niedziela, 22 czerwca 2014

Chrzest vol.3 - przed i po:)

Jeszcze zanim urodził się Julian wiedzieliśmy, kiedy go ochrzcimy. W Boże Ciało i już:)
W Boże Ciało dwa lata temu chrzciliśmy Andrzejka i było naprawdę pięknie. Zdecydowanie do powtórki, więc termin rezerwowałam jeszcze ze szpitala po urodzeniu Julka.
Tymczasem wątpliwości zgłosiła mama męża mówiąc, że na pewno gościom nie będzie pasować, bo nie będą chcieli tracić długiego weekendu.
No ale termin był już ustalony. Dziecko się urodziło, wątpliwości co do jego zdrowia minęły - pora na nowo podjąć temat chrztu, a przede wszystkim - wybrać chrzestnych. Andrzejka do chrztu trzymali mój brat i moja kuzynka, a więcej osób, które spełniają warunki Prawa Kanonicznego i co do których bylibyśmy z mężem zgodni, w naszej bliskiej rodzinie nie ma.
Wybraliśmy więc jak nam serce dyktowało -  moją przyjaciółkę od liceum i przyjaciela męża. To z kolei znów nie spodobało się mamie męża. Jak to chrzestni spoza rodziny? Kto to widział... Postawiliśmy na swoim - na szczęście oboje się zgodzili, choć każde musiało dojechać kilkaset kilometrów.

Moja przyjaciółka nawet ucieszyła się z terminu. W sobotę po Bożym Ciele ona i jej mąż mieli wybierać się na wesele w naszych rodzinnych stronach - połączą przyjemne z pożytecznym. Jedno ale - muszą coś zrobić ze swoim psiakiem. Psiaka nikt z ich sąsiadów na tak długo przygarnąć nie zechciał, więc muszą wziąć go ze sobą i na czas chrzcin i przyjęcia pasowałoby go gdzieś przechować. Nasze lokum odpadało - zostałby sam w obcym mieszkaniu. Popytałam znajomych, każdy miał jakieś plany. W końcu znalazłam hotelik dla psów dwa osiedla dalej. Zadzwoniłam - uff, przyjmą. I nawet skóry nie zedrą.

Termin u księdza zaklepany jest, chrzestni są, przechowalnia dla psa jest, teraz restauracja na przyjęcie. Nawet nie szukaliśmy - ta, w której było przyjątko dla uczczenia doktoratu męża jest naprzeciw "naszego" kościoła. Smacznie daje jeść, jest przystępna cenowo i wystrój ma niebrzydki - i nawet jest tam specjalna sala na takie uroczystości. Mąż tam poszedł, zrobił rezerwację na 13 osób poprosił o możliwość zsunięcia stołów, zapytał, czy tort może być spoza restauracji. Na wszystko się zgodzili pod warunkiem, że tort będzie z cukierni, a nie pieczony domowo, żeby potem ktoś nie zwalał na nich winy za ewentualne zatrucia.  Przyjęli zadatek, po czym kazali do tygodnia zadzwonić i podać menu.
Mając w perspektywie jeszcze zaproszenie większości gości na domówkę, w restauracji wybraliśmy zestaw: rosół z "domowym" makaronem, gulasz w chlebie (ich popisowy - naprawdę pyszny i w sporej ilości) plus napoje bezalkoholowe bez ograniczeń. I tu zaczęły się schody - okazało się, że restauracja ma osobne menu na uroczystości (z setką przystawek i deserów po sto kilkadziesiąt zł za osobę) i uznała, że chcemy wykpić się tanim kosztem. A przecież w Boże Ciało, tak jak w inne wolne dni w restauracjach zawsze jest duże obłożenie...
Mąż, jako rasowy dyplomata, jakoś tę sytuację załagodził. Nie było już czasu szukać innej knajpy. Niesmak jednak pozostał i wzmógł się jeszcze bardziej, kiedy restauracja poprosiła męża, by określił, do której godziny zamierzamy tam siedzieć, dodając, że taki obiad jak nasz powinien zmieścić się w dwóch godzinach. My postanowiliśmy przyjąć większy margines czasowy i dać naszym gościom trzy-cztery godziny - przecież będzie jeszcze tort...

No właśnie, tort... chciałam upiec go sama, ale restauracja nie godziła się na domowe ciasta. Trzeba więc było zamówić z cukierni. I tu powstał kolejny zgryz: ja na diecie bezmlecznej, Jędruś nie może jaj (jeszcze przed prowokacją żółtkiem). Mamy do wyboru - albo znajdziemy cukiernię, która upiecze nam ciasto bez mleka i jajek, albo zamówimy zwykły tort, a ja i Andrzejek będziemy tylko oblizywać się na jego widok. Zaczęłam obdzwaniać kolejne cukiernie - najpierw duże sieci, potem te blisko nas, następnie takie bliżej restauracji, a na koniec już wszystkie jak leciało. I, kiedy już miałam się poddać, znalazła się taka, która się podjęła. Tak powstał tort na bazie brownie przekładany masą waniliową z wiśniami z syropu. Mówię Wam, pycha:)

Na koniec przygotowań - stroje. Mój mąż nie miał problemu. Włożył ślubny garnitur.
Ja postanowiłam uszyć sobie sukienkę umożliwiającą karmienie piersią. Zebrałam za to niezłe baty od teściowej - no bo po co?
Jędrusia - tak mi się wydawało - miałam w co ubrać. Ale dwa dni przed chrzcinami okazało się, że wyrósł z koszuli, a innej wystarczająco ładnej nie ma. Nic to, babcia dziecię zabrała do sklepu i kupiła białą koszulkę ze srebrnym krawatem.
Dla Julka również miałam wyszykowane ciuszki - zależnie od pogody - ślicznego rampersa z błękitnego weluru albo zwykłe białe body i fajne brązowe spodnie, a do tego białą czapeczkę i ewentualnie biały sweterek. Mama męża pooglądała, głową pokręciła i... przyniosła własny zestaw - bardzo ładnie wykończony biały komplet (body plus śpioszki) oraz prasowane w kant białe gatki z granatowym stebnowaniem.
Zmierzyliśmy - śliczny bodziak okazał się za wąski na Julka, a śpioszki miały za małe stopki. Julek wystąpił więc w najzwyklejszym białym body z osiedlowego sklepu i gatkach od babci by nie było jej tak bardzo smutno.
A jak było?

Hotel dla psiaka okazał się niepotrzebny - moja przyjaciółka i jej mąż ostatecznie na wesele nie jechali i zdecydowali na ten jeden dzień zostawić go w domu z kuwetą, zapasem jedzenia i wody.

Jak było w kościele - opisywałam w dwóch poprzednich postach: uroczystość wspaniała, Andrzejek grzeczny inaczej. 

Gościom bardzo smakowało jedzenie w restauracji - wszyscy chwalili wybór i... ilość dań:)
A to słynne świąteczne obłożenie okazało się... dwoma zajętymi stolikami. Aż się złośliwie uśmiechnęłam, kiedy zobaczyłam to "przepełnienie".

Tort zebrał pochwały. To, że był bezmleczno-bezjajeczny pozostało naszą słodką tajemnicą.

A nasze stroje... moja sukienka spisała się bardzo dobrze - wyglądała jak zwykła elegancka sukienka, a przy tym bardzo wygodnie się w niej karmiło. Zdjęć z uroczystości ukazujących ją w pełnej krasie nie mam, więc pokażę to, co mam - zrobione następnego dnia z samowyzwalacza w mało uroczystej scenerii gdzieś między karmieniem Juliana a wysadzaniem na nocnik Andrzejka. I w dodatku prześwietlone;p

Andrzejek aż do chrzcin chodził podochocony, że będzie miał krawat tak jak tatuś. Ale w restauracji widząc, że przebieram Julka, kazał sobie ten piękny strój zdjąć i dalej paradował w najzwyklejszej (choć ładnej) bluzeczce z krótkim rękawem w kolorowe paski.
Julek tymczasem już w kościele pokazał, co myśli o swoich frymuśnych spodniach - zostały, nomen omen, olane z góry na dół. Tak oto na przyjęciu w restauracji Neokatechumen był już odziany w "mój" zestaw;p


A ja i tak najfajniej wspominam naszą imprezkę w domu, kiedy nasi przyjezdni goście poprzebierali się już jak na podróż i całkowicie na luzie pałaszowali kanapki z szynką i pomidorkiem, a na deser szarlotkę z żółtkami na twardo i wegańskie ciacho z rabarbarem. Wreszcie mogliśmy się do woli nagadać, Julek spał, a Jędruś podrywał chrzestną matkę Julasa na swoją plastikową kosiarkę i co chwilę proponował gościom własnej roboty kawę:)


12 komentarzy:

  1. Jak tak czytałam tę relację to najbardziej rzuciło mi się w oczy, że masz czepliwą teściową. Najważniejsze, że wszystko się udało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrażenie może być mylne - moja teściowa to fajna, inteligentna kobitka, do tego zakochana w swoich wnukach, zwłaszcza w Andrzejku. Rysa na ideale jest taka, że nie umie dawać rad, wychodzi jej to bardziej jak narzucanie własnego zdania i faktycznie można odczuć, że się czepia;p

      Usuń
  2. Dobrze, że ostatecznie wszystko się udało.
    Sama uroczystość bardzo ciekawa, nie spotkałam się wcześniej z takim obrzędem. I pewnie już nie będę mieć okazji..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dam znać, kiedy będę chrzcić następne dziecko - ale to nie wcześniej niż za parę lat, bo nadal nie zapomniałam o moich pocesarskich koszmarach;p

      Usuń
  3. Wygląda, że wyszło bardzo dobrze. Osobne menu na uroczystości, to coś czego nie pojmuję, ale tak właśnie jest...Cierpliwości do teściowej!
    Poprzednio obiadowaliśmy w cudownej restauracji i mam nadzieję, że przy chrzcie Małego uda się powtórzyć. Już o tym myślę, choć to o wiele za wcześnie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że na okolicznościówkach robi się niezły biznes, ale mój mąż się nie dał.
      A Ty jeśli znasz fajną restaurację, to się jej trzymaj:)

      Co do teściowej - daruję jej, bo tak naprawdę bardzo ją lubię:)

      Usuń
  4. Piękna sukienka! :) No i piękna figura, eh ;) A gdzie ukryty jest dostęp dla Juliana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Dostęp jest od góry - dekolt jest marszczony na czterech gumkach i bardzo łatwo się rozciąga:)

      Usuń
  5. Termin chrztu wybierają rodzice a goście albo przyjdą albo nie. Gdyby próbował każdemu dogodzić to pewnie dziecko miałoby 18 lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Dlatego postawiliśmy na swoim:)

      Usuń
  6. My dopiero urządzamy w połowie sierpnia. Wcześniej nie mogliśmy się zebrać. A dodatkowo jeszcze nie zaczęliśmy urządzać chrzcin,a już pojawiły się głosy innych jak to powinno wyglądać ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zróbcie po swojemu, przynajmniej Wy będziecie zadowoleni:)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...