piątek, 6 czerwca 2014

Wyzwanie: Karmiąca mama chce (móc) wyjść sama

Juluś jest niesamowitym pieszczochem. Kiedy nie śpi, a śpi już coraz mniej, mógłby nie schodzić mi z rąk. A kiedy nie jest na rękach, chce, by ktoś z nas głaskał go, a przynajmniej utrzymywał z nim kontakt wzrokowy. Odłożony do łóżeczka i zostawiony sam sobie niby nie robi awantur - leży tylko taki osowiały i popiskuje sobie cichutko, ale tak żałośnie, że aż mi się serducho kroi.
I co robię?
Biorę na ręce, przytulam, przystawiam do piersi. Instynktownie.
Wtedy Julek przestaje kwilić, uśmiecha się i odpływa. Wspaniała nagroda. Kiedy zasypia w moich objęciach czuję się, jakbym wysłuchiwała właśnie hymnu "Nie ma jak u mamy", udekorowana złotym medalem olimpijskim w dyscyplinie "Macierzyństwo".

Druga strona tegoż medalu jest jednak taka, że jesteśmy do siebie niemalże przyrośnięci. I dopóki Julek nie zaśnie, muszę zabierać go ze sobą wszędzie i przynajmniej jedną rękę mam nie do użytku.
Fakt, potrzeba matką wynalazków. Z Julkiem na ręku potrafię już zdejmować z parapetu starszaka, robić herbatę czy wieszać pranie.
Tylko ileż można... Cudnie, że Juluś mnie potrzebuje i w moich ramionach czuje się najbezpieczniejszy na świecie, ale ja czasem potrzebuję pobyć tylko ze starszym dzieckiem. Albo tylko z ich tatą. Że nie wspomnę już o tym, że czasem chciałabym choć na godzinę urwać się gdzieś kompletnie sama.

Jest jeszcze coś: Julo jest dzieckiem stuprocentowo "piersiowym". Od urodzenia ani raz nie miał w ustach żadnego plastiku, gumy ani silikonu. Nawet witaminy i kropelki na kolkę podaję mu prosto do buzi albo na własnym palcu. Jeśli chcę go trochę od siebie uniezależnić, muszę dodatkowo wymyślić alternatywny sposób karmienia w czasie mojej nieobecności.

Wszystkiego jednak nie da się zrobić naraz.
Na początek, by uwolnić chociaż ręce, zmobilizowałam się wreszcie i na przyszły tydzień umówiłam się na lekcje wiązania chusty.

Potem podjęłam też jeszcze jedną - od dawna odkładaną - decyzję: nauczymy Julka pić z butelki. Oczywiście tylko sporadycznie i tylko moje mleko, ale dzięki temu zyskam możliwość nakarmienia dziecka w kłopotliwych sytuacjach (jak choćby w kościele w czasie Mszy) no i przede wszystkim WYJŚCIA BEZ DZIECKA. Bo jak dotąd każde moje dłuższe niż 30min. wyjście, choćby do głupiego supersamu, kończy się telefonem od męża i krzykiem głodnego Julka, który słychać z słuchawki po drugiej stronie ulicy. Z Andrzejkiem się udało, mam nadzieję, że i Julek da radę.

Decyzja podjęta - pora działać.
Od jutra zaczynam stymulować piersi laktatorem, żeby było na czym ćwiczyć.

Życzcie mi powodzenia:)

6 komentarzy:

  1. Powodzenia! Taki Julek to idealny chuścioch :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby tylko jego mama była pojętna:)

      Usuń
  2. Ja nie lubię laktatora, próbowałam przy pierwszym dziecku i za nic nie szło mi to odciąganie, a po za tym było nieprzyjemne. Wole już chodzić na zakupy itd. z Julką, póki na razie jeszcze ja ją karmię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wolę Julka w roli laktatora, ale np. do kina go ze sobą nie wezmę. Przy Jędrusiu z powodzeniem odciągałam mleko, nawet zapasy robiłam, za to nauka ssania smoczka trochę nam zeszła, w końcu się udało. Inna sprawa, że nie na długo, bo mały mając pół roku na butlę się wypiął.

      Usuń
  3. O, ja już odciągam 3 tygodnie i to jest jednak świetna sprawa - samotne wyjście bez dziecka na kilka godzin daje dużą ulgę, można nabrać wiatru w żagle i wraca się z przyjemnością ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się bałam o ssanie. Co prawda akurat Julek ssie prawidłowo, ale chciałam odczekać choć te półtora miesiąca, żeby trochę okrzepł i utrwalił sobie ten dobry mechanizm.
      Co do wychodzenia - zgadzam się. Przez pierwsze tygodnie po urodzeniu Andrzejka nawet wyjście ze śmieciami jawiło mi się jako atrakcja - że nie wspomnę o wyjściu do mięsnego;p

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...