środa, 10 grudnia 2014

Każdy może się pomylić

Ja po prostu kocham panie rejestratorki z "naszego" szpitala dziecięcego. Na cztery, z którymi regularnie mam do czynienia, tylko jedna nie sprawia wrażenia, jakby odbywała tam karę dożywocia.
Dlatego - jeśli tylko jest możliwość - podchodzę właśnie do niej. Zawsze też, rejestrując któregoś z synków na wizytę, proszę, by wpisano nas na środę, bo wtedy mąż ma wolne i może zająć się drugim bąkiem lub jechać ze mną, jeśli akurat interesy w szpitalu mają obaj chłopcy.

Zwykle więc dostaję termin, zapisuję go na sklerotce w książeczce zdrowia Julasa i stawiam się potem z dzieckiem w wyznaczonym dniu o umówionej godzinie.
 
A że jako Matka-w-Domu-Siedząca straciłam rachubę czasu, pamiętając, że rehabilitację Julka zamówiłam jak zwykle na środę, byłam przekonana, że zapisany w książeczce 9 grudnia jest jutro.
O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się, robiąc poranny przegląd blogosfery po nakarmieniu Julka. Wszystkie blogi, na których dziś zdążył ukazać się nowy post, krzyczały, że dziewiąty jest dziś, we wtorek.
No to super...
Wizyta o pierwszej, mąż do pracy na dwunastą, teściowa w pracy, ciocia w pracy, brat w Krośnie.

Ostatecznie zorganizowaliśmy się tak, że mąż odwiózł nas pod szpital i tam nas zostawił, a sam pognał do roboty, a potem miał przyjść po nas w "okienku" i odwieźć do domu.

Tak oto zostałam sama z dwójką dzieci i jednym wózkiem prawie półtorej godziny przed przyjściem naszej lekarki w poczekalni pełnej zabawek, wózków, dzieci i ich rodziców.

Na szczęście przyszło mi do głowy wziąć ze sobą chustę. Gdyby nie to, nie wiem, jak dotrwałabym do wizyty. Na początku strasznie bałam się motania bez lustra, ale kiedy Jędruś któryś raz podjął próbę samowolnego opuszczenia szpitala, po prostu zastawiłam wyjście na schody wózkiem Julka, wyciągnęłam z torby szmatę, zamotałam błyskawicznie coś w rodzaju "kangurka", nawet nie zastanawiając się, czy wszystko jest podociągane, po czym pognałam za Andrzejem. Kangurek chyba nie był najgorszy, bo wytrzymał bieg przez prawie cały korytarz.
To się nadawało do amerykańskiej komedii: dwulatek pędzi przed siebie, za nim, nie nadążając przepraszać potrącanych ludzi, biegnie matka z przychustowanym niemowlakiem, który ma z tego wszystkiego ubaw po pachy i chichra się na całego. Brakowało chyba tylko, byśmy wszyscy wylecieli przez szybę prosto do wielkiego tortu z bitą śmietaną;p

Dość, że uciekiniera złapałam tuż przed rejestracją do dziecięcych poradni zdrowia psychicznego. Nawet ładnie powiedział paniom "Dzień dobly". Zgarnęłam stwora, zgarnęłam nasz wózek, wpakowałam do niego stwora i poszliśmy pod drzwi poradni rehabilitacji, bo do wizyty zostało już tylko 15 minut. W czasie, kiedy ja uganiałam się za Jędrusiem, pacjenci naszej pani doktor zaczynali się już schodzić. I co się okazało? Że wszyscy mamy termin na pierwszą:)
Na szczęście pani doktor przyszła trochę przed czasem i jako pierwszych poprosiła właśnie nas.

W gabinecie lekarka zaczęła badać Julka, a w tym czasie Jędruś siedział na krześle i bawił się plastikowym modelem stawu kolanowego, śpiewając wariację na temat kotka na płotku.

Lekarka skończyła badanie, zadała Julkowi ćwiczenia i kazała nam zaczekać na instruktaż w poczekalni. Pod gabinetem rehabilitantki okazało się, że akurat przywieźli jakiegoś porażonego chłopca na ćwiczenia. Kolejne nie-wiem-ile czasu z głowy. Postanowiłam nakarmić Julka, więc na wszelki wypadek wsadziłam Andrzejka do wózka, zapięłam pasami i dałam mu do oglądanie książeczkę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę później zobaczyłam, jak Andrzejek pasy rozpina i wieje w kierunku klatki schodowej. No więc lecę za nim osłonięta tetrówką z Julkiem na ramieniu. Uff, złapałam, pod gabinet dowlokłam. Jedna ze współczekających, mama malutkiego niemowlaka, śmiała się, że teraz to się wcale nie dziwi, że jestem taka chuda.

W końcu nasza kolej. Wpadamy zziajani do środka, a Jędruś, na widok przyrządów pozostałych po ćwiczeniach tego biednego chłopca, wyrwał mi się i rzucił się na materac, krzycząc "Piiiłkiii!!!". Prawdę mówiąc, więcej czasu straciłam na pilnowaniu, by nie skakał po nas niż na ćwiczeniach Julianka. W końcu Julo zaczął płakać. Wiadomo - przez to wszystko nawet nie zdołał się najeść. I akurat wtedy Jędrula przerwał rzucanie się za piłkami i zaanonsował, że chce do toalety.
Na szczęście akurat w tym momencie do salki wszedł mąż i Jędrusia zabrał, mogłam więc spokojnie jeszcze raz powtórzyć zadane do domu ćwiczenia i sposób masowania rączek.
A potem błyskawicznie do domu, żeby ten koszmar dobiegł wreszcie końca.

Wniosek?
Przykry - że wszystkich trzeba sprawdzać i patrzeć im na ręce.
Kiedy rejestrowałam dziś Julka na następną kontrolę, mąż  pilnował Andrzeja, a ja z Julem na ręku nie odeszłam z mężem od okienka, dopóki nie sprawdziłam dnia tygodnia we własnym kalendarzu, co zostało przyjęte ze zdziwieniem. Na stwierdzenie, że przez pomyłkę pani rejestratorki moje dziecko omal nie zrobiło sobie krzywdy albo nie zaginęło, nie usłyszałam nawet słowa "przepraszam".



PS. Od lekarki i rehabilitantki usłyszałam, że generalnie Julo rozwija się bardzo ładnie, tylko za bardzo zaciska dłonie i stópki. Mam wykonywać ćwiczenia relaksacyjne i nie pozwalać mu na razie stawać na obu stopach. No i do kontroli za dwa miesiące:)

PS2.
U Jula w paszczy dwie nowości. Pleśniawki i prawie wyrżnięta dolna dwójka. Ponieważ na te pierwsze nie pomogły domowe sposoby - jutro poproszę pediatrę o nystatynę. Zobaczymy, jak w naszej przychodni funkcjonuje lubiany przeze mnie system "recepta bez wizyty", hehehe;p

6 komentarzy:

  1. Rejestratorki nie skomentuję. Powiedziałaś już wszystko. Staje się codziennością, że pracownicy służby zdrowia w wielką łaską obsługują pacjentów.
    Uśmiałam się po przeczytaniu komentarza matki w poczekalni. :) Ja tez schudłam jak Oli zaczął chodzić. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ważę mniej niż przed ciążą, a już wtedy byłam patyczakiem:(

      Usuń
  2. na pleśniawki super jest daktarin żel, lepszy w smaku i działa błyskawicznie. też na receptę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie pomoże to, co mamy, to na pewno poproszę o Daktarin, ale na razie dam szansę Nystatynie.
      Mam to szczęście, że Julek jest kompletnie bezproblemowy jeśli chodzi o leki i zabiegi higieniczne, więc nie protestuje przy pędzlowaniu:)

      Usuń
  3. Też mam "buziolkowe" przeboje, ale ja biorę małego do pedodonty, bo dziwnie mu dziąsło wygląda. Myślałam, że to ząb się przebija, ale parę innych już częściowo wyszło, a tam bez zmian. Może panikuję, ale lepiej na zimne dmuchać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie też mamy - od prawie miesiąca dziurka w miejscu górnej jedynki i nic, a w tym samym czasie przebiły się dwie dwójki i idzie trzecia. Dość nietypowo to wygląda, ale na razie się nie przejmuję

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...