wtorek, 29 kwietnia 2014

Jest postęp:)

Źródło: szkola-marzeń.pl
Przyjechała do nas dzisiaj moja mama - zostanie do końca majowego weekendu. Fajnie, bo nie będę tak bardzo uzależniona od męża i jego planów. No i będziemy mogły zabierać na spacery obu chłopaków naraz:)

Mama bardzo mnie też uspokoiła - lekarskim okiem spojrzała na Julka i orzekła, że ona oznak obniżonego napięcia u niego nie widzi - mały ładnie stawia opór w czasie przewijania i przemywania oczek, a w czasie masażu zatkanego kanalika łzowego drze się jak opętany - a to dobry znak;p

Po południu, kiedy "kangurowałam" małego po solidnym karmieniu, stało się też coś na co czekałam prawie jak na zbawienie - Juluś w końcu ładnie uniósł główkę. Wiem, że na rodzicu jest łatwiej niż na płaskim przewijaku, no i trwało to może sekundę-dwie, ale dla mnie była to cudna chwila przywracająca nadzieję, że mój synek jest całkiem zdrowy, a tylko z usposobienia trochę... hmm, może flegmatyczny.


W każdym razie od jutra będziemy polować z aparatem - może uda się uwiecznić:D

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rzecz o stópkach, bioderkach i hormonach

Dzisiejszy dzień znów upłynął nam pod znakiem lekarzy.

Andrzejek był z tatą w poradni rehabilitacji, a ja załatwiałam wizyty dla Julka.
Można powiedzieć, że same sukcesy:)

Jędruś nie koślawi już stópek. Ma trochę płaskostopia, ale w granicach normy dla jego wieku i może już chodzić w butach bez obcasów Thomasa, a do kontroli ma stawić się, kiedy skończy trzy lata.

Ja tymczasem umówiłam Juliana do endokrynologa na Dzień Matki:) Pani doktor przyjmie go poza kolejnością, kazała do tego czasu powtórzyć badania hormonów tarczycy - nam obojgu. W tej beczce miodu jest jednak łyżeczka dziegciu - będzie to wizyta prywatna. Na NFZ do endokrynologa dziecięcego NIGDZIE W KRAKOWIE nie ma miejsc do końca roku.

Dowiedziałam się też, że jedna z przychodni obok szpitala, w którym rodziłam chłopaków będzie prowadzić w maju program badań przesiewowych w kierunku dysplazji stawów biodrowych. Zapisy będą po weekendzie majowym, więc w poniedziałek 5 maja przypuszczam szturm - może załapiemy się na termin pod koniec maja:)

Coby nie było, że matka o dzieciach tylko myśli, a o sobie zapomina, za jednym zamachem umówiłam się też do ginekologa na kontrolę po połogu - akurat dokładnie półtora miesiąca po porodzie. Do tego czasu muszę tylko wywołać jakieś ładne zdjęcie Julka, żeby Pan Doktor mógł sobie oprawić w ramki i powiesić na ściance. Andrzejek już tam jest:)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Męska edukacja i wątpliwości mamy


Jestem zmartwiona.

Jutro Julek skończy dwa tygodnie, a zamiast coraz aktywniejszy - jest coraz bardziej ospały.
Na karmienie budzi się zwykle co 4-5 godzin. Wyjada wtedy z obu piersi do zera, ssie mocno, pieluchy moczy i brudzi, ale czy to nie za rzadko? Niby przybrał w tydzień 270g, ale masa to nie wszystko, trzeba się też odżywiać, a on przecież prawie nic nie spala.
Przerwy między karmieniami w całości przesypia. Jego chwile aktywności są bardzo krótkie - góra 10 minut naraz.
Położony na brzuszku albo zasypia od razu, albo zanim zaśnie raz czy dwa spróbuje podnieść główkę. I to wszystko. Nie kokosi się, nie protestuje - a jeszcze w szpitalu próbował działać.
Bardzo rzadko płacze. W zasadzie tylko z głodu. Andrzejka przy czyszczeniu pępka musiały trzymać dwie osoby, a ten je przesypia:/ Pieluchy muszę mu zmieniać z zegarkiem w ręku - prędzej by się odparzył niż zasygnalizował, że ma mokro.
Na wizycie u pediatry przespał: rozbiórkę do rosołu, ważenie, osłuchiwanie stetoskopem, całe dokładne badanie (łącznie z nieprzyjemnym sprawdzaniem siusiaka), przewrotkę na brzuszek, próbę uniesienia do siadu (główka opadła do tyłu) i ubieranie.
A do tego moja niedoczynność tarczycy i Hashimoto... pani doktor widzi związek - na naszym
skierowaniu do endokrynologa napisała, że dziecko jest ospałe i ma obniżone napięcie mięśniowe.

Czy znów czeka nas wielomiesięczna tułaczka od specjalisty do specjalisty? Czy Julka też będziemy musieli rehabilitować? Po urodzeniu dostał 10 punktów i miał dobre wyniki badań, ale czy naprawdę tak wygląda całkowicie zdrowe dziecko?...


 Chciałam pogadać o tym z mężem, ale on uważa, że przesadzam:(

***

Niewiele ostatnio Andrzejkowych anegdotek.  Odkąd bowiem Jędruś jest zazdrosny o komputer, a ja martwię się zdrowiem jego brata, mam problem z bieżącym zapisywaniem - raz, że nie mam do tego głowy, a dwa, że odkąd mam bloga odzwyczaiłam się od prowadzenia notatek w formie papierowej. Dziś więc - na poprawę humoru po smęceniu - jedna, którą zdołałam zapamiętać - oto czego mój mąż uczy naszego pierworodnego syna...

T(śpiewa):  (...)Gdzieżeś tam sypiał, czarny baranie, czarny baranie?
A: Z młynajką pod miajką, mościwy panie!

sobota, 26 kwietnia 2014

Mama wraca do formy - prawie 2 tygodnie po porodzie

Kiedy pierwszy raz po urodzeniu Julka wstałam i spojrzałam na swój brzuch, pomyślałam, że nie jest tak najgorzej - jakiś piąty miesiąc;p A po Andrzejku był siódmy i zgubiłam to jeszcze w połogu;D

Teraz nie liczę na takie cuda. Sama po sobie widzę, że po drugiej cesarce ciało regeneruje się znacznie wolniej niż po pierwszej.

Jak moja obecna forma?
Z wagą nie jest źle - tydzień temu wyświetliła 58kg, więc z założonym zrzuceniem jeszcze trzech kilo do wakacji powinnam sobie poradzić.

Rozstępy... są. Może nie bardzo głębokie i rozległe, ale sporo. Na szczęście w konkursie u Żanety z Tere fere kuku wygrałam zestaw kosmetyków Elancyl, więc zagrzewam się do walki:)

Wymiary...
  • Biust: 94cm - nawet nie ucierpiał po nawale. Nowych rozstępów brak, trzyma się całkiem fajnie.
  • Talia: 72cm. Chciałabym wrócić do dawnych 64, a przynajmniej zejść poniżej 70. Zobaczymy, czy się uda. W każdym razie już teraz widać jakiś ślad wcięcia.
  • Biodra: 92cm. Tu nic mi nie przybyło od stanu sprzed Julka - i mam nadzieję, że nie ubędzie;p
  • Brzuch... No, tu już nie jest tak wesoło - 87cm, czyli tak jak w 4 miesiącu. Jest co zbijać.

CEL: 
do końca sierpnia (30 jest wesele koleżanki) wbić się w maturalną małą czarną
dopuszczam oczywiście drobną pomoc w postaci wyszczuplającej bielizny;p

Wsparcie: 
  1. karmienie piersią - i dieta lekkostrawna, bez smażonego i prawie bez słodyczy
  2. ruch - przy dwójce dzieci (a zwłaszcza przy Andrzejku) jest go całkiem sporo
  3. Ćwiczenia od fizjoterapeuty ze szpitala:
  • wciąganie brzucha (już nawet trochę daję radę) - po 3 sekundy 10 razy.
  • ćwiczenia mięśnia Kegla - j.w.
  • ściskanie poduszki między udami w leżeniu na plecach - po 3 s 10 razy
  • Naprzemienne "wydłuzanie i skracanie" nóg w leżeniu na plecach - 20 razy
  • unoszenie głowy z leżenia na plecach - po 3 s 10 razy
  • unoszenie bioder w leżeniu na plecach ze zgiętymi nogami - po 3 s 10 razy
Stan na chwilę obecną:


A następne takie podsumowanie - po połogu:)

piątek, 25 kwietnia 2014

Wrrr!

Od rana wiszę dziś na telefonie, usiłując umówić Julka do endokrynologa i na USG bioderek.

Do endokrynologa terminów na ten rok w większości przychodni nie ma już wcale - i skierowania z dopiskiem "cito" mogę użyć w razie braku papieru w toalecie - niczego nie przyspieszy. W całym Krakowie zostały nam jeszcze dwie -  poradnia w szpitalu w Prokocimiu, w której w godzinach urzędowania nikt nie raczył odebrać telefonu, i "Centrum Leczenia Dzieci i Młodzieży" - na tym samym drugim końcu Krakowa. Tam udało mi się dodzwonić, ale powiedziano mi, że mam najpierw przyjechać bez dziecka, by dostarczyć skierowanie, a wtedy pani doktor MOŻE da nam JAKIŚ termin. Półtorej godziny w jedną stronę, bo MOŻE JAKIŚ termin uda się wyżebrać? Wrrr...

Z bioderkami jeszcze ciekawiej. Nikt nic nie wie, wszyscy odsyłają do informacji NFZ, a tam dodzwonić się po prostu nie da. Nawet położne noworodkowe w szpitalu nie umiały mi powiedzieć, gdzie w tym roku realizowany jest program badań przesiewowych. Na wszelki wypadek wzięłam więc skierowanie od pediatry i obdzwaniałam wszystko, co ma kontrakt z NFZ. I tu wnerw kolejny: najbliższe wolne terminy są w lipcu, no chyba, że płatnie:/

No i jeszcze Panie Dobra Rada i ich sto sposobów na pryszcze u noworodka...
Nie przemówi, że to tylko trądzik noworodkowy, że to od hormonów w moim mleku, że za parę tygodni przejdzie sam i nie, nie będę smarować tego spirytusem salicylowym/maścią z antybiotykiem/moim mlekiem/ichtiolem/szarym mydłem etc.

A w ogóle to wyrodną matką jestem - brać TAKIE maleństwo (11 dni) na TAKI ziąb (18stopni)...
A Julek tylko złośliwe uśmieszki przez sen posyłał;p

Chyba muszę przełożyć "odznakę" od Zielonej Shamandury ze spacerówki Andrzejka...

czwartek, 24 kwietnia 2014

Wizyta patronażowa

W książeczce zdrowia Julka, w rubryce zatytułowanej" "rozpoznanie", stoi: "noworodek zdrowy matki z chorobą Hashimoto". W związku z tym mały już w szpitalu miał kupę dodatkowych badań, ale wszystkie wyszły dobrze. Kazano nam jedynie do tygodnia od wypisu zgłosić się do naszego pediatry i poprosić o skierowanie do endokrynologa.

Do pediatry zapisałam nas na dziś - tej samej, do której od niedawna chodzi Andrzejek - na 14.20. Postanowiliśmy iść wszyscy. Ja - bo odpowiadam za medyczne sprawy naszych chłopaków, mąż - do pomocy, bo ja jeszcze trochę niedomagam po cięciu, Julek - jako główny bohater całego zajścia i Andrzejek - jako wsparcie duchowe dla Julka (a tak naprawdę dlatego, że nie było z kim go zostawić).
Przed wizytą mąż musiał jeszcze udać się do wulkanizatora, by naprawić sflaczałe kółko naszego wózka, a potem zamontować na nim dostawkę dla Andrzejka. Zakład mamy o rzut beretem, a dostawkę montuje się łatwo, więc męża nie było krótko, ale zdążyłam w tym czasie spakować torbę z rzeczami dla chłopaków i zacząć karmić Julka, który akurat kwadrans przed wyjściem przypomniał sobie, że ma pusty żołądek.
Przystawiłam więc głodomora i starałam się obserwować starszaka, ale i tak szybko mi zwiał i zamknął się w małym pokoju. Przez chwilę było cicho, więc skupiłam się na karmieniu, ale już po chwili zobaczyłam coś, co sprawiło, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, płakać, czy krzyczeć.
Okazało się, że Jędrula dobrał się do torby podróżnej, wyjął z niej julkowy krem do zadka i użył jako pomady do włosów, stawiając sobie na głowie gustownego irokeza.

Patrzę na zegarek: 14.00.
Na drogę potrzebujemy 5 minut łącznie z zejściem. U piersi wisi mały smakosz, a męża nie ma.
Wyciągnęłam więc Julianowi spod brody tetrówkę i próbowałam wytrzeć pierworodnemu włosy. Na to wszedł mąż, stwierdził, że musimy wychodzić, a Jędruś najwyżej nie będzie w przychodni zdejmował czapki.
No i poszliśmy - tatuś zgrzany, bo wystał się w kolejce i wracał biegiem, mama ochlapana mlekiem tryskającym z jej własnej piersi i usiłująca zakryć to dżinsową kurtką, pierworodny upomadowany niczym Adolf H. i syn młodszy w różowym bodziaku - bo przez zabawę w salon fryzjerski mama nie zdążyła przebrać go w coś bardziej męskiego.

Na miejsce doszliśmy, a właściwie dobiegliśmy, dziesięć minut spóźnieni. Wchodzimy, przepraszamy za spóźnienie i co słyszymy?
-"Proszę się nie przejmować, mamy około godziny poślizgu" ...

A wizyta?
  • Julian waży 3620g - w tydzień przybrał 270:)
  • Badanie zostało uznane za niemiarodajne - młody przespał calutką wizytę. Nie zaszczycił pani doktor nawet jednym spojrzeniem, nie mówiąc o podnoszeniu główki i innych popisach sprawnościowych.  
  • Skierowanie do endokrynologa - dostaliśmy, i to z adnotacją, że pilne.
  • Skierowanie na USG bioderek - dostaliśmy też i nie będziemy musieli tłuc się przez cały Kraków do przychodni, która robi je w ramach programu badań przesiewowych.
  • Następnym razem mamy pokazać się pod koniec maja na szczepienie na żółtaczkę. Ze względu na obciążający wywiad (brat z NOP), potem Julek dostanie skierowanie do tej samej poradni, do której chodzimy z Andrzejkiem.
Z dodatkowych plusów - przy okazji wizyty w przychodni Julianek zaliczył dziś swój pierwszy krótki spacer, a Jędruś - jazdę na dostawce. I wygląda na to, że obu się podobało:)

środa, 23 kwietnia 2014

Jak nie naklejać łatek

Kochane mamy rodzeństw, szczególnie jednopłciowych z małą różnicą wieku - jak sobie z tym radzicie?

Bo ja sobie nie radzę.
Zakładałam, że postaram się nie porównywać moich chłopaków ze sobą, a tymczasem robię to już od czasów ciąży.
  • Bo Andrzejek kopał non stop, a Julek raz na ruski miesiąc.
  • Jędruś miał charakterystyczny tembr płaczu - rozpoznawalny od razu. Julek płacze jak większość dzieci. A właściwie nie płacze, tylko popłakuje, kiedy bardzo zgłodnieje.
  • Andrzejek zawsze miał jakieś "ale", Julkowi wszystko pasuje.
  • Jędruś już jako noworodek prawie nie spał w dzień, a Julian śpi prawie cały czas.
  • Pierworodny miał słaby odruch ssania, wisiał na mnie godzinami, ale jadł co chwilę po troszeczkę. Jego młodszy brat zasysa jak odkurzacz i je rzadko, ale wysysa obie piersi do sucha.
  • Obaj dawali się przystawić tylko w pozycji klasycznej. Jędrusia najłatwiej było pobudzić do ssania łaskotaniem w stopy, a Julek... nie potrzebuje pobudzania;p
  • Obaj mieli trądzik niemowlęcy - Andrzejka wysypało jeszcze w szpitalu, a i u Julka właśnie pojawiły się krostki.
  • Andrzejek miał mniej włosów i znacznie większe stopy, Julek ma dłuższe nogi i palce u dłoni.
  • Jędruś, położony na brzuszku, oznajmiał swoje niezadowolenie całej okolicy, podczas gdy jego młodszemu bratu zupełnie zwisa, w jakiej pozycji się znajduje.
  • Julek chyba nie jest tak silny jak jego starszy brat. I z pewnością nie tak waleczny. Jędruś w wieku 2 dni podniósł pewnie łepek do góry, gdy tymczasem dziewięciodniowy Julianek dźwiga swój bardzo chwiejnie i tylko na momencik, by praktycznie zaraz usnąć.
  • Andrzejek nie lubił nadmiernej bliskości. Na rękach dawał się nosić tylko w czasie ataków kolki, poza nimi wolał jeździć w wózku albo być noszonym w foteliku. Julek to pieszczoch. Uwielbia się przytulać i kocha głaskanie po głowie.
Mogłabym tak jeszcze długo.
Różnice widać nawet na zdjęciach, na których obaj panowie zostali uwiecznieni mając 3 dni.



Konsekwencje też powoli zaczynają być widoczne - łagodne usposobienie Julka zjednało mu miłość i czułość wszystkich dookoła z Andrzejkiem na czele. Z drugiej strony ten jego stoicki spokój i hałaśliwa natura starszaka sprawiają, że często Julek przegrywa w walce o naszą uwagę i musi czekać, aż spacyfikujemy Andrzejka. I czeka - wcale się nie awanturując.

I jak tu przy dwóch skrajnościach zachować równowagę i jakąś...hmmm, sprawiedliwość, żeby w przyszłości żaden z chłopaków nie był pokrzywdzony?





wtorek, 22 kwietnia 2014

Rodziłam jak cesarzowa

Mam za sobą dwa porody przez cesarskie cięcie, z których każdy był zupełnie inny. I - gdyby nie to, że z każdego z nich mam zdrowego syna - przenigdy nie zgodziłabym się na coś takiego.

Długo zabierałam się za porodowy post. Ostatecznie dopiero dziś, osiem dni po urodzeniu Julka i parę godzin po zdjęciu szwów, zebrałam się na odwagę. Kto nie lubi opisów procedur i powikłań - szczególnie takich "intymnych" - dalszą lekturę może sobie odpuścić już teraz.

Poród nr 1

Przyjechałam do szpitala w niedzielę bladym świtem ze skurczami co 5-7 minut. Poobserwowano mnie trochę i... wypuszczono do domu, by przyjąć na porodówkę następnego dnia ze skurczami co 3 minuty. Mimo to rozwarcie nie powiększało się, a jedyną oznaką, że rodzę, był zapis KTG. Na sali porodowej podano mi pierwszą dawkę oksytocyny, ale poza nasileniem bólu nic się nie zmieniło. Po 12 godzinach zaproponowano cięcie - poprosiłam, by wstrzymać się z tym tak długo, jak to bezpieczne dla dziecka. Trafiłam na patologię ciąży i tam spędziłam kolejny dzień chodząc po korytarzu i łagodząc kolejne skurcze oddechem wyćwiczonym w szkole rodzenia.
Kolejnego dnia (środa) wielka radość - rozwarcie osiągnęło 4cm. Przeniesiono mnie na salę porodową i podano zzo. Rozwarcie wzrosło do 6cm i dostałam kolejne dwie kroplówki z oksytocyny, po których... zaczęły się skurcze parte. Już nie co trzy minuty - jeden za drugim. Zakazano mi przeć i podano kolejną dawkę znieczulenia. Gdy przestało działać, a skurcze parte pojawiały się nadal, przyszedł lekarz. Stwierdził rozwarcie na 8cm, ułożenie twarzyczkowe i wahania tętna dziecka.  Zanim zorientowałam się, co się dzieje, położna zapytała mnie o imię do chrztu z wody i chwilę później byłam już krojona pod narkozą.

Andrzejka dostałam ok. dwie godziny po porodzie, jeszcze zanim się wybudziłam. Do piersi przystawiała mi go moja mama. Jadł jak smok:)
Najgorsze jednak zaczęło się potem, kiedy położne postanowiły przełożyć mnie na bok, by łatwiej było przystawić dziecko. Wtedy zapomniałam o 80 godzinach skurczów, trzech bezsennych nocach i bólach partych przy 6cm rozwarcia. Wstawanie? Droga do łazienki? Może to przesada, ale dla mnie to było jak droga krzyżowa. Nic jednak nie pobije usuwania cewnika. Robił to lekarz podczas obchodu - i chyba nie spuścił balonika zabezpieczającego przed wypadnięciem. W życiu nie czułam nic gorszego.

Po cięciu regenerowałam się ponad miesiąc - tyle czasu jeszcze rwało mnie w ranie. Przez pierwsze dwa tygodnie po schodach dałam radę iść tylko tyłem.
Schudłam i oponkę zgubiłam szybko, bo już w połogu - i to chyba jedyny plus. Oczywiście oprócz najważniejszego - te tortury uratowały mojego Jędrusia.

Poród nr 2

To miało być planowe cięcie. Dziecko jednak postanowiło nie czekać. Poród zaplanowany był na wtorek rano, tymczasem już w niedzielę o pierwszej w nocy odeszły mi wody. Pół godziny później, ze skurczami co 4 minuty, wypełniałam już milion papierków w izbie przyjęć. Potem jeszcze było KTG - tętno dziecka było w normie, ale ruchów brak - zanim ktoś się nade mną zlitował, minęła godzina, skurcze, tym razem krzyżowe, pojawiały się co dwie minuty, a rozwarcie było już na 4cm. Odpięto mnie od aparatury i pozwolono się ruszać. Ulga była niesamowita. Zapytałam, czy może jednak pozwolą mi naturalnie. Nie było mowy - dziecko oceniono na 3,800, a ja miałam cięcie dwa lata temu. Spytałam więc, na co właściwie czekamy i usłyszałam, że na ekipę, bo wszystkie trzy są właśnie przy innych cięciach.

Na szczęście już 20 minut później ekipa się znalazła i trafiłam na stół - trzy godziny po wejściu na izbę przyjęć. Dostałam znieczulenie podpajęczynówkowe - okropnie swędziało. Moment później pokazano mi zakrwawioną kulkę i usłyszałam: "pani syn". Po czym rozpłakałam się i usłyszałam głos operującej lekarki: "No ale niech ona nie beczy, bo brzuch się trzęsie i krzywo zszyję" - na co wszyscy - łącznie ze mną - wybuchnęliśmy śmiechem.

Mąż ostatecznie nie wszedł ze mną na salę, ale tuż po operacji go zawołano - to on dostał Julka pierwszy, a po zaszyciu mojego brzucha przytrzymywał go na mojej piersi. Nie był to może wymarzony kontakt skóra-skóra, ale zawsze coś. Dziecko od razu trafiło ze mną na salę, a mąż mógł się nim zajmować.

A potem była pionizacja, pierwsza kąpiel, odcewnikowanie - tym razem zupełnie bezbolesne - i już wszystko miało być pięknie, kiedy okazało się, że zamiast ustępować, ból się nasila i w pewnym momencie nie mogłam już nawet się wyprostować nie mówiąc o pójściu gdziekolwiek. Co się okazało - prawdopodobnie w czasie cięcia uszkodzono mi pęcherz, który nie podjął na nowo swojej funkcji i zebrało się w nim  1,5l zawartości. No więc cewnik na kolejne 2 dni, ćwiczenia i spuszczanie zawartości co 2 godziny z zegarkiem w ręku. Udało się. Teraz nie muszę pytać o godzinę, rozpoznaję to po potrzebie odwiedzenia toalety;p

Dziś mamy ósmy dzień po porodzie. Szwy już zdjęte, a ja niby chodzę, ale ciągle coś "rwie". Kiedy się zasiedzę, nadal ciężko mi wstać. Z pozycji leżącej wciąż wstaję "na raty", kombinując jak koń pod górę, co by tu zrobić, żeby bolało jak najmniej.
A przecież nie miałam żadnego zakażenia, operatorzy zszyli mnie dobrze i nie wywołali endometriozy, moja rana według położnej środowiskowej przyschła jak na psie.

Leżałam na sali z dziewczyną po porodzie siłami natury. I mimo, że bardzo popękała i założyli jej masę szwów, z porodówki przyszła o własnych siłach, samodzielnie pchając wózeczek z córeczką, a po trzech godzinach poszła się wykąpać.

Kto chce cięcie na życzenie - ręka do góry...

Ja nie chcę, ale po dwóch cięciach szansy na następny poród siłami natury żaden położnik przy zdrowych zmysłach już mi nie da. Wiem jedno - nie chcę trzeciej cesarki. I albo wystarczy mi moich dwóch chłopaków, albo trzecie dziecko adoptujemy.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Początki braterstwa

Nie udało mi się jeszcze sfotografować moich chłopaków razem.
Prawdę mówiąc - nawet jeszcze nie próbowałam. Na razie są to tak krótkie chwile, że nie zdążyłabym nawet włączyć aparatu, więc nie tracę czasu, by po niego biec i chłonę to, co widzę - Jędrusia wdrapującego się od zewnątrz na szufladę łóżeczka, by zajrzeć do braciszka i sięgającego łapką, by pogłaskać go po stópce.
Albo Jędrusia całującego łepetynę karmionego właśnie piersią Julianka i zachęcającego go do jedzenia z uimującą troską w dziecięcym głosiku.
Albo mojego starszaka przynoszącego młodszemu swojego ulubionego misia i objaśniającego obrazek w książeczce o krakowskim hejnale...
...i ten zachwyt w jego głosie, że "Julecek jest taki śliiicny".
I ten wielki błękit w oczach Julka szeroko otwierających się na widok Jędrusia.

Cuda moje dwa...

Bardzo bałam się tego, jak Andrzejek przyjmie młodszego brata. Czy nie będzie zazdrosny o poświęcany mu czas i uwagę.
Wiadomo, przygotowywaliśmy go na to jak umieliśmy, ale wiadomo też, że czasem to nie wystarcza.

U nas też nie obyło się bez zawirowań - już pierwszego dnia po naszym powrocie ze szpitala Jędruś urządził scenę z cyklu "obraziłem się na cały świat". Wrzask, zamykanie się w swoim pokoju, rzucanie zabawkami, odtrącanie rodziców. Wszystko na nie.

A jednak odetchnęłam z ulgą - bo obiektem zazdrości Andrzejka stał się nie Julian, a... komputer.
Teraz, kiedy Jędruś jest z nami, nie mamy prawa nawet otworzyć klap naszych laptopów. Nic to - odbijam sobie, kiedy terrorysta zasypia i pozostaje mi cieszyć się, że nie ma mi za złe, że Julek potrafi i godzinę przewisieć na mojej piersi. Ba, jeszcze go wtedy głaszcze po głowie:)

Moooje misiaki:)









niedziela, 20 kwietnia 2014

Świąteczne pierwsze razy i rozliczenie z postanowień noworocznych:)

Dziś u nas, oprócz Wielkanocnej Niedzieli, święto pierwszych razów - takich moich małych sukcesów od porodu:)

Pierwszy raz udało mi się włożyć pończochy uciskowe bez syczenia z bólu rany:)

Pierwszy raz od porodu chciało mi się zrobić sobie makijaż - i to mimo że wybieraliśmy się "tylko" na śniadanie do mamy męża pięterko wyżej. Na makijażu się nie skończyło - nawet sukienkę włożyłam:)

Pierwszy raz od drugiego cięcia o własnych siłach szłam do góry po schodach - przodem i bez podtrzymywania*

No i pierwszy raz od przyjęcia na porodówkę stanęłam na wadze. Wtedy było 63kg, dziś jest 58. I gdybym nie wyglądała jak w 4 miesiącu ciąży, to w sumie mogłoby tyle zostać:) Niech no tylko przestanie boleć, to wezmę się za tę oponkę...

A skoro już mowa o wadze, figurze i kondycji - ponad 3 miesiące temu czyniłam w tym względzie pewne postanowienia. Całość  - dla chętnych - TUTAJ, a dziś zobaczmy, jak mi poszło z częścią I.

Przypomnijmy. Obiecałam sobie, że do urodzenia Julka:

  • bez ważnych przyczyn zdrowotnych nie opuszczę ani jednych niedzielnych ćwiczeń na basenie Co z tego wyszło? W sumie byłam AŻ 5 razy, a i to z przerwami na chorowanie. Po zapaleniu płuc w 8 miesiącu basen zamieniłam na gimnastykę. Ergo: lipa, ale czuję się usprawiedliwiona;p
  • przytyję nie więcej niż 15kg względem stanu sprzed ciąży - czyli nie przekroczę 66,5kg. Przybrałam w sumie 11,5kg. Zadanie wykonane:)
  • Nie opuszczę więcej niż 3 posty miesięcznie;p - o ile nie trafię do szpitala, bo stamtąd nie będę mieć możliwości nadawać;p Podsumujmy: styczeń - 31postów. Luty - 28 postów. Marzec - 26 postów, czyli opuściłam 5 - jednak tyle samo dni spędziłam w szpitalu z zapaleniem płuc (skutkiem czego wypadły 4 posty) i 1 dni z okazji fałszywego alarmu porodowego. Kwiecień - jak na razie opuściłam 4 posty, wszystkie z powodu hospitalizacji: pierwszy z powodu obserwacji po w/w fałszywym alarmie, a pozostałe z powodu narodzin synka:) Zadanie wykonane:)
Czyli chyba nie jest ze mną tak najgorzej. Zawsze mogło być tak:

Źródło


*wejście po powrocie ze szpitala się nie liczy - dałam radę tylko tyłem i musiałam trzymać się barierki

sobota, 19 kwietnia 2014

"Lulanek"

Do tej pory z przymrużeniem oka traktowałam opowieści o dzieciach, które tylko jedzą i śpią.
No bo przecież jak to? Takie nie istnieją.

Wydawało mi się, że wszystkie noworodki są takie jak mój - nadaktywne i rozwrzeszczane od dnia porodu. Bałam się, że drugi też taki będzie.

A tu zajączkowa niespodzianka - takie dzieci SĄ na świecie. I mnie się właśnie takie trafiło.

Julian ma już pięć dni, ale na palcach jednej ręki można by policzyć, ilu przerw między karmieniami nie przespał w całości.
Nerwy - owszem, zdarzyły się, ale to Andrzejek był prowodyrem. Rozwrzeszczał się w czasie karmienia Julka i zamiast ssania piersi był płacz i wzajemne nakręcanie się - dotychczas mieliśmy dwie takie sceny, po jednej wczoraj i dziś.

Sam Julek to siła spokoju. Nie rusza go zmiana pieluchy, kąpiel, przebieranie, czyszczenie pępka, zabiegi medyczne ani kupa po szyję.
Jeśli żołądek pełen, to problemy nie istnieją. Nawet leżenie na brzuchu jest ok - dziś udało nam się to dwa razy. Za pierwszym razem Julek od razu zasnął, a za drugim na moment chwiejnie podniósł główkę i - a jakże - ululał się znowu. Jeśli już zaśnie, mógłby spać w czołgu w czasie bitwy pancernej. Mój pierworodny nawet wymyślił dla niego ksywkę: "Lulanek" i wyjaśnił, że to dlatego, że "on cały cas tylko lula i lula". Myślę,  że to najtrafniejsze możliwe podsumowanie:)

Tym optymistycznym akcentem kończę, zostawiając Wam najserdeczniejsze życzenia pogodnych i owocnych duchowo Świąt Wielkiej nocy oraz takiego spokoju, jaki na pierwszych zdjęciach "domowych" prezentuje mój młodszy syn:)

Przewijanie? Mama nie musi się spieszyć...

... nawet zdjęcie stópki zdąży zrobić:)

Czy przeszkadza mi flesz?

A co to jest ten flesz?







piątek, 18 kwietnia 2014

Obrazkowo: od brzuszka do maluszka:)

Udało się - znalazłam chwilę. Julian śpi, Jędruś w kąpieli, więc u mnie dziś - z okazji wypadającego na dziś terminu porodu Julka a zarazem moich 29 urodzin -  dzień wspomnień.
A z okazji dnia wspomnień - obiecana wcześniej ciąża w obrazkach:)

Miesiąc I

Wtedy jeszcze nie wiedziałam:)




Miesiąc II





Miesiąc III


USG genetyczne - teraz już wiem, że czekam na chłopczyka...

...który oficjalnie zostaje Julianem:)

12 tydzień ciąży


uzupełniamy wyprawkę po bracie...

...i garderobę mamy:)


Miesiąc IV


Domek Juliana w 16 tygodniu


wybieramy:)

Problemy z tarczycą. Diagnoza: Hashimoto



Miesiąc V


Piąty miesiąc ciąży z Julianem


a tu dla porównania - 5 miesiąc ciąży z Andrzejkiem

Miesiąc VI



Najpiękniejszy moment ciąży
Zaczynam liczyć kopniaki,

 ćwiczyć aqua-aerobik
i dopieszczam wyprawkę:)

Miesiąc VII


Zaczynam szkolenie z rodzenia

choruję na potęgę

już wiem, co to jest rwa kulszowa...

...i jak zaradzić jej w przyszłości

Przesiadam się na fotel pasażera
bo Julian rośnie...

...a jego lokum razem z nim:)


Miesiąc VIII










Miesiąc IX - pożegnanie z brzuszkiem


Skupiamy więcej uwagi na starszaku

Kolejne "niezbędne" rzeczy...

...lądują w torbie do szpitala

Zaliczam fałszywy alarm na porodówce i obserwację na pato. Ustalają mi termin cięcia

Jeszcze tylko ostatnie przygotowania...


...trochę spięć z rodzinką...

...nieco wspomnień...

...ostatnie słit focie...

i już można cieszyć się z nowego członka rodziny:)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...