piątek, 28 lutego 2014

Za miesiąc dwa lata:)

I znów podsumowanie - tym razem dwudziestego trzeciego miesiąca z życia mojego urwisa:)
Co u niego? Teoretycznie nowości niewiele.
Statystyk nie podam, bo mały nie był w ostatnim miesiącu mierzony ani ważony. Chorować, dzięki Bogu, już przestał i odzyskał dawny animusz. AZS się nie zaostrzyło, a dieta wróciła do normy. Zębów nadal jest 17, a ubranka w rozmiarze 86-92.

Powtórzyliśmy w końcu testy alergiczne, a one potwierdziły moje przypuszczenia - Jędruś powoli wyrasta ze swoich alergii pokarmowych. Nadal co  prawda wychodzi w badaniu uczulenie na białko jaja kurzego, ale alergia na białka mleka krowiego teoretycznie zanikła. Po konsultacji telefonicznej z naszą panią alergolog od przyszłego tygodnia wznawiamy prowokacje mlekiem.

Powoli na nowo oswajamy się z nocnikiem. I choć po ostatniej biegunce Jędruś nie zaczął ponownie się do nocnika załatwiać, to jednak za spory sukces uważam to, że nie tylko daje się wysadzać, ale nawet sam o to prosi i ściąga sobie spodenki. Może więc powoli, małymi kroczkami wrócimy do tematu.

Ruchowo - jest super. Andrzejek biega, tańczy, podskakuje, zeskakuje, wspina się, robi zwisy, a nawet próbuje robić "jaskółkę" i naśladować tatę w robieniu brzuszków. Ma niesamowity zmysł równowagi, potrafi utrzymać się, stojąc palcami każdej stopy na brzegu innego mebla. I może to autosugestia, ale wydaje mi się, że już nie koślawi nóżek. Zobaczymy, co powie pani dr od rehabilitacji, wizyta już w kwietniu.

Ma też coraz lepszą pamięć. Potrafi rozpoznać na zdjęciu osoby, których nie widział kilka miesięcy i wymienić ich imiona. Pamięta, w który paluszek kłuto go tydzień temu i jaką nagrodę dostał za to, że był dzielny. Trzeba uważać, co mu się obiecuje. Jeśli obietnica dotyczy danego lub następnego dnia, można być pewnym, że będzie się dopominał o jej spełnienie.
Zaczynamy grać w memory - na razie 4 do 6 par obrazków układam najpierw "prawą stroną" do góry, by mały się przyjrzał, a potem odwracam. Jedną lub dwie pary zwykle znajduje od razu. Potem zwykle młody traci zainteresowanie.
Nowej piosenki złożonej z dwóch-trzech zwrotek, jeśli słyszy ją np. przy każdym posiłku, jest w stanie nauczyć się w ciągu dwóch dni, a potem "śpiewać" ją z nami na wyrywki.

W odstawkę poszło rysowanie i inne prace plastyczne. Nie zmuszam. Ma w tej chwili inne "pasje". Uwielbia gotować. Codziennie wyciąga garnek, drewnianą łyżkę i robi "bajścik" i "piejogi", a potem zamęcza wszystkich, by ich próbowali.  Lula też misia w bujaczku i gasi pożar stołu swoim resorakiem imitującym wóz strażacki.
Nadal nie potrafi też moje dziecię nazywać prawidłowo kolorów (robi to na chybił-trafił) i liczy po swojemu. Zna nazwy wszystkich cyfr, ale kolejność ich wymieniania zależy chyba od fazy księżyca;p Nie umie też narysować chyba żadnej zamkniętej figury, a kredki służą ostatnio do układania tęczy i labiryntów:) Nic to. najważniejsze, że kolory świateł drogowych ma w małym paluszku;p

Gadanie? Gdzieś czytałam, że dwulatek powinien dysponować zasobem ok. 300 słów. Nie mam pojęcia, jak fachowcy to wyliczyli, ale w ciągu ostatnich paru dni spróbowałam spisać te, których używa mój syn. Same tylko podstawowe formy, nie licząc odmian (ale wliczając formy zdrobniałe i wyrazy dźwiękonaśladowcze np. kaczka-kaczuszka-kwakwa liczę jako 3 słowa) przestałam liczyć, kiedy doszłam do 500 i końca nie było widać. A mój mały poprawnie odmienia przez osoby i przypadki, używa już właściwie wszystkich części mowy, buduje zdania wielokrotnie złożone, zadaje coraz bardziej skomplikowane pytania.
Umie wyrazić swój stosunek, do tego, co czuje, widzi lub słyszy ("ładne", "piękne", "bzidkie", "głupie", "śmiejdzi"etc.)
Wykłócając się o swoje racje, zaczyna używać prostych argumentów - na razie raczej takich typu: "bo ja chciem" albo "bo nie i juź", ale to już coś.
Potrafi sam wydeklamować czterowersową rymowankę, ale tylko z własnej woli. Poproszony nie zrobi tego za nic.

W ogóle zrobił się strasznie nieśmiały. Przy obcych woli trzymać się rodziców. Zaczepia właściwie tylko starsze panie i dzieci, wszystkich innych musi najpierw dłuuugo "obwąchiwać" - potrzebuje kilku spotkań lub co najmniej dwóch godzin, żeby się oswoić. Niełatwo do niego trafić - i mam wrażenie, że z miesiąca na miesiąc ta nieufność nasila się coraz bardziej.  A czeka nas w najbliższym czasie zmiana pediatry... na bilans dwulatka Jędruś pójdzie już do nowej lekarki. Czarno to widzę i zastanawiam się, jak mam to rozegrać. Może jakieś filmy uda mi się nagrać, żeby jej pokazać, bo jak inaczej uwierzy mi, że moje dziecko umie coś więcej niż chować się za rodzicami, mówić "nie" i się drzeć. Na razie udało mi się zarejestrować tyle:



No więc następnym razem - pierwsza wizyta u nowej pediatrzycy, prowokacja mlekiem (i być może ciastem na żółtku, ale o tym na razie sza) i - mam nadzieję - kolejne postępy w rozwoju Dwulatka:)

A tymczasem ciut Jędrusia w obrazkach;p







czwartek, 27 lutego 2014

Ja nieee mam co na siebie włożyyyć...

Podreptałam z rana na umówione spotkanie z moją położną środowiskową. Ostatecznie postanowiłam nie kombinować, tylko zapisać się do tej, która i tak "obejmuje" teren mojego osiedla. Tak się złożyło, że położne stacjonują w tej samej przychodni, co lekarz endokrynolog, który kiedyś poratował mnie w potrzebie (pisałam o tym m.in. TU i TU). Świat jest mały:)
Babeczka okazała się sympatyczna, dała mi książeczkę z planem porodu do wypełnienia i fajną teczkę na medyczne papiery dziecka, którą póki co zawłaszczyłam dla siebie, by ogarnąć nieco bajzel w ciążowych papierach;p Spotkanie w zasadzie ograniczyło się do wypełnienia deklaracji i swobodnej rozmowy na temat moich oczekiwań wobec porodu i wobec niej. Kiedy usłyszała, że chciałabym po prostu, żeby po porodzie przyszła zobaczyć, jak sobie radzimy, była mocno zdziwiona, a kiedy usłyszała, dlaczego, zdziwiła się jeszcze bardziej i zapewniła, że ona na pewno nie zostawi nas na lodzie.
Trzymam za słowo!:)

Kiedy  rano wychodziłam z domu, było okropnie zimno. Wybrałam się więc w kożuchu i kozakach. Kiedy półtorej godziny później wychodziłam od położnej, myślałam, że się ugotuję. Wróciłam do domu, wyciągnęłam swoje jedyne dwie pary półbutów i... no właśnie, w jednych nie dałam rady chodzić, bo obcas już dla mnie za wysoki, a w drugie, takie pseudoadidasy, już się nie zmieściłam.
A jeszcze w listopadzie były dobre...
No nic, kozaki z powrotem na nogi, przejściowy płaszczyk na grzbiet (pominę już fakt, że niedługo i w nim będę się gotować, a nie mam nic lżejszego, w co weszłabym razem z Julianem...), w tył zwrot i do CCC naprzód marsz.
Z kupowaniem butów uwinęłam się szybko - wzięłam pierwsze czółenka, które nie odstraszyły mnie wyglądem, nie powaliły ceną i okazały się wygodne. Chciałam wracać, kiedy jednak w czasie przymiarki człapek spojrzałam na swoje pończochy uciskowe (o tym, jakie i dlaczego noszę pisałam TU), one, najżałośniej jak umiały, pisnęły: "chcemy na emeryturę". Zadzwoniłam do męża, by upewnić się, że nie musi nigdzie pilnie wyjść i pojechałam na stare śmieci - do apteki, w której odbywałam mój staż po studiach i poznawałam tajniki kompresjoterapii. Wyszłam stamtąd zadowolona, że spotkałam dawne koleżanki, bogatsza o dwie pary pończoszek Veery, ale uboższa o 130 złotych. No cóż, nawet na starych śmieciach nie ma nic za darmo... Dobrze, że choć 4% rabatu po starej znajomości;p

Potem jeszcze tylko kolejna apteka i kolejne złote w plecy - witaminy, magnez, żelazo i leki na tarczycę też nie spadają z nieba. Pocieszam się jedynie tym, że to najtańsza apteka w okolicy, a w innej wydałabym co najmniej dychę więcej:/

No i powrót do domu, a tam... chrust i pączki od teściowej. W dodatku moje ulubione, z różą i cukrem pudrem...Twardo obiecałam sobie, że zjem tylko jednego pączka - i tu słowa dotrzymałam. Gorzej, że w kwestii chrustu nie pozostałam tak stanowcza. Jakoś tak po jednym wsunęłam cały wielki talerz. Ciekawe, czy Julkowi smakowało...

Bilans:
-ponad 300zł w plecy
-trochę czasu poza domem (w tym fajne pogaduchy z koleżankami)
-zaklepana wizyta położnej po porodzie i porządek w ciążowych papierach;p




-chwilowo mam w czym chodzić




-nie chcę nawet myśleć, ile pustych kalorii w żołądku (to ten talerz obok rajstopek na zdjęciu wyżej;p)



środa, 26 lutego 2014

Z ostatniego tygodnia czyli Jacek, Madzia i tajemnice dwulatka

Źródło: godmother.pl
Sprzątam w łazience, Andrzejek biega po mieszkaniu, więc drzwi mam otwarte, żeby go co jakiś czas doglądać . W pewnym momencie słyszę, że otworzył lodówkę i tłucze się butelkami z olejem.
M: Andrzejku, chodź do mnie, będziemy segregować pranie
A: Pocekaj, źłotko. Nie tejaź.

***

Na podłodze leżą porozwalane klocki.
A (do taty, wskazując na nie palcem): Źjób poziądek!
Tata tylko się zaśmiał.
A: Źjób, pjosię!
T: A kto zrobił ten bałagan?
A: Andziej...
T: No więc KTO powinien posprzątać, skoro to ANDRZEJ zrobił bałagan?
A: Tatuś!


 ***

Rano...

A: Mama, mama, Jacek będzie dzisiaj pjał ubjanka Andzieja?
M: Jaki Jacek?
A: No, pjalka!

W porze podwieczorku...

A: siądę na Monice, a ty, mama, daj mi kisiel! - i władował się do krzesełka do karmienia.

Potem jeszcze mył podłogę "Madzią" (mop) i lulał w bujaczku Julianka (lalkę).

Czy wasze dzieci też tak "chrzciły" przedmioty?


***

Dziś przed spaniem Andrzejek uklęknął obok taty, pięknie się przeżegnał (ach to dziecięce przejęcie;p) i wydeklamował:

"Wsiśtkie nasie ciemne śpjawy
Psyjm litośnie Bozie pjawy.
A gdy będziem zasipiali
Niech Cię nawet sien naś chwali"

wtorek, 25 lutego 2014

Gin

Dziś miałam kolejną wizytę u ginekologa. I tak naprawdę dopiero dziś poczułam, jak blisko już do spotkania z moim drugim synkiem. 33 tydzień. Łał, już 33! Jeszcze siedem, a może jeszcze pięć...

Po analizie wyników (wszystko w normie) i szybkim badaniu na fotelu - USG. Akcja serduszka, przepływy, ważenie dziecka, pomiar ilości wód płodowych - wszystko ok. No, może tylko waga Juliana trochę mnie przestraszyła - 2400g. Ciekawe, ile będzie pod koniec...
Potem było pamiątkowe zdjęcie i to, na co przede wszystkim czekałam - wstępna ocena blizny po cesarskim cięciu. Doktor powiedział, że na razie blizna jest gruba i wygląda solidnie. Jeśli na wizycie za cztery tygodnie nie będzie wielkich zmian, dostanę szansę na poród siłami natury. Jupiii!!! :)

Na koniec jeszcze tylko wyjaśnienie, jakie badania mam zrobić, czas na pytania, pomiar ciśnienia i ważenie dwupaku;p
Dwupak waży 61,5kg - od początku ciąży przybyło więc 10kg - mogłoby być lepiej, ale nie ma tragedii.

Jeśli nic niepokojącego nie będzie się działo, na następną wizytę mam zgłosić się za miesiąc. Wtedy też będę miała zrobione badanie KTG, jednak wcześniej chyba udam się na nie do szpitala, w którym będę rodziła. Ot tak, żeby potem, w razie tłoku na porodówce, nie odesłano mnie jako nie swojej pacjentki.
A na koniec jeszcze portrecik śpiącego Julianka,


 na widok którego Jędruś zapytał: "A ciemu on nie ma ciółka?";p

poniedziałek, 24 lutego 2014

Przyszła mama obdarowana:)

To lubię. Ze szkoły rodzenia wróciłam dziś z trzema siatami prezentów:)

Znalazło się tam kilkanaście rozmaitych poradników nafaszerowanych "lokowaniem produktu" oraz to, co lubię najbardziej - próbki:)

Mamy więc wkładki laktacyjne trzech różnych producentów (Lansinoh, Lovi i Johnsona), saszetkę lanoliny na brodawki, dwa malutkie opakowania Sudocremu, trzy smoczki-uspokajacze Lovi, dwie pary skarpetek z logo "Diagnostyki", mleczko do ciała i płyn do mycia 3w1 Johnsona, po saszetce płynu Lovela do białego i proszku Jelp do koloru, a także po jednej pieluszce "jedynce" z Dady i Tesco loves baby.
Fajnie - będzie można przetestować, porównać.
Kosmetyki Johnsona są w przktycznych małych buteleczkach, będę mogła wziąć je do szpitala i wypróbować na sobie. W proszku Jelp upiorę następne pranie Andrzejka - zobaczymy, czy jest wart swojej ceny sklepowej. Najbardziej ciekawa jestem tych pieluszek z Tesco. Są w korzystnej cenie, ale po jednej sztuce ciężko stwierdzić, czy dobre. Miałyście może do czynienia? Bo papmki i Huggiesy drogie są, a u nas delikwentów do pieluchowania będzie dwóch:/

Ponadto dostałam dwa kupony na darmowe fotoksiążki (zarejestrujemy się oboje z mężem i zrobimy dla obu synków), kartę rabatową na zabawki Fischer Price i nowy numer "Twojego Maluszka"(jeszcze nie przeglądałam, więc nie wiem, czy sensowniejszy od "Mam dziecko". Obawiam się, że nie, ale darowanemu koniowi...). Przynajmniej będzie co czytać jutro w kolejce do lekarza;p

Na zdjęciu poniżej część łupów. Sesja pozostałej części (co najmniej drugie tyle) została wstrzymana, bo pełne światło zapalone do zrobienia zdjęcia prawie obudziło śpiącego w sąsiednim pokoju Andrzejka. Ale wprawne oko zauważy, że zanim usnął, zdążył się jeszcze dorwać do literatury;p


niedziela, 23 lutego 2014

Piecz z Andrzejkiem?

Od dawna nie piekłam nic dla nas - naszło mnie dzisiaj na coś innego niż kruche bez jajek w ilości dla krasnoludka. W zeszycie babci odgrzebałam jeden z moich niegdyś ulubionych przepisów. Nawet - co dziwne - wszystkie składniki miałam w domu.

Oto receptura:
5 jaj
30 dag cukru
25 dag mąki
25 dag miękkiego masła
75 ml mleka'
4 duże jabłka
10 dag orzechów włoskich (zmielić w młynku do kawy)
1 łyżeczka kakao
1 łyżeczka cynamonu (ja dałam pół na pół cynamon i imbir)
sok z jednej cytryny
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
szczypta soli
tłuszcz i bułka tarta do tortownicy
mąka do oprószenia jabłek

A teraz sposób wykonania:

Wysmaruj tortownicę tłuszczem i wysyp bułką tartą. Jeśli chcesz mieć trochę sprzątania - pozwól to zrobić Andrzejkowi.

Obierz jabłka, pokrój na cząstki, skrop sokiem z cytryny. Pilnuj, żeby Jędrula nie zadławił się łupkami, które w międzyczasie wyjada. I żeby nie właził do piekarnika.

Masło utrzyj z cukrem, cukrem waniliowym i solą na puch. Uspokój Jędrusia, który boi się dźwięku miksera - przenieś imprezę do łazienki (łatwiej ją posprzątać) i pozwól działać młodemu pokoleniu. A kiedy młode pokolenie już się znudzi, daj mu na odczepnego trochę masy do wylizania, żeby pozwoliło ci dokończyć. Cały czas ubijając, po jednym dodawaj jajka.
UWAGA! Jeśli nie chcesz potem leczyć zaostrzenia AZS pilnuj, żeby od tej pory młode nie podjadało.

Mąkę i proszek do pieczenia przesiej przez sito (tu dzieć będzie miał frajdę, a ty kolejne sprzątanie) i zmieszaj z ciastem, cały czas pilnując, by dzieć nie podjadał lub nie wyskoczył z okna z rozpaczy, że więcej nie dostanie.

Całość podziel na dwie równe części. Jedną zostaw tak jak jest (ale wysoko, żeby Andrzejek nie zeżarł), a do drugiej dodaj mielone orzechy, cynamon, kakao i tyle mleka, by konsystencje obu części były podobne.

Wytłumacz dziecku, że teraz nie może ruszać ciasta i przełóż je (ciasto) do tortownicy - można kombinować z ułożeniem ciemnych i jasnych warstw, ale ja chciałam mieć to jak najszybciej za sobą, więc wlałam całe ciemne, ułożyłam oprószone mąką kawałki jabłek, zalałam jasnym ciastem i poszło się piec w 175 stopniach przez długie 50 min. odganiania dziecia od pieca.

Podsumowując:
czas wykonania ciasta (nie licząc pieczenia):
  • bez dziecka - góra 30minut
  • z dzieckiem - półtorej godziny
sprzątanie po pieczeniu
  • bez dziecka - 10minut
  • z dzieckiem - ponad pół godziny 
radocha:
  • bez dziecka - 100%*
  • z dzieckiem - 100%* dla mamy, 100% dla dziecka - razem 300%**
Miała być jeszcze polewa, ale ciasto się jej nie doczekało:)






* Jeśli ciasto się uda. Ale mnie do tej pory zawsze się udawało
**byłoby 400% gdyby udało się jeszcze zrobić zdjęcia bez ryzyka wywołania zaostrzenia AZS;)

sobota, 22 lutego 2014

Babcine rozpuszczanie

Andrzejek ma to szczęście, że ma dwie babcie. I to dwie świetne i po uszy zakochane w nim babcie.
Jak wszystko jednak, również i ta sytuacja ma swoje wady. Jakie?

Babcia ze strony mamy
Kiedyś "Baba Goła", dziś po prostu Babcia Gosia. Jędrulka widzi rzadko, tylko wtedy, kiedy rodzinnie zjedziemy do Krosna albo kiedy ona sama przyjedzie do nas na dzień lub dwa  - zwykle nie częściej niż co miesiąc. Jędruś jest, póki co, jedynym wnukiem Babci Gosi, za dwa miesiące przybędzie jej drugi, ale prawdopodobnie za kilka lub kilkanaście lat będzie miała ich więcej - o ile mój brat się dobrze sprawi;p Na razie jednak Jędruś nie ma konkurencji i skrzętnie to wykorzystuje, zagarniając babcię tylko dla siebie. A ona jest wtedy tak szczęśliwa, że nie odmawia mu absolutnie niczego. Przychyliłaby mu nieba, nie wymaga od niego żadnego posłuszeństwa, przymyka oko na alergie, zachwyca się absolutnie wszystkim, co mały zrobi, nawet jeśli solidnie napsoci. Da mu wszystko, o co poprosi, nawet samowar i zabytkowe żelazko "z duszą". Po dwóch dniach spędzonych z babcią nie możemy dojść z młodym do ładu przez kilka dni.

Babcia ze strony taty
Mieszka w tej samej klatce co my, tylko piętro wyżej. To sprawia, że zagląda do nas codziennie lub prawie codziennie. Na dodatek mój mąż jest jedynakiem, więc wnuków będzie miała tylko tyle, ile on jej ich przysporzy. Dwa - trzy razy w tygodniu babcia po mieczu zabiera Andrzejka na jakąś godzinę do siebie lub idzie z nim na spacer. Z początku, kiedy odbierałam od niej moje dziecko, dziwiłam się, jak grzecznie się przy niej zachowuje. W końcu odkryłam jednak powód: małemu się to zwyczajnie opłaca. Za każdym bowiem razem Jędruś od babci coś dostaje. A to fajna czapka, a to wiatraczek przyczepiany do wózka, a to kolorowe pudełko na kredki... Tu muszę jednak zwrócić jej honor - nigdy nie są to beznadziejne chińskie zabawki, modne gadżety albo podłej jakości słodycze. Mama męża, za każdym razem, kiedy ma wątpliwości, czy może czymś poczęstować Andrzejka, konsultuje się ze mną. Ale... tylko w kwestii alergii. Bo zwykle ma to miejsce wtedy, kiedy zdążyła już obiecać młodemu, że coś dostanie, a on stoi przy niej i patrzy na nią wzrokiem kota ze Shreka.
W efekcie nie pamiętam, czy kiedykolwiek wrócił od babci z pustymi łapkami, albo czy mama męża pojawiła się ostatnio u nas bez choćby paczuszki z eko-wędlinką dla wnusia. Żeby jeszcze wręczyła to mnie lub mężowi - nie, wręcza Andrzejkowi, mówi, że to specjalnie dla niego. Tak się zastanawiam, kiedy się doigra i usłyszy magiczne: "a co mi przyniosłaś?"
Ciekawe, czy to wystarczy jako otrzeźwienie? Jak ja mu potem wytłumaczę, że babcie trzeba kochać za to, że są, a nie za prezenty i pozwalanie na wszystko?

Obie andrzejkowe babcie prosiłam już, żeby mi go nie rozpuszczały. Do pierwszej nie dociera - rozpuszcza go, kiedy tylko stracę ich z oczu. Wiem, bo Jędrula póki co nie opanował jeszcze sztuki dochowywania tajemnicy. W drugim przypadku skutek był taki, że mama męża nie pojawiała się u nas przez kilka dni, za to, kiedy już przyszła - to z workiem książeczek dla wnusia. To było w zeszłym tygodniu. Od tamtej pory Jędrula zdążył wzbogacić się o nową czapkę, dwa bodziaki, dresik, pudło ciastek korzennych, nowe kredki i plastikowe pudełko na nie. Mam jakieś szanse?




piątek, 21 lutego 2014

Wyprawka i pierwsze tygodnie - jak nie zbankrutować

Do planowanego końca ciąży zostało mi niespełna dwa miesiące, a nadal nie mogę powiedzieć, że wszystko mam już dopięte na ostatni guzik. Do dokupienia mam jeszcze trochę drobiazgów i parę rzeczy moim zdaniem ważnych, jednak, robiąc wyprawkę po raz drugi, mam już pewne własne spostrzeżenia - choćby na temat: jak nie zbankrutować.

Nie byłabym chyba sobą, gdybym pominęła taki temat. Jestem nim żywotnie zainteresowana nie tylko dlatego, że nie śpię na pieniądzach, ale też dlatego, że nie lubię rozstawać się nawet z tymi, które mam. Większość wydatków mam więc skrupulatnie zaplanowaną, by dać sobie czas na przemyślenie każdego z nich. Oto moje wnioski.

Na czym WARTO oszczędzać
  1. na ubrankach. Moja oszczędność tutaj jest najbardziej widoczna - Dla Jędrusia kupiłam na allegro paczkę używanych ubranek w najmniejszych rozmiarach (56-62-68). Za duże pudło markowych ciuszków zapłaciłam w sumie niecałe 200zł. Trochę miałam też pożyczonych, ale nawet gdyby nie to, tymi, które kupiłam, spokojnie oblecielibyśmy pierwsze pół roku. Znalazł się tam nawet zestaw wystarczająco elegancki, by wystąpić w roli garniturka na Chrzcie - kolejne kilkadziesiąt złotych mniej:) Dla Juliana mam cały karton ubranek po starszym bracie. Dokupiłam tylko trochę w zamian za te, które się podniszczyły, na zasadzie sztuka za sztukę. Spora siatka ubranek w sh w sumie niecałe 50zł
  2. Na pościeli dla dziecka. Prześcieradełka, ochraniacze na szczeble, śpiworki etc. można samemu uszyć. A jeszcze taniej wyjdzie kupić używane:) No i w życiu nie kupiłabym np. kocyka za ponad 100zł tylko dlatego, że jest z sowami i minky
  3. Na wyprawce szpitalnej dla mamy i artykułach higienicznych. Tak - połóg też kosztuje. Ale znajdując tanią aptekę można w tym czasie oszczędzić całkiem sporo. A poza tym czy specjalna koszula do karmienia jest w czymkolwiek lepsza od zwykłej rozpinanej na guziczki albo takiej z gumką przy dekolcie? Nie ma sensu kupować od razu np. kapturków na piersi - kosztują od kilkunastu zł w górę, a może wcale ich nie użyjesz?
  4. Na wózku. Zadbany, po jednym dziecku, może kosztować 3 razy mniej niż ten sam model z fabryki. Ja dla Jędrusia upolowałam Tako Jumper X 2w1 za 450zł;p (do tego dostałam gratis od komisu fotelik) Spokojnie obleci jeszcze kolejne dziecko.
  5. Na zabawkach. Na początku i tak dziecko ich nie potrzebuje. Potem wystarczającą ilość plastiku zniosą Wam rozmaici goście. A dziecko tak samo ucieszy się, gdy dostanie do ręki woreczek albo kawał szeleszczącego papieru.
  6. Na gadżetach. Po co w małym mieszkaniu elektroniczna niania? Po co zdrowemu dziecku monitor oddechu? Termometr elektroniczny? Nie jest zbyt wiarygodny. Może to i nie ta wygoda, ale najbardziej sensowne wyniki uzyskuje się termometrem rtęciowym w pupie. Zamiast "specjalnej" lampki wystarczy zwykła biurkowa, zamiast dziecięcych ręczników - zwykłe, byle miękkie i nie sztuczne, zamiast pięknych szmatek do ulewania - tetrowa pielucha... przykłady można by mnożyć w nieskończoność
Na czym MOŻNA oszczędzić, ale w granicach rozsądku
  1. Na kosmetykach i środkach piorących. Polecam tańsze odpowiedniki - np. apteczną maść (z receptą 8,40 za 100g) w roli kremu na odparzenia, mąkę ziemniaczaną zamiast zasypki albo tańszą alternatywę dla Emolium czy Oilatum (np. Oillan ma bardzo zbliżony skąłd, a kosztuje połowę mniej, a jeśli się trochę poszpera, można znaleźć jeszcze tańszy "zamiennik" - sami u Andrzejka z powodzeniem stosujemy Ziajkę). Natomiast nie warto kupować najtańszych kosmetyków pełnych chemii tylko dlatego, że ktoś napisał na nich "dla dzieci". Tu szczerze odradzam np. markę Bambino...Odradzam też, bo z mojego aptecznego doświadczenia wiem, że niektórzy tak robią, używanie w pierwszych miesiącach kosmetyków "dorosłych". Sporo takich mam wracało potem i prosiło o maść na uczulenie albo coś na ropiejące oczko:/
  2. Na łóżeczku - nie musi być nowe, sama kupiłam używane, ale wcześniej wiedziałam, jakiego jest producenta i upewniłam się, że poprzedni użytkownik niczym go nie malował. Do pomocy w zakupach warto mieć kogoś, kto się zna - by ocenił, czy konstrukcja nie została naruszona i czy takie wyrko zwyczajnie się nie rozleci.
  3. Na materacu. A tu nawet taka sknera jak ja zachęca do kupna nówki. Nikt nie mówi o najnowszym supermateracu z milionem patentów, ale powinien być taki, który nie będzie "zapamiętywał" kształtu użytkownika. A że każdy materac trochę się jednak po pewnym czasie odkształca, szkoda narażać pociechę na ewentualne niewygody czy nawet problemy ortopedyczne w przyszłości. To trochę tak, jak noszenie używanych butów... Ergo: nie musi być lateksowy za pięć stów, może być np. kokosowy za 60zł - byle nieużywany.
  4. Na akcesoriach do karmienia. Sama nastawiałam się na używany laktator - części, które mają kontakt z mlekiem i ciałem można przecież wygotować. Dobry laktator elektryczny używany parę tygodni i mający jeszcze gwarancję można kupić prawie połowę taniej niż nowy. A jeśli chcesz sprawdzić, czy w ogóle będzie Ci potrzebny, możesz go najpierw wypożyczyć. Pojemniki/woreczki do mrożenia pokarmu też nie muszą być przecież Aventa czy Medeli - te polskich firm będą równie dobre.
  5. Na lekach. Oczywiście trzeba przestrzegać zaleceń lekarza, ale na samej tylko witaminie D można oszczędzić kilkanaście złotych miesięcznie, jeśli zamiast kupować kapsułkowaną poprosimy pediatrę o krople Devikap. Witamina K w płynie nie ma co prawda swojego refundowanego odpowiednika, ale starczy znaleźć tańszego producenta i tańszą aptekę. To samo z probiotykami, kroplami na kolkę, herbatkami na laktację etc. A jeśli mamy przepisany lek na receptę, warto spytać farmaceutę o tańszy zamiennik. 
A na czym NIE POWINNO SIĘ oszczędzać?
  1. Na bezpieczeństwie. Przy Andrzejku popełniłam błąd i korzystałam z fotelika nie dość, że używanego, to jeszcze z modelu bez testów zderzeniowych - tylko dlatego, że był tej samej firmy co wózek i miał adaptery do montażu na jego ramie, a do tego był gratisem do wspomnianego wózka dodanym przez komis. Nie róbcie tego. Nie testowany fotelik w czasie zderzenia jest właściwie nieobliczalny i może zachowywać się bardzo różnie. Poza tym nawet niewidoczne uszkodzenia fotelika powstałe w czasie wypadku mogą rzutować na jego skuteczność. A pewności w takim przypadku nigdy nie mamy. Dla Juliana kupiłam sprawdzony model, oczywiście nowy. Dokupię też bazę iso-fix. Oczywiście, jak to ja, i tu szukam okazji - fotel kupiłam na promocji pod koniec roku, a bazy szukam w okazyjnej cenie dopiero teraz, kiedy już mamy auto z zaczepami. 
  2. Na fachowej pomocy. Fajnie, jeśli masz lekarza na NFZ dostępnego w każdej chwili, a Twoja położna środowiskowa jest dyplomowanym doradcą laktacyjnym. Ja nie mam takiego szczęścia. Za wizytę doradczyni laktacyjnej zapłaciłam co prawda tyle, co za wizytę u lekarza z tytułem profesorskim, ale było warto, bo to ona tak naprawdę uratowała mi laktację, kiedy Andrzejek godzinami wisiał mi przy piersi, nie umiejąc efektywnie ssać.

Inne rady, szczególnie gdy nie masz skąd czegoś pożyczyć, a planujesz więcej niż jedno dziecko:

-Nie pozbywaj się tego, co nagromadziłaś dla pierwszego (no, może poza rzeczami, które się nie przydały - tu zawsze uda się coś niecoś odzyskać)
-Ubranka, pościel, wózek itp. dla pierwszego dziecka kup w uniwersalnych kolorach i wzorach. Nie będzie problemu, jeśli następne dziecko będzie innej płci.
-Jeśli ktoś pyta, co Wam sprezentować, nie kryguj się, tylko powiedz mu, czego (z rzeczy, które chciałabyś kupić) jeszcze nie masz, niech sobie wybierze. Ja tak dostałam m.in. pierwszy laktator, podgrzewacz, chustę, łóżeczko turystyczne (to nic, że używane, ale przynajmniej sprawdzone) i bujaczek i wejściówkę na warsztaty wiązania chusty;p
-włącz fantazję:) Nie musisz kupować sterylizatora, starczy, że zagotujesz wodę w czajniku elektrycznym, zalejesz smoczek albo części do laktatora w garnku, przykryjesz i wygotujesz na kuchence.
-szukaj promocji np. z okazji świąt, dnia dziecka, posezonowych wyprzedaży, obniżek cen modeli z zeszłego roku (wózki, foteliki) etc.

Temat pozostaje otwarty - wszelkie sugestie i pomysły mile widziane:)

czwartek, 20 lutego 2014

Kim zostanie moje dziecko

Źródło: marudek.pl
Chyba każda z nas, zapytana o to, kim chciałaby, by w przyszłości było jej dziecko, odpowiedziałaby, że szczęśliwym człowiekiem. Przynajmniej ja - tak. Ale podobnie jak już na ciążowych zdjęciach USG niektórzy dopatrują się podobieństwa do rozmaitych członków rodziny, tak od małego dopatrują się predyspozycji ku różnym zawodom. U nas nie było inaczej. Już podczas przyjęcia na porodówkę położna wieszczyła Andrzejkowi przyszłość karateki, gdy jednym celnym kopnięciem wytrącił lekarzowi z ręki sondę do USG.

Ja sama z początku żartowałam z kolei, że Jędruś niechybnie zostanie śpiewakiem operowym. Bo parę w płucach to on ma. Płakał najdonośniej ze wszystkich dzieci na oddziale, kiedy płakał, położne przylatywały jeszcze zanim zdążyłam nacisnąć dzwonek, a po powrocie do domu sąsiadka z parteru (my mieszkaliśmy wtedy na czwartym piętrze) stwierdziła, że kiedy u nas włącza się syrena, to ona nie musi zegarka nastawiać, bo wie, że jest punkt 16.00 - faktycznie o tej porze małemu zaczynał się atak kolki.

Jakieś trzy miesiące później mąż śmiał się, że Andrzejek chyba zostanie szewcem. Mały właśnie zaczynał pełzać, a najłatwiej było zachęcić go do wysiłku, stając w zasięgu jego wzroku w gumowych klapkach na nogach.

Kiedy synek już w miarę dobrze opanował pełzanie, musieliśmy zablokować kontakty. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do nich nawet z drugiego końca pokoju. Widząc to niezwykłe przyciąganie, pani doktor od rehabilitacji na kontroli stwierdziła, że Jędrula jak nic będzie elektrykiem.

Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Myślenicach, przy okazji wieczornego spaceru z młodym co środę zaglądałam do kościoła przy rynku, by choć przez chwilę posłuchać, jak organista ćwiczy. Synkowi najwyraźniej też się podobało, bo zawsze wtedy do koncertu włączał się wokalnie. Sprzątająca kościół siostra zakonna oznajmiła, że Jędruś ma zadatki na księdza. Podobnie żartowała też moja mama widząc, z jakim przejęciem żegna się wówczas niespełna dwudziestomiesięczny Andrzejek.

Jędrusiowa babcia niedawno jednak zmieniła zdanie i wyraziła obawę, że młody zechce iść w moje lub jej ślady i wstąpić w szeregi służby zdrowia. Stało się to po tym, jak chcąc pośmiać się z tego, jak uroczo naśladuje słyszane wyrazy, kazała mu powtórzyć kolejno: "stetoskop", "nifuroksazyd", paracetamol" i "hydrokortyzon". Powtórzył (jeśli nie liczyć zmiany "r" na "j" i "z" na "ź") bezbłędnie.

Padały jeszcze inne typy - np. że będzie akrobatą (potrafi bez trzymania stać w ogromnym rozkroku każdą nogą na innym krześle i uwielbia schodzić mi z kolan głową w dół, opierając się na rękach), alpinistą (wspina się od zewnątrz na ścianki łóżeczka turystycznego), komikiem, nianią (starczy raz zobaczyć, jak usypia misia w bujaczku, nakrywa go kocykiem i pilnuje, żeby wszyscy byli cicho), konserwatorem powierzchni płaskich (przy jego miłości do miotły i mopa może się na tym nieźle dorobić;p)

A co na to sam zainteresowany? Otóż, kiedy w czasie ostatniej wizyty w Krośnie został o to zapytany przez moją byłą nianię, odpalił, że zamierza zostać dyktatorem. Nobliwą starszą panią zmroziło, więc musiałam jej wyjaśnić, że podłapał to z jakiejś głupawej piosenki, którą kiedyś zaśpiewał mu jego tata. A swoją drogą, to chyba już nieźle mu idzie - wprawia się nie tylko w rozkazywaniu, ale i w wykrywaniu spisków;p Scenka z dzisiejszego popołudnia:

A: Mama, daj mi ciaśtko.
M: Jędrusiu, co się mówi?
A: No daaaj mi!
M: A co się mówi
A: Dać Andziejowi ciaśtko!
M:...
A: No dobla. Pjosię.
Wyciągam z szafy dwa ciastka, jedno daję synkowi, drugie zjadam sama. Andrzejek przez dłuższą chwilę wnikliwie ogląda swoje nietknięte ciacho.
M: Co się mówi, Andrzejku?
A: Mama, ugjyź!
M: Dziękuję, misiu, to dla ciebie...
A: Ale NAJPIEJW TY UGJYŹ!
Odgryzam mały kawałek jego ciasteczka.
A: No! Tejaź źjem.


środa, 19 lutego 2014

Rajdu po przychodniach część 1

Źródło: pkt.pl
No więc szukam.
Szukam pediatry dla chłopaków, a dla siebie lekarza rodzinnego i położnej środowiskowej.

Na pierwszy raz dwie przychodnie.

Pierwsza położona jest niby na sąsiednim osiedlu, ale w praktyce jej odległość od mojego bloku jest taka, że mogłabym przebiec w zimie bez kurtki;p W tym samym budynku mieści się moja szkoła rodzenia.

Zacznijmy od plusów
+bliziutko
+rozdział części "zdrowej" i "chorej"
+rejestracja - osobna na "zdrowe dziecko" i do lekarzy ogólnych (na konkretną godzinę do 48h), a osobna (bieżąca) na "chore dziecko"
+możliwość zrobienia badań analitycznych na miejscu (choć pobrania tylko do 9.30)
+spory wybór lekarzy: trójka pediatrów (w tym jedna pani z samymi świetnymi opiniami) i sześcioro lekarzy rodzinnych (w tym też jedna "pięciogwiazdkowa"* pani doktor)
+godziny pracy - od 8 do 18
+pomoc całodobowa w tym samym budynku
+bez kolejki rejestrowani są: inwalidzi, kobiety w ciąży, dzieci do lat czterech - i rejestratorki tego przestrzegają, o czym sama się dziś przekonałam:)
+obszerne, wygodne poczekalnie z wystarczającą ilością miejsc siedzących i przewijakiem w części dla dzieci

Żeby nie było tak słodko
-budynek jak labirynt, ma chyba z milion wejść i wyjść - relikt czasów PRL
-wyposażenie chyba też pamięta PRL (a toalety już z pewnością są starsze ode mnie)
-rejestracja na część chorą osobista w systemie "numerkowym" - w praktyce oznacza, że trzeba kwitnąć przed przychodnią od nocy, żeby załapać się na otwarcie o 7.30 i być na tyle wcześnie, żeby dostać numerek. Jeśli się nie zdąży, to następnego dnia powtórka z rozrywki
-na miejscu nie ma gabinetu położnych rodzinnych.

Drugą, poleconą mojej teściowej przez jej koleżankę, przychodnię od naszego lokum dzieli 6 przystanków tramwajowych, autobusem nie mam tam dojazdu wcale. Mieści się ona w nowoczesnym budynku a jej otoczenie to uliczki zabudowane domkami jednorodzinnymi.

Plusy:
+naprawdę ładnie wykończony budynek. No i widać, że utrzymywany w nienagannej czystości.
+Lekarze różnych specjalności (np. ginekolog, endokrynolog, alergolog, psychiatra) w tym dwóch pediatrów (dwie panie) - kluczem doboru była chyba średnia "gwiazdek" na znanymlekarzu.pl;p Co może zainteresować niektórych - jedna z pań pediatrów jest również homeopatą.
+na miejscu gabinet położnej rodzinnej
+przynajmniej jedna miła pielęgniarka - słyszałam przez drzwi gabinetu zabiegowego, jak opowiada dziecku "bajkę terapeutyczną" o szczepionym misiu:)
+godziny pracy od 8 do 18, przez cały ten czas ktoś z pediatrów jest dostępny.

Wady:
-dość daleko od pętli tramwajowej i przystanków autobusowych. Bez auta z chorym dzieckiem (nie wspominając o dwójce) byłoby ciężko.
-dla zmotoryzowanych dwa parkingi, każdy na ok. 4 auta osobowe, wjazd na ten przy części chorej wymaga bycia wirtuozem kierownicy.
-położenie w osieglu domków jednorodzinnych, dojazd stanowi wąziusieńka uliczka, w której nie ma mowy, by minęły się dwa auta, nie wspominając o nawróceniu
-w części zdrowej malusieńka poczekalnia z kilkoma krzesełkami
-rejestracja: jedna pani obsługuje jednocześnie część zdrową, chorą i poradnie specjalistyczne. Kiedy mnie zobaczyła (w części zdrowej), spytała, czy chcę się rejestrować, a gdy usłyszała, że przychodzę z pytaniami, nawet nie wysłuchała mnie do końca, odwróciła się tyłem do mnie i zaczęła obsługiwać kolejkę z części chorej, nawet bez zwykłego "przepraszam". Wtedy to ja postanowiłam, że tę przychodnię z pewnością sobie odpuszczę i nawet nie próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej.

Jutro rekonesansu część druga. Na razie ewentualnie rozważam pierwszą przychodnię i te dwie lekarki uchodzące za dobre - po jednej dla mnie i moich dzieciaków:) Odstrasza mnie tylko rejestracja na "chore dziecko"... Cóż, zastanowię się.

Nazw i adresów przychodni nie podaję, by nie być posądzoną o reklamę lub działanie na szkodę.
Chętnym oczywiście mogę je  przesłać w prywatnej korespondencji.



*wg portalu znanylekarz.pl, którym, nie mając tu znajomości, czasem się podpieram ;p


Rozwiązanie zagadki

W poniedziałkowym poście (klik) zadałam Wam zagadkę. Chodziło o piosenkę, którą kazał sobie zaśpiewać Andrzejek. Długo, oj długo głowiliśmy się razem z mężem, która ze znanych nam piosenek opowiada o "watojacach", więc zaczęliśmy śpiewać różne na chybił-trafił, a Jędrula już po paru pierwszych słowach kręcił głową i mówił: "Nie, to nie ta". W końcu mąż trafił. Oto rozwiązanie:



A teraz zmykam na rajd po okolicznych przychodniach w poszukiwaniu pediatry dla moich synków. Dziś mam w planie dwie - tę najbliżej domu i drugą, poleconą przez znajomą teściowej - relacja wieczorem, jeśli mi się uda. Jutro przy okazji moich badań z krwi część druga czyli szpital Rydygiera i okolice;p

wtorek, 18 lutego 2014

7 miesiąc ciąży w paru zdaniach

Wcześniej było różnie.Najpierw trudno, potem tak cudownie, że aż mdło.
Teraz znów zaczynają się schody.

Mam problemy ze zdrowiem. Drobne, bo drobne - ale upierdliwe. Co chwilę coś mnie łapie. Jeśli już doleczę jedno choróbsko, to chyba tylko po to, żeby najdalej po tygodniu złapać następne. Wrrr!

Całe szczęście, że nie odbija się to na dziecku - na Julianie wszystkie te moje zapalenia gardła, katary i stany podgorączkowe zdają się nie robić żadnego wrażenia. Siła spokoju jak zawsze.
Młody najwyraźniej postawił sobie ambitny cel - chce zostać największym noworodkiem w rodzinie. Jak na razie dobrze mu idzie, w 31 tygodniu ważył bowiem 2100g. Mam jednak nadzieję, że rekordu nie pobije, bo wynosi on na chwilę obecną 4750g.

Jeśli chodzi o jego aktywność... tu coś jakby drgnęło. Julek nadal jest "grzeczny" i oszczędza mamie bolesnych kopniaków, ale zaczął dawać o sobie znać przede wszystkim rano, potem dłuuugo nic, parę kopniaków pt. "dziękuję za obiad" i znów nic aż do późnego wieczora.

Dają mi się natomiast we znaki rozmiary mojego syna. Śpię już w zasadzie tylko na boku z poduchą do karmienia między nogami. Tak, dwa ataki rwy kulszowej w odstępie kilku dni sprawiły, że odżałowałam parę dych na ten wynalazek - i już jestem sobie za to wdzięczna. Kupiłam taki typowy rogal do karmienia (Boppy), ale, choć nie jest bardzo długi, dzięki temu, że jest dosyć twardy, dobrze daje sobie radę jako "kojec" dla mamy:) Tu nasza poducha i pierwszy testujący:




Ponadto w tym miesiącu pojawiły się u mnie pierwsze duszności - a wszystko przez wysoko ustawiony i naprawdę wielki brzuch. Żeby zobaczyć swoje stopy muszę już zapuszczać żurawia do przodu;p

Skoro już jesteśmy przy statystykach, nasze wymiary to w tej chwili:
Waga: równe 60 kg - od początku +8,5kg
Biust: 92cm (70G)
Biodra: 92 cm (od początku bez zmian)
Brzuszek 99cm (od pierwszego pomiaru 4 miesiące temu przybyło 14cm). Jest już w tej chwili większy niż przy Andrzejku... kiedykolwiek. Przy przyjęciu na porodówkę w uroczystość Zwiastowania A. D. 2012 mój brzuszek mierzył centymetrów 97.

A na zakończenie jak zwykle Julian i jego tymczasowe lokum:





poniedziałek, 17 lutego 2014

Deklaracje

Dziękuję Wam za życzenia powrotu do zdrowia. Zbieram się do kupy - muszę być już całkiem na nogach, bo mężowi kończy się luz w pracy i za chwilę znów zostanę na dłużej sama z młodym.

Tymczasem pozostając przy temacie okołozdrowotnym - czekają mnie poważne deklaracje.
Ostatnie perypetie naszej rodzinki pokazały bowiem, że zmiany są konieczne. Muszę wybrać nowego pediatrę dla chłopaków i lekarza rodzinnego dla siebie - najlepiej w jednej osobie - oraz położną środowiskową, bo cały czas jestem zapisana do tej w Myślenicach, która nawet nie wiem, jak wygląda, bo ani przed, ani po narodzinach Andrzejka nie pokazała się u nas ani raz. A skoro nie pofatygowała się dwie ulice dalej, to ponad 50km raczej też się nie pokwapi.
Co do położnej, nie mam wielkich oczekiwań. Jak zajmować się noworodkiem - to już mniej więcej wiemy, w zasadzie chodzi mi tylko o to, żeby przyszła, zważyła Juliana i posprawdzała, czy ja dobrze regeneruję się po porodzie.

Jeśli chodzi o lekarza - tu już poprzeczka idzie w górę. W Myślenicach mieliśmy tak mi się przynajmniej wydaje - dobrą pediatrę. Jędrusia co prawda nigdy nie miała okazji leczyć, bo nie było z czego, ale przy problemach poszczepiennych sama skierowała nas, gdzie trzeba - i chwała jej za to.
Po przeprowadzce do Krakowa wszyscy zadeklarowaliśmy się u lekarki, która od małego prowadziła mojego męża. Długo nie miała przy nas nic do roboty, bo żadne z nas nie chorowało, do zdrowego dziecka podejście miała świetne, więc wydawało się, że wszystko w najlepszym porządku.
Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy pani doktor, przy kiepskich wynikach hormonów i przeciwciał tarczycowych w 18 tygodniu ciąży uznała, że skierowanie do endokrynologa nie jest mi potrzebne. Musiałam iść prywatnie.
Drugie ostrzeżenie dostałam przy biegunce Andrzejka, kiedy pani doktor, zamiast zająć się podstawowym problemem, przepisała mu antybiotyk (i to ciężką artylerię) na lekko zaczerwienione gardełko. Trzeciej szansy nie będzie. Szukam kogoś innego, jestem na etapie sprawdzania opinii. Może ktoś z Was zna dobrego pediatrę lub/i lekarza rodzinnego przyjmującego na NFZ w północnym Krakowie? Bo jedyny jak dotąd krakowski pediatra, na którym się nie zawiodłam (ten, którego wezwałam prywatnie do andrzejkowej biegunki) nie przyjmuje w żadnej przychodni z kontraktem z NFZ:(




***

Na odtrutkę - zagadka od Jędrusia, nad którą ja i mąż głowiliśmy się dobry kwadrans: wiecie, co to jest piosenka "o watojacach"? Bo taką to nasz syn kazał sobie dzisiaj przy śniadaniu śpiewać.
Podpowiem tylko, że z kręgu patriotyczno-powstańczych;p

sobota, 15 lutego 2014

Chorowanie ma swoje plusy...

1. Wszyscy Ci pomagają (mąż zabawi dziecko, teściowa zrobi zakupy i miksturę z cytryny i czosnku, Jędruś sam po sobie talerze wyniesie)
2. Miłe odwiedziny (wpadła moja ciocia)
3. Bliscy okazują więcej zrozumienia, kiedy czegoś (a właściwie niczego) Ci się nie chce
4. Kiedy zasypiasz w dzień, mąż pilnuje dziecka, żeby nie skakało po mamie, zamiast wołać mamę, żeby je spacyfikowała, bo on ma robotę na wczoraj.

I to nic, że łeb Ci pęka, a nie możesz nic poza paracetamolem, musisz pić miksturę, która pali żywym ogniem, a przy próbie zjedzenia kanapki masz wrażenie, że połykasz kasztana z łupiną.
I nieważne, że znów przepadają zajęcia na basenie. Wszak stawką jest zdrowie duetu mama-Julian...
A więc:


Grunt, żeby do poniedziałku się wykurować, bo jak nie, to antybiotyk i nici ze szkoły rodzenia.

piątek, 14 lutego 2014

Matka-Polka-Idiotka?

Pojechałam dziś rano do przychodni z gorączką i bolącym gardłem. Spodziewałam się długiego oczekiwania na przyjęcie, a zapomniałam książki, więc kupiłam sobie w kiosku gazetkę "parentingową".
Po południu w domu, kiedy, chcąc odreagować złość na skaczące po chorej matce dziecię, włączyłam sobie na komputerze do obiadu archiwalny odcinek "Kuchennych Rewolucji". Tradycyjnie naszpikowany reklamami. Jedną z nich odnalazłam nawet na yt i zamieszczam poniżej.
Przykro mi to stwierdzić, ale w obu tych przypadkach nasunął mi się podobny wniosek - szeroko pojęta branża dziecięca traktuje młode matki jak idiotki, które, jeśli się do nich odpowiednio podejdzie, kupią absolutnie wszystko i na dodatek będą wdzięczne za taką możliwość.

Wszystkie mamy chcą dla dzieci jak najlepiej - wiadomo. Skoczyłybyśmy w ogień, żeby ochronić nasze dzieci przed niebezpieczeństwami i zapewnić im optymalne warunki rozwoju. Dzięki temu stajemy się łatwym celem dla szeroko pojętej branży dziecięcej. No bo czymże wobec skoku w ogień jest kupienie dziecku wszystkomającego krzesełka do karmienia, grającego nocnika, garnuszka na klocuszek, sztucznego mleka... Nie musisz poświęcać zdrowia i życia, wystarczy, że wydasz parę (-dziesiąt lub -set) złotych polskich, a dasz swojemu dziecku radość i sprawisz, że będzie szczęśliwe.

Ja mam swego rodzaju szczęście. Jestem typem mamuśki, którego producenci nienawidzą i na który zgrzytają zębami, odsądzając je od czci i wiary, bo odmawiają swoim dzieciom ich - jakże wspaniałych - produktów, bez których żadne dziecko nie będzie zdrowe i szczęśliwe.

Po pierwsze - chyba urodziłam się z wężem w kieszeni. Od smarkacza oglądałam po kilka razy każdy banknot z Kopernikiem zanim go wydałam. Nieraz brakło mi przerwy na zastanawianiu się, CZY NAPRAWDĘ MUSZĘ mieć tę oranżadę i CZY NA PEWNO NIE OBEJDĘ SIĘ  bez niej. A potem cieszyłam się, że zaoszczędziłam trzy i pół tysiąca;p Zostało mi tak do dziś i dzięki temu baaardzo krytycznie podchodzę do reklam. A jeśli któraś sprawia, że myślę sobie np.:"Oho, to by nam się przydało" albo: "może to Jędrula chciałby jeść", to automatycznie włącza mi się czerwona lampka. Każdą rzecz muszę wyoglądać ze wszystkich stron, przeczytać skład, zobaczyć u kogoś, usłyszeć opinię, najlepiej też wypróbować, a nawet jeśli nijak nie mogę znaleźć nawet najmniejszego zarzutu, na końcu i tak szukam okazji w necie albo sklepu, w którym ulubiona kaszka kosztuje 50gr mniej;p

Po drugie - jestem uparta jak osioł. Bardzo trudno mnie przekonać, żebym zmieniła swoje poglądy. W zasadzie zmieniam je tylko wtedy, gdy się na nich sparzę, ale i to nie zawsze. Stąd na przykład nijak nie dam się przekonać, telewizja w obecnym kształcie jest dobra dla dziecka. Pewnie, że są programy wartościowe (pojedyncze), ale za Chiny nie zostawię młodego sam na sam z ekranem, żeby mieć chwilę spokoju. Podobnie twardo obstaję przy tym, że mleko modyfikowane nie jest alternatywą dla matki, która MOŻE karmić piersią. Nie mówimy tu o przypadkach zaniku pokarmu, brania szkodliwych leków czy wad anatomicznych u mamy lub/i dziecka. Skoro tak niewielkim kosztem mogę dać dziecku pokarm najlepszy z możliwych, to nikt nie wmówi mi, że sztuczny proszek dorasta mu do przysłowiowych pięt.

To ja i moje podejście - ale wiem, że nie wszystkie młode i niedoświadczone mamy są uodpornione na manipulacje. Ktoś, kto nie zgłębił tematu z takiej oto reklamy może wywnioskować, że przedstawiony proszek jest nie tylko równie dobry jak mamine mleko, ale nawet lepszy:



Przyszłe i świeżo upieczone mamy łatwo łykają też rozmaite "ciekawostki" na temat rozwoju dzieci. W najnowszym numerze "Mam dziecko", który dzisiaj wpadł mi w łapki, znalazłam kolorowy, pięknie ilustrowany artykuł o różnicach w rozwoju dziewczynek i chłopców od urodzenia do ukończenia dwóch lat. Streszczając go w paru zdaniach, można by napisać, że jako noworodki dziewczynki to małe aniołki, które pięknie się uśmiechają i bardziej przywiązują, a chłopcy w zasadzie nic tylko wrzeszczą i mają za złe. Potem panny, kończąc pół roku, pięknie rozwijają dużą i małą motorykę, wyprzedzając swoich kolegów w tymże rozwoju średnio o miesiąc, a także coraz bardziej odsadzają ich w rozwoju emocjonalnym i intelektualnym. Chłopcy tymczasem mają "jedynie" lepszą orientację w przestrzeni i są mniej strachliwi, dzięki czemu bardziej broją. Dalej dziewczynki szybciej zaczynają chodzić, mówić i szybciej przyswajają nowe słowa. Są też grzeczniejsze i milsze dla otoczenia, podczas gdy ich koledzy to małe diablęta, które są ciągle w ruchu, a całej swej inteligencji używają jedynie do rywalizacji i wymyślania kolejnych psot. O mówieniu, mamo synka, zapomnij, bo pewnie nie zacznie łączyć wyrazów zanim skończy trzy lata, a jeśli chcesz choć trochę poprawić sytuację, musisz traktować go jak niepełnosprawnego intelektualnie.



Wiadomo - trochę przejaskrawiłam, ale niech taki artykulik wpadnie w ręce bezkrytycznej przyszłej mamusi, która marzyła o strojeniu swojej księżniczki w różowe falbanki, a nagle dowiaduje się, będzie miała synka...
W tymże samym czasopiśmie jest też quiz. Wywnioskowałam zeń, że moje dziecko jest nieszczęśliwe, bo nie dostaje trzy razy w tygodniu jajka, ryby (okazjonalnie, kiedy udaje mi się kupić na targu świeżą polską rybkę) oraz wcale nie dostaje orzechów i czekolady. A że istnieje coś takiego jak alergie... cóż, ten fakt dla autora pytań pozostaje chyba wiedzą tajemną, no ale jakaś niedoświadczona mama być może wywnioskuje, że źle robi i zamiast zapytać lekarza, postanowi zaryzykować, "bo w gazecie napisali"...

Czasem mam wrażenie, że bez telewizora i tych rozmaitych poradników jestem zdrowsza psychicznie;p

czwartek, 13 lutego 2014

Parę "kwiatków" z ostatnich dni

Źródło: godmother.pl

 Dawno nie opisywałam jędrusiowych "kwiatków". Nie znaczy to wcale, że ich nie było, przeciwnie - w tym tygodniu mały sypał nimi jak z rękawa, ale jakoś tak do żadnego tematu mi nie pasowały, nie zapisałam i uleciało z pamięci... Przedstawiam więc tylko te "dowcipy sytuacyjne" które szczególnie mi się zapamiętały - trzy dzisiejsze i jeden jeszcze z Krosna.


Z pokoju Jędrusia dobiega łomot rozsypujących się zabawek. Spodziewam się płaczu, ale zamiast niego słyszę jedynie siarczyste "Kujde balanś" . Zaglądam do pokoju i pytam, czy coś się stało. Dziecię tymczasem nawet nie raczy się do mnie odwrócić i, gorączkowo grzebiąc w tym zabawkowym pobojowisku, rzuca na odczepnego: "Nic, to tylko kataśtjofa"...

***

Po zjedzeniu, a raczej zmordowaniu drugiego dania...

M: Jędrusiu, w co się teraz pobawimy?
A: W ziucanie budzikiem!

***

Jędrula dobrał się do schowanych w szafie hantli, ale spostrzega nadchodzącego tatę, więc chce szafę szybko zamknąć i udawać, że co złego, to nie on.

T: Uważaj na palce.
A(mruczy pod nosem): Teź coś...

***

Jędrusiowa babcia od jakiegoś czasu dumna jest, że jej niespełna dwuletnie wnuczę  rozpoznaje na zdjęciach Jana Pawła II i woła "Oooo! Papieź!". Przy niedawnej okazji do pochwalenia się zdolnym wnusiem przed opiekunką mojej babci, nawiasem mówiąc historykiem z wykształcenia, wyciągnęła "Kronikę historii Polski" i zapytała Jędrusia, kto jest na okładce. Nie przewidziała jedynie tego, że mały fan pieśni legionowych - dodatkowo edukowany przez tatę, zwróci uwagę na zupełnie inne zdjęcia i wykrzyknie z przejęciem: "Piłsiudźki! Na Kaśtance! I jeście Kościuśko!"


środa, 12 lutego 2014

Pierwsza pomoc i pierwsze ćwiczenia w szkole rodzenia

Źródło
Jędrusia walki z piątkami odsłona już sama nie wiem która. Młody nie nadąża smarkać wodnistym katarem, a temperatura 37 z kreskami to za mało, żeby zbijać lekami, ale w sam raz, by Andrzejek zrobił się kapryśny do granic niemożliwości.
Na dodatek mąż musiał iść do pracy i spóźniał się z powrotem, przez co do końca nie wiedziałam, czy zdołam dziś załapać się na zajęcia szkoły rodzenia. I kiedy już dziesięć minut przed zajęciami myślałam, że będę musiała odpuścić część ćwiczeniową, poratowała mnie teściowa, a wychodząc, na klatce minęłam się z mężem:) Miał co prawda - w razie dotarcia innej opieki do Jędrusia - w ćwiczeniach uczestniczyć razem ze mną, ale nie chciałam ciągnąć go zmęczonego, zdrożonego, głodnego i w garniturze.
Poszłam znów sama - i w sumie fajnie, bo rehabilitantka wszystkie ćwiczenia demonstrowała na mnie, dzięki czemu byłam dokładniej kontrolowana pod kątem prawidłowości wykonania ćwiczeń:)

Same ćwiczenia skupiały się dzisiaj wokół prawidłowego oddychania przeponowego, udrażniania kanalików mlecznych i ułatwiania wypływu mleka (najprostsze to złożenie rąk jak do pacierza i naciskanie na siebie dłońmi), zapobiegania nietrzymaniu moczu poprzez wzmocnienie mięśni dna miednicy (wiedzieliście, że mięśnie te automatycznie kurczą się, kiedy mocno zaciskamy szczęki?)n oraz aktywnego spędzania pierwszej fazy porodu. Tu nasza prowadząca poleciła nam dziś:
  • stanie pod prysznicem i polewanie ciepłą wodą spojenia łonowego i krzyża
  • chodzenie "jak bocian" z podnoszeniem kolan
  • masaż przepony odpowiednią dawką śmiechu i głośnym śpiewem:)
  • taniec - najlepiej latynoamerykański, krok rumby albo cza-czy (wymuszają pracę miednicy) w niezbyt szybkim tempie, bez kręcenia całym tułowiem.
Fajnie wiedzieć, bo ja często właśnie tak tańczyłam sobie z mopem albo przy zlewie w trakcie zmywania. A śpiewać uwielbiam, tylko inni pewnie mniej, bo głos mam donośny i czasem przesadzam z natężeniem;p

Potem były zajęcia z pierwszej pomocy. Skupiły się głównie na zachłyśnięciach (cykle po pięć uderzeń między łopatkami dziecka leżącego na naszym przedramieniu lub kolanie na brzuszku z głową skierowaną lekko w dó - 5 uciśnięć klatki piersiowej wykonanych tak samo jak podczas resuscytacji) i resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Postępowanie w obu przypadkach mogliśmy przećwiczyć na fantomie wielkości mniej więcej trzymiesięcznego dziecka.
Miałam takie zajęcia na studiach, ale to było dawno - okazało się, że od tego czasu standardy zdążyły się parę razy zmienić. Teraz ponoć (w przypadku małych dzieci) nie uczy się badania tętna, tylko od razu po udrożnieniu dróg oddechowych i stwierdzeniu braku samodzielnego oddechu zaleca wykonanie 5 oddechów ratowniczych i masażu serca w systemie 30 uciśnięć-dwa oddechy (jeden ratownik. Wezwanie pomocy dopiero po sześciu takich mini-cyklach ) lub 15 uciśnięć - 2 oddechy (dwóch ratowników. Jeden zaczyna resuscytować, drugi od razu wzywa pomoc, a potem dołącza do resuscytacji). U niemowlaków i małych dzieci masaż serca wykonuje się dwoma palcami tuż poniżej linii sutków, a oddechy wykonuje się w naturalnym tempie (tak, by zaobserwować uniesienie klatki piersiowej) obejmując swoimi ustami usta i nos dziecka.

Teraz mam jeden zgryz - jak przekazać to mojemu opornemu na wiedzę praktyczną mężowi - on takie zajęcia miał ostatnio w liceum na PO i pewnie nic już z tego nie pamięta. Tym bardziej, że nie pamięta nawet, ile i jakiego leku podaje się Jędrusiowi kiedy ma gorączkę - ile by mu razy tego nie spisać, o ile akurat nie ma mnie pod ręką, zawsze w takiej sytuacji dzwoni do mnie albo do swojej mamy;p


USG III trymestru czyli wymierzony z każdej strony

Gdy weszłam wczoraj do gabinetu na umówione USG, za stołem, zamiast mojego gina, siedziała ubrana w biały kitel Edyta Bartosiewicz. No, może odmłodzona o naście lat, ale nawet głos, który powiedział "Dobry wieczór, pani D.?" był właściwy. W pierwszej chwili pomyślałam, że pomyliłam terminy, ale łudząco podobna do nigdy nie lubianej przeze mnie piosenkarki pani doktor uświadomiła mnie, że jest tu w zastępstwie za mojego lekarza. Nic to, pomyślałam, nie będę wydziwiać i przesuwać wizyty w nieskończoność, ułożyłam się na kozetce i przygotowałam się do badania.

Młoda, wyluzowana lekarka prezentowała całkiem inne podejście do pacjenta niż mój dystyngowany lekarz, który zawsze podaje rękę, by pomóc pacjentce podnieść się z fotela. Połączenie młodzieżowego slangu z fachowym słownictwem medycznym w pierwszej chwili wydało mi się dziwne, ale szybko przestałam zwracać na to uwagę, bo babeczka badanie przeprowadzała bardzo dokładnie i skrupulatnie wszystko tłumaczyła. Żadnych niedomówień - i to mi się podobało. Przy każdym sprawdzonym parametrze mówiła, jakie są normy, dzięki czemu sama mogłam wywnioskować, że wszystko idzie jak należy, a Julian jest, jak to powiedziała lekarka, kompletny:).
Najwyraźniej mój młodszy synek postanowił też zaprzeczyć wizerunkowi małego (?) aniołka. On, przez lwią część dnia spokojny, akurat w czasie USG dostał małpiego rozumu i wiercił się jak szalony, stąd na przykład taki obrazek:


na którym Julianek  zasłania się obiema rączkami, pępowiną i stópką;p Chwilę później jednak Julek powrócił do swojego zwykłego trybu "śpioch" i udało się zrobić korzystniejsze ujęcie:



W USG wyraźnie widać, że Julian ma już dość mało miejsca. Prawdopodobieństwo przewrotki o 180 stopni pani doktor oceniła jako małe, co mnie bardzo ucieszyło, bo na chwilę obecną  Julek przyjmuje ułożenie główkowe podłużne, czyli idealne do porodu siłami natury. Niestety inne parametry nie nastrajają już tak optymistycznie. Mówiąc wprost - kawał chłopa z niego. Choć jestem dopiero w 31 tygodniu ciąży, Julek w biometrii wygląda średnio na połowę 33 tygodnia i waży nieco ponad 2kg. Andrzejek na podobnym etapie ważył prawie pół kilo mniej - a wtedy też usłyszałam, że jest z tych większych dzieci. Moja blizna po cesarce zaczyna trząść portkami;p

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pierwsze wrażenia ze szkoły rodzenia

Wzbudziłam małą sensację. No bo jak to, matka dziecku w szkole rodzenia? Nie obyło się bez pytań typu "po co?", "dlaczego?", "co panią skłoniło?", "chciało ci się?"

Chciało. I nie zniechęcił mnie nawet fakt, że na dzisiejsze zajęcia pobiegłam bezpośrednio po czterogodzinnej podróży z Krosna, nie zdążywszy nawet wejść do domu, by trochę odsapnąć i rozprostować gnaty. Do ponownego udziału w zajęciach skłoniła mnie natomiast głównie chęć... poćwiczenia, dlatego ostatecznie wybrałam szkołę, która dwa razy w tygodniu prowadzi dwugodzinne zajęcia złożone po połowie z ćwiczeń i wykładów.
Kolejna zaleta? Lokalizacja. Na sąsiednim osiedlu. Co prawda wcześniej byłam zapisana do innej, w dodatku bezpłatnej, ale przeraził mnie dojazd przez cały Kraków. Tu płacę 250zł za osiem spotkań, ale w tym mam - oprócz standardowego omówienia porodu, połogu i opieki nad niemowlęciem, wykłady z fizjoterapeutą, psychologiem, ginekologiem, anestezjologiem, pediatrą i zajęcia na temat pierwszej pomocy prowadzone przez ratownika medycznego.
Dziś była pani ginekolog, a treścią jej wykładu był przebieg porodu siłami natury - fizjologia i omówienie, w jakich sytuacjach powinno się podjąć bardziej inwazyjne działania - oraz dlaczego w trudnych przypadkach warto zgodzić się np. na nacięcie krocza czy cesarskie cięcie.
W ten wykład idealnie wpisały się wspomnienia z mojego porodu, w czasie którego pozwalano działać naturze tak długo, jak to było bezpieczne, a kiedy pojawiły się komplikacje, najpierw próbowano jej trochę pomóc, a w ostateczności w obliczu zagrożenia, natychmiast zorganizowano cięcie. Do dokładniejszego spisania wspomnień z porodu Andrzejka cały czas się zresztą zbieram, ale myślę, że zrobię to jako porównanie dwóch porodów już po przyjściu na świat Juliana.

A jak wrażenia z dzisiejszego spotkania?
Podobało mi się. Położna, która zrobiła wstęp, była konkretna, nie słodziła, nie mówiła, że ma być cudownie i mistycznie, nie zachęcała panów siłą do porodów rodzinnych, wręcz stanęła w obronie tych, którzy się wahają.
Lekarka miła, sympatyczna, z darem wymowy - plastycznie i zrozumiale tłumaczyła skomplikowane zagadnienia. Zapytała, czego się boimy. Wyjaśniała wątpliwości. Prosto odpowiadała na pytania - na przykład na moje: czy urodziwszy dziecko przez cesarskie cięcie mam, szykując się do porodu, uważać się za pierworódkę i wybierać się do szpitala dopiero z regularnymi skurczami co 10min. czy też jak wieloródkę i jechać już po pierwszych skurczach. Otóż, w jej ocenie, jestem już wieloródką, czy to nie brzmi dumnie?;p

Wszystkie zdjęcia przedstawiają salę, w której już od środy, wraz z trzema innymi parami, będziemy mieć ćwiczenia. Źródło: gemelli.pl. To nie jest wpis sponsorowany.



niedziela, 9 lutego 2014

(Nad)wrażliwa przyszła mama kontra restauracja;p

Nie tylko Andrzejek daje czadu, dziś to ja wygłupiłam się na całego...

Mąż ma w Krośnie swoją ulubioną restaurację - indyjską. Oprócz serwowanych potraw, które są całkiem smaczne i w znośnych cenach, lokal ten ma jeszcze jedną zaletę - jest mało popularny i zawsze można znaleźć tam nie tylko stolik, ale nawet całą salę na wyłączność. Tam właśnie dziś mój ślubny postanowił mnie zabrać, by umilić nam ostatni wieczór w Krośnie - bo w końcu nie wiadomo, kiedy znów uda nam się tu przyjechać...

Zasiedliśmy więc w miłej sali z kominkiem i zamówiliśmy - mąż swoje ukochane przekąski w hurtowych ilościach, a ja pstrąga po indyjsku. I wszystko było pięknie do momentu, gdy przyniesiono moją rybę.
Nie, nie pomylono dania, pstrąg nie śmierdział niczym wstrętnym, był nawet ładnie podany - przykryty czymś w rodzaju pierzynki z cebulki podduszonej z czosnkiem i curry. Jednak w momencie, kiedy zsunęłam ową pierzynkę, by dostać się do rybki, omal nie zemdlałam. Ona na mnie PATRZYŁA... Wiem, że zamawiając pstrąga, powinnam była się spodziewać, że zostanie mi podany w całości, ale jakoś tak nie przyszło mi to do głowy i to rybie spojrzenie przeraziło mnie do tego stopnia, że narobiłam niezłego krzyku na całą (na moje szczęście zupełnie pustą) restaurację. Szczerze podziwiam kelnerkę, która zachowała powagę, kiedy, nadal odwracając się od talerza, usiłowałam wyjaśnić, o co chodzi. Ochłonęłam dopiero, kiedy zabrała rybola i przyniosła z powrotem już z odciętą głową.

Źródło

sobota, 8 lutego 2014

Asertywność dziecka i dobre wieści dla rodziców

Powiem tak: potulny to mój Jędrula nigdy nie był. Zawsze umiał wywalczyć swoje i postawić na swoim - od noworodka. Potrafi zarówno skutecznie domagać się tego, czego chce, jak i odmawiać tego, czego sobie nie życzy.
Dziś jednak - przy okazji wizyty u swoich koleżanek (jedna jest półtora roku starsza, druga pół roku młodsza od niego) nauczył się czegoś zupełnie nowego i poczuł, jaką to daje moc. Tą nowością są dwa słowa: "TO MOJE!".
I nieważne, do kogo tak naprawdę należał dany przedmiot (niedopita szklanka soku, lalka w wózku czy śliniak z tetry), ważne, że on tę rzecz wziął sobie do zabawy i był gotów jej bronić jak lew, skutecznie odganiając od niej nie tylko drobniutką półtoraroczną koleżankę i jej większą i silniejszą od niego samego trzyipółletnią siostrę, ale nawet obie panny naraz.
Przyznam, że byłam tym zdziwiona - do tej pory Jędrula miał serce na dłoni i najchętniej rozdałby wszystko innym, teraz wszystko jest jego i już. Czeka nas więc ciężka praca - wyważyć i wpoić małemu złoty środek tak, żeby w przyszłości nie był ani egoistą, ani ofiarą wykorzystywana przez wszystkich dookoła.
W gościach miała też miejsce pewna sytuacja. Mniej zaprzyjaźnieni gospodarze mogliby się obrazić, ale moja od dzieciństwa koleżanka i jej mąż zdążyli już mojego synka trochę poznać i  z całą pewnością się nie gniewają.
Otóż - siedzimy wszyscy w salonie, starsza córeczka gospodarzy prosi o włączenie bajki. Niechętnie, ale włączają jakiś dziecięcy kanał, żeby nie marudziła. Dziewczyny jak zaczarowane siadają i oglądają jakąś krzykliwa kreskówkę o myszach i nietoperzu, ale Jędrula do nich nie dołącza i dalej wozi lale w wózku. Dopiero chwilę później, gdy spostrzegł, że stracił towarzystwo, podszedł do telewizora, przyjrzał się chwilę i zapytał z wyrzutem w głosie: "Cio to zia dziadośtwo?!"

***

Źródło: empik.com
 Nie chwaliłam się wcześniej, ale mamy już nowe auto. To znaczy - jest już nasze od jakiegoś czasu, ale ciągle stoi u moich rodziców. Fajowe kilkuletnie wielgachne kombi z klimą, isofixem i ekonomicznym silnikiem diesla - czyli mój ideał samochodu;p Do tego w ładnym jasnozłotym kolorze:)
Mieliśmy nadzieję, że uda się już teraz wrócić nim do Krakowa, ale wóz wymaga a jeszcze załatwienia paru formalności i kilku drobnych napraw, więc prawdopodobnie mąż będzie musiał kopnąć się po nie specjalnie, ale najważniejsze, że przed porodem na pewno zdążymy. W zamian zostawi naszego sympatycznego mikruska - rodzice sami zdecydują, czy go sprzedać, czy dać mojemu bratu. Ja tam wolałabym, żeby został w rodzinie, bo już zdążyłam się z nim zżyć i zaprzyjaźnić, ale teraz to już ich decyzja - w jaki sposób wolą odzyskać swój wkład (lub raczej jego część, bo kokosów za tę moją żabę się nie dostanie).

piątek, 7 lutego 2014

Ostatni raz

Źródło
Dziś był mój ostatni raz. Więcej się nie odważę.
Auto odstawiam do garażu do samego porodu.

Początki? Na palcach jednej ręki można by policzyć, ile razy od początku ciąży do końca czwartego miesiąca prowadziłam samochód. Przez cały ten czas męczyły mnie zawroty głowy i nudności z wymiotami. Za każdym razem robiłam to tylko wtedy, kiedy już absolutnie musiałam i za każdym moja religijność sięgała zenitu;p
Kiedy wspomniane dolegliwości ustąpiły, przestałam się tak strasznie bać i brałam auto za każdym razem, kiedy go potrzebowałam. Spędzenie godziny za kółkiem nie stanowiło problemu, a w ten sposób unikałam stania w zapchanym tramwaju i proszenia się o miejsce siedzące.
Ale brzuszek rośnie i ostatnio jest mi z nim coraz bardziej niewygodnie. Kiedy jestem pasażerem, nie ma problemu - lokuję się z tyłu i układam w pozycji półleżącej. Gorzej, kiedy muszę usiąść z przodu, a w szczególności, gdy to ja mam prowadzić. Ułożenie pasa tak, żeby nigdzie nie uciskał, zajmuje ładnych parę minut. Fotela w tył odchylić się nie da - muszę siedzieć prosto i być skupiona na tym, co mam za szybą. A że brzuch mam "pod nosem", ustawiony bardzo wysoko, po chwili zaczyna uciskać przeponę i robi mi się duszno. A kiedy człowiekowi robi się duszno, to zaczyna koncentrować się na jednym - jak tu złapać więcej powietrza*...
Dzisiaj, wracając od mechanika, w ten właśnie sposób omal nie zakończyłam żywota własnego i mojego młodszego syna pod kołami miejskiego autobusu.

Wnioski?
Jeden: od dziś będę wożona:) Przez męża, komunikację miejską albo taxi, ale do porodu za kółko nie wsiądę. Jednego nieprzewidywalnego kierowcę mniej.



*Pomijam już inne możliwe problemy takie jak chwilową nietolerancję soczewek kontaktowych - co z kolei przytrafiło mi się w ciąży z Andrzejkiem. 

czwartek, 6 lutego 2014

Bunt dwulatka w dwóch słowach;P

Żródło: dzieci.pl
Jędruś bogatym słownictwem dysponuje. Ponoć przeciętne dziecko w tym wieku ma zasób około dwustu słów. Idę o zakład, że moja latorośl przekracza tę normę, ale, choć mówi już zupełnie płynną polszczyzną, jest w naszym pięknym języku jedno słowo, które Andrzejek upodobał sobie szczególnie, a które jest odpowiedzią na 99% pytań, propozycji, próśb, a nawet zdań oznajmujących, które płyną doń z otoczenia. Jakie - o tym nieco dalej.

Jest też takie słowo, a właściwie kolokwialny neologizm, który idealnie opisuje to, co w ostatnich miesiącach dzieje się w moim najbliższym otoczeniu. I wydaje mi się niezwykle celne, choć zasobem słownictwa "podwórkowego" przewyższa mnie chyba spory procent uczniów klas 1-3;p

To słowo to "pierdyliard".

Nie wiem, gdzie i u kogo usłyszałam lub przeczytałam to słowo, ale możliwe, że podłapałam je od innej mamy, której dziecko ma temperament podobny do andrzejkowego. Wymyśliłam mu nawet własną definicję.
Otóż pierdyliard to liczba obrazująca, ile razy każdego dnia matka zbuntowanego dwulatka słyszy słowo: "NIE"

środa, 5 lutego 2014

Jak połączyć dwa zainteresowania:)

Źródło: dinoanimals.pl
U siebie nie mam TV, więc teraz, kiedy jestem u rodziców, po położeniu Andrzejka spać, nadrabiam zaległości;p
Wiedziałam kiedy przyjechać - na Nat Geo Wild mają teraz tydzień z moimi ukochanymi wielkimi kotami, więc odessanie mnie wtedy od telewizora graniczy z cudem. Od 20 do 22-23 oglądam pasjami kolejne videorelacje z afrykańskiej sawanny lub azjatyckiej dżungli.

A że i Nat Geo Wild  denerwujący zwyczaj puszczania długaśnych reklam w najciekawszych momentach filmu...



Zawartość zostawiam sobie na jutro;p


wtorek, 4 lutego 2014

Mały wypadek przy pracy

Źródło: Adrants
Cieszyłam się na dzisiejszy dzień - miało być lepienie wielkiego bałwana i wożenie się na sankach. Ale chłopaki postanowili rozdzielić przygody na dwie części i do południa Jędrula szalał z tatusiem na placu zabaw, a po obiedzie miał wykonać wczorajszy plan z mamą i dziadkiem.
Chęci były dobre, wyszło... jak zwykle. Podczas wizyty na placu zabaw mały spadł z huśtawki-konika i solidnie obił sobie policzek. Wygląda to niezbyt wyjściowo i musiało naprawdę boleć, skoro mój mały twardziel stanowczo odmówił ponownego wyjścia na pole. No cóż, może jutro - może śnieg całkiem nam nie stopnieje.

W ciągu dnia zauważyłam też, że Jędruś ma lekko przytkany nosek. Nie jakieś wielkie katarzysko, po prostu parę razy potrzebował się wysmarkać, co czyni już zupełnie samodzielnie.
Fridę chyba jednak nadal wspomina nie najlepiej, skoro na moja propozycję: "to co, wysmarkasz się w chusteczkę, czy odtykamy nosek?" spojrzał ni to błagalnie ni kokieteryjnie i bąknął: "Nie, nie odtykamy nośka". Po czym zasłonił się rączkami i dodał: "Ja nie mam nośka".

poniedziałek, 3 lutego 2014

Takie tam

A my znów na Podkarpaciu:)
Podróży towarzyszyła piękna, słoneczna pogoda, drogi - wbrew obawom obu mam - suche jak pieprz i łącznie z godzinnym postojem na popas uwinęliśmy się w trzy i pół godziny:D

W Krośnie śniegu nieco więcej niż w Grodzie Kraka, więc pora ożywić dawną tradycje i wystawić największego bałwana w okolicy. Ale to jutro, podobnie jak testowanie sanek, które Andrzejek odziedziczył po mamie i wujku. Byłam niezmiernie zdziwiona, że ten kawał żółtego plastiku jeszcze się nie rozleciał, wszak przez naście lat służył nam do szaleństw na śniegu... A wygląda na to, że bez szwanku obsłuży jeszcze i moich chłopaków:D

Do Krosna przywozimy też pewną nowość - w barze na stacji benzynowej mieliśmy dość hałaśliwe sąsiedztwo. I pod jego wpływem nagle wszystko zaczęło jawić się Jędrusiowi jako: "gupie", "wśtjętne" i "beźnadziejne".  Podróż? Beznadziejna. Jedzonko po drodze? Wstrętne. Mina dziadka? Bezcenna;p

niedziela, 2 lutego 2014

Nadopiekuńcza

Usłyszałam dzisiaj od teściowej, że jestem nadopiekuńczą matką.
Od własnej mamy również usłyszałam to wielokrotnie. Co ciekawe - od taty nigdy, choć to jego ochrzaniłam, że poczęstował moje niespełna półtoraroczne wówczas dziecko kawą, chipsami z chilli i bigosem - on tylko pokornie się tłumaczył, że to tak na spróbowanie;p

Okoliczności zwykle są podobne - np.
Jędruś nie chce jeść, a ja odstawiam talerz, a za kwadrans odgrzewam i proponuję mu znowu, a jeśli nie chce, próbuję podać mu, zabawiając go jakoś. I tak do skutku. Albo - o zgrozo - przed posiłkiem pytam go, co by zjadł, dając dwie możliwości do wyboru.
Albo pozwalam lepić się do siebie, kiedy przychodzi ktoś obcy, biorę go ze sobą do łazienki etc.
Albo niewystarczająco konsekwentnie naciskam, by to, co potrafi, robił sam, zamiast wyręczać się rodzicami. I ja się z nimi zgadzam, bo mają rację. Nie powinnam, ale tak sobie złośliwie pomyślałam, że przykład chyba idzie z góry...
Z ostatnich dni:
  • Mama męża wybrała nam pediatrę, którego ostatnio musieliśmy wezwać do domu.
  • Moja mama i mama męża ustaliły między sobą, że powinniśmy mieć więcej półek w kuchni, po czym półki te kupiły i postanowiły wysłać mojego tatę 180km w jedną stronę, żeby nam je zamocował. Już, natychmiast. Ostatecznie udało nam się przekonać obie mamy, że sobie radzimy i wystarczy, że tata przyjedzie wtedy, kiedy i tak będzie przywoził mojego brata po feriach.
  • Moja mama wymyśliła, że najlepiej, żebyśmy nie przyjeżdżali do nich własnym autem, bo przecież zima i gołoledź... tata po nas przyjedzie. To nic, że musiałby brać urlop... Mąż wczoraj skontaktował się z moim tatą i obaj uzgodnili, że przyjedziemy sami, ale dziś i tak moja mama usiłowała namówić MOJĄ TEŚCIOWĄ, żeby nas PRZEKONAŁA, że tata POWINIEN po nas przyjechać.
  • Obie mamy do dziś pilnują, czy ja i mąż wystarczająco ciepło się ubieramy. I obie zgodnie krytykują mnie za to, że za lekko ubieram Andrzejka - no przecież zapalenie płuc złapie;p
  • Obie też usiłują wzbudzić we mnie poczucie winy, że jestem w ciąży, a nie dość, że jem za mało owoców i warzyw, to jeszcze pozwalam sobie na ser pleśniowy. I jak to mój lekarz na to pozwala? Nie zna się i już! Choć muszę przyznać, że mama męża już trochę odpuściła;p
Ciekawe, czy ja też taka będę;p


sobota, 1 lutego 2014

Jak to będzie...

Źródło: mojniemowlak.pl
Brzuszek rośnie. Coraz więcej miejsca zajmuje i coraz więcej zasłania:p
Gdy na niego patrzę, coraz dobitniej dociera do mnie, że już niedługo będę miała przy sobie dwóch chłopaków.

Jędrula kilka razy dziennie mówi, że jutro mama pójdzie do szpitala i pan doktor wyjmie mamie
Julianka z brzuszka. A ja kilka razy dziennie tłumaczę, że to dopiero wtedy, kiedy na drzewach zaczną kwitnąć kwiatuszki i kiełkować liście.  Dzisiaj po takiej gadce podbiegł do okna i z rozczarowaniem stwierdził, że na drzewku nie ma kwiatuszków.

A tymczasem ja zaczynam odczuwać trudy ciąży. Była już pierwsza rwa kulszowa, pojawiły się też kłopoty ze spaniem, które przy Andrzejku miałam dopiero tuż przed porodem. Mój "wysoki" brzuszek coraz bardziej utrudnia wszystko, co wymaga zgięcia się wpół, jak choćby prozaiczne włożenie skarpetek, nie wspominając o malowaniu paznokci;p Ale pocieszam się, że sam widok Julka wszystkie te trudy mi wynagrodzi. Tak samo jak na widok brązowych włosków na łepetynie Andrzejka od razu wybaczyłam mu, że przez cały ostatni trymestr właściwie nie dał mi porządnie się wyspać.

W końcówce poprzedniej ciąży byłam święcie przekonana, że po porodzie skończą się wszystkie moje problemy, a ja i mój mąż będziemy - przytuleni do siebie - wisieć nad stojącym w idealnie wysprzątanym pokoju łóżeczkiem śpiącego jak aniołek bobasa i wzdychać,jaki to on nie jest słodki/śliczny/kochany/grzeczny etc.
O święta naiwności...

Teraz moje doświadczenie jest bogatsze o jedno dziecko. W dodatku o egzemplarz, który zanim skończył miesiąc, właściwie przestał spać w dzień, najbardziej kochał wiszenie na maminych rękach, kiedy dostał kolek, darł się do północy z krótką przerwą na kąpiel, zmusił matkę do przejścia na dietę beznabiałową, a rutynowego szczepienia 5w1 omal nie przypłacił niepełnosprawnością.
Teraz owo moje doświadczenie ma prawie dwa lata, prądnicę w zadku, a szatańskich pomysłów na minutę chyba więcej niż włosów na łepetynie.

Tak, zaczynam się bać.

Mój mąż już mi zapowiedział, że nie zamierza korzystać z  żadnych ojcowskich i/lub tacierzyńskich przywilejów pracowniczych.
Faktem jest, że sumarycznie spędza poza domem mniej czasu niż większość głów rodzin, ale czarno widzę zajęcie się dwulatkiem i noworodkiem tuż po powrocie ze szpitala, jeśli jemu akurat wypadnie dwa lub trzy dni w pracy... Znów cała nadzieja w teściowej...

No a Jędruś?
Jak on zareaguje na młodszego brata? Wiadomo, staramy się go na to przygotować. Pokazujemy zdjęcia malutkich dzidziusiów, tłumaczymy, że sam też był małą dzidzią, pokazałam mu nawet filmik, na którym jeszcze w szpitalu karmię go piersią. Dostanie prezent od brata, od mojej mamy dostał nawet lalę, którą ładnie się opiekuje. Ale lala nie płacze i nie ssie piersi mamy. Mama nie odrywa się od rysowania pięćdziesiątego kotka, by zająć się lalą. Lala nie jeździ w JEGO wózku i nie płacze akurat wtedy, kiedy on chce się przytulić... Jędruś chyba czuje coś pod skórą, bo od jakiegoś czasu stara się zwrócić na siebie maksimum uwagi. I to głównie maminej, jakby wiedział, że musi się mamą nacieszyć na zapas.
No i czy nie wyładuje swoich frustracji na bracie? Po tym, jak potraktował swój przewijak wiem już, że ma więcej siły niż można by przypuszczać. Właśnie tego obawiam się najbardziej.

O obowiązkach nie wspomnę. Nie unoszę się ambicją, bo WIEM, że nie wyrobię. No, chyba, że urodzę naturalnie bez nacięć i trafi mi się dziecko, które je, śpi i nigdy nie płacze - ale takie dzieci widuje się chyba tylko w parentingowych piśmidłach i reklamach pampersów.
Już zapowiedziałam mężowi, że większość prac domowych będzie musiał wziąć na siebie. I choć sterta naczyń w zlewie działa na mnie jak płachta na byka, jestem realistką - wiem, że przynajmniej dopóki ja nie dojdę do ładu po porodzie i nie ustali się jakiś rytm karmienia, na pewno nie wrócę do trybu "pani domu":/

Figura? A co to takiego?
Po Andrzejku figura odzyskała się właściwie sama. Fakt - ćwiczyłam, ale tylko to, co zaleciła mi fizjoterapeutka - nie po to, by mieć płaski brzuch, a po to, by szybciej uwolnić się od bólu i odzyskać sprawność po cesarce. No i robiłam powolne przysiady z wyjącym od kolki Jędrulą na ramieniu - bo lekarka powiedziała, że to mu ulży. I owszem - ulżyło, ale mnie na pociążowy cellulit;p
Teraz mam świadomość, że może być trudniej. Kolejna ciąża, mniej czasu...Właśnie po są moje noworoczne postanowienia - wiem, że bez takiego kopa nawet bym o tym nie pomyślała. A przecież chcę, żeby kiedyś chłopcy nie wstydzili się pokazać kolegom, która to ich mama. Nie wspominając o podobaniu się mężowi, bo to oczywista oczywistość.

Spostrzeżenia? Rady?
Bo mój wcześniejszy hurraoptymizm chyba zaczyna mnie opuszczać:/



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...