poniedziałek, 16 czerwca 2014

Ekstremalna wyprawa

A miało być miło, łatwo i przyjemnie...
No cóż, wyjścia z dwójką dzieci zdecydowanie musimy jeszcze dopracować.

A było tak:
Wczoraj, wracając do domu objuczona zakupami, kątem oka spostrzegłam plakat informujący o odbywającej się w weekend wystawie makiet kolejowych w domu kultury niedaleko nas. Zdążyłam jeszcze wyłapać godziny otwarcia - od 15-tej do 20-tej i dostałam przypływu sił - już widziałam radość w oczach Jędrusia...

Postanowiliśmy, że wybierzemy się w niedzielę (czyli dziś) po podwieczorku. I tak, wsunąwszy po kawałku niewegańskiego(!) ciacha (o którym będzie jutro), zaczęliśmy się zbierać.
O szóstej wieczorem byliśmy już niemal gotowi, ale Jędruś zawołał: chcę siusiu na nocnik.
No dobra, rozbieram go, a w pieluszce - niespodzianka... Rozbieramy, myjemy.

W czasie kiedy ja oporządzam Andrzejka, Julian, któremu w wyjściowym ubraniu na rękach męża zdążyło zrobić się gorąco, woła: piiić.
Szybko zamieniamy się dziećmi, rozbieram Julka, wyciągam co trzeba, przystawiam, Julo ssie... i nagle huk niczym wystrzał z armaty. Przebieram, patrzę, wyciekło na pół pleców. Psia mać!
Mąż zostaje czyścić i ubierać Julasa, ja szybko zapieram fatałaszki młodszego i ponowne ubieram starszego. Uff, możemy wyjść.
Jest 18.30. Tramwaj do celu jedzie 10minut, kolejne 10 musimy na niego poczekać. Na przystanku docelowym mąż oznajmia, że musi wypłacić pieniądze na bilety. Na miejsce docieramy punkt siódma i... okazało się, że godzina 20.00 aktualna była tylko w piątek, a w sobotę i dziś wystawa była do siódmej i już się zwija. Ubłagałam obsługę, żeby pozwoliła nam wejść, porwałam Jędrulę na ręce i usiłowałam pogodzić role mamy zaspokajającej ciekawość dziecka i japońskiego turysty patrzącego na świat przez obiektyw aparatu z włączoną opcją zdjęć seryjnych.

Jędrula mój niby chudy jest, ale swoje jednak waży. Po ok. kwadransie omdlewają mi ręce, więc puszczam dziecia wolno. Dzieć idzie przede mną ocierając się o czarne sukno zwisające ze stołów, ale niczego nie trąca i nie próbuje dotykać eksponatów, więc, uspokojona, nadal strzelam zdjęcia wykonanym z niesamowitą pieczołowitością (lampki na stołach w wagonie restauracyjnym wielkości większego resoraka, papierki w koszu wielkości klocka lego, graffiti w przejściu podziemnym etc.)makietom.
Panowie z obsługi krzyczą, żebym pilnowała dziecka, więc doganiam swoje ukochane 12 kilo, by znów wziąć je na ręce. Tymczasem patrzę, a za moją pociechą ciągną się mokre ślady. No tak... niósł swój kubek do góry dnem i znaczył drogę domowym sokiem z jabłek. To pewnie żeby się nie zgubić;p
Wtem rozlega się płacz Julka, który został z moim mężem przy wejściu na salę. Pędzę, znów wymieniamy się dziećmi, Andrzejek z tatusiem jeszcze oglądają miniaturowe pociągi, a mnie udaje się, na razie bez karmienia, uspokoić Julka.
Chłopaki wracają - naoglądali się i decydują: wracamy powoli.

Wychodzimy z sali a tu nagle "Łeee!!!Łeee!!!Łeee!!!". Zaglądam do pieluchy. A jakże - "słoneczko"... Pytam portiera, gdzie można przewinąć dziecko, wskazuje mi ustronny kącik. Przewijam i od razu daję trochę popić. Ufff! uciszył się.
Wychodzimy na zewnątrz, a tam dudnią syntetyczne bity do których wyje jakiś młodzieżowy rzępoła.
Świeżo uspokojony Julek, który już przymierzał się do spania wpada we wściekłość, więc na gwałt szukam kolejnego ustronnego miejsca.
Jest - plac zabaw, nawet nieszczególnie zatłoczony, parę dzieciaków z mamami i grupka młodszych harcerzy na całkiem sporą przestrzeń. Siadam na wolnej ławeczce tyłem do placu zabaw, zasłaniam się, wyciągam co trzeba i zatykam tym rozdartą paszczękę. Z dobiegających do mnie strzępków rozmowy wnioskuję, że dwóch ledwie nastoletnich harcerzyków chętnie by nam się przypatrzyło. A zaglądajcie, szczawiki, i tak nic nie zobaczycie...
Julek skończył, wracamy do domu, a tu od progu
A: Mamusiu, chcę na nocnik.
J: Łeee!!!Łeee!!!Łeee!!!...

Daruję Wam opowieść o tym, co było dalej. W zamian kilka strzelonych w pośpiechu kadrów i fragment jędrusiowej wspinaczki na drugie piętro.


figurki krówek wielkości ok.2cm


figurki ludzi wielkości ludzików Lego





ta kapusta była mniej więcej wielkości m&msa


A to już nasz kącik do przewijania i karmienia. Przewijałam na tych skrzyniach, a karmiłam w kucki, tyłem do główniejszego korytarza, zastawiwszy uprzednio drzwi (do sali, w której była "nasza" wystawa) wózkiem




8 komentarzy:

  1. No to mieliście przeżycia...uff;D
    Ale następnym razem na pewno będzie lepiej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje chłopaki za każdym razem coś wymyślają;p
      Przy dwójce z małą różnicą wieku nie ma wystarczającego wyprzedzenia czasowego, zawsze wytną jakiś numer tuż przed wyjściem. A potem już tylko efekt domina;p

      Usuń
  2. Jak nie urok to..... hehe z dziećmi tak już jest, a jak ma się dwójkę na pokładzie to już sytuacja nieunikniona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Jak nie urok, to brudna pielucha. Albo dwie:)

      Usuń
  3. Brak miejsc dla matek karmiących woła o pomstę! Ja ostatnio, będąc w restauracji karmiłam w komórce na miotły... no comment :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, to jest temat - miejsca, gdzie już karmiłam;p Przez łącznie półtora roku trochę ciekawych się nazbierało;p

      A tak poważnie, to masz całkowitą rację, ale ja wolałabym już ten schowek na miotły niż krępowanie współbiesiadników.

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. :) On dwa piętra tak szedł. Na początku to było zabawne, w połowie drogi dziękowałam Opatrzności, że nie mieszkamy wyżej;p

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...