poniedziałek, 26 maja 2014

Niedziela obywatelsko-rozrywkowo-relogijna

Fajny był dzisiejszy dzień.
Niedziela, więc pracować nie wypada. Ubiłam więc pranie w koszu, żeby nie straszyło. I prasowanie rzeczy Julka do jutra zaczekać musi. Nawet drugiego dania nie zrobiłam, pocieszając się, że Jędrula ma z wczoraj, a mąż i ja na tym skwarze i tak nie mamy apetytu i zadowolimy się sałatką.
No ale niedziela czy nie, chłopaków na spacer wziąć trza.
Więc matka wzięła - i to nie raz, a dwa razy.

Raz pierwszy - z babcią. Celem - komisja wyborcza. Ja, jako nie mająca stałego meldunku w Krakowie (ani czasu, by załatwiać potrzebne zaświadczenia), nie miałam też prawa głosu, więc kwitłam pod lokalem wyborczym pilnując Julka i plując sobie w brodę, że nie uwiecznię, jak Jędruś wrzuca karty do urny.



Potem była nagroda dla Dzielnego Wrzucającego, a może bardziej dla mnie - bo dopiero teraz po ciążowej i połogowej kwarantannie znów odważyłam się podnieść moje ukochane 12kg i podsadzić je na huśtawkę. Julka przypilnowała babcia, a my z Jędrulą zjeżdżaliśmy na zjeżdżalni, łaziliśmy na zmianę po "wiszącym moście" i usiłowaliśmy sklecić choć pół babki ze zbyt suchego już piasku. I ani w głowie były nam zdjęcia:)

Spacer numer dwa - w składzie rodzice + dzieci - mógł odbyć się dopiero wieczorem, kiedy temperatura spadła poniżej 30stopni. Ponieważ wcześniej Julek ciągłym wiszeniem na piersi uniemożliwił mi wyjście do kościoła, postanowiłam, że urwę się na krótką wieczorną Mszę w trakcie spaceru. Ubrałam się już ładnie, więc tym razem specjalnie nie szalałam. Pilnowałam śpiącego w wózku Julka, podziwiałam harce Andrzejka i męża i zbierałam "materiały" do tekstu o dostawce Lascal (o wstępnych wrażeniach na jej temat pisałam już TU). Mam już kilka zdjęć i filmików, wpis się skleci przy odrobinie czasu:)




W końcu nadeszła pora, kiedy musiałam zbierać się do kościoła.
I kiedy usłyszałam, że w takim razie mąż będzie się - po niecałej godzinie zabawy - z chłopakami zbierał do domu, porwałam się na szaleństwo;p Odczepiłam dostawkę, zostawiłam zapasową bluzę i wodę dla pierworodnego, kazałam mężowi zostać z nim aż do pory na kąpiel, a sama zabrałam Julusia ze sobą.
Usadowiłam się z brzegu ławki, postawiłam wózek tuż obok siebie i co moment nerwowo zerkałam na jego zawartość. A zawartość przez całą Mszę nawet nie pisnęła i zupełnie nie przeszkadzały jej w drzemce ani organy, ani ksiądz:)
A w drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze parkowe karmienie - pierwszy Julusiowy posiłek w plenerze.

2 komentarze:

  1. Bardzo "spacerowa" ta wasza niedziela. Dostawka jak widać na zdjęciu sprawdza się.
    My też z Krakowa, pozdrawiamy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiamy spacery:) A dzięki dostawce nie musimy jechać na dwa wózki.

      Pozdrawiamy również:)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...