piątek, 17 października 2014

Ja mama.

Pół roku temu urodziłam Julka.
Sześć miesięcy upłynęło od drugiego cesarskiego cięcia.
Nadal nie odzyskałam swojego cyklu. Hormony buzują, chodzę podminowana, jakbym miała ciągły PMS.
Tarczyca szaleje. Z niedoczynności w nadczynność i z powrotem przy minimalnych zmianach dawkowania Euthyroxu. Raz rozsadza mnie energia, raz spałabym całą dobę.
Jak się okazuje - odzyskać dawną figurę a odzyskać dawne ciało to dwie zupełnie różne rzeczy. JA zrzuciłam już wszystkie nadprogramowe kilogramy i odzyskałam dawny obwód talii. Brzuch też jest względnie płaski, biust nadal trochę większy niż przed ciążami. Mieszczę się w ubrania z końca podstawówki.
Włosy lecą. Nie garściami, ale wypadają. Na skroniach widać to dość wyraźnie.
Na brzuchu tygrysie paski i trochę za luźna skóra, która raczej nie wróci już do stanu sprzed dzieci.
Blizna po cięciach ładnie się zgoiła i jest mało widoczna. Nadal jednak nie mam w niej pełnego czucia. Odzywa się za to na zmiany pogody.
Ale i tak jestem z siebie dumna. Ja, chudzina, nad którą rodzinka wydziwiała, że lepszych do trumny kladą, donosiłam dwóch dorodnych młodych mężczyzn. 
Karmiąc ich piersią dałam/daję im to, co najlepsze - oprócz miłości również hormony, przeciwciała i masę innych niepodrabialnych dobroci:) A mleka mam tyle, że - gdyby Andrzejek tylko zechciał - śmiało mogłabym karmić tandem. 

Także kobitki z niedowagą i małym biustem - nie dajcie sobie wmówić, że nie możecie karmić. 
A jeśli ktoś Wam to wmawia, to pokażcie mu moje zdjęcie sprzed ciąż (są tu np. ślubne)
i powiedzcie, że ten patyczak na zdjęciu karmi już w sumie prawie dwa lata i jego dzieci mają się jak najlepiej;p


Pieluszkowe zapalenie mózgu poziom hard.
Mój świat kręci się teraz wokół dzieci. Koncentracja na czymkolwiek innym - leży i kwiczy, choć pewnie nie bez winy jest tu moja walcząca o przetrwanie tarczyca.
Czytam głównie wiersze Tuwima i najnowsze wytyczne rozszerzania diety.
Nawet z plasteliny najlepiej wychodzą mi dzidki;p
O powrocie do pracy nawet nie myślę - choć pewnie powinnam. Ale ja wciąż jestem duchem na kanapie z Julkiem u piersi i na placu zabaw z Jędrusiem.
Widząc w sklepie bluzkę, zanim jeszcze pomyślę, naciągam jej dekolt, żeby sprawdzić, czy da się w niej karmić piersią.
Spisując codziennie listę zakupów bezwiednie zaczynam od rzeczy dla dzieci.
Co wieczór obiecuję sobie, że po uśpieniu chłopców pomaluję sobie paznokcie, ale najpierw przepieram polarki do pieluch Jula, potem idę gotować obiad dla nas lub zupki dla Julasa, potem siadam do kolacji połączonej z pisaniem posta, filmem lub plasteliną - i w końcu zapominam;p
Podobnie jest z książkami, odświeżaniem wiedzy zawodowej, segregowaniem zdjęć i jeszcze paroma innymi rzeczami.



W duchu same sprzeczności. Zespół afektywny wielobiegunowy. A jeśli coś takiego oficjalnie nie istnieje, to powinno powstać specjalnie dla młodych mam.
Kocham mojego męża, ale non stop czymś mnie wkurza.
Żeby nie zdziadzieć do reszty, co rano układam włosy we w miarę staranny koński ogon lub kok i nakładam na twarz podkład albo chociaż korektor. Patrzę wtedy na siebie w lustrze i w ciągu minuty potrafię płynnie przejść od "jest super" do "wyglądam jak krowie spod ogona, A., że ty się jeszcze ze mną nie rozwiodłeś...".
Moje dzieci kocham przeogromnie. Nie przeszkadza mi to jednak n razy dziennie walczyć z samą sobą, żeby nie wlać Andrzejkowi za kolejne ekscesy. Chwilę później i tak wzruszam się do łez, kiedy Jędrula wręcza mi wymiętolonego liścia i czapeczkę żołędzia, mówiąc: "Mamusiu, właśnie takiego szukałem. To dla ciebie". Albo kiedy zakłada na swój dwuipółletni paluszek moją ślubną obrączkę.
 Raz pękam z dumy, że dzieci nauczyły się czegoś nowego, innym razem zapadam się pod ziemię, bo syn starszy drze się na cały blok z powodu słoika oliwek, który nie stoi już tam, gdzie on go wczoraj postawił albo kiedy kolejny raz domaga się zaśpiewania piosenki, której nie cierpię.
Jednego dnia jestem mistrzem zen - wszystko wali się na głowę, a ja potrafię set razy tłumaczyć, jak narysować kółeczko. Kolejnego z byle powodu rzucam wszystkim, co mi się nawinie i czuję się jak Shrek sfrustrowany nieustanną opieką nad trojaczkami. Codziennie mam całą skalę.
Modlitwa... nawet na mojej linii z Panem Bogiem dominuje temat dzieci. Dwa najczęściej "myślane" zdania to "miej ich w Swojej opiece" i "Daj mi cierpliwość do tego gagatka, bo kiedyś w końcu się doigra". A zwykle oba naraz w tej właśnie kolejności.


Stopy 3-miesięcznego Julka. To zdjęcie przywodzi mi na myśl pro-liferską wpinkę w klapie mojego aptecznego fartucha:)


8 komentarzy:

  1. Świetnie wyglądacie,macierzyństwo Ci służy, a chłopcom można tylko pozazdrościć takiej mamusi :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Aż się zarumieniłam - tym bardziej, że ostatni tydzień-dwa Andrzejek daje popalić jak nigdy wcześniej i z trudem powstrzymuję się przed użyciem przemocy

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Dzięki. Chciałabym taka być, ale sporo mi jeszcze brakuje.

      Usuń
  3. Pięknie wyglądasz.
    Ja jestem szczuplejsza niż przed ciążą jednak jakość ciała daje znać, ze niedawno zostałam mamą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Co do jakości ciała, u mnie dochodzą jeszcze pocięte mięśnie. Chyba nic tak nie osłabia mięśni brzucha jak cesarka:/

      Usuń
  4. Ślicznie wyglądasz i super że udało Ci się wrócić do formy. A co do skali uczuć, braku cierpliwości i ćwiczeniu woli, to mam to samo - czasem mam po prostu ochotę uciec gdzieś daleko, a czasem wszystko jestem w stanie znieść. Hehe, ćwiczą nas te nasze dzieci, oj tak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Mnie Andrzejek ostatnio ćwiczy strasznie - przechodzi właśnie etap rzucania się z pięściami, kiedy coś mu się nie spodoba. Na szczęście Julka na razie oszczędza, ale ze mnie i z męża regularnie robi sobie worek treningowy. Tłumaczenie nic nie daje, więc obrywam, tłumaczę, że nie wolno, obrywam znowu i tak w kółko, choć mam ochotę przełożyć przez kolano i stłuc na szarlotkę. Oby was takie atrakcje ominęły.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...