poniedziałek, 26 maja 2014

Zwykły dzień matki

5.00.
"Łee! Łeee! Łeeee!!!!" (czytaj: Mamo, jestem głodny! Kiszki mi marsza grają! Mamo rusz się!!!!)

6.00
zza drzwi dobiega: "Mama, psyjdź do mnie". Mama po poprzedniej pobudce z trudem otwiera jedno oko. Po jakichś 5 minutach (mama zdążyła usiąść na łóżku) głos zza drzwi zmienia ton: "Mama, zafajdałem spodnie"*. No cóż, Dzień Matki czas zacząć...

10.00
mąż wychodzi do pracy, Julian wisi na piersi, Andrzejek znika w kuchni. Mama kończy karmić Juliana, robi sobie herbatę i omal nie wypluwa płuc. Okazało się, że dziecię wsypało do filtra do wody całą torebkę przyprawy "5 smaków". Tak oto matka dowiedziała się, ile warte są filtry do wody;p

11.00
Odwiedza nas moja ciocia i proponuje Jędrusiowi spacer. Oddycham z ulgą i "odpoczywam", czyli gotuję zupę dla wszystkich i drugie danie dla Andrzejka, stawiam pranie, prasuję wyprane rzeczy Julka i Andrzejka, odkładam za małe ciuszki Julka i wyciągam rozmiar większe, trochę się wymięły w tym pudle, więc prasuję i te. Ogarniam kuchnię, łazienkę, dwa karmienia Juliana, rozmrażam mięso i obieram ziemniaki na drugie danie dla nas.

13.30.
Ciocia przyprowadza Andrzejka, pomaga mi zabawić go przy jedzeniu, jeszcze chwilę z nami rozmawia i idzie do domu. I tak mi pomogła. Znów zostajemy sami. Julo budzi się, domaga jedzenia, podczas karmienia robi megakupę, która pokonuje pieluchę** i ląduje na białej sukience mamusi. Pakuję Jula do fotelika, zgarniam Andrzejka z kuchennego blatu i wszyscy razem idziemy prać sukienkę.

14.30
Z pracy wraca mąż. Oczywiście zapomniał kupić wody. Pytam, czy odebrał z przychodni moje i Julasa wyniki badań. Jak myślicie? No właśnie, zapomniał. Mąż daje Andrzejkowi drugie danie, a ja usiłuję jednocześnie myć włosy i zabawiać młodszą pociechę.
Mięso się rozmroziło. Zabieram się za gotowanie. Stawiam ziemniaki, nacieram przyprawami filety z kurczaka, na co Andrzejek:"Co mama jobis? Masujes piejsi?". Andrzejek oczywiście bardzo mi pomaga. Rozsypuje sól, wylewa wodę ("Będę mył podłogę"), próbuje wyjadać swoje Bebiko w proszku i dobiera się do lodówki, domagając się żółtego sera. Gdy próby te udaremniam, bije czołem Bogu ducha winną posadzkę.

15.00
Tatuś idzie do sklepu po wodę. Rzekomo po wodę, bo nie ma go i nie ma. W tym czasie ja karmię Julka, a Jędruś przekopuje lodówkę i wyżera prawie cały żółty ser, a potem dostawia sobie krzesło, włazi na blat i chyba chce bawić się cukrem. Zgarniam go z blatu, barykadujemy się w pokoju, wyciągam klocki. To był błąd, mały rzuca nimi we wszystkie strony.

16.00
Powrót taty. Oczywiście znów zapomniał o wynikach. Na stojąco zjadam zupę i frunę do przychodni, wszak na 19.00 wizyta u endokrynologa, o 18.00 trzeba wyjść, a ja w ciemnej d... Na dodatek w drodze do przychodni, którą mam niemal po sąsiedzku, łapie mnie jedyna tego dnia ulewa. Po przejściu niecałych 100m jestem przemoczona do suchej nitki.
W przychodni: "pani wyniki mamy, ale u dziecka nie dało się zrobić bo za mało materiału"... Krew mnie zalewa, przecież powinni wiedzieć, ile pobrać. A tak wizytę szlag trafił, a biedny Julo musi być kłuty jeszcze raz:/ I żadna to pociecha, że kasę oddali...
Na dodatek moje wyniki są złe. Wychodzi z nich, że jestem o krok od przełomu tarczycowego.

17.00
Po licznych próbach dodzwaniam się do pani doktor z pytaniem, co z tym fantem (brakiem wyników Julka) zrobić. Lekarka cierpliwie tłumaczy, poleca mi nowy schemat dawkowania Euthyroxu, daje nowy termin wizyty. Z Julkiem u piersi zjadam drugie danie.  Przestało padać, więc szykuję chłopaków na spacer.

18.00
 Przychodzi teściowa. Słysząc o moim pechu w laboratorium, urządza wykład o tym, gdzie powinnam udać się następnym razem. Po godzinnej pogadance nadchodzi pora kąpieli Andrzejka i spacer nam przepada.

19.00
Julo śpi, Jędrusia kąpie mąż, więc wymykam się na zakupy. Gdy wracam, mama męża jeszcze u nas jest i nadal klaruje mężowi, jak rozwiązać kwestię badań Julka.

20.00
Mama męża wraca do siebie, Jędruś zasypia, budzi się Julo. Karmię go, znów zasypia. Dzwonię do mamy z życzeniami.
Teraz dopiero mam chwilę dla siebie.

21.30
Kąpiemy Julka. Karmię go, ale Julek nie chce spać. Na zmianę nosimy go - ja i mąż. Kładę go na brzuchu, niech się zmęczy... Po pół godziny...Jest, udało się, śpi. No to pora odpocząć - naczynia, obiad na jutro, kolejne prasowanie... Ale nie, najpierw post na bloga.
A co, należy mi się:)






* jak się potem okazało - rozkręcił niekapek i oblał się wodą. Ale wabik na rodziców skuteczny, co nie?
** z racji upału tylko pieluchę miała do pokonania

10 komentarzy:

  1. Pięknie, mnie przynajmniej Madzia złożyła rano życzenia dubbingowana przez tatę ;) ale potem cały dzień był bek z przerwami na cyca co godzinę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I my się dziwimy, że tak się zaokrąglają;)
      Zazdroszczę, moje chłopaki nie wpadły na złożenie mi życzeń nawet za pośrednictwem taty, chlip chlip;p

      Usuń
  2. Cudowny ten twój dzień matki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień jak co dzień - tylko bardziej;)

      Usuń
  3. zafajdane spodnie mnie rozwaliły :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też i to dwa razy. Najpierw myśl o praniu ubrań, pościeli i materaca, a potem kiedy okazało się, że to tylko wybieg.

      Usuń
  4. Oj matko, matko :-) A musisz prasować ich ubranka??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Julkowe prasuję ze względów higienicznych, a andrzejkowe ze względów estetycznych;p

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...