niedziela, 6 lipca 2014

Ciężkie podejrzenia

Nieszczęścia nie chodzą parami. One łażą całymi stadami.
U nas najpierw zachorował Julek. Gorączkuje już trzeci dzień - dziś już na tyle niewysoko, że obywa się bez paracetamolu. Już zaczyna dostawać kropeczek na rękach i nogach. Trzydniówka jak nic.
Dzień po Julku zaniemógł mąż. U niego to było zwykłe przeziębienie, ale przez chwilę był w domu szpital - jak męża ścięło z nóg, to musiałam zasuwać między chorym Julkiem, a żwawym jak zwykle Andrzejkiem.
W pewnym momencie zauważyłam, że boli mnie noga. Coś jakby wielki zakwas w prawym udzie.
Myślałam - pewnie przesiliłam, przejdzie - i zasuwałam dalej. A tu zamiast coraz lepiej, było coraz ciekawiej. Dołączyła się druga noga, potem obie ręce - ramiona, przedramiona. Wczoraj jeszcze, zaciskając zęby, nosiłam na rękach Julka. Dziś miałam problem, żeby utrzymać w dłoni duży kubek z herbatą i przełożyć Julka z piersi do piersi, karmiąc na poduszce. O dźwignięciu go nie ma już mowy, nawet mięso na dzisiejszy obiad musiałam trzymać dwoma rękami. Teraz bolą już nawet przy niektórych ruchach dłoni.

Od czego służba zdrowia w rodzinie - uskuteczniłam telefon do mamy. Myślałam, że usłyszę - zdarza się, jesteś przemęczona, odpoczywaj, smaruj tym i tym. A dostałam dłuuugą listę badań do zrobienia. Nie jestem reumatologiem, ale patofizjologię na studiach kiedyś tam miałam i wywnioskowałam z tej listy, że będą mi szukać m.in. autoimmunologicznego zapalenia mięśni. Zapytałam wprost - mama potwierdziła, ale próbowała mnie pocieszyć, że takie bóle zdarzają się też przy rozregulowaniu pracy tarczycy. Modlę się, żeby to było tylko to, bo zapalenie mięśni to już gruba sprawa.

I tak mama dalej tłumaczyła, co robić, a mnie coraz bardziej zbierało się na płacz. I wcale nie dlatego, że jeśli faktycznie jestem chora na zapalenie mięśni, to do końca życia będę skazana na rehabilitację, sterydy, a być może i inne ciężkie leki, a i tak wcale nie jest powiedziane, że przeżyję 10 lat albo czy za parę lat nie będę kaleką i ciężarem dla rodziny. To też, ale ja sobie wyobraziłam, że przy leczeniu każą mi odstawić od piersi Julka, nie dam rady podsadzić Andrzejka na huśtawkę, nie ma mnie z nimi, kiedy się żenią, nie zdążę zobaczyć swoich wnuków...
Rany, żeby to nie było to:(

6 komentarzy:

  1. Bądź dobrej myśli, Olu! Życzę zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miej od razu tak czarnych myśli! Na pewno się to okaże jakąś "błahostką", może tarczyca się odzywa. Nie stresuj się na zapas.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisz, co wyszło. Może rozkłada Cię przeziębienie? Może to jednak nie to, o czum piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lubie Twojego bloga. Ladnie wszytsko opisujesz. Tak, jakbys pisala nie dla siebie ale dla "ludzkosci". Tylko nie galopuj zczarnymi myslami, please, juz raz to robilas, jak Julek ciagle spal, pamietasz? Spoko, wszystko bedzie ok, zobaczysz !!!! Pozdrawiam serdecznie, Marzena

    OdpowiedzUsuń
  5. Ola, głowa do góry i najpierw wyniki, może się zaraziłaś od męża. Poczekaj z tym umieraniem jeszcze! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki. I wiecie, macie rację. Przesadzam. Dopiero jutro idę na badania. A dziś na szczęście przez większą część dnia dzieciaki dbały, żebym nie miała czasu użalać się nad sobą.
    Za radą mamy zażyłam sobie Metypred i z moimi łapkami już trochę lepiej.
    A mój strach wziął się stąd, że jedno autoagresyjne choróbsko już mam, a do tego źle zrozumiałam intencję mamy, która powiedziała, że badania trzeba zrobić, żeby tę najgorszą ewentualność wykluczyć, a winna i tak prawdopodobnie tarczyca.

    Ale potrzebowałam takiego kopa w siedzenie. Dzięki raz jeszcze.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...