piątek, 31 stycznia 2014

Kolejne osiągnięcie i domowa edukacja historyczna;p

Źródło: gta-five.pl
Ubieram Andrzejka na dzisiejszy spacer z babcią. Założyłam mu już kombinezon, Jędrula wsunął sobie na głowę czapkę, wkładamy buty, na koniec zostały rękawiczki. Ponieważ na rękawiczkach mamy naszyte króliczki, nie da się wkładać ich jakkolwiek. Mamy je nie od jakiegoś czasu, więc nie powinno mnie dziwić, że Jędruś już się do nich przyzwyczaił, ale i tak byłam zdumiona, kiedy na komendę "nadstaw prawą rączkę" młody bez wahania wyciągnął tę właściwą.
Pomyślałam, że to przypadek, wiec założywszy smykowi rękawiczki, poprosiłam, żeby pokazał lewego buta. Pokazał - i to bezbłędnie. Potem bez trudu wskazał też prawe oczko i lewe kolano. Spróbowałam podnieść poprzeczkę i zapytałam, gdzie mamusia ma prawą rączkę. I choć to okazało się już za trudne - i tak jestem z niego dumna. Zwłaszcza, że... mnie samej jeszcze czasem zdarza się pomylić, głównie przy opisie czegoś, czego w danej chwili nie mam przed oczami;p



***

Chłopaki moje ścielą łóżko Jędrusia.
Tatuś (śpiewa): "(...) ze wstydu potem ten i ów/rzekł o mnie: niewyżyta Niemra/I pod batogiem nago biegł/ Po śniegu dookoła Kremla. Stóóój, Katarzynooo..." - przerywa i dodaje od siebie - zaraz zaraz, coś nam tu nie pasuje. Przecież Kreml jest w Moskwie, a stolica Katarzyny była w Petersburgu...
Andrzejek: No tak!
T: I jak to wyjaśnisz?
A: Nie da się!

czwartek, 30 stycznia 2014

Pleć, pleciugo...

Źródło: godmother.plm,
A: Zjobiłem kupę. Mama, zmień pieluchę. Ale nie, nie tu.
M: No to gdzie, Andrzejku?
A: Na psiewijaćku.
M: Jędrusiu, przecież połamałeś przewijak.
A: No to na kanapie.
M: Dobrze. W takim razie podłożymy podkład.
A: No to nie na kanapie.
M: A gdzie?
A: Na lampie. O tam.
M: A jak wejdziesz la lampę?
A: Po djabinie. Babcia psiniesie djabinę!

***

Rozmawiam z mężem po jego powrocie z  pracy.
T: Byłem dziś w kadrach, dali mi PIT-a za ubiegły rok i...
A: Mi teź!
T: Tak? A ty coś zarobiłeś w zeszłym roku?
A: Tak!
T: Tak? A ile ty zarobiłeś?
A: Dwa!
T: Ale czego dwa?
A: Dwa długopisy!

***

A: Mama, zjób mi kawy!
M: Nie, Andrzejku, dzieci nie piją kawy.
A: No to hejbaty.
M: Dobrze, chodź, zrobimy razem.
Robię herbatę, daję kubek Andrzejkowi.
M: Proszę, Andrzejku. Co się mówi?
A: No! Najeście!*


*nareszcie - przyp.red.;p

środa, 29 stycznia 2014

"Siupej kałuuuzia" - czyli o odpowiedzialności rodzica za szkody wyrządzone przez dzieci

Źródło: tv.master.pl
Mąż wyszedł i zostałam sama z Andrzejkiem. Dziś akurat dzień zapowiadał się całkiem fajnie, bo Andrzejek był w wesołym nastroju i zachowywał się - jak na siebie - dość spokojnie. Nawet na dłuższą chwilę zajął się klockami, dzięki czemu mogłam ponadrabiać trochę blogowych zaległości:)
Obiad miałam z wczoraj, więc, kiedy już się naczytałam, mogłam całość mojej uwagi poświęcić tworzeniu drewnianych konstrukcji.
Kiedy klocki nam się już znudziły, tradycyjnie już posegregowaliśmy pranie, komisyjnie sprawdziliśmy prawidłowość ułożenia węża w wannie, nastawiliśmy pralkę i starliśmy mopem podłogę, po czym zajęliśmy się oglądaniem książeczek. Andrzejek był nimi tak pochłonięty, że postanowiłam wymknąć się po angielsku, by zagrzać mu zupę. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy Jędruś odłożył książeczki i wyszedł z pokoju. Z błogiego skupienia nad podgrzewaną zupą wyrwał mnie pełen tego urokliwego właściwego tylko dzieciom zachwytu okrzyk Jędrusia: "Łaaał, ale siuupej kałuuuzia!" ...
Czy muszę dodawać, że przyłapałam mojego syna po kostki w wodzie robiącego fontannę z rury odprowadzającej wodę z pralki?

Natychmiast wyniosłam młodego z łazienki, po czym zasłałam podłogę czekającą na pranie pościelą i ręcznikami po czym zaczęłam wycierać wodę wszystkimi dostępnymi szmatami. Adrenalina skoczyła tak mocno, że zapomniałam o tym, że jestem w siódmym miesiącu ciąży, przeziębiona, a na dodatek jeszcze przedwczoraj nie mogłam się ruszać z powodu rwy kulszowej.
Kiedy sytuacja była już częściowo opanowana, zapukała do nas sąsiadka z dołu. Jak się okazało - woda zdążyła przeciec do niej. Przeprosiłam, powiedziałam, że robię, co mogę, ale jestem sama, nie mogę zostawić dziecka i kiedy tylko wróci mąż, na pewno przyjdzie do niej obejrzeć szkody i niczego nie będziemy się wypierać. No bo co tu kryć - szkodę wyrządziło moje dziecko. Za dziecko odpowiada osoba, która się nim w danej chwili opiekuje - czyli w tym wypadku ja. A ja go nie upilnowałam - więc jest to MOJA wina. I zaawansowany stan błogosławiony połączony z kiepską w danej chwili formą nie są tu żadnym usprawiedliwieniem.

Zadzwoniłam do męża, poinformowałam o sprawie, a on zaraz po powrocie z pracy poszedł pertraktować z sąsiadką. Wyobraźnia już zdążyła podsunąć mi obraz remontu połączonego z wymianą wanny, skuwaniem kafli i malowaniem całej łazienki, ale na szczęście szkody ograniczyły się do niezbyt dużej plamy na suficie i stanęło na tym, że wiosną zwrócimy sąsiadce za malowanie - a że łazienkę ma równie malutką jak my i obłożoną po sam sufit kafelkami, koszt również nie będzie wielki. Rozeszło się po kościach, ale mogło być różnie...




wtorek, 28 stycznia 2014

22 miesiące Misiula

Ciężko mi w to uwierzyć, ale ten uroczy maluch na zdjęciu obok już za dwa miesiące będzie Dumnym Dwulatkiem:) Moja mama mówi, że to, jak szybko się starzejemy widać po tym, jak szybko zmieniają się nasze dzieci. Kiedy sama byłam nastolatką wydawało mi się to głupim gadaniem, ale teraz, kiedy mam własne dziecko, muszę zwrócić jej honor.



Czas ucieka, ale Andrzejek go nie marnuje. W ostatnim miesiącu sporo się działo  - było szczepienie przeciw odrze, śwince i różyczce, gorączka po szczepieniu, potem biegunka, a teraz ząbkowanie.

Ile mój synuś mierzy - nie wiem, ale kiedy staje na palcach, sięga już do klamek i otwiera sobie drzwi. Waży 10,5kg - trochę mi niestety schudł podczas biegunki. Przechodzimy powoli na ubranka rozmiaru 92, choć w spodniach tej wielkości zmieściłoby się jeszcze dwóch takich Andrzejków. Ratujemy się szelkami lub zakładamy stare spodenki jako "biodrówki";p
Jędruś ma 17 zębów -  pokazały się już wszystkie "czubki' lewej górnej piątki. Pozostałe atakują - nocami mamy z nimi niezłe przeboje.

Przez komplikacje zdrowotne znów przepadły nam testy alergiczne. Ciekawe, kiedy w końcu uda nam się je zrobić.

Wszystkie te zawirowania nie przeszkadzają jednak Andrzejkowi. Rozwija się teraz bardzo dynamicznie. Teksty ulubionych piosenek deklamuje właściwie sam, ja dopowiadam tylko pojedyncze słowa. Próbuje śpiewać - powtórzenie słyszanej melodii jest jeszcze dla niego za trudne, ale trenuje zawzięcie. Ćwiczy intonację - pytania czy wykrzyknienia w jego wykonaniu brzmią wręcz teatralnie.
Powtarza coraz trudniejsze słowa i wyrażenia np. "śtetośkop", "Nifujoksiazid", "Pajacietamol". Widać, że dziecko służby zdrowia;p
Z naszą pomocą (np. co jeszcze jest białe tak jak śnieg?) układa pierwsze porównania np. "śnieg biały jak kajtećka", "będę jeździł na tacie jak na koniku". Używa wyrażeń takich jak: "Proszę bardzo", "w takim razie...", "Oczywiście, że tak/nie", "żeby... trzeba...", "Andrzej potrzebuje...".
Rozumie i stosuje następstwo ("najpiejw zjem ziupę, a potem pójdziemy na śpaciejek").
Umie poinformować, że robimy coś źle - np. że babcia wzięła niewłaściwe smarowidło do jego buzi albo mama narysowała królikowi za dużo wąsów.
Zaczyna używać zaimków osobowych, trzecioosobowe nie stanowią żadnego problemu, o sobie też zamiast "Andziej" coraz częściej mówi "ja". Od niedawna poprawnie używa czasowników zwrotnych - choć jeszcze czasem "się" mu się gdzieś zgubi.
Zaczyna przewidywać - np. że śnieg z butów zrobi kałużę na podłodze. Normalnie szczęka mi czasem opada.

Zabawa - Andrzejek ostatnio szczególnie polubił układanki. Sam układa już puzzle z sześciu kawałków, przy takich z dziewięciu potrzebuje jeszcze pomocy. Z klocków potrafi zbudować wysoką wieżę, ale woli tworzyć bramy i garaże, które całkiem ciekawie ozdabia.


Rysowanie i plastelina na razie w niełasce - no chyba, że w grę wchodzi zdobienie mebli.

Zainteresował się też robieniem zdjęć. Na razie, z braku lepszego sprzętu - maminym telefonem. Trochę zeszło, zanim nauczył się obchodzić z dotykowym ekranem i trzymać telefon tak, by nie zasłaniać palcami obiektywu, ale jak na pierwsze próby jest nie najgorzej;p Tu parę jego przykładowych "dzieł". Zdjęcia nie są poprawiane ani kadrowane. Najpierw była nauka łapania kadru:


Potem problemy z ostrością (PS. na mojej głowie "czapka" projektu mojego synka, którą stworzył podczas selekcji za małych ubranek i "uprzejmie poprosił", bym ją przymierzyła;p)


 Ale potem było już tylko lepiej. Może dlatego, że obiekty bardziej fotogeniczne;p




Jeśli chodzi o samoobsługę - tu już nie jest tak różowo. Andrzejek co prawda potrafi sam założyć sobie spodnie, rozpinaną górę, buty (bez zapinania), czapkę i komin, ale za to po ostatniej chorobie totalnie zniechęcił się do nocnika. Woła nadal, ale znów załatwia się tylko w pieluchę. Nic to, nie naciskamy, wrócimy do tematu za jakiś czas. Szlag trafił też samodzielne zasypianie - co prawda i tak nie było ono u nas regułą, ale odkąd Jędruś zagorączkował po szczepieniu, nie udało mu się to ani raz. Tu też nie naciskamy, choć przyznam, że takie lulanie rozgadanego dziecka, które akurat przed snem musi poznać odpowiedzi na wszystkie swoje odwieczne pytania jest już irytujące.

A na koniec jeszcze parę migawek:






poniedziałek, 27 stycznia 2014

Doła mam

Czy Wam też brzuszek ciążowy tak utrudniał życie? Bo ja po dzisiejszej przygodzie chyba muszę sprawić sobie jakiegoś rogala do spania. Mój brzusio, choć ekstremalnie wielki jeszcze nie jest, bardzo ostatnio utrudnia mi spanie. Wyżaliłam się nawet doktorowi, że nie mogę nawet obrócić się z boku na bok bez podniesienia się do półsiadu. Póki jeszcze nie śpię, nie stanowi to problemu, ale jeśli już zasnę, to albo przewalam się na plecy, leżę tak do rana i budzę się z zadyszką, albo do końca śpię w jednej pozycji, budzę się jak połamana i dopiero po porządnej gimnastyce dochodzę do jakiejś formy. Dziś Julian poszedł o krok dalej i ułożył się tak, że swoim szanownym Ponad Kilo Dwieście ucisnął mi nerw kulszowy. Kto miał - ten wie. Godzinę zbierałam się z łóżka, mąż musiał pomóc mi się ubrać, obsłużyć i zrezygnować z części swoich planów, bo ja nie dałabym rady zostać sama z Andrzejkiem.

Do lekarza nawet nie było po co iść. W trzecim trymestrze leki przeciwbólowe o działaniu przeciwzapalnym, które w takich sytuacjach stosuje się rutynowo (te różne Ketonale, Voltareny, a nawet zwykły ibuprofen etc.) są zakazane, bo często powodują komplikacje kardiologiczne u płodu. Do wyboru pozostaje więc paracetamol (nie pomógł) albo tramadol (np. Tramal), ale bałam się możliwych powikłań oddechowych u Julianka i uczucia otępienia u siebie. Położyłam sobie ciepły kompres żelowy na biodro, a kiedy ból trochę zelżał, ułożyłam się na parę minut w takiej pozycji:


Źródło  

Pomogło na tyle, że byłam w stanie zakręcić się koło obiadu, kiedy już mąż powyciągał mi wszystko, po co musiałabym się schylić. Zanim to nastąpiło, trzeba było jednak powrócić do pozycji pionowej, a wstawanie z klęczek wymagało jednak pomocy męża...

Teraz jest już lepiej, ale mimo tylu godzin nadal ciężko mi wstawać, a poruszam się  z wdziękiem i lekkością Robocopa. Schylanie się nadal odpada. Spacer z chłopakami - wiadomo. W domu sajgon, bo ja posprzątałam tylko to, co dałam radę, a nad resztą nie było komu się zlitować.
Dodatkowo nadal mam zatkany nochal i boli mnie gardło, więc teoretycznie nie powinnam zbliżać się do mojego świeżo wyciągniętego z biegunki dziecka.
A jemu, jak na złość, akurat dziś zebrało się na buziaki.

Źródło: pl.clipartlogo.com


Podeślijcie mi coś na poprawę humoru, bo jak nie, to utuczę się ciasteczkami (też jak na złość mamy ich akurat pełną szafkę) do "ksztaltu doskonałego"...

niedziela, 26 stycznia 2014

O pociągającej mamie, kolokwializmach i o tym, dlaczego babcia się załamała

Problemy zdrowotne? Jędruś już najwyraźniej zapomniał, co to takiego, za to ja od rana jestem dziś wybitnie pociągająca;p Z tego też powodu odpuściłam sobie basen - mam nadzieję narobić w tygodniu we własnym zakresie jeśli doleczę katarzysko i mróz nieco zelżeje.
Postanowiłam jednak nie odpuszczać niedzielnej Mszy, tyle tylko, że zamiast pół godziny tłuc się tramwajem tam, gdzie lubię, podreptałam "do parafii".
Kurczę, nie sadziłam, że przy -7 stopniach w swetrze, kożuchu z kapturem, wełnianej czapie i legginsach pod spodniami można przemarznąć na kość w ciągu może trzech minut szybkiego marszu... Jeszcze rok temu ubrana połowę lżej szalałam na nartach przy -15 i nie było mi zimno nawet w kolejce do wyciągu. Starość nie radość?

Kiedy wróciłam do mieszkania, synek od razu wybiegł mi na powitanie. Zadrżałam z zimna na sam jego widok - miał na sobie tylko bodziaka z krótkim rękawem...
Wyszedł więc mały mnie powitać i skrzywił się na mój widok:

A: O fuuuj!
M: ???
A: Ale maś ubłocione buuuty!
M: I zobacz ile śniegu na nogawkach...
A: Ściągaj sibko, bo będzie kałuuuzia!

Rozebrałam się, weszłam do pokoju i zapytałam męża, czy Jędruś "stworzył" coś, kiedy mnie nie było - użyłam dokładnie takiego określenia, oboje wiemy, o co chodzi. I zanim jeszcze mąż zdążył odpowiedzieć, dostałam kolejny dowód na to, jak bardzo trzeba uważać, co mówi się przy dziecku:

-Andziej zjobił djugie łajno, ale teź nojmalne - oznajmił mi dumnie syn i wyszczerzył się w oczekiwaniu na pochwałę z cyklu "jak ty ślicznie mówisz":).
Cóż, pozostaje tylko cieszyć się, że wyzdrowiał już całkowicie...

Jak wcześniej chciałam wybrać się dziś na krótki rodzinny spacer, tak po peregrynacji do kościoła odwidziało mi się to zupełnie. Zostaliśmy więc w domu i przez większość dnia nic ciekawego się nie działo.
Wieczorem mąż poszedł do kościoła, a że nie zdążył wrócić przed kąpielą młodego, poprosiłam o pomoc jego mamę. Po kąpieli podzieliłyśmy się "obowiązkami" - ja poszłam robić Andrzejkowi kolację, a ona ubierać delikwenta w piżamkę. Rozpuszczając Bebilon pepti na kaszkę uświadomiłam sobie, że nie poinstruowałam teściowej, czym ma smarować które części ciała małego atopika. Jednak zanim jeszcze ruszyłam się z miejsca, przekonałam się, że mały nie da sobie krzywdy zrobić:

Andrzejek: Babcia, nie ubejaj pieluchy. Pośmajuj pupę Andzieja. Dobzie. A tejaś kolanka.
Babcia chyba wzięła niewłaściwe smarowidło.
A: Nie, nie tyyym. O tym. Dobzie. A tejaś łokcie.
 Staję w drzwiach z gotową kaszką, widzę jak teściowa zakłada małemu bluzę od piżamy, przygładza włosięta i chce pomóc mu zejść z komódki, na której go oporządzała. Ale hola hola...
A: Jeście nie! Jeście buzia! - Andrzejek nadstawił babci facjatę do smarowania, ale zobaczywszy, że ponownie odkręca butlę z balsamem do ciała, zanurkował w szufladzie i dał babci swój krem do twarzy - o tym!  - po czym ponownie się nadstawia.
A: Najpiejw ciółko. Tejaś bjodę. Dobzie. Jeście jaź. A tejaź nosiek i polićki-chomićki...

W końcu rytuały pielęgnacyjne dobiegły końca, Jędruś zjadł kolację, umył zęby i przyszła pora, by położyć go spać. Kiedy teściowa zobaczyła Jędrula gramolącego się do wózka, załamała ręce i strzeliła kazanie o tym, jak to strzelamy sobie w stopę własnym wygodnictwem, a mały od dawna jest już dość duży, żeby zasypiać samodzielnie na tapczanie, nauka potrwa, więc trzeba zacząć od razu. Rozłożyłyśmy więc na tapczanie poduchy, z którymi Andrzejek śpi w łóżeczku, dostał też osła, z którym zawsze zasypia, wyciemniłyśmy pokój, włączyłyśmy grającą żabę i teściowa ułożyła Jędrusia na wersalce, a ja, by dać przykład, położyłam się obok, przytuliłam małego i udawałam, że śpię.

Skończyło się dokładnie tak, jak myślałam - Andrzejek najpierw poznosił sobie do łóżka wszystkie maskotki, ułożył je rzędem, nakrył kocykiem i "uśpił", po czym... zaczął skakać po mamie. Po prawie pół godziny prób pacyfikacji, zapaliłam światło i przyprowadziłam wózek, a Jędruś wdrapał się na niego i usnął nie czekając nawet, aż babcia ponownie światło zgasi.
No cóż - chyba jeszcze nie jest gotowy na zmianę...

sobota, 25 stycznia 2014

Pan kotek był chory - czyli dieta Kotka Osrałka

Dziś, mam nadzieję, ostatni wpis chorobowy.
Choroba nam bowiem mija, Jędruś właściwie wrócił już do formy i daje popalić jak dawniej:)

Dzisiaj więc krótkie podsumowanie-porada jak żywić małe dziecko z biegunką na podstawie informacji od wezwanego przedwczoraj do domu pediatry i doświadczenia jędrusiowej babci, która leczeniem jelit i przyległości zajmuje się zawodowo od ponad trzydziestu lat.
Oby Wam się więc mój wpis nie przydał, ale w razie czego możecie skorzystać z naszych doświadczeń.

Jak więc wygląda "dieta biegunkowa" w praktyce - oto kilka przykładów z życia Andrzejka.
O tym, co nam wolno, już trochę pisałam, ale przypomnijmy:
  • gotowane owoce i warzywa
  • wywary z jarzyn (nie licząc tych wzdymających jak cebula, kapusta czy por), gotowane bez mięsa (wywary mięsne są zbyt tłuste i ciężkostrawne - mogą nasilić biegunkę)
  • mięso drobiowe gotowane w osolonej wodzie bez innych przypraw
  • glukozę w charakterze słodzika
  • czerstwe białe pieczywo lub suchary
  • Bebilon pepti
  • kaszki ryżowe i kukurydziane, chrupki kukurydziane, z przekąsek dodatkowo lekarz pozwolił na słone paluszki "Junior"
  • do picia woda, w razie potrzeby roztwór nawadniający lub słaba czarna herbata bez dodatków słodzona glukozą

Nasz niezbędnik to:

1) glukoza...
...i elektrolity. Te najbardziej potrzebne to sód, potas i chlorki. W praktyce - sól. Ja używam takiej z dodatkiem potasu bez antyzbrylaczy oraz
... lampki przywiezionej z Wieliczki
 Dlaczego? Ponieważ podane jony są niezwykle ważne dla prawidłowego funkcjonowania niemal wszystkich komórek organizmu - np. nerwowych czy mięśnia serca. Glukoza natomiast nie tylko jest "paliwem" dla mózgu, ale jest też dobrze przyswajalna nawet wtedy, gdy występuje czasowa nietolerancja dwucukrów np. sacharozy (czyli "zwykłego" cukru) czy laktozy (dlatego w czasie biegunki i jakiś czas po niej nie podaje się słodkiego mleka).
Z podanych składników można płyn do nawadniania dziecka zrobić samemu (litr wody+8 łyżeczek glukozy+1 łyżeczka soli) i podawać po każdym luźnym stolcu lub wesprzeć się gotowcami jak np. marchwianka Hipp ORS, Orsalit, Acidolit - i stosować je wedle zaleceń producenta. U nas przez wybredne gardło Jędrusia nie przeszło żadne z tych rozwiązań, więc podaję Andrzejkowi wodę z glukozą i pozwalam na takie oto zachowanie:


2) woda. Dużo wody. U nas niegazowana "Cisowianka". Dolewam ją do wszystkich potraw, na niej i w niej wszystko gotuję.

3) borówki.
Działają ściągająco i pomagają skrócić czas trwania biegunki. Ale uwaga - tylko gotowane. Surowe działają wręcz odwrotnie.

4) Ryż.
Najlepszy jest taki najzwyklejszy - te "błyskawiczne" z torebki w trakcie obróbki tracą właściwości zapierające. By był łatwiej strawny, najlepiej go rozgotować w osolonej wodzie, a potem pozwolić przez chwilę "dojść" w cieple. Ja zawijam garnek w koc;p Taki gorowany ryż można wykorzystać do zupy, drugiego dania albo deseru.

A teraz - dla przykładu - nasze dzisiejsze menu:
  • śniadanie: kaszka ryżowa na Bebilonie pepti z dodatkiem borówek
  • II śniadanie: chrupki kukurydziane i pół słoiczka musu z jabłek i bananów, który wcześniej jeszcze raz przegotowałam
  • zupa: wywar z jarzyn (marchwi, pietruszki i ziemniaka) z ryżem, marchewką i odrobiną mięsa z indyka (gotowanego osobno w osolonej wodzie).

  • II danie: mięso z indyka gotowane w osolonej wodzie (bez wywaru) z gotowanymi warzywami z zupy
  • Podwieczorek: kisiel na domowym kompocie z jabłek z dodatkiem soku z borówek - odrobinkę posłodzony glukozą

  • Kolacja: kaszka ryżowa na Bebilonie pepti z resztą gotowanego musu jabłkowo-bananowego.
  • Przekąski w ciągu dnia - paluszki "junior" - my mamy z Lajkonika
  • Napoje - wszystkie dozwolne przez lekarza. Jędrusiowi najbardziej podeszła woda z glukozą, ale najchętniej piłby samą wodę bez dodatków. Płyn nawadniający pozwala sobie podać jedynie w nocy, niemal na śpiocha.
Do posiłków mlecznych dodaję Jędrusiowi probiotyk. Dotychczas stosowałam Latopic, ale w obliczu biegunki postanowiłam sięgnąć po coś bardziej "wyspecjalizowanego". Oto moje najnowsze odkrycie:


 ... czyli tak jakby Enterol i Dicoflor w jednym. Dla mnie bardzo wygodne:) Daję młodemu dwa razy dziennie po pół saszetki. Wypróbowujemy go niestety we własnym zakresie - nie jest to współpraca z Polfą Trachomin;p

PS. Próbowałam wszystkich dań, które jadł dzisiaj mój syn. O dziwo - nie są takie złe. Wiadomo, szału nie ma, ale i tak lepsze niż to, co jadłam np. na porodówce;p
Ale kisiel, który zrobiłam dla Andrzejka na podwieczorek... pycha:) Aż żałowałam, że nic mi nie zostawił.

piątek, 24 stycznia 2014

Ku dobremu?

Źródło: bajkipolskie.pl
Możliwe, że dzisiejszy dzień był przełomowy. Oby. Wygląda na to, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Jędruś dalej ma biegunkę - paskudną, ale już nie tak nasiloną jak wczoraj. Zrobiliśmy badania z krwi i zawieźliśmy próbki zawartości pieluchy do posiewu. Wyniki mają być we wtorek lub środę.

Ustąpiła też gorączka. Przez cały dzisiejszy dzień temperatura była w normie. W ramach wyjazdu na badania udało się nawet zaliczyć króciutki spacer. Widać było, że mróz służy małemu - wyraźnie się wtedy ożywił.

Po południu przyjechała moja mama. Kiedy Jędruś ją zobaczył, oszalał ze szczęścia. Nie odstępował jej na krok. Tylko babcia mogła go karmić, poić i przewijać. Cały czas coś jej opowiadał i śmiał się ze wszystkiego, co robiła, żeby go zabawić. Kiedy tylko zobaczył, że wyszła z mieszkania (na czas usypiania małego poszła do mamy męża), natychmiast podniósł wrzask, że on chce do babci - choć przez chwilę ktoś inny odciągnął uwagę Andrzejka od mamusi;p

Patrząc na Jędrusia trudno się domyślić, że jeszcze wczoraj majaczył i leciał przez ręce. Może nie wrócił jeszcze do pełni swoich możliwości - np. chodzi zamiast biegać i nie włazi na parapety - ale poprawa jest. Ma coraz lepszy apetyt i je nawet te jałowe paskudztwa dozwolone w diecie biegunkowej. Nie płacze częściej niż zwykle i odzyskał właściwy mu wdzięk i błyskotliwość.

Przykłady z dzisiaj?
Wieczorem, nawet nie wiem, kiedy, na chwilę przysnęłam. Obudziłam się przykryta kocykiem z myszką Miki. W mieszkaniu mimo częstego wietrzenia i nawilżania mamy ukrop, więc spojrzałam pytająco na mamę, a ona mi na to, że to wcale nie ona, tylko Jędruś uznał, że trzeba mamę nakryć - przyniósł kocyk, okrył mnie i poprawiał za każdym razem, kiedy się trochę rozkopałam. Muszę przyznać, że mnie rozczulił:)

Jeszcze zanim przyjechała babcia Gosia podczas oglądania książeczki o farmie pytam Jędrulka, jakie zwierzątko znosi jaja. "Kuja" - odpowiada. Chwalę go i pytam, kto w takim razie daje mleko. Tu młody zastanawia się chwilę, po czym z szelmowskim uśmiechem odpowiada: "Tata", posyła tacie swój najbardziej złośliwy uśmieszek i czeka na reakcję. Tatuś, tłumiąc wybuch śmiechu, pyta go, jakie zwierzątko robi mleko, na co Andrzejek od razu wypala: "Mamusia!" i wskazując palcem moją klatkę piersiową dodaje: "o tu mamusia jobi mleko". Czyżby pamiętał jeszcze sprzed prawie pół roku?


czwartek, 23 stycznia 2014

Walczymy dalej

Po wczorajszym zupełnie fajnym dniu - dziś kolejny kryzys. Andrzejek obudził się z gorączką. Podaliśmy mu paracetamol i mąż wyszedł jak zwykle. Tymczasem niespełna godzinę po jego wyjściu temperatura skoczyła do 39 stopni, a Jędruś strzelił trzy kupy w dziesięciominutowych odstępach. Choć właściwie kupy to zdecydowanie nieadekwatne słowo. Z małego dosłownie się lało. Minę miał wskazującą na znaczne cierpienie, więc poprosiłam, żeby pokazał, gdzie go boli (od dawna potrafi), a on pokazał na sufit i oznajmił, że idzie oglądać pieski dziadzia, po czym usnął.
Zadzwoniłam na pogotowie, gdzie odpowiedziano mi, że teraz działają przychodnie, mam iść do naszego lekarza. I na nic tłumaczenie, że jestem w siódmym miesiącu ciąży, sama w domu (drugie piętro, blok bez windy) z półprzytomnym, lecącym przez ręce dwulatkiem.

-Pani go do wanny do kąpieli włoży, to się zaraz obudzi.
-No ale mnie nie wolno dźwigać...
-No to kompres mu pani położy na czoło...

W tym momencie rozładował mi się telefon. Jakoś zdołałam ułożyć młodego na wózku, zapukałam do sąsiadki i poprosiłam o możliwość skorzystania z telefonu. Od niej zadzwoniłam do męża i zarejestrowałam dziecko w przychodni. Mąż co prawda nie zjawił się od razu, ale wcześniej przybyła na pomoc jego mama, która pomogła mi doprowadzić Andrzejka do stanu, w którym już był z nim jakiś kontakt.

Po podaniu dodatkowej dawki Ibumu gorączka w końcu spadła, a Jędruś dał się napoić i w przychodni był już tylko lekko oszołomiony. Mnie natomiast oszołomiła decyzja lekarki, która przepisała młodemu... Sumamed forte. Antybiotyk z grupy makrolidów, którego głównym działaniem niepożądanym jest właśnie biegunka. Tymczasem od czasu poprzedniej serii Jędrula zdążył dorobić jeszcze drugie tyle. Zapytałam - skąd taka decyzja. Bo ma zaczerwienione gardło - brzmiała odpowiedź. Zamurowało mnie. Wzięliśmy receptę i wyszliśmy. Leku nie wykupiłam.

Źródło: czytelniamedyczna.pl

W domu poszła kolejna salwa, a potem znów narosła gorączka. Oczami wyobraźni już widziałam się na stołeczku obok szpitalnego łóżka mojego dziecka, usiłującą nie dopuścić, by z niego zwiało i wyrwało sobie wenflon. W ostatnim akcie rozpaczy zadzwoniłam jeszcze do lekarza poleconego mi kiedyś przez kuzynkę i zamówiłam prywatną wizytę domową. W międzyczasie podałam młodemu jeszcze jedną dawkę paracetamolu i do czasu wizyty Andrzejek już całkiem stanął na nogi.

Przyszedł dość młody lekarz pediatra, Jędrusia zagadał, więc histeria ograniczyła się tylko do badania gardła. Nawet znienawidzone osłuchiwanie stetoskopem (nie pytajcie mnie dlaczego - nie mam zielonego pojęcia) jakoś wytrzymał. Lekarz zajrzał też do uszu, zbadał węzły chłonne, odruchy i sprawdził, czy nie ma sztywności karku. I pierwsze co powiedział to "Proszę mu nie dawać tego Sumamedu".
Dokładnie opisał dietę, jaką powinniśmy zastosować. Po pierwsze - ryż i gotowane warzywa. WOLNO nam też podać małemu gotowane jabłuszka i gotowane mięso drobiowe, przeciwko czemu wcześniej protestowała teściowa. Wolno nam potrawy do smaku posolić (ale zwykłą solą) i posłodzić (glukozą). WOLNO też podawać Bebilon Pepti i na nim robić kaszkę ryżową lub kukurydzianą.
Dwa razy dziennie Jędruś ma też dostać probiotyki. Tu zostały nam polecone: Dicoflor (zawierający Lactobacillus rhamnosus GG) i Enterol (zawierający drożdże Saccharomyces boulardi) - oba i tak mieliśmy w domu i podawaliśmy małemu.
A co do szpitala... bardzo nas uspokoił. Powiedział, że w tej chwili Andrzejek (oznajmiający doktorowi, że nie chce kaszki, ale chętnie zjadłby ziemniaki, a tak w ogóle to nie będzie jadł, dopóki tatuś mu nie zaśpiewa "O Belinie") wcale nie wygląda na dziecko chore i odwodnione, więc - o ile do tego czasu jego stan gwałtownie się nie pogorszy - wystarczy, jeśli ma badania zabierzemy go rano. Zrobić mamy:
  • morfologię z rozmazem
  • elektrolity (sód, potas, chlorki)
  • OB
  • CRP
  • badanie ogólne moczu
  • Posiewy z kału (ogólny, rotawirusy i salmonella).
Na razie więc wyczekujemy.
Trzymajcie kciuki za młodego.

środa, 22 stycznia 2014

Różne odcienie matczynego zmęczenia

Na początek powiem o moim dziecku to, co o swoich pociechach mówi każda mama: Jędruś jest fantastycznym dzieckiem. Wspaniałym. Błyskotliwym, ciepłym, serdecznym. Ślicznym i wdzięcznym. Obdarzonym bardzo dobrą pamięcią i niesamowicie pojętnym, a przy tym silnym, ruchliwym i sprawnym fizycznie. Wygadanym i elokwentnym. I wiecie co? Po dniu spędzonym z tym małym cudem, choćbym nie robiła nic poza zajmowaniem się nim, po prostu...

Coś z cyklu: każdy czasem miewa dość... (zdjęcia z sieci)
... padam na pysk.

Jędruś jest absorbujący. Nie ma, że da mu się książeczkę i posiedzi, oglądając ją, a ja w tym czasie mogę iść do ubikacji albo napić się herbaty. Jędruś książeczkę, którą zna na wylot, rzuci do kąta i przybiegnie do mamy, a z nową, w której znajdzie coś, czego nie wie... przybiegnie do mamy. I zada milion pytań: A co to jest? Do czego służy? A tak w ogóle, to mama mi to kupi. Mama nie kupi? No to tata. Albo babcia...

Jędruś kocha sprzątać. Ale nie ma, że da się mu do łapek mopa, a on myje podłogę, o nie... Ja mu daję mopa, a on pokazuje mi palcem na miotłę pilnując, bym dokładnie wyzamiatała każdy kąt, który on ma zamiar umyć. A że nie da sobie wcześniej mopa wykręcić... to mamusia podłogę po myciu musi wytrzeć, coby ofiar w ludziach i panelach uniknąć.

Spacer z moim dzieckiem? Kiedy coś go zaciekawi, nie ma zmiłuj. I goń, mamusiu. Kiedy wymyśli sobie, że pójdzie np. do kościoła, nie da się oszukać żadnym placem zabaw i będzie się darł dopóki nie zabiorę go tam, gdzie chciał. A czasem i to nie pomaga, bo gdy stajemy już przed ołtarzem naszej świątyni parafialnej, Jędruś na całą dostępną przestrzeń ogłasza. "Nie do tego. Do INNEGO kościoła pójdziemy" - i cała procedura zaczyna się od zera. Plac zabaw? Nieustanna gonitwa za małym biegaczem-wspinaczem. No, może z przerwami na Sądy Piaskownicowe.

Jedzenie? Fajnie, jeśli chce. Jeśli nie, to mowy nie ma, nie zje. A ty, mamo, odgrzewaj po dziesięć razy, pilnując, by syn w tym czasie nie zainteresował się palnikami z gazem albo nie wypadł z okna.
Tu mamy jeszcze jeden scenariusz. Jędruś zje z wielką łaską, a potem wszystko "odda". A mama musi posprzątać (mniejszy problem) i przebrać dziecko, które trzeba najpierw jakoś złapać i obezwładnić.

Leń się mamy czepił i siadła na moment przy kompie albo postanowiła sama udać się do toalety? No to niech się mama przygotuje na pranie dywanu albo zdejmowanie z meblościanki dziesiątek plastelinowych kuleczek. Albo niech się mama przygotuje na zawał na widok dziecka wydłubującego zaślepki z kontaktów. Albo na salwy śmiechu na widok dziecięcia usiłującego zamknąć się od środka w piekarniku. Wszystko to już było moim udziałem.

Coś się nie podoba? No to trochę pohisteryzujmy, powierzgajmy nogami, zniszczmy coś w domu, udawajmy, że przestajemy oddychać. Dwa-trzy razy dziennie to norma.

To jednak jeszcze nic w porównaniu z tym, co się dzieje, gdy małemu coś dolega.
Choćby ta nieszczęsna gorączka, która przedwczoraj go dopadła. Jędruś z gorączką to dosłownie mała przyssawka. Leży wtedy na dowolnej części mamy i miauczy. Mama chce wstać - choćby po to, by nalać mu świeżej wody do picia - ostatkiem sił wstanie, przeczłapie te parę kroków i już miaukoli, rozkładając się na kuchennej podłodze i robiąc sobie poduszkę z mojej stopy. I tak non stop. Choćby był skrajnie zmęczony, nie uśnie nawet na chwilę. I zawsze znajdzie w sobie dość sił, żeby bronić się przed położeniem kompresu na czoło albo - o zgrozo - podaniem lekarstwa, które ulżyłoby mu w jego cierpieniu. No i na gwałtowne protesty, kiedy mama próbuje dać mu do zrozumienia, że idzie siusiu i zaraz wróci. Nie, mama nie może robić siusiu, a zresztą, po co ona chce iść do tej toalety, przecież od trzech godzin nie pozwoliłem jej się napić...

Z dwojga męczącego mimo wszystko wolę wariant zdrowy. Dziś mały był już niemal całkiem w formie. Na szczęście dla mnie po południu przejął go tatuś, a ja mogłam zrelaksować się mniej więcej tak:


wtorek, 21 stycznia 2014

Post pediatryczno-statystyczno-ginekologiczny

Dziś miał być wpis ciążowy - połączenie podsumowania szóstego miesiąca ciąży i opisu wizyty u ginekologa. I będzie. Zacznę jednak od starszego z moich dzieci, które wczoraj zagorączkowało i dostało od Was masę życzeń powrotu do formy - za co w jego imieniu bardzo Wam dziękuję.

Mały czuje się lepiej mimo, że dziś jeszcze trochę gorączkował. Wrócił mu humor, ładnie jadł i dokazywał jak zawsze. Temperatura mu spadła, ale zamiast gorączki tym razem przyplątała się biegunka, więc po południu pojechaliśmy do pediatry. Jędruś dostał receptę na Nifuroksazyd w syropie i Enterol, ma też dużo pić - czyli standard. Na szczęście z podawaniem picia nie mamy problemu, a to, że cokolwiek mu dolega, było ostatnim, co można było wymyślić obserwując dziś Andrzejka:)

A co u nas - czyli mamy i Juliana?
Wszystko dobrze. Skończyliśmy już szósty miesiąc, jesteśmy w połowie 28 tygodnia ciąży.
 Prezentujemy się - jak na ten etap ciąży - okazale:



Ważymy razem 59kg, czyli o 7,5 więcej niż na początku.
Wymiary mamy: 92-93-92 czyli biust 70G (wie ktoś może, gdzie można niedrogo kupić 65H?), w brzuszku od ostatniego mierzenia przybyło 2cm, a w biodrach cały czas tyle samo.

Sam Julek waży już ponad 1200g.  Choć dziś nie bardzo chciał pozować (poniżej najlepsze dzisiejsze ujęcie),


 pierwsze, co mi przyszło na myśl na widok tego małego pyszczydła to "o jaki podobny do Andrzejka":) Jest tylko większy - Jędruś na tym samym etapie ważył jakieś 100g mniej.
Julianek ma też bardzo długie nogi, duże stopy i...


... dłonie pianisty. Nawet wiem po kim. U mnie w rodzinie nikt nie ma takich długich palców. Tatuś się nie wyprze:)

Wizyta dzisiaj właściwie ograniczyła się do badania ginekologicznego i krótkiego USG. Doktor orzekł, że wyniki mam świetne, pogratulował dobrej formy i dał kartę do liczenia ruchów dziecka.

Następna wizyta za ponad miesiąc, a w międzyczasie jeszcze czeka mnie USG "genetyczne" w trzecim trymestrze i druga wizyta u fizjoterapeuty (i nowe ćwiczenia, bardziej rozciągające i przygotowujące do porodu). A najfajniejsze jest to, że oba te "dodatkowe" spotkania są dla mnie - jako stałej i wiernej (druga ciąża) pacjentki doktora - prezentem od firmy:D

poniedziałek, 20 stycznia 2014

A jednak...

Źródło: rushfm.co.nz
Jednak nam się nie upiekło - ale na co ja właściwie liczyłam, w końcu mamy do czynienia z NOP-owcem...

Mowa oczywiście o objawach niepożądanych po podaniu szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce.
Dziś mamy siódmy dzień po szczepieniu. Do tej pory było wszystko super, ale dziś po południu Andrzejkowi narosła temperatura. Nie jakaś bardzo wysoka - 38,3 - ale wystarczyło, by ściąć mojego misiula z nóg i wprowadzić w wybitnie marudny nastrój. Mały na szczęście nie ma żadnych innych objawów, gorączka ani trochę nie przeszkadza mu w wykłócaniu się o swoje zachcianki i pyskowaniu, stracił jedynie, jeśli można to tak ująć, na wdzięku.

Na szczęście temperatura dała się obniżyć po kąpieli i podaniu paracetamolu, więc jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że jutro minie. A tymczasem spróbuję wyspać się na zapas, bo noc nie zapowiada się spokojnie...

niedziela, 19 stycznia 2014

O autorytecie ojcowskim (i nie tylko)

Pisałam już kiedyś (o TU), że ciężko nam z mężem wypracować w miarę jednolity sposób postępowania z naszym małym Buntownikiem z Byle Powodu. Brak nam złotego środka - jak to kiedyś fajnie podsumowała Przewijka - mama jest u nas do kochania, a tata do słuchania.
Mamie włazi się na głowę (czasem też dosłownie), przy tatusiu chodzi się jak w zegarku. To fakt.

Tu muszę jednak przyznać się bez bicia, że w ciąży jeszcze bardziej złagodniałam. Nie wiem, na ile wynika to z mojej słabości fizycznej (np. nie mogę podnosić ważącego 11kg Jędrusia, nie mogę biegać, muszę chronić brzuch), a na ile z tej emocjonalnej, ale prawdą jest, że mały czasem kompletnie ze mną nie współpracuje. On doskonale wie, że nie dam rady wyciągnąć go zza kanapy i dostanę zadyszki po kilku rundkach po mieszkaniu, więc skrzętnie wykorzystuje fakt, że jest ode mnie zwinniejszy.
Jeśli odmawia jedzenia, odkładamy posiłek o kwadrans lub dwa. Nie chce pieluchy - siadamy co chwilę na nocnik, chce "jobić poziądek" - wyciągamy ręczny odkurzacz i mopa nawet setny raz tego dnia.
Mąż się tak nie daje. On nie znosi sprzeciwu. Nie ma, że nie chcesz jeść. Nie będziesz chodził z gołym zadkiem. I nie, nie dostaniesz mopa. Nie i już. Nie, bo nie. Nie, bo JA tak powiedziałem.

JA - OJCIEC.

Dziś w związku z tym miała miejsce nieprzyjemna sytuacja. Nie będę opisywać zdarzenia ze szczegółami, ale skończyło się kłótnią, histerią Jędrusia i obrazą ze strony męża o to, że ja i teściowa, próbując łagodzić jego wybuch, podważamy jego - jako ojca - autorytet w oczach dziecka.
A poszło o to,  że... Andrzejek odmówił zjedzenia zupy...

I jak tu rozmawiać?



***
Coby nie było tak do końca poważnie - kiedy wróciłam z kościoła, naprzeciw wybiegł mi Andrzejek ubrany jedynie w koszulkę i pieluchę. Nie rzucił się jednak, jak to ma w powitalnym zwyczaju, by uwiesić się na moich nogach, ale zatrzymał się parę kroków ode mnie, złożył rączki "w małdrzyk", spojrzał na mnie zadziornie i powiedział: "Źjobiłem siusiu do nawilziacia".
Na szczęście, po sprawdzeniu, okazało się, że bujał, inaczej mielibyśmy w domu hmmm, bardzo nieciekawą atmosferę...



sobota, 18 stycznia 2014

Z cyklu: humor Andrzejkowy

Źródło: godmother.pl


Rano. Po śniadaniu rodzice sprzątają, podgryzając suche płatki cheerios.

A: Mamusia, daj mi cijosia.
M: No dobrze, ładnie zjadłeś śniadanie - zasłużyłeś. Przynieś swój talerzyk, dam ci kilka.
Jędruś dostaje kilka kółeczek i wsadza do buzi wszystkie naraz.
A: Daj jeście.
M (chowając opakowanie do szafki): Nie, Andrzejku, już tyle.
A: No daaaj - i robi minę jak kot za Shreka.
M: Nie, kochanie
A: Andziej ładnie źjadł. Andziejowi się nalezi!

***

Po południu w składzie Jędruś-mama-babcia pojechaliśmy do Muzeum Lotnictwa. Jędruś podziwiał samoloty i śmigłowce, analizował mundury pilotów i wcale nie chciał wracać - na hasło: "idziemy do domu" zaczął ganiać się z nami wokół choinek.

Kiedy do domu wrócił również jędrusiowy tatuś, Andrzejek opowiedział mu, że widział samolot i śmigłowiec i wdzianko pilota, ale zapytany przez tatę, co mu się najbardziej podobało, odpowiedział: "Choinka!"

***

Chwila luzu między podwieczorkiem a kolacją, ja rozkładam klocki do zabawy z młodym, mąż szuka czegoś na zasłanym papierami stole.

M: Andrzejku, chodź, zbudujemy stajnię dla konika.
A: Nie!
M: No to co będziemy robić?
A (pokazując na męża grzebiącego w papierach): Andziej i tata źjobią poziąd.
M: A co to jest porząd?
A: To jeśt... yyy... to jeśt duuuzi poziądek!

piątek, 17 stycznia 2014

Wszystkie piękne, każda inna

Źródło: w-spodnicy.ofeminin.pl
Od jakiegoś już czasu zabieram się za to porównanie, ale tak naprawdę zmobilizował mnie dopiero TEN wpis Emmy. Właściwie to dzięki niej zauważyłam, że przecież i ja stale porównuję. Niby nie powinnam, a jednak robię to. Jestem silniejsza od własnej silnej woli.

Jutro kończę szósty miesiąc, a wraz z nim żegnam drugi trymestr mojej trzeciej ciąży. O tym, co w tym miesiącu działo się u Julianka napiszę już po wizycie u lekarza, a dziś zamierzam skupić się niemal w całości na sobie. A co, mamie też się należy. Dziś trymestr pierwszy i drugi, ale w planie mam więcej takich "maminych" podsumowań  - może za trzy miesiące opiszę też i oba trzecie trymestry, a już po urodzeniu Julka - wspomnienia z obu porodów.

Trymestr I

Kubuś
Starania? Nie było ich, ale oboje z mężem chcieliśmy mieć dzieci, więc pozwoliliśmy decydować naturze. Pierwsze pojawiło się 2 miesiące po ślubie.
Czułam się rewelacyjnie, mogłam przenosić góry, wyglądałam jak po fotoszopie. Zero zachcianek, nastrojów, mdłości. Chodziłam normalnie do pracy. Szefowej o ciąży powiedziałam, ale nie było mowy o oszczędzaniu się, jedyne, co wywalczyłam, to brak nadgodzin. Oficjalny, bo w praktyce bywało różnie. No ale czułam się dobrze, wyniki miałam świetne, więc pracowałam. No i pewnego dnia, w 8 tygodniu ciąży, właśnie w pracy dostałam plamienia. Zadzwoniłam do mojej lekarki, a ona kazała mi przyjechać do szpitala. Okazało się, że w macicy mam pełno krwiaków, wzrost dziecka jest zahamowany, a ciąża poważnie zagrożona. Walka trwała dwa tygodnie, w trakcie których dwukrotnie proponowano mi zabieg. Odmówiłam, ale dziecka uratować się nie udało.
Choć nie wiedziałam nawet, jakiej jest płci, ochrzciłam je i nadałam mu imię, które mieliśmy już wybrane dla chłopczyka - bo jakoś tak czułam, że to jednak był synek.

Po jego stracie cykl niemal od razu powrócił do dawnego rytmu, mimo wykonanego łyżeczkowania nie miałam żadnych problemów zdrowotnych. Inną sprawą był powrót do równowagi psychicznej. Tak naprawdę ciągle mi się to w pełni nie udało.

Andrzejek
Po poronieniu powiedziano mi, że o kolejne dziecko mogę się starać po sześciu normalnych cyklach.
Jędruś pojawił się właśnie w siódmym i błyskawicznie pokazał, na co go stać. Mdłości dostałam już tydzień po owulacji. Wykonany wbrew rozsądkowi test ciążowy od razu pokazał dwie kreski.
Od razu dostałam duphaston na "osłonę" ciąży. Po kilku dniach jego stosowania na brzuchu zaczęła mi się pojawiać "linea nigra".
Od terminu miesiączki mdłości nasiliły się i doszły wymioty kilka razy dziennie. Do 16 tygodnia żywiłam się w zasadzie tylko chlebem z marmoladą lub serem - mój żołądek odrzucał wszystko, co miało jakikolwiek zapach. Schudłam 3,5kg.
Mimo tego - pracowałam. I podobnie jak poprzednio, dostałam plamienia i prosto z pracy trafiłam do szpitala. Tym razem był to dziesiąty tydzień. Dziecko na szczęście rozwijało się dobrze, ale miałam potężnego krwiaka grożącego odklejeniem łożyska przy każdym ruchu. Dostałam nakaz bezwzględnego leżenia, ale nie chciałam leżeć w szpitalu. Zostałam w domu - na szczęście mój mąż stanął na wysokości zadania i pomagał mi we wszystkich najdrobniejszych czynnościach.


Psychicznie byłam w kompletnej rozsypce. Obawa, że stracę kolejne dziecko po prostu mnie paraliżowała. Każdą rzecz, na przykład brak widocznego ciążowego brzuszka pod koniec trzeciego miesiąca, był dla mnie powodem do niepokoju mimo że wyniki były w normie, a dziecko rozwijało się prawidłowo.

Julian
Trzecia ciąża, odkryta zupełnie przypadkiem jeszcze przed terminem miesiączki, była dla mnie niemałą niespodzianką. Z początku ciąża nie dawała powodów do obaw. Pod koniec pierwszego miesiąca doszły zawroty głowy i mdłości z wymiotami trwające niemal cały dzień. Do tego zaczęłam się bardzo szybko męczyć. Pod koniec szóstego tygodnia pojawiły się skurcze wysiłkowe i musiałam, mimo konieczności opieki nad Andrzejkiem, bardzo się oszczędzać.

Z nowych odczuć w tej ciąży pojawiły się nieznane mi kłucia w okolicy jajników. W poprzednich ciążach ich nie miałam, więc od razu pobiegłam z tym do lekarza. Okazało się, że są one niegroźne i towarzyszą rozciąganiu macicy. Nowością była też moja jedyna jak dotąd ciążowa zachcianka - twarożek (koniecznie z Piątnicy) z olbrzymią ilością soli.

Psyche... najpierw byłam załamana i lamentowałam, że sobie nie poradzę. Potem przyszła miłość. Dzięki temu, że szczęśliwie donosiłam Andrzejka, już nie bałam się tak panicznie, że poronię. Za to otoczeniu dałam się we znaki. Gdyby nie ciąża, pewnie zdiagnozowanoby mi zespół maniakalno depresyjny;p

Trymestr II

Andrzejek
Mdłości i wymioty ustały w 17 tygodniu ciąży. Nadwrażliwość na zapachy pozostała. Póki jeszcze leżałam, mąż nie mógł w naszej otwartej na sypialnię kuchni obrabiać surowego mięsa ani zaparzyć sobie kawy.
Leżeć plackiem musiałam do końca 19 tygodnia, potem lekarz pozwolił mi stopniowo zwiększać aktywność. W szóstym miesiącu wróciłam do dawnej formy.
W międzyczasie wycofała się niedoczynność tarczycy, którą miałam od dzieciństwa. 

Na przełomie 15 i 16 tygodnia poczułam pierwsze ruchy dziecka, które bardzo szybko przeistoczyły się z łaskotania w "prawdziwe" kopniaki i stały się wyczuwalne praktycznie przez cały czas niezależnie od pozycji.

Kiedy krwiak się wchłonął, przestałam się o cokolwiek obawiać. Wreszcie mogłam cieszyć się ciążą i kompletowaniem wyprawki. Czułam się silna, wyglądałam dobrze, a największymi moimi "problemami" były prostujące się włosy i brzuszek, który dopiero w siódmym miesiącu zaczął być tak naprawdę widoczny;p

Julian
I tym razem drugi trymestr nie zaczął się najlepiej - w czwartym miesiącu dostałam skurczów przepowiadających, które na szczęście się wycofały.
W końcu minęły też spontaniczne mdłości, ale - podobnie jak poprzednio - nadal nie toleruję mocniejszych zapachów. Znów uaktywniła się moja niedoczynność tarczycy, musiałam wrócić do leków hormonalnych i to w znacznie większych dawkach niż kiedykolwiek wcześniej. Trochę to trwało, ale teraz już naprawdę czuję się dobrze i choć gabaryty rosną w tempie znacznie szybszym niż w poprzedniej ciąży, to muszę przyznać, że całkiem przyzwoicie ogarniam mojego ruchliwego dwulatka i prowadzenie domu.

Pierwsze ruchy Julka poczułam na przełomie 14 i 15 tygodnia, ale musiało minąć około półtora miesiąca, żeby stały się bardziej odczuwalne. Nadal są one znacznie rzadsze niż w poprzedniej ciąży - Julek nie rusza się cały czas, a tylko chwilę po głównych posiłkach i nieco dłużej wieczorami. Nocami i rano prawie wcale go nie wyczuwam.

Wizualne różnice?
Przede wszystkim - brzuch. Obecnie na przełomie szóstego i siódmego miesiąca jest porównywalny do tego, w którym Jędruś mieścił się w dziewiątym miesiącu. Biust też jest jakby większy. I zdecydowanie bardziej obolały - dopiero teraz ta bolesność powoli odpuszcza. Nie pojawiła się jak dotąd "linea nigra", a ja jestem o jakieś 5kg lżejsza niż na podobnym etapie poprzedniej ciąży.

Mama od wewnątrz?
Mimo początkowych wahań to właśnie o tę ciążę boję się najmniej. Może to już kwestia pewnego doświadczenia, może mojej dojrzałości... Trochę dłużej przyszło mi poczekać na tę niesamowitą radość z oczekiwania, ale kiedy w końcu przyszła, to ze zdwojoną siłą:D

czwartek, 16 stycznia 2014

Liczymy tupnięcia stópek czyli małe co nieco o obserwacji ruchów płodu

Kończymy 27, zaczynamy 28 tydzień ciąży. Teoretycznie Julian powinien być nieco dłuższy niż wkładka mojego buta i ważyć jakieś 1100g.  Jak to się ma do rzeczywistości - zobaczymy we wtorek podczas wizyty u lekarza.
W czasie tej wizyty spodziewam się dostać do wypełniania kartę ruchów płodu.
Przy Jędrusiu liczenie zaczynałam właśnie od 28 tygodnia. Mój lekarz preferuje liczenie metodą Cardiff - uważa, że jest mniej stresogenna;p Jest jeszcze druga, ale o tym nieco dalej. Karta obserwacyjna do "Cardiffa" wyglądała mniej więcej tak:

Źródło: forumginekologiczne.pl


Moja miała podziałkę z dokładnością do 30 minut. Nie mam jej niestety - została w dokumentacji przy przyjęciu na patologię ciąży.

Jak się to liczy - wciąż mniej więcej pamiętam:) Start o 9.00 rano. Trzeba zapamiętać przybliżoną godzinę, o której poczuło się dziesiąty tego dnia ruch dziecka - i zamalować odpowiednią krateczkę na karcie.
Przykładowo - jeśli danego dnia dziesiąty ruch wyczułam o 9.45, to powinnam zamalować krateczkę między 9.30 a 10.00, a jeśli o 12.15 - kratkę między 12.00 a 12.30. Obserwację kończymy o 21.00.
Do lekarza trzeba się zgłosić, jeśli przez 2 dni z rzędu odczuwa się mniej niż 10 ruchów w całym 12-godzinnym lub jeśli przez 1 dzień nie czuje się zupełnie żadnych ruchów dziecka.

W wyjaśnieniu linkowanego wyżej hasła w wikipedii pojawia się informacja, że pod koniec ciąży ruchliwość dziecka zmniejsza się z powodu braku miejsca. Tymczasem z doświadczenia własnego wiem, że wcale nie musi tak być - Andrzejek od początku do końca dawał popalić i w okresie od 28 do 42 tygodnia ciąży na palcach jednej ręki mogłam policzyć dni, kiedy zaznaczałam kratkę późniejszą niż 9-9.30. W prawie wszystkich tych przypadkach z jednej przyczyny - zaspałam:)

Julek to zupełnie inna sprawa. On jest trochę jak Muminki - budzi się wtedy, kiedy warto:)
Tak więc dość często zdarza się, że pierwsze oznaki jego aktywności pojawiają się dopiero późnym popołudniem.
Na początku mnie to niepokoiło - tym bardziej, że "za Andrzejka" było to dla mnie nie do pomyślenia - raz, dokładnie w terminie porodu, odchodziłam od zmysłów, bo nie poczułam ruchów mojego pierworodnego... do 11-tej. Było to dla mnie takie wyjątkowe, że zapamiętam chyba do końca życia;p. Wracając do Julka - teraz, kiedy znamy się z tym małym leniwcem trochę dłużej, już przestałam się martwić.
Gdybym więc w obecnej ciąży liczyła ruchy tą drugą metodą i zamiast notować godzinę dziesiątego ruchu liczyła kilka razy dziennie ruchy w ciągu jednej godziny (za każdym razem powinno być nie mniej niż 4), to chyba codziennie lądowałabym na patologii ciąży.

Zaczynam więc odliczanie - na razie bez oficjalnej karty - od jutra. Zobaczymy, ile razy Julianek zdąży przyprawić mamusię o palpitacje serca. Wolałabym jednak, żeby mu się to nie udało;p

środa, 15 stycznia 2014

Łot e pech...




Źródło: mapazdrowia.info
W poniedziałek w czasie wizyty przed szczepieniem zorientowałam się, że nie mam ze sobą książeczki zdrowia Jędrusia.
Nic to, wzięłam od pielęgniarki ampułkę po szczepionce, w domu zdjęłam z niej naklejkę i przykleiłam w odpowiedniej rubryczce, a dziś pojechałam uzupełnić wpis.

Kiedy wszystko było już załatwione, postanowiłam, że skoro już udało mi się wyrwać z domu, to skoczę jeszcze do naszej przychodni uzupełnić kartę szczepień i za jednym zamachem wezmę receptę na nasz Bebilon Pepti 2. Wiedząc, że nie zdążę dojechać na drugi koniec miasta zanim nasza lekarka skończy przyjmować, zadzwoniłam bezpośrednio do niej i poprosiłam o zostawienie recept w rejestracji.

No więc dotelepałam się do przychodni, odbieram recepty od rejestratorek, pędzę do pielęgniarki od szczepień w nadziei, że jeszcze ją zastanę.
Uff, jest jeszcze. Wręczam jej książeczkę, ona wyciąga kartę szczepień i mówi do mnie:

-o jak dobrze, że pani przyszła, bo wie pani, mnie tu sanepid ściga, że dziecko ma zaległości w szczepieniach...
-??? Jakie zaległości? A, pewnie o ten MMR chodzi, ja właśnie przynoszę książeczkę żeby uzupełnić wpis o nim, bo zrobiliśmy to szczepienie przedwczoraj.

Pielęgniarka, przepisując serię szczepionki, odpowiada, że dobrze, że je zrobiliśmy, ale nie chodzi o MMR, tylko o przypominającą dawkę Di-Per-Te (błonica-krztusiec-tężec), z którą już prawie pół roku zalegamy.

Zdziwiłam się bardzo. Przecież to szczepienie robiliśmy we wrześniu, a więc terminowo. Ale fakt - wpisu w książeczce nie było - pielęgniarka zapomniała, ja nie spojrzałam... nie sądziłam, że taki ambaras z tego wyniknie.

 Zadzwoniłam do sanepidu - jakim prawem upominają przychodnię za brak szczepień, skoro był do nich zgłoszony odczyn poszczepienny mojego dziecka i fakt, że od tej pory plan szczepienia ma ono ustalany indywidualnie i wykonywany w poradni dla dzieci z grup wysokiego ryzyka, a nie w rejonie. Po cholerę więc czepiają się Bogu ducha winnego rejonu?
Niestety, nie dodzwoniłam się - było już po 15.

Pani pielęgniarce powiedziałam, że zaległy wpis uzupełnimy przy okazji bilansu dwulatka, a gdyby sanepid miał jeszcze jakieś "ale", to niech się kontaktuje z poradnią, która szczepi Andrzejka, albo ze mną, a od nich się odstosunkuje.

Nieco podminowana, wyszłam z przychodni i poszłam do apteki, by wykupić mleko. A tam... kolejna wielka lipa - na mojej recepcie przy nazwie mleka brakuje magicznych trzech literek "DHA", które od nowego roku gwarantują refundację.
Dla wszystkich rodziców alergików, którzy być może mnie czytają, a jeszcze w tym nowym 2014 roku nie wykupywali jeszcze Bebilonu Pepti - broszurka, jaką uraczono mnie w aptece:



W praktyce oznacza to, że na takie recepty jakie dostałam:


 mogę wykupić mleko, ale pełnopłatnie, po 23zł z groszami za puszkę. A jeśli chcę refundowane, to muszę znów pofatygować się do lekarki, by magiczne trzy literki przy nazwie dopisała.
No więc w poniedziałek powtórka z pielgrzymowania...
Jakby tego było mało, mleko nasze podrożało. Owe trzy dodatkowe literki na refundowanej puszce kosztują dodatkowo trzy złote z ogonkiem. Czyli dla nas ok. 20zł miesięcznie.

Jak mawiała moja akademikowa sublokatorka - what a pech...

wtorek, 14 stycznia 2014

Jak rozbroić wściekłego rodzica - poradnik Andrzeja D.(tłumaczenie)

Wyobraź sobie taką sytuację: mama posadziła cię na nocniku i poszła zmywać po śniadaniu, a ty zapomniałeś o siusianiu, i załatwiłeś się zajęty czytaniem książeczki w krzesełku do karmienia. Mama wraca, odkrywa, że przemoczyłeś wyściółkę krzesełka, a to, co wyciekło, wylało się na zapas czystych śliniaków w koszu pod siedziskiem. I jeszcze sporo na podłogę. Co robić?

1. Zrób taką minę:



2. Przytul się do mamy i powiedz, że ją kochasz - tak jak potrafisz. Ja dodatkowe punkty zarobiłem za pocałowanie jej brzucha, w którym mieszka mój brat.

3. Przynieś z łazienki szmatę (ja znalazłem coś w koszu na pranie, ale mama powiedziała, że to koszula taty i dała mi jakąś inną) i pomóż posprzątać.

4. Jeśli mama nadal nie jest do końca udobruchana, zmykaj, gdzie pieprz rośnie, i schowaj się tak, żebyś potrzebował pomocy przy wyjściu - mamy zawsze rozczula smutna mina i "Mama, pomóź" wypowiedziane z odpowiednią skruchą i rezygnacją w głosie. Ja wskoczyłem za złożoną wersalkę.
Mama powiedziała, że nie może mnie wyciągnąć, ale wrzuciła za kanapę moje pudło z klockami, po którym mogłem się wspiąć sam. Skuteczność gwarantowana - mama pękała ze śmiechu.
A i ja miałem niezły ubaw, kiedy tata wrócił z pracy i chciał położyć się na tej kanapie, ale nie mógł jej rozłożyć i kiedy ją odsunął,  znalazł tam moje klocki. A jeszcze lepszą minę miała mama, kiedy tatuś poprosił o wyjaśnienia:)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

O trzech literkach, których się bałam

Źródło: mapazdrowia.info
Jędruś ma nową mantrę. Brzmi ona: "Jeśtem siupej faciet!" i rozbrzmiewała dziś w naszym aucie przez całą półgodzinną drogę do szpitala.

Nowe motto to efekt wczorajszych zabiegów babci, która postanowiła przygotować Andrzejka psychicznie na dzisiejsze kłucie.

Kłucie od dawna wyczekiwane, postrach rodziców i główny przedmiot sporów między zwolennikami i przeciwnikami szczepień ochronnych.
My - mimo naszych wcześniejszych przejść - jesteśmy umiarkowanymi zwolennikami. Wiemy, że szczepionki, jak wszystkie leki, mogą mieć działania niepożądane, przerabialiśmy to. Z drugiej jednak strony wiemy, że są choroby, których skutki mogą okazać się groźniejsze od tych działań. Choćby poczciwa różyczka, która uszkadza płody, i odra, po której powikłaniem bywają zapalenia opon mózgowych. Są one niebezpieczne szczególnie dla niemowląt, a my względnie niedługo będziemy mieć w domu noworodka - i to też musieliśmy wziąć pod uwagę.

Absolutnie nie chodzi mi o to, żeby wywoływać tu dyskusję zwolenników i przeciwników szczepienia dzieci. Czytałam takich już masę i naprawdę robi się to już nudne.
Moje zdanie jest takie: bierzemy pod uwagę możliwe komplikacje, ale szczepimy - zachowując  największą możliwą ostrożność. Tylko na to, co wolno, tylko po dokładnym badaniu, jak najmniej szczepionek naraz. Jesteśmy pod opieką Poradni Szczepień dla Dzieci z Grup Wysokiego Ryzyka i ściśle przestrzegamy ustalonego specjalnie dla Andrzejka planu.
Jeśli w międzyczasie pojawia się katar albo zaostrzenie AZS, odkładamy szczepienie, tak, by od końca problemów minęło co najmniej sześć tygodni. Nie szczepimy na wszystko. Tylko na to, co absolutnie obowiązkowe albo szczególnie groźne. Szczepionki zawierające potencjalne alergeny (MMR, ospa, grypa) konsultujemy dodatkowo z alergologiem.

Stawiliśmy się więc dziś na szczepienie.
Lekarka obejrzała Andrzejka ze wszystkich stron i wypytała o stan jego zdrowia w czasie od ostatniego szczepienia (Di-Per-Te), po czym, nie znalazłszy nic niepokojącego, wysłała nas na szczepienie do pielęgniarki.
Tym razem kłucie było w rączkę. Wrzask Jędrusia słyszał chyba cały szpital, ale mały szybko się pozbierał, przez łzy powtarzając, jaki to z niego "siupej faciet".

Przed nami była jeszcze dwugodzinna obserwacja sprowadzająca się w praktyce do sterczenia na korytarzu pełnym dzieci i pokazywanie się pielęgniarce co 30minut.

Poszło zadziwiająco spokojnie, o ile przy naszym dziecku można w ogóle mówić o spokoju. Obyło się bez płaczu i marudzenia, nie obeszło się bez harców. Mały zaczepił chyba wszystkich obecnych, pogłaskał kilka dziewczynek, z dwiema kolejnymi chciał się całować, jedynemu koledze próbował zabrać drożdżówkę, a na koniec upatrzył sobie miejsce pod jednym z przewijaków i właził tam za każdym razem, kiedy trochę zmęczył się łobuzowaniem.

W domu już do końca dnia miał świetny humor, był energiczny jak zwykle, ale wesoły i zgodny jak rzadko kiedy, nawet zasnął bez problemu.

Odczynu w miejscu kłucia brak. Lekarka ostrzegła nas jednak, że między 6 a 10 dniem po szczepieniu może wystąpić odczyn gorączkowy. Dostaliśmy receptę na Clemastin w syropie na wypadek wysypki i polecenie, by - w razie gorączki powyżej 38 stopni-  zbić ją paracetamolem lub ibuprofenem, a jeśli utrzymywałaby się dłużej niż 3 dni, zgłosić się do poradni.

To by było na tyle. Teraz poprosimy o trzymanie kciuków, żeby możliwe przykrości jednak nas ominęły:)

Na koniec - Jędruś w swojej kryjówce:)




niedziela, 12 stycznia 2014

Na Andrzejka zawsze można liczyć;p


Źródło: godmother.pl

Środek nocy lub blady świt - jak kto woli, w każdym razie około piątej rano.
Budzi nas gadanie zza ściany. Nie rozróżniamy dokładnie słów, zakładamy poduchy na głowę i próbujemy zasnąć, ale dzieć podkręca decybele. Zaglądamy do jedo pokoju, a ten siedzi sobie w wyrku, patrzy przed siebie nie widzącym wzrokiem, ściska w łapkach swoją poduchę z osiołkiem i powtarza jak zacięta płyta:

"Jodzicie mają śpokój. Jodzicie mają śpokój. Jodzicie mają śpokój..."

Nie pomogło napojenie, mały nie dał się ani do końca wybudzić, ani ruszyć z miejsca. Półprzytomni, wróciliśmy do siebie, ale ciężko jest zasnąć, kiedy się ma taki "śpokój"...
Mnie do życia zmobilizowało tylko wyjście na basen, mąż przez pół dnia chodził jak zombie.
A Jędrula, jakby nigdy nic, wstał sobie o ósmej rano i, rześki jak skowronek, przybiegł do mamusi z tabletkami na tarczycę...

***

Mama pierze strój kąpielowy  po zajęciach na basenie. Jędruś dzielnie jej "pomaga". Mama wykręca wypłukany kostium, rozwiesza go i oznajmia dziecięciu, że koniec chlapania, bo trzeba wylać wodę. Dziecię ostatni raz zanurza rączkę, zaciska piąstkę i wyciąga, po czym biegnie do pokoju, do taty.

T(podejrzliwie): Andrzejku, a co ty tam chowasz?
A: Wodę!
T: No jak to? Przecież wody nie da się trzymać w rączce.
A: Da się!
T: Tak? A jaką ty masz tę wodę?
A: Ciśtą (czystą)!
T: Ale jak to czystą?
A(z dumą): Wypjaną!

***

Po obiedzie tatuś skręcił wreszcie sprezentowany chłopakom przez dziadków fotelik-bujaczek. Na razie w wersji dla Andrzejka - w pozycji siedzącej, bez pałąka z zabawkami, wibracji i blokady bujania.
Jędruś przez cały czas dyrygował tatą, wskazując śrubki, które jego zdaniem wymagały jeszcze dokręcenia. ("Jeście tamta. Nie, nie ta, O TAMTA! Daj śjubokjęt. Tejaś ja!" i tak chyba ze sto razy...). Kiedy już jakimś cudem skończyli, Jędrulek ochoczo wszedł na fotelik, rozbujał go najmocniej jak się da (a da się całkiem konkretnie, może za parę dni skrobnę jakiś wstęp do recenzji) i zawołał:

"buju buju, mały źbóju!"

Ciekawe, kto mi go tak szkoli...

A tu przypływ sił po kolacji:)



sobota, 11 stycznia 2014

Szopking krakowski :) (pełna wersja posta)

Plany były ambitne.
Mieliśmy dziś odwiedzić ruchomą szopkę u Redemptorystów, kolejną u Kapucynów, a potem w tym samym celu zajrzeć jeszcze do Franciszkanów i Kościoła Mariackiego. Tak przynajmniej wymyślił to pomysłodawca - czyli moja teściowa.

A realizacja?
No cóż...

Wyjechaliśmy po wczesnym obiedzie. Zaparkowaliśmy tam, gdzie było miejsce - dorosłym tempem jakieś 5-10 minut od Rynku. Nie przewidziałyśmy jednak jednego - że Jędruś się zbuntuje i w wózku siedzieć nie zechce. Po drodze trzeba było jeszcze kupić młodemu jakieś rękawiczki, bo zapomniałam wziąć z domu, w przejściu przy dworcu kupiłam więc jedyne, jakie pasowały na łapięta (tęczowe z doszytymi króliczkami). W sumie dojście spod Parku Strzeleckiego do Kościoła Mariackiego trasa zajęła nam prawie pół godziny, ale się udało:)

Najpierw zajrzeliśmy do św. Barbary. Szopka typowa, ale ładna. Jędrusia zafascynowały wielbłądy Trzech Króli.



 Potem była szopka w Kościele Mariackim. W sumie podobna - też złożona ze standardowych figur, jakie spotkać można w zasadzie wszędzie.



Pomodliłyśmy się chwilę, korzystając z tego, że Andrzejek akurat zajął się kontemplowaniem kolejnego wielbłąda, po czym babcia dała mu parę drobnych monet dla kiwającego głową aniołka, ale - gdy aniołek ani myślał podziękować, zawiedziony Andrzejek postanowił dać mu nauczkę - wspiął się na klęcznik, złapał aniołka za włosy i zademonstrował mu, jak powinien okazywać wdzięczność za złożoną ofiarę - ku uciesze pary modlących się przy szopce młodych ludzi;p

Czas był nie najlepszy. Teściowa zarządziła, że teraz pójdziemy do kościoła OO. Franciszkanów zobaczyć prawdziwą "szopkę krakowską", potem do jakiejś knajpki, żeby Jędruś zjadł zupę, a potem do Kapucynów i może jeszcze Redemptorystów.
By dostać się do najbliższego z celów, musieliśmy przejść przez cały Rynek, na którym ciągle stoi ten (tu wstawcie sobie dowolny niecenzuralny przymiotnik) kiermasz świąteczny - udało się ominąć go z daleka, ale zapach przypalonego tłuszczu i grillowanych oscypków zwalał z nóg jeszcze zanim zdążyliśmy wyjść z kościoła.
Po raz kolejny nie udało się wsadzić Jędrulka do wózka. Maszerując dzielnie przed siebie, zdążył między innymi znaleźć w jednej z choinek połamane okulary i zaprzyjaźnić się z promotorem restauracji No7, który pokazał mu schowaną przed wzrokiem spacerujących główną płytą wystawkę pięknych, ręcznie malowanych baniek. Poszłyśmy za młodym i my - bańki rzeczywiście okazały się niesamowite.




Tym razem jednak to nie Jędrusia najtrudniej było odciągnąć od szyby - jego babcia jeszcze przez spory kawałek drogi snuła plany powrotu i głośno zastanawiała się, które bańki musi sobie kupić;p

W końcu doszliśmy.
Tym razem to ja przepadłam. Różne szopki w życiu widziałam, ale tak ciekawej jeszcze nigdy:



Straciłam rachubę czasu, nawet nie wiem, ile spędziliśmy w bocznej kaplicy kościoła Franciszkanów. Po prostu stałam i kontemplowałam, a na koniec nagrałam sobie filmik na pamiątkę:



Jędrusiowi chyba też się podobało. Garbatych czworonogów co prawda nie było, ale był Murzynek, z którym mój syn od razu zapragnął podzielić się dobrami materialnymi. Dobrze, że babcia zdążyła wytłumaczyć mu, że ten głową nie kiwa, bo, pamiętając epizod z kościoła św. Barbary, młody gotów byłby go przewrócić.



Kiedy w końcu wyszliśmy, okazało się, że już zaczęło się ściemniać. Nie bacząc na protesty, wpakowałyśmy więc Jędrusia do wózka i zaczęłyśmy zmierzać do samochodu, szukając po drodze jakiejś restauracyjki, w której Andrzejek mógłby się posilić. Myślicie, że w Krakowie jest pełno knajp i prosto znaleźć? No to zapytajcie kelnera o zupę dla dziecka uczulonego na jajo i produkty mleczne... Wszędzie albo śmietana, albo jajeczny makaron. Udało się za czwartym podejściem w jednej z restauracyjek przy ul. Szpitalnej, w której miesiąc temu obchodziliśmy małe rodzinne święto. Dopiero tam udało się znaleźć coś dla Andrzejka - rosołek podany... z ryżem, który Jędruś jadł sam, stanowczo odrzucając naszą pomoc i skutecznie odwlekając powrót do domu;p
Restauracja jednak na swój sposób zrekompensowała nam  niedopełnienie planu. Oto najbardziej nietypowa dekoracja fortepianu, jaką kiedykolwiek widziałam:)





Podczas pobytu w knajpce Jędruś bardzo nas zaskoczył - okazało się bowiem, że zapamiętał, iż poprzednim razem bawił się miotełką i śmietniczką. Co więcej, pokazał dokładnie, w którym miejscu wtedy leżały. Teraz jednak, ku jego niezadowoleniu, dostępu do nich broniła sporych rozmiarów choinka.

W końcu i z restauracji udało nam się wyjść. W drodze do domu zgarnęliśmy jeszcze wracającego z pracy andrzejkowego tatę, który, zauważywszy, że Jędruś jest zmęczony i przysypia, postanowił do tego nie dopuścić. Miał ku temu powody - Andrzejek bowiem, jeśli tylko zdrzemnie się choć chwilę w ciągu dnia, jest niezwykle trudny do ululania wieczorem.
Tym razem jednak był już tak padnięty, że w pewnym momencie, wyraźnie bliski płaczu, krzyknął tylko:
"Tata! Daj Andziejowi śpokój!!!",

po czym, korzystając z naszej chwilowej konsternacji, błyskawicznie zapadł  sen.

Mąż niestety miał rację. Drzemka trwała może kwadrans, a ululać dziecię pozwoliło się łaskawie tuż przed 22 po czterdziestu minutach bujania w spacerówce.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...