niedziela, 30 marca 2014

Bagaż dla dwojga - co zabiorę do szpitala;p

Oto moje utorbienie:


Pojedyncze, ale za to pokaźnych rozmiarów - bo spory jest i mój dobytek, który został tam upchnięty. Stoi sobie torba moja w pokoju, gotowa do zabrania w każdej chwili, dzielnie znosi kolejne ataki ciekawskiego dwulatka i śmieje się z każdego fałszywego alarmu, jaki od kilku dni funduje mi młodsza z moich pociech.

Ja wiem, co szpital to obyczaj. Są takie, w których mama nie musi zabierać prawie nic, bo nawet koszulę do porodu dostanie, nie wspominając już o kosmetykach do mycia i wszelkich artykułach higienicznych dla siebie i dziecka. Ale są i takie "zwykłe", w których wszystko trzeba mieć ze sobą.

Ja właśnie taki szpital wybrałam. Wydaje mi się, że to, czego wymaga od pacjentek szpital im. Żeromskiego w Krakowie jest reprezentatywne dla większości polskich porodówek, więc posłużę się ściągą z jego strony. To, co wytłuściłam, znajduje się w poradniku dla przyszłych mam podanym przez szpital. Reszta to mój komentarz i inwencja twórcza:)

Wymagane dokumenty:

  • aktualny dowód osobisty,
  • aktualny dokument ubezpieczenia - teraz już nie jest konieczny (jest system eWUŚ, który załatwia to za nas:p)
  • karta przebiegu ciąży - dobrze mieć też ostatnie KTG, jeśli macie od swojego lekarza
  • wyniki badań: grupa krwi, HBS, OWA, GBS (oryginały).  - o test na HIV, badania dotyczące ewentualnych chorób przewlekłych, aktualną morfologię, cukier i ewentualnie dokumentację z hospitalizacji w trakcie ciąży też mnie zapytano, więc warto takowe ze sobą mieć. Do znieczulenia warto mieć też aktualne próby wątrobowe, elektrolity i badania układu krzepnięcia (każdy szpital oferujący znieczulenie podaje taką listę na swojej stronie) - w różnych krakowskich szpitalach respektują nie starsze niż 3-10dni. Szpital Żeromskiego nie wymaga ich wcale - poprzednim razem zrobiono mi je już po przyjęciu, kiedy przy wpisie zapytałam o możliwość poproszenia o ZZO. Biorę też opis USG z III trymestru i wypis ze szpitala po poprzednim porodzie (są tam opisane przyczyny wykonania cięcia).
  • zapytano mnie też o adres przychodni (do której szpital wysyła kartę szczepień) i nazwisko pediatry, który będzie opiekował się dzieckiem. Warto mieć zapisane.


Rzeczy dla rodzącej:

  • dwie bawełniane koszule (+ jedna "na straty" do porodu. Ja biorę najbardziej sfatygowaną koszulkę męża;p) - najlepiej rozpinane do pasa lub w inny sposób ułatwiający szybkie wyjęcie piersi do karmienia
  • szlafrok - z mojego doświadczenia - ciemny (ja mam granatowy), bo zdarza się zaplamić. Raczej cienki niż puchaty - na porodówkach bywa bardzo ciepło ze względu na noworodki.
  • pantofle,
  • klapki pod prysznic,
  • dwa ręczniki i ręczniki papierowe
  • podpaski bawełniane (np. Bella mama) - poprzednio w szpitalu zużyłam 1,5 opakowania
  • majtki poporodowe - mam 4 szt. siatkowych. Są o tyle praktyczne, że można je przeprać i włożyć jeszcze raz. Aha, nie kupujcie rozmiaru, który nosiłyście przed ciążą, raczej takie, w jakie weszłybyście teraz -po porodzie większość z nas nie jest wiele szczuplejsza niż przed nim. Dla przykładu - u mnie sprawdziły się majtasy w rozmiarze 40-44
  • biustonosz bez fiszbinów - za to z odpinanymi do karmienia miseczkami. Można mieć kilka wkładek laktacyjnych, ale nie zawsze się przydają, zwykle przez pierwsze 2-3 dni mleko wcale nie tryska strumieniami. No i - jeśli macie - gotowy do użycia laktator. W razie czego w szpitalu jest, ale ja tam wolę mieć własny. Można też mieć ze sobą takie żelowe okłady typu ciepło-zimno. Bardzo pomagają w nawale - ciepłe przed karmieniem, zimne po nim. Po porodzie każę też dowieźć sobie rogal do karmienia. Poprzednio, kiedy został mi pożyczony kilka dni po cc, okazał się wybawieniem dla mojego pociętego brzucha:)
  • przybory toaletowe - ja wzięłam wersje mini - kupiłam w Rossmannie takie samolotowe buteleczki i odlałam sobie szampon i płyn go higieny intymnej. Do mycia całego ciała wzięłam (pamiętając wrażliwość zapachową Andrzejka) bezzapachowy żel do mycia dla dzieci - akurat też w wersji mini dostępnej w Rossmannie. Dopakowałam też maść na podrażnione sutki. Na poród sn przyda się też pomadka albo wazelina na spękane usta. Mała rzecz, a sprawiła mi sporą ulgę:). By nie musieć włazić pod prysznic po każdej wizycie w toalecie mam też chusteczki do higieny intymnej - to mój prywatny hit  połogowej kosmetyczce:)
  • sztućce, kubek, talerzyk - wzięłam też malutką buteleczkę płynu do mycia naczyń i myjkę. Zapakowałam też sól i cukier. Szpitalne żarcie bywa wyjątkowo pozbawione smaku.
  • woda mineralna niegazowana - w butelce z dzióbkiem na poród sn i potem co najmniej 1 duża flacha dziennie. Ja zabieram też kilka czekolad mlecznych i białych (na porodówkę) i trochę suchego prowiantu na pierwszą dobę po porodzie. Cesarzowym bowiem "mój" szpital na cały pierwszy dzień oferuje jedynie pół paczki bezcukrowych sucharków - a czymś przecież żyć trzeba.
  • Wszystkie leki, które zażywamy stale
  • telefon, ładowarka, ewentualnie aparat i tym podobne sprzęty. Można wziąć pieniądze - ja nie biorę - nie spodziewam się być w stanie pozwalającym na odwiedzanie sklepiku.


Rzeczy dla dziecka:

  • kilka pampersów -  na początku idzie ich kilkanaście dziennie - biorę całą paczkę "jedynek" i parę "dwójek", bo Julian zapowiada się duży.
  • chusteczki nawilżone - wzięłam 2 paczki - przy starszym szły jak woda. Potem już mniej, kiedy rodzice nabiorą wprawy, ale lepiej mieć. Dodałabym jeszcze krem do pupy - u nas akurat Linoderm z alantoiną.
  • ubranka opcjonalne - wezmę komplecik na zmianę (rampers, skarpeteczki i cienkie body) - gdyby trafiła się jakaś mega-kupa, ale nie boję się korzystać ze szpitalnych. A ciuszki na wyjście dowiezie mi mąż zależnie od pogody. "Mój" szpital zapewnia też rożek lub/i kocyk do wózeczka, więc przez czas pobytu nie trzeba mieć własnych. Wezmę jeszcze 1 pieluchę flanelową i kilka tetrówek na wypadek, gdyby Julek ulewał tak jak jego starszy brat.
  • to już ode mnie: szare mydło lub płyn do prania rzeczy dla dzieci - znów w wersji mini - na wspomniane mega-kupy, ulane mleko albo plamy "połogowe" na maminej bieliźnie. U nas akurat Lovela do koloru. W szpitalach, które mają łazienki ze starego typu umywalkami na korek przyda się też mała plastikowa miseczka na ewentualne przepierki. W "Żeromskim" nie ma takiej potrzeby.
Do tego wszystko, co potrzebne dla osoby towarzyszącej. Dla przykładu moja mama, która towarzyszyła mi dwa lata temu, miała ze sobą ubranie na zmianę, kapcie, jedzenie i dwa termosy z herbatą, dwa notesy i długopisy (gdyby nam się po znieczuleniu chciało grać w okręty;p), mały odtwarzacz CD i kilka naszych ulubionych płyt. Przydało się wszystko oprócz tych notesów;)
A, ważne:

Kiedy chodziłam do poradni przed urodzeniem Andrzejka, poproszono mnie o niemalowanie paznokci - przynajmniej jeden duży paznokieć (dla wygody stojącego za głową pacjentki anestezjologa najlepiej u ręki) musi być "goły" - ich wygląd i kolor pozwalają lekarzom błyskawicznie ocenić stan pacjenta (czyli tu: rodzącej), a kiedy ważna jest każda minuta, nie ma czasu na zmywanie lakieru lub zdejmowanie tipsów.

sobota, 29 marca 2014

Urodziny Jędrusia czyli dżender w praktyce:)

Ze względu na młodszego z moich synów, który średnio raz dziennie straszy mnie, że to JUŻ, nie odważyłam się zorganizować Jędrusiowi takich urodzin, jakie planowałam.
Zamiast więc stać dwa dni przy garach i ślęczeć nocami nad dekoracją i zaproszeniami dla kilkunastu osób, a potem przez ładnych kilka godzin uwijać się przy obsłudze gości, postanowiłam po prostu zapraszać ich kolejno na niezobowiązującą kawę i ciacho.

I tak wczoraj była moja ciocia i mama męża, za tydzień przyjadą moi rodzice i być może jędrusiowa chrzestna matka, o ile jej synek nie będzie chory, a dziś przyjechał do nas mój brat.  I - żeby nie było, że pozbawiamy dziecię jakiejkolwiek radości w związku z jego świętem, upiekłam na tę okazję tort i razem z bratem postanowiliśmy zabrać Jubilata do jakiegoś dziecięcego raju. Padło na Anikino.

Co myślę o tym przybytku? Prawie same ciepłe rzeczy - mnóstwo zabawek dla maluchów, fantastyczna sala dla starszych dzieci (w innych okolicznościach sama bym tam szalała), możliwość skorzystania z usług animatorów, cena nie taka zła - za dwie godziny zabawy w weekend zapłaciliśmy 25zł. Opiekunowie wchodzą za darmochę.

Jedyny minus - to bufet. W ofercie nie ma ani jednej rzeczy, którą można zaproponować dziecku w charakterze dania obiadowego - no, chyba, że ktoś nie ma nic przeciwko karmieniu dziecka czipsami, czekoladą i zupkami chińskimi. A kiedy sama nabrałam ochoty na lody i zerknęłam do zamrażarki - aż mnie zmroziło - tyle śniegu w lodówce nie widziałam dawno, podobnie jak dawno nie widziałam kryształków lodu pochodzących ze skraplającej się pary wodnej po WEWNĘTRZNEJ stronie lodowego papierka. Ciekawe, ile dzieci po takich lodach cierpi na sensacje żołądkowe - moim zdaniem sanepid powinien taki bufet zrównać z ziemią.

A teraz wróćmy do tego, co miłe. Weszliśmy na salę zabaw. Wujek gotów był pomóc Andrzejkowi wspiąć się na wszystko, o czym ten by zamarzył, a Jędrul wybrał... sami zresztą zobaczcie:)





Nieco bardziej męskie zajęcia również w cenie. Wszystkie dostępne jeździdła zostały wypróbowane:)



By nikt nie mówił, że straciłem sportowe zacięcie;p


 Po zabawie wróciliśmy na obiad i tort. Było sto lat, było dmuchanie świeczek -  udało się za pierwszym razem:) Jubilat wtrząchnął kawał tortu i jeszcze pochwalił:) Zrobiłam z tego przepisu w wersji z łyżeczką kakao i szczyptą przyprawy do piernika, a za krem robił serek bieluch roztarty z cukrem pudrem, szczyptą soli, cukrem waniliowym i potraktowany odrobiną żelatyny dla poprawy konsystencji.




A, i na koniec było:  Wuuujkuuu nie idź! Ja cię nie puscę!


A na koniec - żeby nie było, że mamie nic się nie należy:


piątek, 28 marca 2014

Urwis kończy dwa lata:)

Dwa lata temu urodziło mi się takie oto cudo:


Cudo już następnego dnia podniosło wysoko głowę, a jego krzyk położne rozpoznawały na drugim końcu oddziału. W dniu wypisu usłyszałam od  pediatry prorocze słowa: "Skaranie boskie będzie pani miała z tym urwisem".

Teraz wygląda mniej więcej tak:

a w międzyczasie urosło o ponad 30cm, przytyło ok. 7kg, dorobiło się 17 zębów i nawet nieco włosów, przepłakało nawet nie wiem ile godzin, przedreptało pewnie już ileśset kilometrów, opanowało podobną ilość sposobów grania rodzicom na nerwach i owijania ich sobie wokół palca.

Nawet nie próbuję zliczyć wszystkich jego siniaków, psot, zabawnych powiedzonek i dantejskich scen urządzonych bez powodu. Nie ma dnia, żeby jakichś nie było.
Była masa zmartwień, obaw i łez.

I było morze radości. I tyle powodów do dumy - że tak błyskawicznie się rozwijał, tak dobrze szła rehabilitacja, tak świetnie mówi... Dziś na przykład, zapytany, kto jest najlepszym pomocnikiem mamusi, odpowiedział: "Pan Jezus":)

Jędruś już prawie nie płacze - nauczył się z nami kłócić. Jeszcze przed chwilą chciał bawić się swoją cysterną, a na argument, że cysterna już śpi, odpowiedział, że to nieprawda, bo ona nie może zasnąć.
Ale coraz więcej daje sobie już wytłumaczyć. Na spacerze już nie ucieka - bardzo ładnie idzie za rękę i słucha poleceń.

 Polubił książki. Każdą każe sobie opowiadać albo czytać. I nie ma, że mama zmęczona...
Znielubił za to prace plastyczne. Kredki służą teraz do sprawdzania, czy potrafią same stać i wbijania w kulki z maminej plasteliny:)

Nie mogę wyjść z zachwytu nad jego fantazją. Bawi się z wymyślonymi kolegami, gotuje fikcyjny żurek i wyobraża sobie, że garnek i drewniana łyżka to hełm i miecz.
Uwielbia rozśmieszać wszystkich dookoła swoimi minami - szczególnie wtedy, gdy ma jeść albo siadać na nocniku.

Ma bardzo dobrą pamięć - niech no rodzice spróbują nie dotrzymać obietnicy...
Do dziś pamięta, z którego paluszka miesiąc temu pobierano mu krew i jaką maskotkę ma pielęgniarka w gabinecie szczepień, w którym nie był od stycznia.

Wlezie wszędzie. A jeśli nie daje rady, to kombinuje, co by tu sobie podsunąć, żeby jednak wleźć. Zasuwa na hulajnodze. Niepotrzebnie kupiłam czterokołową. Na dwókółce w swoim rozmiarze też śmiało by sobie poradził. Od razu załapał też, o co chodzi z rowerkiem biegowym - może dostanie od dziadzia?

Wciąż kocha pomagać w domu. Ładuje pranie do pralki, kroi sobie banana własnym nożykiem, rozkłada zakupy, wyciera kurze miotełką, myje podłogę mopem i razem z tatą ścieli łóżka.

Coraz lepiej wcina. Sam. Trwa to w nieskończoność, bo mały na głos analizuje każdy kawałek mięsa i nitkę makaronu - ale z pożądanym skutkiem.
No i kontynuujemy prowokowanie mlekiem. W żółwim tempie, ale posuwamy się do przodu - jesteśmy na etapie trzech miarek "zwykłego" mleka dziennie bez sensacji.

Sam się też ubiera. Jasne, że nie włoży sobie bodziaka i nie zawiąże butów, ale z czapką, kominem, kaloszami, spodniami na gumkę i zasuwaną bluzą już sobie radzi. I sam chce decydować, w co się ubierze.

I to nic, że nadal nie umie nazywać kolorów - grunt, że poucza tatę, czy ma ruszać czy stać.
To nic, że, choć zna cyfry, wciąż nie umie liczyć - wie, ile ma nóg i lat i to mu wystarczy.
To nic, że zniechęca się po jednym kęsie jabłka w całości - najważniejsze, że umie gryźć - a do jabłka może się kiedyś przekona.
To nic, że włosy ma jak przeciętny półroczniak, wciąż nie zarosło mu ciemiączko, wymaga regularnych  kontroli u kilku specjalistów, zaplecza szpitalnego przy każdym szczepieniu i kombinacji alpejskich przy układaniu diety.
Jest mój i nie zamieniłabym go na żadne bezproblemowe dziecko.

Sto lat, Andrzejku!
Rośnij mi tak dalej:D
a matka pędzi szykować tort na jutrzejszą imprezę:)


PS. Kochani Czytelnicy - Wy też sprawiliście nam prezent - właśnie dziś, w drugie urodziny Jędrusia licznik Waszych odwiedzin wskazał 50 000 odsłon.
Andrzejek i jego mama dziękują za ten miły dowód sympatii:D


czwartek, 27 marca 2014

Dwa pokolenia zwariowanych mam


Może najpierw ta młodsza - czyli ja;p

Nie opuszcza mnie szał gromadzenia. Do torby "porodowej" dopakowałam właśnie płyn do mycia naczyń i małą gąbeczkę, stojące lusterko i starą koszulkę męża z myślą o porodzie.
Po raz kolejny przeliczyłam też pieluchy tetrowe i stwierdziłam, że - jak na dwóch chłopaków (Jędruś używa ich jako śliniaków) - mamy ich nadal za mało. Ruszyłam więc, by dokupić kilka.
W dwóch "Smykach" (Plaza i Galeria Krakowska) nie było ich wcale, podobnie w dwóch karfurach (znów GK i Czyżyny), a w Mothercare co prawda mieli, ale tylko pakowane po 12sztuk za jedyne 70zł. Ja wiem, że zwariowałam, ale chyba jednak nie do tego stopnia...
W końcu dopadłam kilka pieluszek w niewielkim osiedlowym sklepie dziecięcym w Hucie. Ich jakość pozostawia co prawda co nieco do życzenia (cieniutkie), ale na bezrybiu...
Swoja drogą, jak to się stało, że w takiej "metropolii" jak Kraków tak trudno dostać tak podstawową rzecz?

A teraz pora na przedstawicielkę starszego pokolenia mam. Zadzwoniła dziś do mnie moja własna - zapytać co z tym moim zakażeniem E. coli.
Powtórzyłam jej dokładnie słowa mojego lekarza, a ona na to, że to niemożliwe, po co narażać dziecko na sepsę i truć antybiotykami, najlepiej od razu zrobić cięcie, a w ogóle to powinnam zrobić sobie jeszcze jeden posiew i przeleczyć się recepturowymi gałkami zawierającymi jedyny spośród antybiotyków skutecznych na mojego bakcyla nieszkodliwy dla kobiet w ciąży. To nic, że ten antybiotyk nie jest dopuszczony do użytku dopochwowego, nie ma udowodnionej skuteczności działania miejscowego i jedynym skutkiem jego stosowania w ten sposób może okazać się wywołanie oporności bakterii... Kiedy moja mama nadal nie dawała się przekonać, powiedziałam, żeby kłóciła się z moim lekarzem, bo ja już na to nie mam siły. Jeśli chce, mogę nawet dać jej numer - i skończyłam rozmowę. Nie sądziłam jednak, że ona... to zrobi.
Zadzwoniła do niego. Koniec końców doktor dla świętego spokoju wypisał mi receptę na rzeczony antybiotyk w tabletkach, ale też zalecenie wykonania "prób wątrobowych" - jeśli wyjdą dobrze, mogę zacząć brać. Nie zadowoliło to mojej mamy - przecież miał być w gałkach - i na nic argumenty doświadczonego ginekologa i farmaceuty, który gałki robił... Ech...

środa, 26 marca 2014

Czego to dawno nie było? ;P

Źródło: godmother.pl
Andrzejek podziwia przelatujący za oknem samolot.

A: Ooo, samolot! Będę leciał samolotem. Gdzieś tak o tsynastej.
M: O trzynastej? O trzynastej to może wyjdziesz pojeździć na hulajnodze - jeśli ładnie poprosisz tatusia
A: Chyba jacej (=raczej)będę leciał samolotem.

***

Po obiedzie:

A: A tejaz, mamo, puścis mi "Ctelech pancejnych"
M: Jędrusiu, teraz nie. Widzisz, że mama...
A: Jak to nie?! Byłem gzecny i ładnie zjadłem!

***

Jędruś nie może doczekać się obiecanego spaceru, ale tatuś przeciąga popołudniową kawę i przegląd prasy. W końcu Andrzejek traci cierpliwość, wychodzi do swojego pokoju, wraca ubrany w kaszkiet, wełniany komin, kalosze i z torebką w kształcie koali przewieszoną przez ramię, defiluje tak przez całe mieszkanie i już po chwili próbuje otworzyć drzwi wejściowe.

A: No to idę sobie. Pa.
T: Andrzejku, gdzie idziesz?
A: Do jedynej.*

***

Dziś po kolacji. Rytualne wieczorne przytulasy. Andrzejek kładzie się na ojcowskiej poduszce i wskazuje mi moją.

A: Mama, tu śpij. A ja będę spał tu.
M: A tatuś? Gdzie będzie spał tatuś?

Andrzejek nie wstaje ze swego miejsca, wyciąga tylko rękę za siebie i palcem wskazuje drzwi własnego pokoju i mówi: "O tam. Tam tez jest łózko".

***

Całus na dobranoc, tata zostawia Andrzejka z grającą pozytywką i wychodzi.
Za chwilę z pokoju dobiega coś w rodzaju melorecytacji (pisownia mniej więcej oryginalna):

"Najody, najody, diabła najody, stojące na djodze do scęścia i do zgody. Najooody, najody, najooody"**




*zapewne pod wpływem zbyt dużej dawki pieśni "O mój rozmarynie"
** od wczoraj lub przedwczoraj chłopaki do obiadu śpiewają sobie TO

wtorek, 25 marca 2014

Julian ostatni raz u pana doktora

No i już wszystko wiem.

Dzisiejszy dzień był dość nerwowy - rano byłam w laboratorium po odbiór wyników z bakteriologii, które w piątek nie były jeszcze gotowe. Wyczytałam z nich, że w wymazie z dróg rodnych wyrosła mi bakteria E. coli. Robiłam te wymazy co trymestr i jestem niemal pewna, że to pamiątka po hospitalizacji z powodu zapalenia płuc. Ot, taki prezencik na odchodne.

Muszę przyznać, że mnie to podłamało.
Już zaczęłam tworzyć czarne scenariusze. Na dodatek moja mama nastraszyła mnie sepsą u noworodka - byłam chora od samego słuchania. Z niemałym trudem dożyłam do wizyty bez psychotropów.

Na szczęście mój lekarz to siła spokoju. Powiedział, że skoro nie mam żadnych objawów klinicznych (a nie mam), wyniki moich badań nie wskazują na walkę z chorobą (a nie wskazują), to leczenie teraz może narobić więcej szkód niż pożytku i nie ma co się z nim spieszyć. I jeszcze, że zagrożenia sepsą nie ma, a ja mam po prostu pokazać wynik tego posiewu przy wpisie do szpitala i dziecko po urodzeniu dostanie antybiotyk. I to by było na tyle.

Co zaś do samego stanu położniczego - ważymy sobie razem 63kg (czyli 11,5 kg na plusie), szyjka jeszcze się trzyma, a Julian waży ok. 3400g.
No i najważniejsze - przydały się Wasze kciuki:D Blizna po cięciu jest gruba i dobrze zagojona. Jak na razie - zielone światło na poród naturalny z tym, że jeśli nie poradzę sobie bez wywoływania oksytocyną, konieczne będzie cięcie.
Potem jeszcze zapis KTG. W ciągu 20 minut zapisały się trzy mocne skurcze i pan doktor zapytał, czy mam już spakowaną torbę na porodówkę:)
Dodał, że dobrze by było wytrzymać w dwupaku jeszcze pierwszy tydzień kwietnia, ale jeśli zacznie się wcześniej, to nikt już niczego nie będzie hamował.
Na koniec dał polecił mi jeszcze udać się na KTG do poradni w wybranym szpitalu, dał te oto zdjęcia:



I życzył szczęśliwego rozwiązania:)

poniedziałek, 24 marca 2014

Boję się zostać cesarzową

Mam tremę.
Jutro czeka mnie ostateczna kwalifikacja do sposobu rozwiązania. Lekarz będzie sprawdzał grubość mojej blizny, obecną wielkość Juliana, obwód jego główki i parametry mojej miednicy.

Źródło: supernowości24.pl
Boję się.
Ba, trzęsę portkami.

Boję się, że zostanę skazana na kolejne cięcie.
I, prawdę mówiąc, dziwię się, dlaczego tyle kobiet jest gotowych zapłacić, by rozkrojono je na życzenie - bo boją się bólu. A cięcie to nie ból?
Cholerny ból. Jak diabli.
Kiedy spróbowałam pierwszy raz sama przewrócić się na bok, zapomniałam o 80 godzinach skurczów i trzech próbach oksytocynowych.
Przy wyciąganiu cewnika pomyślałam, że to znacznie gorsze niż skurcze parte przy 6cm rozwarcia.
Pionizacja 10 godzin po zabiegu? Wolę tego nie wspominać. Tak jak pierwszych prób załatwienia się.

Przez trzy dni porodu siłami natury z różnymi komplikacjami dawałam sobie jakoś radę. Przy próbie wstania po cc poprosiłam o morfinę. Podano mi ją. Guzik pomogła.

Przez cztery dni w szpitalu chodziłam niemal zgięta wpół, tymczasem dziewczyny po porodach naturalnych śmigały same po kilku godzinach.

Nie mogłam znaleźć sobie pozycji do karmienia piersią, w której nie bolałaby mnie rana.
To, że w moich piersiach od razu znalazło się dość mleka dla Andrzejka i tak zawdzięczam głównie wcześniejszym próbom porodu naturalnego i trzem wlewom oksytocyny. W moim "segmencie" (pokoju, z którym ja i współlokatorka dzieliłyśmy łazienkę) leżały jeszcze dwie dziewczyny po cięciach planowych - ich dzieci musiały być dokarmiane mm. Moja produkcja była wystarczająca mimo słabego odruchu ssania u młodego, ale w walce o ten odruch ssania i tak musiała nas po wyjściu wspomagać dyplomowana doradczyni laktacyjna.

Na dodatek odebrano nam to szczęście, które mają kobiety rodzące naturalnie - dwie cudowne godziny przytulania skóra do skóry, karmienia, podziwiania, poznawania się... Dostałam Jędrusia już na sali - wytartego, ubranego - a to nie to samo...

Ile mnie bolało po porodzie? Nawet nie pamiętam. Miesiąc na pewno, a zmiany pogody czuję w bliźnie do dziś.

Dwa lata temu miałam luksusowe warunki, by się regenerować. Teściowa specjalnie wzięła urlop, żeby mnie odciążyć. Moim jedynym obowiązkiem było wtedy karmienie i przewijanie dziecka. Jednego dziecka.
Teraz teściowa również zaoferowała swoją pomoc, ale z uwagi na termin porodu (Wielki Piątek), nikt jej w pracy nie da dwóch tygodni urlopu na raz:( Dobrze, że mąż może teraz większą część pracy wykonywać w domu, ale 2-3 dni w tygodniu musi jednak w pracy spędzić, a z praw przysługujących młodym tatusiom korzystać nie zamierza, bo boi się, że mu podziękują.

Ech, kochane Cesarzowe, jak to było w Waszym przypadku?

niedziela, 23 marca 2014

Tak przy niedzieli

Źródło: jadwiga.info
Wcześniej, kiedy Jędruś był małym diablątkiem, nie mogło być o tym mowy.
Teraz, kiedy zdecydowanie się wyciszył i naprawdę sporo można mu już wytłumaczyć, kusi mnie, by wrócić do tematu. Szczególnie po tym, co na własne oczy zobaczyłam podczas naszej wczorajszej wycieczki:)

Oboje z mężem jesteśmy praktykującymi katolikami. Mąż jest bardziej skupiony i systematyczny, ja bardziej roztrzepana i niecierpliwa, ale oboje jesteśmy zgodni, że dzieci chcemy wychowywać w wierze. Nawet, jeśli współcześnie jest to niepopularne - ale bez zmuszania i nacisków, ale tak, by ta wiara i zasady były dla nich czymś zupełnie naturalnym.

Pamiętam jak sama nie znosiłam nabożeństw majowych. Dłużyły mi się niemiłosiernie, nie mogłam tyle wyklęczeć. To samo było z październikowym Różańcem i Drogą Krzyżową w Wielkim Poście, a nawet przydługimi kazaniami na "zwykłych" Mszach. Albo mnie nosiło, albo przysypiałam, ale nie zniechęciło mnie to do Kościoła jako takiego.  Bo w domu ta wiara i religijność zawsze były - ale nikt nie sterczał nade mną i nie przyklejał mi na tablicy serduszek za odbębnienie określonych praktyk. W moim domu była dyskusja nad Pismem Świętym i zachęta do modlitwy własnymi słowami. Niedziela to było u nas święto, a wyjście na Mszę się celebrowało - tak, by dla wszystkich było to przyjemne. Wybieraliśmy zwykle którąś z krótkich Mszy rannych, a kiedy brat był mały - taką specjalną z kazaniem dla dzieci. Po Mszy była jakaś wspólna aktywność rodzinna. Wycieczka rowerowa, pieczenie ciastek, prace plastyczne, film w telewizji - jeśli akurat leciało coś wartościowego. I dużo, dużo rozmów. I o to chodzi. Żałuję tylko, że tak rzadko uczestniczył w tym wszystkim mój tata. Tatę - choć zawsze był wierzący - na klęczkach poza kościołem pierwszy raz zobaczyłam jako nastolatka. Sprawami naszego wychowania religijnego zawsze kierowała mama, a pomagał jej w tym jej stryjek, który był księdzem. Takim ciepłym, serdecznym i dowcipnym, umiejącym w ciekawy sposób przemycać mądre treści.

 U męża w domu było podobnie - jego mama też zadbała o jego religijną formację. I nawet odbywało się to podobnie jak u nas:)

Sami też już zaczęliśmy działać i od dawna oswajamy Andrzejka z kościołem. Zachodzimy tam czasem na spacerach, pokazujemy Pana Jezusa i Matkę Bożą. Andrzejek, z tego, co zauważyłam, dużo lepiej czuje się  - i zachowuje - w starych kościołach. Te nowoczesne (jak nasza parafialna Arka Pana) raczej do niego nie przemawiają. Chyba ma to po mnie:) W domu mamy Biblię dla dzieci - prosto napisaną i z ładnymi ilustracjami. Często ją sobie oglądamy i opowiadamy. Mamy też kilka książeczek z modlitwami dla dzieci. Synek umie już się przeżegnać, zna na pamięć "Aniele Boży" i "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Staramy się modlić co wieczór. Raz pójdzie bardzo dobrze, a raz mały zaśnie zanim zaczniemy albo nie ma nastroju i odmawia współpracy. Nie naciskamy, bo nie chcemy, żeby modlitwa kojarzyła mu się z przymusem. Ale wszystko wskazuje na to, że Jędruś lubi rozmawiać z "Bozią" - czasem nawet przerywa zabawę, spontanicznie klęka na środku pokoju i zaczyna recytować którąś ze stałych modlitw:) Lubi też słuchać pieśni religijnych. O dziwo bardziej tych tradycyjnych niż tych młodzieżowo-oazowych.

Na Mszy ostatni raz jednak był... na własnym Chrzcie, w wieku dwóch miesięcy.
I teraz, obserwując zmiany w jego zachowaniu, zastanawiam się, czy nie wrócić do tematu.
Mamy w parafii Msze dla dzieci. A gdyby nie podobało mu się "u nas" - w pobliskich Czyżynach, gdzie kościół z lat 30. XX w  bardziej przypomina kościół niż prom kosmiczny, też takowa jest. Andrzejek jest wygadany, ostatnio nawet ciągle prosi, by mu coś opowiadać, chłonie wiedzę. Może warto spróbować?
W razie czego przecież zawsze można wyjść.

sobota, 22 marca 2014

Sielanka:)

Co się odwlecze, to nie uciecze. Ostatnio wycieczkę do Sanktuarium MB Szkaplerznej w Czernej udaremniła nam pogoda, ale dziś się udało.
Cudne słońce, miły wietrzyk, ciepło... kiedy wyjeżdżaliśmy z Krakowa, uliczny termometr wyświetlał 28 stopni :)
Piękny początek wiosny w miłym towarzystwie i urokliwym miejscu... czegóż chcieć jeszcze:)

Co mnie zaskoczyło - Karmelici otaczają kultem proroka Eliasza. U wejścia na teren klasztoru można napić się wody ze źródełka jego imienia. Jego wizerunek znajduje się nawet w ołtarzu głównym kościoła w Czernej. Na płaskorzeżbach sceny z życia proroka. Kształt fontanny nawiązuje do kruków, które żywiły proroka w czasie jego pobytu na pustyni.


Kapliczka św. Anny

Kapliczka św. Anny


Aleja św. Józefa


MB Szkaplerzna. Mam ogromny sentyment do tego wizerunku. Żałuję, że nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, ale nie chciałam przeszkadzać innym w kościele

Muszę też pochwalić Andrzejka.
Podczas ostatnich naszych wypraw do Tyńca i Pieskowej Skały zachowywał się skandalicznie, a dziś...
  1. nie tylko nie wybuchnął wrzaskiem na widok spotkanych zakonników, ale nawet z nimi porozmawiał, 
  2. pani, która się do niego uśmiechnęła, podał rękę i powiedział "dzień dobjy"
  3. w kościele przed ołtarzem klęknął, pięknie się przeżegnał i - kiedy coś mówił - to tylko szeptem:) 
  4. Zadowolił się swoim obiadkiem i bez protestów przyjął do wiadomości, że nie może dostać loda
  5. Czekając, aż tatuś wyjdzie z księgarni, grzecznie zajął się oglądaniem książeczki o modlącej się Ani.


Wywietrzony, wybiegany, wymodlony, więc zadowolony:)

piątek, 21 marca 2014

Szaleństwa przyszłej mamy

Źródło: foto.recenzja.pl
Coś mi się ostatnio stało w główkę. Nosi mnie już od jakiegoś czasu.

Drażni każde rozsypane ziarenko cukru na blacie i plamka na podłodze.

Rzeczy dla Juliana czekają - ubranka poprasowane leżą w poszwach, żeby się nie zakurzyły, a ja panikuję, czy nie uprać ich jeszcze raz - w końcu tyle już leżą.

Łóżeczko i gondola wózka w Krośnie czekają na sygnał, że rodzę. I choć mam obiecane, że na takowy rodzice natychmiast wrzucą je do auta i się u nas zjawią, a złożenie łóżeczka to 15minut roboty, trzęsę się, że nie zdążą.

W pogotowiu są też adaptery do fotelika na ramę wózka, sam fotelik z bazą iso-fix, dostawka dla Andrzejka gotowa do montażu, laktator, pojemniki do mrożenia mleka i cała masa innych rzeczy.

Materac wywietrzony na dziesiątą stronę, a ja dalej czuję nieuchwytny dla innych chemiczny zapach pokrowca.

Torba od ponad tygodnia leży spakowana, a ja codziennie sprawdzam jej zawartość z listą, bo ciągle mam uczucie, że czegoś ważnego zapomniałam.

Dziś przyniosłam z Rossmanna niemal miesięczny zapas pampersów "dwójek" (swoją drogą polecam - z kartą Rossne zarejestrowaną na ciężarną jest ponad 8zł zniżki na paczce po 94szt.)  Musiałam dwa razy obracać, obsługa patrzyła na mnie jak na wariatkę, a mąż tylko lamentował, że już nie ma gdzie upychać;p

Nawet przed urodzeniem Andrzejka tak nie wariowałam.
Wszystkie zalecone badania do porodu zrobione, ale i tak zastanawiam się, co jeszcze powinnam mieć, zeby w razie czego NA  PEWNO nie odmówili mi zzo.

Wszystkie konsultacje specjalistyczne zaliczone, a ciągle martwię się, czy  nie powinnam iść jeszcze raz do endokrynologa.

Z zamrażarki naszej i mamy męża już wysypują się zapasy na "pierwsze tygodnie", a ja ciągle zastanawiam się, czy na pewno nam to wystarczy...

I tak ze wszystkim - a na koniec jeszcze lamentuję, że nie wyrabiam i jesteśmy w ciemnej d....
Biedne te moje chłopy :/

czwartek, 20 marca 2014

Starszym być

Jędruś uwielbia oglądać zdjęcia z USG Juliana. Kiedy idę do lekarza, nie zaśnie, dopóki nie wrócę. Rzuca się na mnie już przy wejściu do mieszkania i tonem w rodzaju "pieniądze albo życie" mówi: "Pokazać Andzejowi zdjęcia Julianka pjosę!" .
Dopiero kiedy on zasypia, mogę zrobić tym zdjęciom zdjęcie, przesłać rodzicom no i pokazać Wam;p

Dziś Andrzejek mnie zaskoczył. Nie sądziłam bowiem, że dwulatka stać na abstrakcyjne myślenie, a on...zaczął mi opowiadać, że jak Julianek się urodzi, to on, Jędruś, będzie bujał go w bujaczku i jeździł na dostawce, a wózek odda Juliankowi. Plótł w tym tonie jeszcze dobrą chwilę, ale byłam tak zaskoczona, że dalej nawet nie starałam się rejestrować. Ale teraz, jak tak sobie o tym myślę, to dociera do mnie, że chyba każde starsze dziecko przygotowywane w jakiś sposób na przyjście młodszego rodzeństwa podobnie to przeżywa.

Choć było to dawno temu, mam jeszcze pewne przebłyski pamięci z czasu, kiedy sama miałam zostać starszą siostrą.
Miałam wtedy sześć lat, byłam jedyną jedynaczką na "podwórku" i było mi z tego powodu bardzo źle. Moja koleżanka mieszkająca naprzeciwko miała siostrę młodszą o dwa lata. Kiedy byłyśmy małe, one ciągle się biły, kłóciły i latały na siebie skarżyć, ale jedna za drugą by w ogień skoczyła.
Psiapsiółka mieszkająca ze mną płot w płot była z kolei najmłodsza z trójki dzieci. Miała brata starszego o trzy lata i siostrę starszą o sześć lat. Jak ja im zazdrościłam...

Z tamtego czasu pamiętam w zasadzie tylko mamę w łóżku. Moja mama nie ruszała się stamtąd, bo jej ciąża była zagrożona, odkąd w piątym miesiącu mama potknęła się i spadła ze schodów. I tak cud, że mój brat to przeżył.
Pamiętam, że bardzo chciałam mieć siostrę, a mama tłumaczyła, że nie wie, co się urodzi, ale chłopczyka też trzeba kochać.

A potem pamiętam niemowlaka. Był strasznie słodki, co chwilę całowałam go w łysą łepetynę.
Podczas jego Chrztu nie dałam się posadzić w ławce - razem z rodzicami i chrzestnymi Kuby stałam twardo przed ołtarzem. Zgadnijcie, kto zapalał świecę? Nawet stając na palcach i wyciągając się jak struna nie sięgałam do knota paschału, podsadził mnie wtedy nasz wspólny - mój i brata - ojciec chrzestny:) Pamiętam też, że to właśnie na chrzcinach rodzice pierwszy raz dali mi na ręce trzymiesięcznego wtedy Kubka. I że miał na sobie pajacyka z niebieskiego pluszu:)

Mama mówi, że Kuba jako maluch był we mnie wpatrzony jak w obrazek i że to mnie najlepiej szło usypianie go i podawanie mu łyżeczką tartego jabłka. Jeśli to prawda, to szkoda, że nie udało mi się powtórzyć tego samego z moim własnym synem, ale cóż, u nas w karmieniu bezkonkurencyjny jest tatuś:)

Następne przebłyski świadomości mam z czasów, kiedy mój braciak miał dwa-trzy lata. Moja mama miała takie zaufanie, że pozwalała nam iść bez opieki do sklepu albo do kościoła kawał drogi od domu. I chodziliśmy - na swoje własne i moje szczęście Kubek był przeciwieństwem Jędrusia i dzieckiem spokojnym do bólu. I uroczym - miał rysy delikatne jak dziewczynka i złote loczki na potylicy. I ze wszystkiego się śmiał.

Potem było kubine przedszkole. Do młodego często przychodzili koledzy, a że tata chciał mieć spokój, a mamy ciągle nie było, to na mnie spadało organizowanie im zabawy. I tak robiłam im konkursy, tory przeszkód, czytałam bajki i podsuwałam plastelinę:) I chyba musiałam to lubić, bo nie pamiętam, żebym narzekała. Przynajmniej wtedy;p

Potem młody poszedł do szkoły. Innej niż ja, na drugim końcu miasta, ale blisko domu dziadków, którzy codziennie go odbierali. Rozpuścili go jak dziadowski bicz - przede wszystkim w kwestii samoobsługi - przyzwyczaili go, że zawsze wszystko dostanie pod nosek - i to tylko to, co sobie zażyczy. Ja w domu nie miałam tak fajnie i ciągle miałam pretensje, że młody jest lepiej traktowany, wyręczany i  obskakiwany przez wszystkich, więcej mu wolno, nikt nie zgania go z komputera i nie zmusza do chodzenia na gimnastykę korekcyjną.

Parę lat wiecznych kłótni i... poszłam na studia. W domu bywałam rzadko i tęskniłam za wszystkimi - łącznie z Kubą. I chyba właśnie wtedy znów powoli zaczęłam się z nim dogadywać.

Teraz dzieląca nas różnica siedmiu lat, która kiedyś wydawała się ogromna, zaczęła się zacierać. Ja mieszkam w Krakowie, a mój brat tu studiuje. Czasem do nas zagląda. Zawsze fajnie nam się gada. Jędrula go uwielbia i rzuca się na niego już od progu:)
Kuba jest jego ojcem chrzestnym.
I choć wcześniej nawet nie zmienił żadnemu dziecku pieluchy, nie odmówił zajęcia się Andrzejkiem, kiedy ja musiałam iść do endokrynologa, a nie miałam z kim go zostawić. Jakoś dali sobie radę:)
Zrewanżuję się, kiedy on będzie miał własne dzieciaki.

Fajnie mieć rodzeństwo. Szkoda, że nie mam go więcej. Siostra by się jeszcze przydała;p

Dream team:)

środa, 19 marca 2014

Tempus fugit



Sporo się u nas ostatnio dzieje. Poród zbliża się wielkimi krokami i napięcie, jakie towarzyszy kolejnym zmianom jest już coraz bardziej odczuwalne. Udziela się już nie tylko nam, ale i Andrzejkowi.

Niektóre zmiany , jak przemeblowanie, specjalnie odkładamy na ostatnią chwilę. Dlaczego? Dla Andrzejka, żeby w czasie mojego pobytu w szpitalu nie miał kiedy zatęsknić za mamą. No i żeby miał swój udział w przygotowaniu kącika dla brata. W końcu tatuś, dziadzio i wujek bez jego pomocy sobie nie poradzą;p

Inne przełomy już się dokonały. Mój mały psotnik dorasta i dojrzewa. Z jednej strony zrobił się bardziej łasy na mamine czułości, ale z drugiej stał się znacznie bardziej samodzielny. Ba, nawet sam to podkreśla i mówi, że on jest już "duzy" i będzie sam jadł/ubierał się/szedł na spacerze/kroił sobie banana/ścielił łóżko:)
No i nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobił nam scenę z płaczem i waleniem pięściami w podłogę - od mojego powrotu ze szpitala nie było ANI JEDNEJ. Zamiast tego, coraz młody rozwija sztukę prowadzenia sporów. Wczoraj, kiedy odmówiłam mu lizaka i zaproponowałam zamiast niego kawałek jabłka, powiedział do mnie: "Spadaj". Chyba pora ograniczyć wizyty na placu zabaw;p

Niemal z dnia na dzień nastąpiły też zmiany w wymowie. Czasem nawet Andrzejkowi udaje się wymówić "sz" czy "ż", ale generalnie miejsce dziecięcego zmiękczania zajęło równie urocze dziecięce seplenienie:)

Podjęłam też w końcu męską decyzję. Poszłam do przychodni najbliżej nas i złożyłam deklaracje - do pediatry w imieniu Andrzejka i do lekarza rodzinnego w imieniu własnym. Andrzejkowi na szczęście nic teraz nie dolega, więc wygląda na to, że swoją nową panią doktor pozna dopiero 3 kwietnia na bilansie dwulatka. Chociaż z drugiej strony... znając jego niechęć do wagi, stetoskopu i nowych osób zastanawiam się, czy nie warto poznać ich ze sobą wcześniej;p

Kolejne cały czas są w toku. Właśnie kształtuje się nasz nowy rytuał zasypiania. Bujanie w spacerówce odeszło już do przeszłości - udało się je zastąpić wieczornymi przytulasami z mamą. Potem jest mycie ząbków i przemarsz do łóżeczka, gdzie Jędruś ładnie zasypia, ale tylko przy tacie.
Teraz pracujemy więc nad tym, żeby zasypiał całkiem sam, ewentualnie przy mnie lub babci. Ale najgorsze już za nami:)

A reszta? Reszta nastąpi, kiedy urodzi się Julek i jest nie do przewidzenia, więc nawet nie próbuję;p

wtorek, 18 marca 2014

Ostatnia prosta

Tak, kończymy ósmy miesiąc oczekiwania na Julka. Jeszcze tylko jeden dzieli mnie od zastanawiania się, czy płacze, bo mu zimno, czy dlatego, że chce jeść:)
A tymczasem od ostatniego miesiąca dużo się działo...

Julian nieco się uaktywnił. Kopie więcej i  częściej, nawet w czasie, kiedy jestem aktywna.Zgadnijcie, czego najbardziej nie lubi;p Do szaleństw brata nadal mu jednak daleko.

Brzuch rośnie w tempie niesamowitym. Włożenie pończoch uciskowych urasta do rangi wygibasów.
Rośnie też biust. Nie mieszczę się już w staniki z czasów nawału po urodzeniu Andrzejka. Konieczna była kolejna kosztowna wymiana. Ciut statystyk:

Waga: jakieś 11-12kg na plusie (startowałam z 51,5). Nie wiem dokładnie, ale dowiem się za tydzień na wizycie u lekarza.
Biust: 95cm - noszę rozmiar 70H (startowałam z 65E)
Brzuch: 106cm (w ciągu 5 miesięcy przybyło 21)
Biodra: 92cm (od początku bez zmian)

Samopoczucie? Zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz fantastyczne, innym razem mogłabym nie wstawać z wyrka przez cały dzień. Dobrze, że jest Jędruś, bo czasem tylko on zmusza mnie do jakiejś aktywności.
Swoje lenistwo sama przed sobą usprawiedliwiam przebytym niedawno zapaleniem płuc, pobytem w szpitalu, faszerowaniem antybiotykami i sterydami i szlabanem do końca  ciąży na basen i jakiekolwiek grupowe zajęcia z gimnastyki.
A kiedy staram się w domu powtarzać ćwiczenia ze szkoły rodzenia... przybiega do mnie z jakimiś swoimi problemami... mój dwuletni, jasnowłosy pretekst, by nie ćwiczyć;p I tak kondycja leci na łeb na szyję:/

W ostatnim tygodniu pojawiły się skurcze przepowiadające. Chciałabym wierzyć, że faktycznie przepowiadają one rychły poród, ale... poprzednio miałam je od 7 miesiąca, a urodziłam w 42 tygodniu.
Tym razem, ze względu na "stan po cięciu cesarskim" lekarze raczej nie pozwolą mi czekać tak długo i zarządzą zakończenie ciąży najpóźniej w terminie. No cóż, zobaczymy. Jestem dobrej myśli:)
 Ginekologicznie na szczęście wszystko jest dobrze. W szpitalu codziennie robiono nam zapisy KTG - kiedy tylko nie kaszlałam, wychodziły bez zarzutu;p
Julian jak zwykle wygląda na sporo starszego, w USG przy wyjściu ze szpitala został oceniony na 37 tydzień. Nie przeszkodziła mu ani moja choroba, ani prawie tydzień na szpitalnym wikcie;p

Teraz jak na zbawienie czekam na kolejną wizytę u lekarza. Na poprzedniej pan doktor wstępnie ocenił moją bliznę po cięciu - i ocena ta wypadła dobrze. Na kolejnej ma się odbyć ostateczna ocena połączona z kwalifikacją do porodu naturalnego lub planowego cięcia. Nie chcę znów zostać cesarzową...

A na koniec - kadry z historycznego już ósmego miesiąca;p

Ostatni portret Julka



Szpitalne reminescencje




i obowiązkowa, jak zwykle kapitalnej jakości, słit focia z komórki;p


poniedziałek, 17 marca 2014

Dar

Autor: Stanisław Wyspiański, źródło obrazu: google
Od zawsze wiedziałam - będę mamą. Będę miała dzieci. Nie dziecko - dzieci.
Co najmniej dwoje.
A jeśli Bóg nie da mi własnych, to i tak będę je miała - adoptuję.
To przekonanie było ze mną zrośnięte przez lata, zupełnie naturalne, tak jak potrzeba jedzenia czy spania.
W odpowiednim momencie Bóg postawił na mojej drodze człowieka, który myślał i czuł dokładnie tak samo. Mojego najlepszego przyjaciela, a dziś męża i ojca moich dzieci.

I nie wiem, na jakiej podstawie - może właśnie z powodu naszej gotowości do przyjęcia KAŻDEGO dziecka - praktycznie od razu dostaliśmy nasze własne.

Teraz jestem mamą.
Mam dwóch synków przy sobie i jedno dziecko w niebie.
Każde z moich dzieci kocham. Każde jest dla mnie cudem i darem.

Pierwszej ciąży nie zdążyłam przeżyć w pełni. Za szybko się skończyła, zostawiając po sobie pustkę po stracie najbliższej osoby i rozczarowanie, że ominęło mnie wszystko, co w oczekiwaniu najpiękniejsze.

W nagrodę dostałam kolejną ciążę. Trudną, ale pełną wszystkiego, czego nie zdążyłam doświadczyć wcześniej. Cieszyłam się z bolesnych kuksańców w żebra. Jak głupia cieszyłam się z bólów porodowych.
Przeżyłam długi i trudny poród, którym rozpoczął się długi i trudny etap wychowania mojego syna.
I za każdym razem, kiedy pomyślałam sobie, że mam go dość, a jego problemy mnie przerastają, działo się coś, co natychmiast stawiało mnie do pionu. Tak było po jego pierwszym szczepieniu, po uderzeniu z pełnego biegu w barierki naszego balkoniku i wtedy, kiedy majaczył i leciał mi przez ręce w czasie ostatniej biegunki. I dzisiaj, kiedy wróciłam z zakupów i zauważyłam na jego skroni wielką śliwę - tuż przy zewnętrznym kąciku oka...

Ponad rok później Opatrzność postanowiła wypróbować nas kolejnym darem. Tyle, że tym razem kompletnie przez nas nieplanowanym - bo nie to mieszkanie, nie te finanse...
...NIE TEN MOMENT...
Jeszcze nie złapaliśmy przecież oddechu po problemach zdrowotnych pierwszego, a ja wciąż karmiłam piersią, coraz bardziej wykończona dietą eliminacyjną. Na dodatek Jędruś był taki absorbujący, taki mały i taki dziecinny...
Kiedy tak sobie lamentowałam, jacy to my jesteśmy biedni, Góra straciła cierpliwość - skoro tak, skoro nie chcecie to  zabieram swój prezent.
Dopiero wtedy się opamiętaliśmy. Że przecież chcemy, kochamy, tylko nie odchodź...
Nie odszedł. Nastraszył jeszcze parę razy, ale został. Chciałam nawet dać mu na imię Maciej - czyli właśnie "Dar od Boga", ale mąż tym razem postanowił przeforsować własną propozycję. Najważniejsze, że jest z nami i najpóźniej za miesiąc się poznamy.

niedziela, 16 marca 2014

Wróciły

Towarzyszyły mi niemal od początku, bo od szóstego tygodnia obecnej ciąży. Wtedy pojawiały się po większym wysiłku i przypominały słabszą wersję bólów porodowych. Przerażało mnie to, przy każdym epizodzie w panice dzwoniłam do lekarza. Z ich powodu musiałam bardzo zwolnić, brać tony leków i patrzeć na żałosną minę synka, który chciał tylko bawić się z mamą tak jak zawsze do tej pory. Trwało to kilka tygodni - na szczęście ustąpiły.

Potem pojawiły się niespodziewanie w czwartym miesiącu. Kilka silnych twardnień całego brzucha pod rząd. Znów serducho w gardle, badania w szpitalu. I znów więcej szczęścia niż rozumu - rozeszło się po kościach.

Dziś wróciły. Wybrały sobie ciekawy moment, by dać o sobie znać - akurat byłam w kościele.
Potem było ich jeszcze kilka, jeden wręcz bolesny.

Skurcze - tym razem już przepowiadające.
Tym razem bez strachu, w końcu miesiąc przed terminem to już normalne.
Nawet się z nich cieszę. Świadczą o tym, że już naprawdę niedługo:)

Julian, wytrzymaj jeszcze półtora tygodnia, żeby nikt nad tobą nie wydziwiał, żeś niedonoszony, a potem - zapraszamy. 
Wszystko gotowe, a starszy brat już przebiera nóżkami żeby lulać cię w foteliku:)

Źródło: dobra-rada.pl

sobota, 15 marca 2014

W czasie deszczu dzieci się (nie) nudzą

Dziś miała być wycieczka krajoznawcza. Mój mąż, jako wielbiciel zamków i klasztorów, postanowił zabrać nas tym razem do klasztoru Karmelitów w Czernej, znanego przede wszystkim z łaskami słynącego wizerunku MB Szkaplerznej.
Przeszkodziła nam aura.

Wobec paskudnej pogody trzeba było zająć się czymś w domu. Na szczęście odmieniony Andrzejek sam zorganizował sobie rozrywkę. Wystarczył drewniany traktor z przyczepą do przewozu konika i kartonowa książeczka, która, w zależności od potrzeb, stawała się stajnią lub garażem. Pod wrażeniem ostatniej wizyty na stacji benzynowej, Jędruś postanowił urządzić własną - i zatankował traktorek za pomocą dystrybutora zaimprowizowanego z własnego buta - rozwiązane sznurowadło fantastycznie pełniło rolę węża. Ma chłopczyna fantazję:)


Jako, że w ramach przygotowań do wycieczki, całą robotę domową odwaliliśmy wczoraj, dziś mieliśmy masę wolnego czasu. Mąż zajął się pracą, a ja i Andrzejek postanowiliśmy stworzyć jakieś wiekopomne dzieło;p Potrzebne były:
  • farby
  • arkusz papieru 
  • łatwe do uprzątnięcia atelier
  • łatwa do wyczyszczenia odzież ochronna
  • artysta z natchnieniem:)
W naszym wydaniu wyglądało to tak:


Ostatnie malowanie farbkami odbywało się w sposób przewidziany przez producenta - Andrzejek nabierał trochę danego koloru na palec i maział po papierze. Tym razem zaczął podobnie, ale dość szybko wpadł na inny pomysł -wylał sobie całą zieloną farbkę na podłogę, w powstałej kałuży maczał pudełeczko i odbijał na nierozmokniętej części papieru. Kawałek dzieła na szczęście dał się uratować. Oto efekt naszej pracy:



A tu pranie odzieży ochronnej;p


Kurki to nowa Ulubiona Zabawka. Andrzejek wie już, z którego leci jaka woda i próbuje sam regulować temperaturę:)

A potem był jeszcze mecz piłki nożnej między Jędrusiem, tatusiem i wujkiem. Ratuj się, kto może:D

piątek, 14 marca 2014

Wielki sukces i wielka porażka

Źródło: zdrowie.dziennik.pl
Dziś dwie wiadomości - dobra i zła. Od której zacząć?

Może od złej.
Od tygodnia przeprowadzamy (zaleconą przez alergologa po optymistycznych wynikach testów) prowokację mlekiem. Zakupiliśmy więc Bebilon 3 i do dzieła: najpierw jedna miarka dziennie przez trzy dni, potem przez kolejne trzy - dwie... No i klops. Od jutra w jędrusiowym śniadaniu miały znaleźć się już 3 miarki "zwykłego" mleka. Tymczasem wczoraj za uszami młodego pojawiła się czerwona pokrzywka. Natłuszczałam porządnie przez cały dzień i dziś rano po wysypce ani śladu - więc młody znowu dostał dwie miarki "nowego mlecusia". Ale po szybkim wglądzie w zawartość dzisiejszej pieluchy wygląda na to, że o "nowym mlecusiu" możemy zapomnieć przez kolejne parę miesięcy:( Buuu...
Po szybkiej konsultacji telefonicznej z lekarką dostaliśmy takie dyspozycje: na trzy kolejne dni wrócić do jednej miarki "zwykłego" mleka dziennie. Jeżeli zawartość pieluchy wróci do normy, kontynuujemy prowokację. Jeśli jednak nie będzie poprawy albo kupsko się pogorszy - następne próby za trzy miesiące. Przy zaostrzeniu skórnym - powtórka za pół roku.
I marną pociechą jest to, że w takim wypadku całe pozostałe mleko dostanie się mnie do wyjedzenia łyżeczką...

A teraz dobra wiadomość. Ba, wspaniała:)
Oby nie była to przedwczesna radość, ale dzisiaj Jędruś zasnął w swoim łóżeczku w kilka minut:D
I to całkiem sam, zupełnie bez płaczu. Hurra!

czwartek, 13 marca 2014

Patyczak w ciąży - "komplementy" z ostatnich dni:)

1. Przedwczoraj w ulubionym lumpku...

"A po co pani taki płaszczyk, nawet tydzień go pani nie ponosi"

2. ...i u lekarza (na razie wciąż tego samego) 
po recepty na mleko dla młodego

"Pani Olu, ale panią wybrzuszyło do przodu! Pewnie zaraz pani rodzi? W kwietniu? A to niech się pani nie przejmuje, drobne kobietki tak mają"

3. Wczoraj w osiedlowej drogerii

Ola (po standardowych kurtuazjach na powitanie): Proszę mi pokazać największą kosmetyczkę jaką pan ma:D
Sprzedawca (wyciąga naprawdę sporą): Proszę bardzo, większych już nie mam:)
W sklepie jest gorąco, zanim zareaguję, potrzebuję chwili na wyrównanie oddechu i chyba robię dziwną minę, bo sprzedawca z niedowierzaniem pyta: Jeszcze większą?
O: Nie trzeba, ja tylko ledwo zipię;p
S: Nooo, nie dziwię się, pewnie się pani spieszy z zakupami?
O: No, ekwipunek wypada kompletować. Niby jeszcze miesiąc, ale nigdy nie wiadomo...
Mina sprzedawcy - bezcenna.

4. Dzisiaj w ulubionym warzywniaku 
(za mną dłuuuga kolejka)

Sprzedawczyni: Ooo, pani jeszcze nie urodziła? I tyle dźwiga?!
Ja: dopiero za miesiąc.
S: No, a już się bałam, że karetkę będziemy wzywać...

Gdzie jest booobas?

Tu jest:)

środa, 12 marca 2014

Z dzieckiem w sklepie

Źródło: babyhuddle.com
Od dawna już planowałam taką wyprawę, ale, jak to zwykle bywa - ciągle wypadało "coś".
Dziś w końcu się udało - wybraliśmy się na poszukiwanie dostawki do wózka.

By nie jechać w ciemno, najpierw obdzwoniłam największe krakowskie sklepy dziecięce. W jednym nie mieli dostawek wcale, w drugim owszem, ale musielibyśmy taszczyć nasz wózek, bo nie prowadzą już tego modelu (zdziwiło mnie to, bo to jeden z popularniejszych na krakowskich ulicach), dopiero w trzecim była i dostawka i wózek do testów.
Na szczęście niezbyt daleko od nas.

Komu w drogę, temu trampki - ruszyliśmy, zaliczając przy okazji pierwszą "rodzinną wyprawę" naszą nową furą. Jędruś szaleje z radości. Nigdy wcześniej tym autem nie jechał i wszystko mu się podoba.

Sklep... dwukondygnacyjny moloch obok krakowskiego aquaparku. Zaraz przy wejściu - a jakże, wystawka najmodniejszych i najdroższych zabawek. Co za szczęście, że Jędrula nie chodzi jeszcze do przedszkola i nie uważa, że nie kupując mu tego całego plastikowego szmelcu narażamy go na wykluczenie z grupy rówieśniczej...
Idziemy na piętro, do działu z wózkami i fotelikami. Zaczepiam młodzieńca, który wygląda na sprzedawcę, a on pokazuje nam pokazowy egzemplarz dostawki, przywozi "nasz" wózek i komunikuje, że musimy radzić sobie sami, bo ich jest dwóch na całe piętro, muszą rozładować dostawę, a jeśli się nie zdecydujemy, to zostanie z niczym... po czym ulotnił się. Nie ma to jak podejście do klienta;p
Przy egzemplarzu pokazowym nie ma instrukcji montażu. Mąż musi radzić sobie sam. Jędruś nudzi się i przeszkadza, więc zabieram go na stoisko z rowerkami. To kolejna pozycja na naszej liście zakupów, więc warto wypróbować. "Testujemy" kolejno trójkołowca na pedały i dwa rowerki biegowe - na dwóch i czterech kołach. Jędrusia najbardziej wciągnęła jazda na biegowym dwukołowcu. Po krótkim oswajaniu rozpędzał się już do sporych prędkości i ciężko mi było za nim nadążyć. Nie zniechęciło go nawet kilka wywrotek. Mówił tylko "nic nie śkodzi" i wśród stęków usiłował wstać, ale pomocnej dłoni przyjąć nie chciał.
Potem zobaczył coś, co sprawiło, że rowerek poszedł w odstawkę - hulajnogi. Z kilkunastu modeli podetknęłam mu pod nos plastikowego czterokołowca. Teraz już nie potrzebował nawet się oswajać. Od razu ruszył pełną parą.
W końcu nadeszła Głowa Rodziny - udało się, można próbować. Jędrula wskoczył na dostawkę, złapał brzeg gondoli i tak panowie przejechali kilka okrążeń. Potem była moja kolej. Muszę przyznać, że dostawka mi się spodobała. Nie zmniejsza komfortu prowadzenia wózka (przynajmniej na kaflach w sklepie) jest zwrotna i nie kopie się jej przy chodzeniu. No i zainteresowanemu przypadła do gustu:) Byliśmy zdecydowani - kupujemy. Niestety - sprzedawcy ani widu ani słychu. Nie pofatygował się nawet, by pokazać nam, gdzie odstawić wózek - sami łaziliśmy po sporej przestrzeni i szukaliśmy luk w zwartych szeregach innych pojazdów. I wtedy powiedziałam do męża, że ja mam w nosie taką obsługę, kupimy na allegro, a oni niech się wypchają swoją uczynnością.
I tak zaoszczędziłam , bo znalazłam aukcję, na której ta sama dostawka (Lascal Buggy Board Maxi) kosztowała o Kazimierza Wielkiego mniej:)

Na tym jednak nie koniec historii. Przez cały dzień Jędruś dopominał się bowiem, by kupić mu rowerek i hulajnogę. Ostatecznie stanęło na tym, że hulajnogę dostanie na urodziny, a co do rowerka musi dogadać się z dziadkiem (który zapalonym cyklistą jest i już planuje, jak to będzie razem z wnukiem na dwóch kółkach jeździł po świecie). Tak zamknęliśmy temat roweru, ale przed kolacją:

A: Tata, ja musę iść do śpitala.
T: Andrzejku, do szpitala się idzie, kiedy się jest chorym, z ty jesteś zdrowy.
A: Nie. Ja jestem chojy!
T: Ooo, a na co jesteć chory?
A: Jestem chojy... chojy na hulajnogę!

No więc hulajnoga już zamówiona (że używka, tego młody nie musi wiedzieć, grunt, że taka sama jak ta ze sklepu), a urodziny już za niewiele ponad dwa tygodnie.

A na koniec - trochę wiosny pod naszym blokiem:)


Właśnie tak "pozujemy" - mama zamknęła oczy, a uwagę Jędrusia mąż utrzymał przez całą setną sekundy;p

wtorek, 11 marca 2014

Inny dzień - inne nastroje

Jak to dobrze, że wczorajszy wieczór już za nami, bo taki jak dzisiejszy to u nas prawie święto:)
Pogoda piękna. Do Andrzejka przyjechała moja ciocia - ta, którą kiedyś przeraził swoim zachowaniem (o czym pisałam TU). Tym razem Jędruś był dla niej niesamowicie miły, aż nie mogłam uwierzyć. Nawet za rękę dał się jej prowadzić i bawił się z nią w piaskownicy:) Ale najlepszą zabawą było siłowanie się z rowerkiem dla znudzonych rodziców. Tu mała próbka:

)

W ogóle odkąd w piątek wróciłam do domu, oczy przecieram ze zdumienia, jakie mam pogodne dziecko - do mamy się nie przykleja, wszystkim się cieszy, i - nie licząc wczorajszego usypiania - ani jednego ataku histerii. Dobrał się co prawda do moich próbek maści na sutki i za jej pomocą zrobił sobie na głowie coś na kształt irokeza, ale w porównaniu z jego wcześniejszymi możliwościami...

Potem w ciągu kilku godzin zjechali się kurierzy ze wszystkim, co zamówiłam - najpierw przybyła baza pod julianowy fotelik, potem nowy przewijak, a na końcu materac dla mojego młodszego bobasa.
Baza, o taka:



Andrzejka zbytnio nie zainteresowała - z początku myślał, że to siodło dla kowboja i usiadł na niej, ale szybko wstał i stwierdził, że jest niewygodna.
Przewijak - rany, ile było radości:) Mam nadzieję, że ten (pozwoliłam mu wybrać wzór, wybrał kremowy z żyrafą) nie podzieli losu swojego poprzednika. W każdym razie, kiedy Jędruś go zobaczył, położył go na podłodze i przytulił się do niego zanim jeszcze zdążyłam zdjąć folię.

Zdjęcie z aukcji allegro, na której kupiłam przewijak

 Reakcja na materac była dokładnie taka sama. Dla Juliana zamówiłam model sprawdzony na moim pierworodnym, ale wiadomo - co nowe to nowe.

Na koniec dnia zostawiłam sobie zakupy ciuchowe. Ponieważ na spacerze gotowałam się już w swoim ukochanym filcowym płaszczyku, postanowiłam nie odkładać wizyty w lumpku. I tak oto za 50zł stałam się właścicielką wygodnej beżowej kurtki w quasi-wojskowym fasonie, ładnego trenczyka z ciemnobrązowego dżinsu, dwóch eleganckich bluzek w sam raz na końcówkę ciąży i okres karmienia oraz dwóch bodziaków w rozmiarze 62 (sprzedawczyni nie chciała spuścić ceny, ale pozwoliła mi wziąć sobie rabat "w naturze";p)

No i najlepsze.
Dziś Jędrula zasnął sam w łóżeczku. No, prawie.
Posłuchałam waszych rad (DZIĘKI) i wjechałam mu na ambicję - w końcu duzi mężczyźni śpią sami we własnych łóżkach, a nie jak dzidziusie w wózeczku. Jędrula postanowił, że tanio skóry nie sprzeda i sam wdrapał się na wózek. Mąż udał, że się na to godzi, polulał go kilka razy i przełożył do wyrka, po czym dał ulubioną poduchę i siedział z nim aż do skutku. Całkiem bez płaczu się nie obyło, ale w porównaniu z dniem poprzednim - niebo a ziemia. Trwało to około pół godziny, ale w końcu młody usnął. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Może tak pomału skracając czas bujania stopniowo uda się pożegnać z wózeczkiem? W każdym razie za nami pierwszy krok we właściwym kierunku:D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...