czasie mąż jakimś cudem uśpił Juliana.
U nas nie pomagały zmiany lokalizacji pozytywki wedle kolejnych poleceń Jędrusia, opowiadanie bajki (bo na czytanie było za ciemno), niezawodne kiedyś pieśni legionowe (kiedy tylko przerwałam, myśląc, że śpi, Jędrula dośpiewywał dalszy ciąg i trzeba było zaczynać od nowa) i tulenie z głaskaniem łepetyny. Nie wiem, jak, ale w końcu Jędrula zasnął kiedy po prostu siedziałam cicho obok, w ogóle go nie dotykając. Chyba padł ze zmęczenia - była już 23.40.

Przyznaję się do porażki. Stworzyłam potwora.
Ku mojemu jednak zdziwieniu, mąż chce kontynuować ten eksperyment - per analogiam do naszej walki ze spacerówką, która ostatecznie zakończyła się naszym zwycięstwem i samodzielnym zasypianiem synka w łóżeczku. O tym, jak to było pisałam TU, TU i TU.
Jutro więc walki ciąg dalszy. I jeśli uda się doprowadzić do tego, że Andrzejek będzie sam szybciutko zasypiał na tapczanie, za kilka dni przy skrócie posta pewnie zobaczycie zdjęcie pokoju Andrzejka z błękitnym stoliczkiem Ikea "mammut" w miejscu kojca.
A na razie idę zbierać siły.



* Andrzejek wstawia "j" w miejsce "r"
** Już dawno chciałam namówić męża na takie próby, ale nie chciał się zgodzić. A teraz wywiało go na 10-lecie matury, więc miałam sporo czasu.

piątek, 30 maja 2014

Piękny maj, miły maj...

Koniec maja. Uroczy spacer wczesnym popołudniem. Słońce rozświetla błękitne, bezchmurne niebo. Nic dziwnego, że na placu zabaw taki tłok i harmider. Nawet zdjęcia i filmiki wychodzą takie kolorowe...



Dzieci nie trzeba nadmiernie pilnować, strofować i pouczać



bo z nieba wcale nie leci co chwilę mżawka, która z placu zabaw robi ślizgawkę.




I wcale nie trzeba niemowlaka ubierać w ciepłą kurtkę kupioną kiedyś dla jego brata planowanego na połowę marca...

Ze spodenek od kompletu Julek już wyrósł:(



Aż chciałoby się zaśpiewać:
"Otóż maj, miły maj
Zieleni się błoń i gaj!(...)"

środa, 28 maja 2014

I po połogu

Co prawda sześć tygodni stuknęło Julianowi w poniedziałek, ale połogowe podsumowanie robię dopiero dzisiaj, po wizycie u lekarza.
Tym razem jednak srodze zawiedzie się ten, kto szuka fizjologicznych szczegółów. I tak za dużo ich było w poście o cięciu cesarskim. Tu ograniczę się tylko do "wszystko ok":)
Wizyta wyglądała jak każda inna. No, może wyglądałaby, gdyby nie fakt, że poszłam na nią razem z Julkiem - nie chciałam na tym dzisiejszym dopołudniowym upale zostawiać go bez mlekomatu.

Prawdę mówiąc, myślałam, że Julek będzie przeszkadzał. Każde, nawet najspokojniejsze dziecko w takich warunkach czasem marudzi. A tu nic z tych rzeczy. W czasie, kiedy ja byłam badana, moim przychówkiem troskliwie zajęła się asystująca doktorowi położna. Ba, przychówek mój został nawet zważony:) - w gabinecie jest na wyposażeniu waga niemowlęca. I nie tylko. Kiedy spytałam o możliwość nakarmienia dziecka, użyczono mi jeszcze poduchy-rogala, a potem również przewijaka na wypadek, gdyby potrzebna była zmiana pieluchy:)

Jakby tego było mało, Juluś został też obdarowany. Na zakończenie wizyty pan doktor pogratulował mi wytrwałości i wręczył małą torebeczkę. W środku była ręcznie robiona karteczka z życzeniami i uroczy zajączek miś "Bukowski".






 A na koniec to, co ze mnie zostało:)

Waga: 53kg. I prawdę mówiąc nie chcę już chudnąć bardziej.
Biust: 90cm
To, co w przyszłości będzie talią: 68cm
Brzuch: 80cm
Biodra: 92cm











A teraz rzeźbimy talię. Kto wie, gdzie można kupić porządne hula-hop?

wtorek, 27 maja 2014

Tandem?

Mimo całkiem sporego już stażu matki-karmicielki nie jestem zastojoodporna. Wczoraj i dziś nad ranem Julek miał wilczy apetyt, a potem mu się odwidziało. Skutek łatwy do przewidzenia - piękne zastoje w obu piersiach. Z jednej w końcu wyciągnął po południu, ale na drugą ochoty już nie miał.
Spróbowałam laktatorem. Mam Lovi Prolactis, który można zastosować jako ręczny lub podłączyć do zasilania elektrycznego, ale z tym jest znacznie więcej zabawy. Zmontowałam ręczny, ale mimo ciepłych okładów nie dał rady.
I wtedy, gdy tak wyłam z bólu i raz po raz zerkałam, czy młodszemu się krzywda nie dzieje, a starszy domu z dymem nie puszcza, przyszedł mi do głowy pomysł iście szatański.
M: Chodź no tu, Jędrulku...
Przyszedł.
M: Nie chciałbyś czasem napić się mleczka?
A: Jaaasne! Zjobis mi bebiko??? - i wlepił we mnie błagalne spojrzenie.
M: Nieee, ja ci dam coś lepszego. Dam ci mleko Julianka.
A: Wyciśnies dla mnie do kubecka?
M: Nie, sam sobie wypijesz z cycusia. Będziesz umiał?
A: Taaak!
M:To chodź tu.
 Jędrula siadł mi na kolanach...

Już kiedy byłam w ciąży, musiałam oswoić Andrzejka z widokiem karmienia piersią. Zaczęłam więc tłumaczyć mu, że dzidziuś będzie jadł z "cycusia" i pokazałam mu nawet zdjęcia i filmik, który mój tata nakręcił w szpitalu po jego narodzinach - ostatnie karmienie przed naszym wyjściem. Jędruś zapytał oczywiście, czy jemu też dam spróbować. Jasne, że tak. Byłam gotowa dać mu nie tylko spróbować, ale nawet wrócić do karmienia, gdyby mu się spodobało, ale na pewnych zasadach: nie w charakterze pocieszacza, tylko w dzień i tylko w domu.
Nieraz różne osoby pytały, co zrobię, Jeśli Andrzejek też będzie chciał. Kiedy odpowiadałam jak powyżej, niektórzy byli zbulwersowani, a wszyscy bez wyjątku byli zdziwieni.
Tymczasem, kiedy przyszło co do czego, Jędruś nie wykazał żadnego zainteresowania mamusinym mlekiem nawet widząc jedzącego brata. Myślałam - jeden problem mniej. Aż do dziś.

Na czym to stanęłam? A tak: siedzi więc Jędrula na moich kolanach. Trochę się bałam, że przez te 9 miesięcy odkąd się odstawił, zapomniał jak to się robi i mnie pogryzie, ale przystawił się wzorowo i zassał. Wtedy poczułam, że jednak wyszedł z wprawy. Pociągnął może ze trzy razy i to wystarczyło, bym zobaczyła gwiazdy. On już nie czuje swojej siły... No, ale najważniejsze, że zastój się rozszedł.

Byłam ciekawa reakcji Andrzejka, ale on sam się odłączył, zeskoczył mi z kolan, powiedział, że już nie  chce, kazał "zamknąć cycusia" , a wieczorkiem, zapytany, czy chciałby mleko od mamusi, odpowiedział, że to dla dzidzi, a on jest już za duży.
Czyli z tandemu nici.
Niby problem z głowy, ale jednak ciut żal:/


poniedziałek, 26 maja 2014

Zwykły dzień matki

5.00.
"Łee! Łeee! Łeeee!!!!" (czytaj: Mamo, jestem głodny! Kiszki mi marsza grają! Mamo rusz się!!!!)

6.00
zza drzwi dobiega: "Mama, psyjdź do mnie". Mama po poprzedniej pobudce z trudem otwiera jedno oko. Po jakichś 5 minutach (mama zdążyła usiąść na łóżku) głos zza drzwi zmienia ton: "Mama, zafajdałem spodnie"*. No cóż, Dzień Matki czas zacząć...

10.00
mąż wychodzi do pracy, Julian wisi na piersi, Andrzejek znika w kuchni. Mama kończy karmić Juliana, robi sobie herbatę i omal nie wypluwa płuc. Okazało się, że dziecię wsypało do filtra do wody całą torebkę przyprawy "5 smaków". Tak oto matka dowiedziała się, ile warte są filtry do wody;p

11.00
Odwiedza nas moja ciocia i proponuje Jędrusiowi spacer. Oddycham z ulgą i "odpoczywam", czyli gotuję zupę dla wszystkich i drugie danie dla Andrzejka, stawiam pranie, prasuję wyprane rzeczy Julka i Andrzejka, odkładam za małe ciuszki Julka i wyciągam rozmiar większe, trochę się wymięły w tym pudle, więc prasuję i te. Ogarniam kuchnię, łazienkę, dwa karmienia Juliana, rozmrażam mięso i obieram ziemniaki na drugie danie dla nas.

13.30.
Ciocia przyprowadza Andrzejka, pomaga mi zabawić go przy jedzeniu, jeszcze chwilę z nami rozmawia i idzie do domu. I tak mi pomogła. Znów zostajemy sami. Julo budzi się, domaga jedzenia, podczas karmienia robi megakupę, która pokonuje pieluchę** i ląduje na białej sukience mamusi. Pakuję Jula do fotelika, zgarniam Andrzejka z kuchennego blatu i wszyscy razem idziemy prać sukienkę.

14.30
Z pracy wraca mąż. Oczywiście zapomniał kupić wody. Pytam, czy odebrał z przychodni moje i Julasa wyniki badań. Jak myślicie? No właśnie, zapomniał. Mąż daje Andrzejkowi drugie danie, a ja usiłuję jednocześnie myć włosy i zabawiać młodszą pociechę.
Mięso się rozmroziło. Zabieram się za gotowanie. Stawiam ziemniaki, nacieram przyprawami filety z kurczaka, na co Andrzejek:"Co mama jobis? Masujes piejsi?". Andrzejek oczywiście bardzo mi pomaga. Rozsypuje sól, wylewa wodę ("Będę mył podłogę"), próbuje wyjadać swoje Bebiko w proszku i dobiera się do lodówki, domagając się żółtego sera. Gdy próby te udaremniam, bije czołem Bogu ducha winną posadzkę.

15.00
Tatuś idzie do sklepu po wodę. Rzekomo po wodę, bo nie ma go i nie ma. W tym czasie ja karmię Julka, a Jędruś przekopuje lodówkę i wyżera prawie cały żółty ser, a potem dostawia sobie krzesło, włazi na blat i chyba chce bawić się cukrem. Zgarniam go z blatu, barykadujemy się w pokoju, wyciągam klocki. To był błąd, mały rzuca nimi we wszystkie strony.

16.00
Powrót taty. Oczywiście znów zapomniał o wynikach. Na stojąco zjadam zupę i frunę do przychodni, wszak na 19.00 wizyta u endokrynologa, o 18.00 trzeba wyjść, a ja w ciemnej d... Na dodatek w drodze do przychodni, którą mam niemal po sąsiedzku, łapie mnie jedyna tego dnia ulewa. Po przejściu niecałych 100m jestem przemoczona do suchej nitki.
W przychodni: "pani wyniki mamy, ale u dziecka nie dało się zrobić bo za mało materiału"... Krew mnie zalewa, przecież powinni wiedzieć, ile pobrać. A tak wizytę szlag trafił, a biedny Julo musi być kłuty jeszcze raz:/ I żadna to pociecha, że kasę oddali...
Na dodatek moje wyniki są złe. Wychodzi z nich, że jestem o krok od przełomu tarczycowego.

17.00
Po licznych próbach dodzwaniam się do pani doktor z pytaniem, co z tym fantem (brakiem wyników Julka) zrobić. Lekarka cierpliwie tłumaczy, poleca mi nowy schemat dawkowania Euthyroxu, daje nowy termin wizyty. Z Julkiem u piersi zjadam drugie danie.  Przestało padać, więc szykuję chłopaków na spacer.

18.00
 Przychodzi teściowa. Słysząc o moim pechu w laboratorium, urządza wykład o tym, gdzie powinnam udać się następnym razem. Po godzinnej pogadance nadchodzi pora kąpieli Andrzejka i spacer nam przepada.

19.00
Julo śpi, Jędrusia kąpie mąż, więc wymykam się na zakupy. Gdy wracam, mama męża jeszcze u nas jest i nadal klaruje mężowi, jak rozwiązać kwestię badań Julka.

20.00
Mama męża wraca do siebie, Jędruś zasypia, budzi się Julo. Karmię go, znów zasypia. Dzwonię do mamy z życzeniami.
Teraz dopiero mam chwilę dla siebie.

21.30
Kąpiemy Julka. Karmię go, ale Julek nie chce spać. Na zmianę nosimy go - ja i mąż. Kładę go na brzuchu, niech się zmęczy... Po pół godziny...Jest, udało się, śpi. No to pora odpocząć - naczynia, obiad na jutro, kolejne prasowanie... Ale nie, najpierw post na bloga.
A co, należy mi się:)






* jak się potem okazało - rozkręcił niekapek i oblał się wodą. Ale wabik na rodziców skuteczny, co nie?
** z racji upału tylko pieluchę miała do pokonania

Niedziela obywatelsko-rozrywkowo-relogijna

Fajny był dzisiejszy dzień.
Niedziela, więc pracować nie wypada. Ubiłam więc pranie w koszu, żeby nie straszyło. I prasowanie rzeczy Julka do jutra zaczekać musi. Nawet drugiego dania nie zrobiłam, pocieszając się, że Jędrula ma z wczoraj, a mąż i ja na tym skwarze i tak nie mamy apetytu i zadowolimy się sałatką.
No ale niedziela czy nie, chłopaków na spacer wziąć trza.
Więc matka wzięła - i to nie raz, a dwa razy.

Raz pierwszy - z babcią. Celem - komisja wyborcza. Ja, jako nie mająca stałego meldunku w Krakowie (ani czasu, by załatwiać potrzebne zaświadczenia), nie miałam też prawa głosu, więc kwitłam pod lokalem wyborczym pilnując Julka i plując sobie w brodę, że nie uwiecznię, jak Jędruś wrzuca karty do urny.



Potem była nagroda dla Dzielnego Wrzucającego, a może bardziej dla mnie - bo dopiero teraz po ciążowej i połogowej kwarantannie znów odważyłam się podnieść moje ukochane 12kg i podsadzić je na huśtawkę. Julka przypilnowała babcia, a my z Jędrulą zjeżdżaliśmy na zjeżdżalni, łaziliśmy na zmianę po "wiszącym moście" i usiłowaliśmy sklecić choć pół babki ze zbyt suchego już piasku. I ani w głowie były nam zdjęcia:)

Spacer numer dwa - w składzie rodzice + dzieci - mógł odbyć się dopiero wieczorem, kiedy temperatura spadła poniżej 30stopni. Ponieważ wcześniej Julek ciągłym wiszeniem na piersi uniemożliwił mi wyjście do kościoła, postanowiłam, że urwę się na krótką wieczorną Mszę w trakcie spaceru. Ubrałam się już ładnie, więc tym razem specjalnie nie szalałam. Pilnowałam śpiącego w wózku Julka, podziwiałam harce Andrzejka i męża i zbierałam "materiały" do tekstu o dostawce Lascal (o wstępnych wrażeniach na jej temat pisałam już TU). Mam już kilka zdjęć i filmików, wpis się skleci przy odrobinie czasu:)




W końcu nadeszła pora, kiedy musiałam zbierać się do kościoła.
I kiedy usłyszałam, że w takim razie mąż będzie się - po niecałej godzinie zabawy - z chłopakami zbierał do domu, porwałam się na szaleństwo;p Odczepiłam dostawkę, zostawiłam zapasową bluzę i wodę dla pierworodnego, kazałam mężowi zostać z nim aż do pory na kąpiel, a sama zabrałam Julusia ze sobą.
Usadowiłam się z brzegu ławki, postawiłam wózek tuż obok siebie i co moment nerwowo zerkałam na jego zawartość. A zawartość przez całą Mszę nawet nie pisnęła i zupełnie nie przeszkadzały jej w drzemce ani organy, ani ksiądz:)
A w drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze parkowe karmienie - pierwszy Julusiowy posiłek w plenerze.

niedziela, 25 maja 2014

W moich dzieciach uwielbiam...



... nie, nie wszystko;p
Wiadomo, dla mnie są najcudowniejsze, bo moje, i kocham je jak każda matka, ale staram się nie być bezkrytyczna.
Obaj chłopcy mają cechy, które mnie denerwują (może kiedyś, jak się na nich wkurzę, to zrobię i takie zestawienie), ale dziś bym ich udusiła z wdzięczności, że nie dali mi popalić:)

A co w nich kocham najbardziej?

Andrzejek wygląda jak cherubinek. Ma złote włoski, wielkie niebieskie oczy, zgrabny nosek i pięknie się uśmiecha. Często jest brany za dziewczynkę - "bo taki ładny". To skóra zdarta z taty. Kiedy patrzę na niego, widzę mojego męża w skali 1:3. Tylko spojrzenie Jędruś ma inne - takie łobuzerskie. Jego oczy pytają: "co by tu jeszcze przeskrobać?". I jest konsekwentny, na błysku w oku nie poprzestaje.
Ma cudny pieprzyk na czole. Zacałowałabym go, ale, jeśli w ogóle da się pocałować, to potem ostentacyjnie ociera czoło nadgarstkiem, mówiąc "fuj";p A potem ze złośliwym uśmieszkiem wyczekuje mojej reakcji. Ten złośliwy uśmieszek też uwielbiam:) I jeszcze uwielbiam jego włosięta. Tak, te trzy na krzyż. Za to, jak potrafi sam się wystylizować przy pomocy Linodermu Plus z Alantoiną i za te śmieszne loczki, które po kąpieli robią mu się na potylicy i czubku głowy.



 Podziwiam jego wyobraźnię. To, że garnek potrafi stać się hełmem, pudełko po herbacie jest garażem dla straży pożarnej, miednica jest łódką pływającą po morzu (w roli morza - podłoga), a w lusterku można się spotkać z kolegą o imieniu Jacek. I że przyciąga sobie krzesło, staje przy przewijaku, kładzie na nim misia, smaruje go fikcyjnym kremem i na niby zakłada mu pieluchę.
Oprócz wyobraźni ma też świetną pamięć. Nowego wierszyka czy tekstu piosenki uczy się na pamięć po kilku powtórzeniach. Potrafi przywołać ze szczegółami wydarzenia  sprzed kilku miesięcy.



Imponuje mi jego duch walki. A ma go chyba od urodzenia. Najlepiej udowodnił to, kiedy w wyniku reakcji poszczepiennej niemal stracił napięcie mięśniowe, a wraz z nim prawie wszystkie wypracowane przez półtora miesiąca umiejętności ruchowe. Ćwiczył do upadłego. Prawie nigdy nie narzekał w czasie rehabilitacji. Dziś nikt nie powiedziałby, że groziła mu niepełnosprawność.
Kocham  jego paplaninę. To, że jego paszcza właściwie się nie zamyka. Nawet kiedy włącza mu się opcja: język marsjański. Udaję wtedy, że nie rozumiem i proszę, żeby mi przetłumaczył - a on tłumaczy;p Jego powiedzonka... ten blog stał się swego rodzaju zeszytem humoru andrzejkowego z przerwami na inne tematy. Nikt inny nie potrafi mnie tak rozśmieszyć.

Ma dobre serce. Coraz lepiej wychodzi mu dzielenie się z innymi, a nam oddałby swoje ostatnie ciastko. Uwierzycie, że Julkowi oddał nawet Misia Zdzisia? Sama byłam w szoku. W ogóle przeszło moje pojęcie to, jak Jędruś przyjął Juliana. Pokochał go całym serduchem. Rozróżnia, kiedy płacze z głodu i wie, kiedy robi kupę. I nie przepuści żadnej okazji, żeby dać mu buzi.

Ja jestem macho...
Julek ma dopiero miesiąc, ale trochę się już poznaliśmy.
W nim kocham to, że jest taki pogodny. Jeśli płacze, to znaczy, że jest już strasznie nieszczęśliwy. O ile nie burczy mu w brzuchu, cierpliwie czeka, aż ktoś się nim zajmie, przypominając tylko nieśmiało o swoim istnieniu. A kiedy ktoś wreszcie do niego przyjdzie, zostaje obdarzony najpiękniejszym bezzębnym uśmiechem.
Wreszcie dziecko, które nie jest niejadkiem. Niesamowicie cieszy mnie, że Juluś ma apetyt i za mleko odwdzięcza się pięknymi przyrostami wagi i kolejnymi fałdkami na nóżkach.
Wzrusza mnie to, jakim jest pieszczochem. Tuliłby się do każdego - do taty, do babci, nawet do Andrzejka. A do mnie najbardziej lubi przytulać się w czasie karmienia. Głaszcze mnie wtedy w bok łapką, którą mnie obejmuje.
Po podobnym do tatusia pierworodnym, Julek wygląda identycznie jak ja w tym samym wieku. Rozczulają mnie jego wielkie oczyska. Ma cudowne, łagodne i wiecznie zdziwione spojrzenie.




Takie samo jak moja mama. Ma jej mimikę.

A zakończę najbardziej banalnie jak się da: najbardziej to ich kocham za to, że po prostu są:)


piątek, 23 maja 2014

Położna środowiskowa

Źródło - fb "moich" położnych:)
Położna środowiskowa to bardzo fajna sprawa. Przyjdzie, obejrzy mamę, obejrzy dziecko, zważy, doradzi w problemach. Dobra położna środowiskowa to skarb:)


Ja dzieci mam dwoje i przygody z położnymi środowiskowymi również dwie - zupełnie różne.

Przy Andrzejku do położnej zadeklarowałam się jeszcze w ciąży, ale w przychodni nikt nie poinformował mnie, że już w ciąży należały mi się jakieś wizyty edukacyjne. A należały się - od 21 tygodnia jedna tygodniowo, a od 31b tygodnia - dwie tygodniowo, czyli w sumie 30 bezpłatnych wizyt(!)
Po urodzeniu synka pierwsze dwa tygodnie spędziłam u teściowej, dość daleko od naszego ówczesnego miejsca zamieszkania, ale kiedy już wróciliśmy do siebie, pierwsze kroki skierowałam do przychodni, w której miałam wybraną pediatrę, pielęgniarkę i położną. Zgłosiłam narodziny Andrzejka i potrzebę wizyty położnej.
Dwa dni później na wizytę przyszła pani, ale - jak się okazało - nie położna, a pediatra. Obejrzała, zbadała, wysłuchała wątpliwości, odpowiedziała na pytania, pochwaliła i poszła. Ale przynajmniej wykazała zainteresowanie. Natomiast kiedy po kolejnym tygodniu położna nadal nas nie odwiedziła, ja zaczęłam dzwonić do przychodni, by jej o istnieniu naszym przypomnieć. Zależało mi, bo obawiałam się, że moja rana po cięciu źle się goi, a sama ledwo łaziłam mimo ćwiczeń. Położnej w gabinecie nie zastałam ani raz, zawsze rzekomo była w terenie, a pielęgniarki miały na bieżąco przekazywać jej, że taka jedna dwie ulice dalej mieszkająca średnio dwa razy w tygodniu im się naprzykrza, że położną chce. Nic to nie dało. Sześć tygodni po urodzeniu Andrzejka, nie mając pojęcia jak wygląda moja położna środowiskowa ani nie zamieniwszy z nią choćby słowa przez telefon, zmieniłam przychodnię na drugą, w której pracowała "nasza" pani doktor.

Swoją drugą położną środowiskową poznałam w 33 tygodniu ciąży. Znałam swoje prawa, ale nie czułam już potrzeby konsultowania się z położną dwa razy w tygodniu tym bardziej, że chodziłam do szkoły rodzenia.
Po prostu w ciemno zapisałam się do tej, która obsługuje mój obecny rejon.
Pani okazała się sympatyczna i empatyczna, umiała uspokoić i doradzić. Interesowała się mną, kiedy z zapaleniem płuc wylądowałam w szpitalu i dzień po wypisie przyszła mnie odwiedzić. Wzięła ode mnie numer telefonu i co jakiś czas przysyłała mi zaproszenia na rozmaite spotkania i warsztaty. Właśnie u niej poznałam panią, u której już niedługo będę odświeżać swoje umiejętności wiązania chusty. Dzięki niej skorzystałam też z fizjoterapii i nauczyłam się, jak w ciąży dbać o kręgosłup. To wszystko jeszcze przed porodem.
Tymczasem w ciągu dwóch lat dzielących narodziny moich synów w kwestiach formalnych sporo się zmieniło. W szpitalu już przy wpisie na porodówkę (!) wzięto ode mnie namiar na położną środowiskową, a ta sama z siebie zjawiła się u mnie następnego dnia po naszym wyjściu.
Zaczęła od pochwał, że dobrze sobie radzimy. Obejrzała Julka, a potem zbadała mnie. Zdjęła mi z rany żelowy opatrunek, z którym sama wcześniej mocowałam się dwa dni - nie widziałam go pod zwisającym brzuchem, a odrzucała mnie sama myśl o oglądaniu rany w lustrze. I nie twierdziła, że wydziwiam.
Sumiennie stawiła się u mnie na pięć wizyt. Zawsze badała nie tylko dziecko, ale przede wszystkim mnie. Pytała, jak się czuję i czy mąż mi pomaga. Nigdy mnie nie skrytykowała, nawet jeśli nie dostosowałam się do jej rad (jak np. w kwestii wybudzania na karmienie, o czym TU), uszanowała moją intuicję.
Generalnie na sporo kwestii miałyśmy zupełnie inne zapatrywania - i przeważnie stawiałam na swoim, choć czasem wypróbowywałam i jej sposoby - na przykład za jej radą zaczęłam czyścić pępek spirytusem. I mimo tych różnic, uważam, że kobieta jest super:) Z taką mogłabym nawet rodzić.
Na ostatnią wizytę to my pofatygowaliśmy się do jej gabinetu - wczoraj. Julek został zważony (4720! Od wypisu ze szpitala w 5 tygodni przybrał prawie 1,5kg:D), wyoglądany, przy okazji pobrano nam krew na hormony tarczycy, a potem mieliśmy warsztaty wiązania chusty. Z tych ostatnich niestety skorzystałam niewiele - Julo był zmęczony upałem i co chwilę chciał jeść, a jak się przyssał, to nie było mowy o ćwiczeniu wiązań. Umówiłam się więc z doradczynią, że spotkamy się indywidualnie w jakiś chłodniejszy dzień.

A Panie Położne Środowiskowe z Osiedla Kolorowego w Krakowie pozdrawiam serdecznie i polecam wszystkim pacjentkom:)

czwartek, 22 maja 2014

Dialogi na cztery nogi

Z cyklu: wpadki matki

Pękł nam dziś kran w kuchni, wzięłam więc zakrętkę od tego ułamanego na wzór i pobiegłam do sklepu po nowy. Podchodzę (O) do stoiska obsługiwanego przez znudzoną sprzedawczynię (S)
O: Dzień dobry, chciałabym kupić kran pasujący do tej zakrętki.
S: Ale wylewkę czy co pani chce?
O: No... yyy... tę metalową rurę...
S: Tak na przyszłość - ta rura się, proszę pani, nazywa wy-lew-ka.



***


Julian co chwilę domaga się dziś piersi. Dziwić się i nie dziwić, skwar niemiłosierny.
W końcu nadchodzi moment, kiedy młody wyssał już wszystko z obu piersi, a nadal popłakuje, ze chciałby jeszcze. Z Julianem (J) na ręku bieży więc matka do kuchni i pije na szybko hektolitry wody.
Zanim to jednak zadziała, potrzeba czasu. Siada więc matka (M) na kanapie, kładzie sobie głodzillę na kolanach i usiłuje odwracać jej uwagę piosenkami i opowiastkami. Głodzilla jednak nie daje za wygraną.
J: łee, łeee, łeeeee!!!!!
M: Wszystko już wpiłeś, co ja ci, Juleńku mam dać?
A: Spokój. Daj mu spokój.




***

Czytam Andrzejkowi bajkę i objaśniam rysunki
M: Wiesz jak się nazywa drzewo, na którym rosną jabłka?
A:Eee, nie. Jak?
M: Jabłoń. Jabłka rosną na jabłoni. A wiesz jak nazywa się drzewo, na którym rosną gruszki?
A: Gjuskoń!

środa, 21 maja 2014

Tatuś

Od ponad trzech i pół roku mam męża, którego ponad dwa lata temu obdarzyłam pierwszym, a niedawno również drugim synem. I muszę przyznać, że nie mogę narzekać.
Mój mąż naprawdę mi pomaga. Może nie gotuje i musi się ze mną konsultować w kwestii obsługi pralki, ale za to ojcem jest fantastycznym. Robi przy synkach wszystko, co trzeba. Wie, jak którego pielęgnować. Każdego umie i oporządzić, i uspokoić - ma wspaniały kontakt z oboma chłopcami. Julek uśmiechy rozdziela rodzicom po równo, a zasypia nawet lepiej w ramionach taty.

Jędruś... no właśnie. Jędruś ostatnio jest tylko tatusia.
Kiedy trzeba było jechać do szpitala, pojechał z nim właśnie mój mąż. Na te kilka dni właściwie się tam przeprowadził. Na całym oddziale Jędruś był jedynym dzieckiem, przy którym czuwał tata, a które mama tylko odwiedzała. Mąż nie wstydził się tego. I zajął się nim tak, że Jędruś w szpitalu nie tylko spokojnie przyjmował leki, dawał się inhalować i kłuć, ale nawet twierdził, że w szpitalu jest fajnie.
Kiedy wrócili, zaczęło się. Koniec samodzielnego jedzenia. Karmić może tylko tatuś. Ubierać - też tatuś. Tak samo przewijać i bawić się. Tatuś i tatuś. Wszystko tatuś.
A mama? Mama słyszy ostatnio głównie: "Idź pjec", "a sio", a w najlepszym razie "wyjdź, mamo".
Mamie Jędruś wypowiedział ostatnio jakiekolwiek posłuszeństwo, a nawet złośliwie łamie jej zakazy, co bywa niebezpieczne. Dziś, kiedy byłam z chłopcami sama przez pół dnia, Jędruś omal nie wypadł przez okno, które sam sobie otworzył, wlazł na kuchenny blat i bawił się tam cukrem, solą i wodą mineralną, próbował dobrać się do zupy gotującej się na kuchence, a potem wbiegł na mnie, gdy niosłam zupę dla niego. Skutki sprzątałam przez pół godziny. A prawie wszystko to w czasie, gdy karmiłam albo przewijałam Julka. Dobrze, że Julek większość tego czasu przespał, bo nie wyrobiłabym na zakrętach. Nie pomogło czytanie bajek, śpiewanie piosenek ("Nie śpiewaj mama. Tatuś lepiej to śpiewa"), nawet zapomniane już ciasto solne. Jak to mawia moja ciocia - mamę trzeba dręczyć.

Po którejś akcji dywersyjnej pierworodnego, w akcie desperacji, zabarykadowałam nas w pokoju zastawiając drzwi zwiniętym dywanem - protest słyszała chyba cała Nowa Huta, ale przynajmniej dotrwaliśmy cało do powrotu głowy rodziny. A po rzeczonym powrocie... znów mieliśmy złote dziecko. Tatuś spokojnie je przewinął, najzwyczajniej w świecie nakarmił i nie mógł pojąć, o co w ogóle chodzi.

A czy ja odzyskam kiedyś miłość i autorytet?...

Niewiniątko;p

wtorek, 20 maja 2014

Kryzys laktacyjny - czyli o stymulacji mojej laktacji

Karmię piersią już drugiego syna.
Mam dużo szczęścia - mogę to robić choć obu rodziłam przez cesarskie cięcie i mimo że jestem przewlekle i nieuleczalnie chora "na tarczycę", a chłopaki są atopikami i wymagają stosowania przeze mnie diety eliminacyjnej.
O tym, jak to było z karmieniem Andrzejka, pisałam już TU - trochę problemów z tym było, ale grunt, że się udało.
Teraz przeżywam to wszystko jeszcze raz. No, może nie do końca, bo Julek od początku wiedział, do czego służą mamine piersi, nie sfatygował ich zbytnio i nie miał kłopotów ze ssaniem - tyle tylko, że z początku chciał być karmiony co chwilę, a już po ustąpieniu nawału jadł rzadziej niż przewidują normy, bo góra sześć-siedem razy na dobę. Stąd wzięły się pomysły mojej położnej środowiskowej, by małego budzić na karmienie co 2,5 godziny. Na szczęście okazało się to niepotrzebne - mały i bez tego ładnie przybierał na wadze, a obudzony wcześniej, za nic nie chciał ssać.

I tak, karmiąc się spokojnie według naszego własnego rytmu, doszliśmy do tego, co standardowo dzieje się około szóstego tygodnia życia dziecka. Od dwóch dni bowiem Julo prosi o jedzenie co godzinę albo i częściej - i wisi na obu piersiach jeszcze długo po ich opróżnieniu. Czy mi to przeszkadza? Nie. Nauczona doświadczeniem, wiem, że to normalne i, co ważne, przejściowe.
To tylko "kryzys laktacyjny" - kilka dni, kiedy zapotrzebowanie dziecka nagle się zwiększa, a mój organizm na nowo dostosowuje do niego wielkość produkcji.

Teraz dopiero pokojarzyłam, że właśnie w tym momencie - około półtora miesiąca po porodzie, większość moich koleżanek - pierworódek albo zaczęła dokarmiać, albo  całkowicie przeszła na mm, prawdopodobnie bojąc się, że tracą pokarm i dziecko jest głodne.
Jak to wygląda w praktyce? U mnie tak:

Piersi nagle zmiękły i trochę się zmniejszyły. Już nie widać tak bardzo różnicy między piersią pełną, a opróżnioną. O przepełnienie do twardości znacznie trudniej.
Dziecko nagle zaczyna robić mniej kupek. U nas to spadek z 15-16 na 4-5 dziennie.
Julo, nakarmiony, zasypia albo fika sobie w łóżeczku, by po godzinie, góra dwóch przypomnieć sobie o jedzeniu. I zaczyna się: kręcenie się, "szukanie", wystawianie języczka, lizanie łapek i kocyka, mlaskanie i charakterystyczne popłakiwanie.
Kiedy go przystawiam, w ciągu góra 10 minut wypija wszystko z obu piersi, ale każdą ssie jeszcze co najmniej kilka minut po opróżnieniu. A potem znów zasypia lub, szczęśliwy, fika sobie dalej, ja wracam do przerwanych zajęć, a teściowa, ile razy to widzi, mówi, że powinnam dać mu smoczek, bo on smoczek robi sobie ze mnie.

Nie dziwię się, że "pierwszorazowe" mamy mogą takie objawy wziąć za początek końca. I ja przy Andrzejku byłam o krok od tego. Ale teraz się nie daję. Julek ani smoczka, ani sztucznego mleka na razie nie zobaczy - teraz już wiem swoje.
Kiedy taki sam kryzys miałam przy Jędrusiu, teściowa wysłała mnie do apteki po mleko w proszku, a sama próbowała wcisnąć Jędrusiowi smoka. Na szczęście on był mądrzejszy i tak butlę, jak i cumla zbojkotował. Zła i niewyspana przystawiałam go więc co moment do piersi, wysłuchując czarnowidztwa mamy męża, aż tu nagle... wszystko się unormowało, Jędruś znów zaczął jeść co trzy godziny i znów wyglądał na najedzonego. Obyło się bez silikonu i proszku:)

Żeby nie było, żem bezwzględna jak znachor z Nowego Sącza, namawiam - jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, zważcie swoje dziecko. Jeśli na samym maminym mleku przybiera jak trzeba, a jedynie marudzi, to może szkoda ryzykować, że dziecku po kontakcie z miękkim smoczkiem odechce się pracochłonnego ssania piersi?
Laktację zawsze można przecież wspomóc. Jak? Moje sposoby może są i oklepane, a jednak mnie naprawdę pomogły:
  •  po pierwsze - pozwalam dziecku robić z siebie smoczek. Ssanie piersi przez dziecko najlepiej stymuluje produkcję mleka.
  • Jeśli dziecko nie chce ssać, można przystawić laktator. Mnie położne poleciły system naprzemiennego odciągania (w minutach) 7-7-5-5-3-3. I u mnie to pięknie się sprawdziło. W kryzysie odciągałam dwa razy dziennie po karmieniu. Wróciłam do tego, kiedy Andrzejkowi odechciało się ssania w dzień, a ja nie chciałam stracić pokarmu.Wtedy odciągałam raz po południu. Przy Julku na razie nie potrzebuję, ale laktator czeka w pogotowiu.
  • Przy karmieniu trzeba dużo pić, najlepiej wody. Można też pić ziołową herbatkę laktacyjną w zalecanych przez producenta ilościach. Mnie najbardziej odpowiadała ta:
  • naprawdę polecam przed karmieniem sobie poćwiczyć. Ćwiczenia pomagają odblokować i rozszerzyć kanaliki mleczne, a to z kolei ułatwia wypływ mleka. Moje ulubione (przy okazji pomagające zachować na miejscu biust:p) to mniej więcej takie jak na filmiku poniżej. Te z hantlami i stepem sobie odpuszczam, robię więcej pozostałych;p


A jak było/jest u Was? Może macie jakieś własne sposoby? Chętnie nauczę się czegoś nowego:)

poniedziałek, 19 maja 2014

Uprzedzenia rodziców

Czy Wy też macie tak, że jeśli coś nie sprawdziło się przy jednym z Waszych dzieci, to rezygnujecie z prób przy kolejnych? Ja tak. I ja, i mój mąż - on nawet bardziej niż ja.

Przykłady? Proszę bardzo - spanie z dzieckiem. Nalegałam, mąż z łaski się zgodził. Andrzejek spał z nami przez tydzień, a właściwie 5 nocy. Przez te 5 nocy mały nieustannie się darł, w ciągu dnia odreagowywał nocne stresy w ten sam sposób, a oboje jego rodzice chodzili jak zombie. Mąż powiedział "dość" i mały wywędrował do gondoli wózka. I co? I zyskaliśmy dziecko przesypiające noce z dwoma przerwami na karmienie. Z Julkiem nawet nie próbowaliśmy - mąż się nie zgadza, ale na razie nie ma też takiej potrzeby. Julcio budzi się w nocy raz i zasypia tuż po karmieniu.

Przykład numer dwa - chusta. Tu zdania są podzielone. Andrzejek jej nie cierpiał i mąż, nie chcąc powtórki z rozrywki, buntuje się przeciw motaniu Julka i nawet nie chce słyszeć o nauczeniu się wiązania. Ja chcę chuście dać szansę. W końcu Juluś to niesamowity pieszczoch, a do tego zmarzluch - istnieje więc szansa, że blisko mamy będzie szczęśliwy.

No i przykład numer trzy - to już stuprocentowo moja niechęć. Chodzi o coś, nad czym większość, na czele ze specjalistami pieje z zachwytu. I to nie o jedną rzecz, a o całą markę. Tę oto:

Źródło


A skądże mi to?
Jeszcze w ciąży, będąc na dermatoskopii, dostałam od mojej pani doktor zestaw próbek kosmetyków tejże firmy. Potem taki sam zestaw dostałam w zaprzyjaźnionej aptece. Było tam kilka kremów i emulsja do kąpieli. Kremy zużyłam sama, były ok, ale dla mnie za drogie, więc już ich nie kupiłam. Emulsję wypróbowałam na Andrzejku, kiedy okazało się, że musimy stosować emolienty, a kupiony przez nas Balneum Baby Basic nie do końca nas zadowolił. W próbce była ilość emulsji na jedną kąpiel, więc wlałam to do wanienki. Po pierwszej kąpieli wydawało się, że wszystko jest w porządku, więc następnego dnia wykąpaliśmy młodego w tym cudzie po raz drugi. I tu cuda się kończą. Już wycierając młodego wiedziałam, że coś jest nie tak. Skóra Andrzejka, zawsze po kąpieli ciut zaróżowiona, teraz nie tylko nie odzyskiwała koloru, ale dostawała czerwonych plam. Godzinę później mały wyglądał jak po trzech zdrowaśkach w piecu. Cały w biskupim odcieniu purpury. Do tego darł się wniebogłosy i tarzał się po łóżeczku. Na szybko zorganizowałam kąpiel w krochmalu i dzięki temu Jędruś jakoś przespał noc, a przez następne kilka dni krochmal był w użyciu co najmniej dwa razy dziennie.

Markę zbojkotowałam - nie kupowałam żadnych jej produktów, a w pracy polecałam emolienty konkurencji. Kiedy będąc z Julkiem u alergologa znów dostałam próbki Emolium, musiałam się powstrzymywać, żeby nie przewrócić oczami. Tym razem były to dwie próbeczki kremu ochronnego do pupy i jedna próbka znienawidzonej emulsji.

Winowajca jędrusiowych cierpień. Tu próbka, którą parę dni temu dostałam dla Julka.
Próbka kremu na odparzenia i ilość zupełnie wystarczająca na jedno przewijanie

Przez kilka dni podchodziłam do nich jak pies do jeża. Aż do czasu, kiedy, będąc z Julem u pediatry, zorientowałam się, że zapomniałam z mieszkania Linodermu, a zadek znów zaczął się odparzać. Nie chciało mi się ubierać dziecia i gnać do apteki, więc nasmarowałam zadek pokutującą nadal w wyjazdowej torbie próbką kremu Emolium, modląc się, by go nie uczulił.
Nic takiego się nie stało. Co więcej, przy następnym przewijaniu okazało się, że po odparzeniu nie ma śladu. Zużyłam więc próbkę do końca. Starczyła na... 3,5 dnia przewijania średnio 15 razy na dobę. Dopiero dziś otworzyłam drugą próbkę. Od paru dni zero problemów z pupą. Kusi mnie, żeby kupić ten krem, tym bardziej, że jest niezwykle wydajny. Tylko cena - ok. 30zł za smarowidło do zadka zbyt zachęcająca nie jest. Z jednej strony - czego się nie robi z miłości do dzieci, a z drugiej... przecież mam jeszcze w próbce, więc odwlekam moment rozstania się z trzema dychami;p Zwłaszcza, że ten krem stosowałby tylko Julek. Kiedy na próbę posmarowałam nim również starszaka, krem wywołał u niego zaczerwienienie, choć nie tak drastyczne, jak niegdyś emulsja do kąpieli. Widocznie Andrzejkowi, choć ma już dwa lata i mniej delikatną skórę niż jako niemowlę, najwyraźniej nie podchodzą kosmetyki Emolium. Pewnie mają w składzie coś, co go uczula.
Emulsji na Julku nie wypróbuję, ale firmy jako takiej już nie skreślam.
I postaram się już nie uprzedzać tak od razu:)

niedziela, 18 maja 2014

Awaria. A psik!

A już było tak fajnie... Po wizycie u dermatologa-alergologa i zastosowaniu przepisanej maści recepturowej buzia Juleczka jest coraz ładniejsza, a i ciemieniuchy na główce coraz mniej. Na dodatek wczoraj pokazało się na chwilę słońce, a Jędruś jakby zaczął na nowo oswajać się z domową rzeczywistością po przygodzie ze szpitalem. Ale nie, za dobrze by nam było...

W czasie burzy szlag trafił modem - wczoraj mieliśmy więc przymusowy odwyk od internetu.
Akurat w dniu, kiedy naszło mnie na pieczenie ciasta i chciałam przekopać sieć w poszukiwaniu nowych bezmlecznych przepisów.

Na domiar złego po południu Julek zaczął  smarkać i kaszleć, a ja poprzednio zapomniałam zapisać w pamięci telefonu numer naszego awaryjnego pediatry.

A jutro warsztaty "Mamo to ja" - tak się na nie cieszyłam... moje pierwsze duże wychodne od ponad miesiąca:/

I licytacja paczki ciuchów dla Jędruli na alledrogo.pl mi przepadła:/

&(R#$&^#)@&!

Na szczęście dziś przyszedł spec od Neostrady. Nie wiedziałam, że pracują też w niedzielę, myślałam, że ten 24-godzinny serwis to tylko taki chwyt reklamowy;p

Po naprawie łącza wezwany pediatra stwierdził zwykłą wirusówkę i zalecił leczenie objawowe, przepisów na ciasto kilka sobie ściągnęłam - może upiekę coś kiedy chłopaki usną, ale na razie zapał nieco przygasł, licytację oczywiście przegrałam, a równie fajnych ciuchów na all w równie okazyjnej cenie nie znalazłam.
Udało mi się odstąpić wejściówkę na warsztaty innej mamie, więc przynajmniej miejsce się nie zmarnuje.

A na koniec CorazŁadniejszyJulek i PierwszeOdDawnaSukcesy Andrzejka:)




piątek, 16 maja 2014

Synowie o mnie dbają

Co najbardziej pomaga w powrocie do formy po porodzie?

Dziecko.
A najlepiej więcej niż jedno.
Na przykład - dwoje dzieci.

Młodsze troszczy się o matczyną dietę:
-Czekolada mleczna? Mowy nie ma. Mamy podejrzenie skazy, a i kakao to silny alergen. Jeszcze Julka wysypie...
-Schabowy? W życiu, od smażonego, na dodatek z czosnkiem Julo dostałby kolki...
et caetera, et caetera

W czasie, kiedy młodsze objada mamę, starsze dba o maminą kondycję. O, na przykład tak jak dziś:





No to mamusiu, skłon! Wyprost! Skłon! Wyprost! Skłon...

Efekt?
W ciągu dwóch tygodni* w talii -3cm, a w brzuchu -6cm.
I na jedzeniu oszczędzę.
I nie muszę kupować nowych ciuchów:)



*od ostatniego mierzenia

czwartek, 15 maja 2014

Ściemniacz;p

Źródło: godmother.pl
Wczoraj rano mąż wyszedł do pracy i zostawił mnie na pastwę obu naszych bąków. Julian śpi, a ja usiłuję namówić Andrzejka na kaszkę. Nie ma szans, paszcza otwiera się tylko po to, by wydobyło się z niej krótkie i stanowcze "Nie". A przynajmniej wydaje mi się, że się otwiera, bo Jędruś na widok łyżeczki błyskawicznie pokazuje mi swoje śmieszne loczki na potylicy. Nic to, odnoszę kaszkę do kuchni, a w zamian przynoszę jego ukochane kanapki z szynką i keczupem. Te Andrzejek raczył zaszczycić spojrzeniem, ale zjedzenia odmówił, więc uciekam się do przekupstwa.

M: Andrzejku, a jeśli puszczę ci "Puszka Okruszka" to zjesz?
A: Moze zjem, a moze nie zjem.



***

Andrzejek znów wspina się na ściankę dzielącą pokój i kuchnię
M: Andrzejku, co ty tam robisz?
A(pokazuje palcem w stronę okna): mamusiu zooobac, samolot leci!
Mama dała się nabrać, a dziecię wykorzystało sytuację i już siedzi okrakiem na parapeciku.
M: Andrzejku złaź natychmiast!
A: Mama, pats! Gołąb! Psegoń go, zeby nie zjobił kupy na balkon!

I co tu począć z takim aparatem...

***

Tatuś wrócił, rozpłaszcza się w przedpokoju. Ja karmię Julka, a Andrzejek usiłuje zwrócić na siebie moją uwagę, uderzając mnie łapką miedzy łopatki. Na to nadchodzi głowa rodziny.
T: Andrzejku, nie wolno...
A: Tatusiu, ale mama się zakstusiła...



środa, 14 maja 2014

Już nie noworodek czyli Julian kończy miesiąc

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam go w całej okazałości, pomyślałam sobie: "ale mopsik" - wydawał mi się taki drobniutki i pomarszczony. I zdziwiło mnie to, że... ma włosy. Dzieci w naszej rodzinie przeważnie rodzą się łyse, a do tej pory rekord w tej dziedzinie należał do Andrzejka, który miał tylko nieco dłuższego meszku na potylicy.

Teraz Julek to już inny chłopak. Ma policzki jak chomiczek, a włosy na czubku głowy niemal zupełnie mu się wytarły. Nie ma też już zmarszczki u nasady noska, która nadawała mu groźny wygląd.

A jaki jest ten mój Mopsik?
Przekochany. Straszny z niego pieszczoch. Uwielbia być na rękach, kocha przytulanki, głaskanie i buziaki. A nade wszystko uwielbia piersi. Nie dość, że ciepłe i przytulne, to jeszcze leci z nich coś smacznego;p I na tym smacznym czymś Juluś rośnie jak na drożdżach. Nie wiem ile waży, ale fałdek i podbródków przybywa mu w zadziwiającym tempie. Domowymi metodami wymierzyłam go na jakieś 58-59cm wzrostu. I chyba ma trochę nietypową budowę, bo o ile bodziaki i kaftaniki nosi w rozmiarze 56, to wszystko, co ma nogawki, nosi w tej chwili w rozmiarze 62.

Pamiętacie pewnie mój zgryz, że Julo prawie się nie budzi. To już nieaktualne. Nadal pozostaje spokojny, ale zdarzają mu się w ciągu dnia nawet dwu-trzygodzinne okresy czuwania.
O napięcie mięśniowe też już jestem spokojna. Generalnie Julek to mocny chłopak - tylko leniwy. Ładnie dźwiga już główkę. Przeważnie tylko trochę i na krótko, ale zdarzyło mu się parę razy unieść ją niemal pionowo. Potrafi też kontrolować ją przy noszeniu w pionie (nadal asekurujemy) i podnoszeniu o siadu. Ma bardzo silny odruch pełzania. Jeśli ma od czego, pięknie odpycha się stópkami nawet o kilka centymetrów. Najbardziej jednak lubi leżeć na brzuchu w pozycji żabki z miną pt.:"no co się tak gapicie?" albo po prostu spać. Wykorzystam to i będę próbować chustować Julianka - po badaniu bioderek mam już błogosławieństwo lekarza ortopedy.

Najbardziej jednak zachwyca mnie to, jak pięknie mój młodszy synek reaguje na otoczenie. Naprawdę długo potrafi skupiać wzrok. Dobrze akomoduje i nie robi zeza. Wodzi oczkami za kolorowym przedmiotem, bacznie obserwuje twarze. Potrafi szeroko się uśmiechać i zaczyna reagować uśmiechem na uśmiech.
Jutro dostanie karuzelę - niech tylko matka ją wyczyści:)
Wydaje z siebie całkiem sporo dźwięków. Oprócz ciągów samogłosek zdarza się też nieśmiałe "gheee" czy "a guuu" - ale to rzadko. Na razie Jędruś nie może przeżyć, że brat jeszcze nie potrafi mu odpowiedzieć na jego zaczepki;p

Jeśli chodzi o kwestie zdrowotno-pielęgnacyjne - tu mamy znacznie więcej zachodu niż przy Andrzejku.
  • Po pierwsze - Julo niesamowicie łatwo się odparza. I to ja muszę pilnować, czy nie zrobił kupska, bo jemu samemu mokra pielucha kompletnie nie przeszkadza.
  • Po drugie - trądzik niemowlęcy. U Julka wypryski pojawiły się nie tylko na buzi, ale też na klatce piersiowej. Jedyne, co z tym robimy, to przemywanie wodą i słabym roztworem nadmanganianu potasu w oczekiwaniu na to, aż samo zniknie.
  • Po trzecie - ciemieniucha. Jędruś miał tylko troszkę w brwiach i udało się jej pozbyć raz na zawsze. Julek ma na niemal całej głowie, w brwiach i na płatkach uszu. Co natłuszczę i usunę, to najdalej po dwóch dniach pojawia się znowu. Ta ciemieniucha zaniepokoiła mnie na tyle, że dziś zabrałam synka do dermatologa. Wybrałam panią doktor, która dodatkowo jest też alergologiem. Orzekła ona, że z dużym prawdopodobieństwem można potwierdzić moje obawy, przepisała receptę na maść robioną i kazała obserwować dziecko pod kątem reakcji na produkty mleczne, a w razie zaostrzenia stanu skóry po zjedzeniu któregoś z nich, przejść na ścisłą dietę eliminacyjną i zgłosić się do kontroli.
  • Po czwarte - kolki. Tu na szczęście tragedii nie ma. Na razie było to kilka ataków po 1-2 godziny, na które pomagał Bobotic i kładzenie na brzuszku. Po odstawieniu przeze mnie mleka i serów (choć nadal jem niewielkie ilości jogurtów i kefiru) kolki całkowicie ustąpiły. To utwierdza mnie w moich obawach, że mamy w domu kolejnego atopika.
  • Po piąte - pępek. Myłam toto, jak w szpitalu przykazali, Octeniseptem. I nic. Potem, za radą położnej, zaczęłam przemywać też spirytusem. I znów długo nic, ale od dwóch dni cieszymy się nowym, ślicznym pępuszkiem bez tego wstrętnego zaschniętego kikuta.
 Na zakończenie - parę kadrów z tego miesiąca. Nie ma ich zbyt dużo, bo raz, że nie wiem, czy Julian byłby mi wdzięczny za masę zdjęć z wypryskami na buzi, a dwa, że przy dwóch maluchach ciężko o czas na ślęczenie z aparatem i łapanie pięknych ujęć.










A już w przyszłym miesiącu, oprócz opisu postępów - Julian kontra endokrynolog. Być może wyjaśni się też, co dalej ze skazą i moją dietą.

wtorek, 13 maja 2014

Niespodzianka

Źródło: kolorowankimalowanki.pl
Miało być dzisiaj o karmieniu piersią i laktacyjnej garderobie. Chciałam sprzedać Wam parę moich patentów na dyskretne karmienie i pomysłów na "stylówę" almae matris*, a może nawet pokazać szkic sukienki na chrzciny Julka, którą po istnej burzy mózgów szyje mi krawcowa;p.
Zaczęłam nawet kombinować z miejscem ustawienia aparatu, żebym mogła sama sobie robić zdjęcia. Spróbowałam nawet zapozować z Julkiem, ale nie chciał współpracować, więc kiedy już usnął i dał się odłożyć do wyrka, w sesji zastąpiła go lala Andrzejka. A raczej miała zastąpić, bo nie zdążyłam zrobić ani jednego zdjęcia. W pewnym momencie usłyszałam bowiem zgrzyt klucza w zamku i gromkie "Mamaaa!!!":D
Mieli być dopiero jutro, ale Jędrusia wypuścili już dziś. Było wylewne powitanie i na tym, niestety, koniec sielanki. Jędrusia w szpitalu zarazili bowiem pełnoobjawowym buntem dwulatka. Już to kiedyś przerabialiśmy, ale zdążyłam zapomnieć, że mój synuś potrafi piszczeć i walić głową w ziemię dlatego, że chrupki do miski wsypuje mu niewłaściwy rodzic... Skończyło się też samodzielne jedzenie i jakakolwiek inicjatywa w kwestii nocnika. Kolejne trudności wychowawcze do przepracowania lub przeczekania.
Nic to, najważniejsze, że zagrożenie minęło, a Jędruś jest znowu z nami:D

Post o fatałaszkach odkładam więc na świętego NieWiadomoKiedy, bo teraz będę mieć zdecydowanie mniej czasu na zdjęcia, a zwłaszcza w godzinach, kiedy tego typu działalności sprzyja naturalne oświetlenie. A tu nasz mały grymaśnik przy dzisiejszej kolacji:











*z łac. dosłownie "matki karmiącej"


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...