piątek, 3 października 2014

U Julasa na talerzu: Pierwsza Zupka

Andrzejka przez pierwszy (nieco ponad) rok żywiliśmy gotowymi daniami ze słoiczków. Daruję sobie podliczanie ile, mimo nieustannego szukania promocji, na nie wydaliśmy, bo na samą myśl zaczyna mnie boleć moja skąpa głowa. Ale wtedy myślałam, że robię najlepiej jak tylko można, bo daję dziecku jedzenie przebadane, ekologicznie czyste, odpowiednio zbilansowane, bla bla bla...

Tymczasem okazało się, że wychowałam niejadka - kiedy przyszło przestawić Jędrusia na jedzenie domowe, ten z całą stanowczością odmawia współpracy. Do dziś na widok słoików (czasem kupujemy np. na podróż) mojemu dwuipółlatkowi (!!!) aż świecą się oczy. Ze słoika zje absolutnie każde, nawet najbardziej świńskie żarcie - pod warunkiem, że nie próbuję go przechytrzyć, upychając domowy obiad w jakimś ocalałym ze starych czasów słoiku.

Julka postanowiłam karmić sama - własnopierśnie wytworzonym mlekiem i własnoręcznie wytworzonym jedzeniem.
Początkowo zakładałam, że od początku będziemy rozszerzać dietę metodą BLW, ale mały jeszcze sam nie siedzi, a z oparciem - choć wiem już, że potrafi - wolę go nie sadzać. Niech sam do tego dojdzie, a wtedy BLW będzie nasze;)

Na razie, uzyskawszy błogosławieństwo pediatry i alergologa, zaczynamy więc od papki podawanej w foteliku.

Na pierwszy ogień - marchewka.

Przyznam, że początkowo byłam gotowa dawać dziecku zupki z jarzyn ze straganu. Chciałam tylko poczekać, aż skończy te pół roku. Usłyszawszy jednak o moich ambitnych planach, mama męża zdobyła dla nas ekomarchewkę - i tym sposobem zaczęliśmy już dziś.

Wzięłam więc dwie takie mini-marcheweczki, pokroiłam, wrzuciłam do ok. 100ml podgrzanej do wrzenia niegazowanej "Cisowianki", gotowałam do miękkości, dodałam pół łyżeczki oleju rzepakowego, przestudziłam i... okazało się, że nasz blender nie obsługuje takich mikroilości.
Bity kwadrans zajęło mi przetarcie tego kulinarnego cudu przez sitko. A drugie tyle sprzątanie tego, co w tym czasie zmalowało moje starsze dziecię.
Muszę zainwestować w malutkie słoiczki. Będę gotować więcej i pasteryzować.

Wracając do marchewki - kiedy już ją przetarłam, ugotowałam kleik z kaszy manny.
Do miseczki nałożyłam 2 łyżeczki od herbaty jeszcze ciepłej papki marchewkowej, pół łyżeczki rozgotowanej manny i pół łyżeczki kaszki kukurydzianej Nestle. Po połączeniu składników konsystencja była mniej więcej taka, jak tej "słoiczkowanej" marchewki.

Do obiadku - dodatki: witamina B6 (nieuwieczniona - pół tabletki rozwałkowanej na proszek) probiotyk, i witamina D3. Tę pierwszą z konieczności wsypałam do całości porcji, dwie ostatnie dobroci dodawałam na łyżeczkę bezpośrednio przed podaniem do paszczy.

A paszcza otwierała się na sam widok, a potem narzekała, że mało.
Dla takiego smakosza to ja mogę i cały dzień przy garach stać:D
Oczywiście jeśli ktoś w tym czasie przypilnowałby mi Jędrusia;p


12 komentarzy:

  1. Hej, z tej strony Asia. Czytam Cię na bieżąco, trafiłam na Twój blog jak szukałam smarowideł na AZS :)
    Mam pytanie związane z pierwszym posiłkiem. Nie bałaś sie po raz pierwszy dać na raz marchewki, kleiku kukurydzianego i kaszy manny (z glutenem) ? Czy któreś z tych elementow podawałaś już wcześniej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie bałam się - gluten Julek dostawał od ponad dwóch tygodni i dobrze go tolerował.

      Usuń
  2. Przepraszam - kaszki kukurydzianej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to się czymś różni?Pytam, bo ja tych dwóch określeń używam zamiennie.

      Usuń
    2. Myślałam, że pierwsza zupka to pierwszy raz wszystko:) a w jakiej formie podawałaś gluten wcześniej? Mój Synek ma 7 miesiecy i dopiero podaje od dwóch dni do zupki 1 łyżeczkę kaszy manny na chwile przed zestawieniem z ognia bo miał stwierdzoną złożoną alergię pokarmową.
      Nie wiem jaka różnica. Wiem że można kupić kleik kukurydziany i kaszę kukurydzianą.

      Usuń
    3. Karmię piersią, więc podawałam rozgotowaną mannę (pół łyżeczki) przestudzoną i rozmieszaną z odrobiną mojego mleka.

      Usuń
  3. Super że Julo rośnie Ci na ''jadka'' ;) Oby tak dalej :)
    Ja też na początku kupowałam słoiki z takich samych powodów co Ty , potem jednak przeskoczyliśmy na moje domowe obiadki , które robiłam w ilości hurtowej i mroziłam .. Baardzo duża oszczędność , przy drugim dziecku od razu będe sama gotować .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz też tak będę robić - tylko nagromadzę małe słoiczki.

      A Julkowa paszcza sana nie wie, jak się cieszyć na widok marchewki. Podejrzewam, że z owocami będzie tak samo, więc odkładam je na później. Zobaczymy, jak pójdzie z ziemniakiem, pietruszką, brokułem i dynią:)

      Usuń
  4. Gratulacje, to już... Myślę, że przy drugim też będę sama gotować, choć Ani słoiki nie wpłynęły na wdrożenie "normalnego" jedzenia.
    Macie tak niedobrą wodę, że na butelkowej gotujesz?

    OdpowiedzUsuń
  5. Starzejemy się, co? Jeszcze niedawno nie było nawet Andrzejka, a tu już jego młodszy brat ma za sobą pierwszą marchewkę. Ech;p

    A woda w Krakowie jest paskudna. U rodziców nie mam obaw przed napiciem się "Kraniczanki", a w Kraku nawet po filtrze się boję. Mam ten modny ostatnio na blogach dzbanek Dafi. Odkąd Andrzejek po swojemu go przetestował, kompletnie straciłam do niego zaufanie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Fakt, w Kraku to strach oddychać ;-) o smogu myślę. Piękne miasto, ale ma tez wady...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja bym chciała wychowywać chłopców w czystszym miejscu... Tym bardziej, że są alergikami. No ale cóż, w obecnej sytuacji musimy oprócz pogody sprawdzać stężenie pyłu, żeby nie truć ich np. zabierając na dwugodzinny spacer:/

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...