czwartek, 24 kwietnia 2014

Wizyta patronażowa

W książeczce zdrowia Julka, w rubryce zatytułowanej" "rozpoznanie", stoi: "noworodek zdrowy matki z chorobą Hashimoto". W związku z tym mały już w szpitalu miał kupę dodatkowych badań, ale wszystkie wyszły dobrze. Kazano nam jedynie do tygodnia od wypisu zgłosić się do naszego pediatry i poprosić o skierowanie do endokrynologa.

Do pediatry zapisałam nas na dziś - tej samej, do której od niedawna chodzi Andrzejek - na 14.20. Postanowiliśmy iść wszyscy. Ja - bo odpowiadam za medyczne sprawy naszych chłopaków, mąż - do pomocy, bo ja jeszcze trochę niedomagam po cięciu, Julek - jako główny bohater całego zajścia i Andrzejek - jako wsparcie duchowe dla Julka (a tak naprawdę dlatego, że nie było z kim go zostawić).
Przed wizytą mąż musiał jeszcze udać się do wulkanizatora, by naprawić sflaczałe kółko naszego wózka, a potem zamontować na nim dostawkę dla Andrzejka. Zakład mamy o rzut beretem, a dostawkę montuje się łatwo, więc męża nie było krótko, ale zdążyłam w tym czasie spakować torbę z rzeczami dla chłopaków i zacząć karmić Julka, który akurat kwadrans przed wyjściem przypomniał sobie, że ma pusty żołądek.
Przystawiłam więc głodomora i starałam się obserwować starszaka, ale i tak szybko mi zwiał i zamknął się w małym pokoju. Przez chwilę było cicho, więc skupiłam się na karmieniu, ale już po chwili zobaczyłam coś, co sprawiło, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, płakać, czy krzyczeć.
Okazało się, że Jędrula dobrał się do torby podróżnej, wyjął z niej julkowy krem do zadka i użył jako pomady do włosów, stawiając sobie na głowie gustownego irokeza.

Patrzę na zegarek: 14.00.
Na drogę potrzebujemy 5 minut łącznie z zejściem. U piersi wisi mały smakosz, a męża nie ma.
Wyciągnęłam więc Julianowi spod brody tetrówkę i próbowałam wytrzeć pierworodnemu włosy. Na to wszedł mąż, stwierdził, że musimy wychodzić, a Jędruś najwyżej nie będzie w przychodni zdejmował czapki.
No i poszliśmy - tatuś zgrzany, bo wystał się w kolejce i wracał biegiem, mama ochlapana mlekiem tryskającym z jej własnej piersi i usiłująca zakryć to dżinsową kurtką, pierworodny upomadowany niczym Adolf H. i syn młodszy w różowym bodziaku - bo przez zabawę w salon fryzjerski mama nie zdążyła przebrać go w coś bardziej męskiego.

Na miejsce doszliśmy, a właściwie dobiegliśmy, dziesięć minut spóźnieni. Wchodzimy, przepraszamy za spóźnienie i co słyszymy?
-"Proszę się nie przejmować, mamy około godziny poślizgu" ...

A wizyta?
  • Julian waży 3620g - w tydzień przybrał 270:)
  • Badanie zostało uznane za niemiarodajne - młody przespał calutką wizytę. Nie zaszczycił pani doktor nawet jednym spojrzeniem, nie mówiąc o podnoszeniu główki i innych popisach sprawnościowych.  
  • Skierowanie do endokrynologa - dostaliśmy, i to z adnotacją, że pilne.
  • Skierowanie na USG bioderek - dostaliśmy też i nie będziemy musieli tłuc się przez cały Kraków do przychodni, która robi je w ramach programu badań przesiewowych.
  • Następnym razem mamy pokazać się pod koniec maja na szczepienie na żółtaczkę. Ze względu na obciążający wywiad (brat z NOP), potem Julek dostanie skierowanie do tej samej poradni, do której chodzimy z Andrzejkiem.
Z dodatkowych plusów - przy okazji wizyty w przychodni Julianek zaliczył dziś swój pierwszy krótki spacer, a Jędruś - jazdę na dostawce. I wygląda na to, że obu się podobało:)

7 komentarzy:

  1. Dobrze ze tu zagladnelam bo po przeczytaniu kapnelam sie ze nei zpaisalam sie na szczepienie ! No i tez musimy bioderka jechac obejrzec :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ufff, no to teraz trzeba się przyzwyczaić do większej ilości takich atrakcji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj, aj, mój nieskazitelny wizerunek legnie w gruzach;p

      Usuń
  3. A tym razem jak wyszło z położną środowiskową? Ile razy czytam Twoje historie z przychodniami cieszę się, że mieszkam w małym mieście, u nas usg bioderek jest w tym samym budynku, co pediatra i dzieci wchodzą bez kolejki. Zastanawia mnie ta żółtaczka - u Was nie szczepi się po porodzie w szpitalu? I na gruźlicę? U nas bez tego nie ma wypisu. Czy to była Twoja decyzja? Bo zastanawiam się, czy kolejnemu dziecku nie odroczyć tych szczepień, nie rozumiem idei szczepienia dopiero co narodzonych maluchów...Uważam, że nic by się nie stało gdyby poczekać choć 3 miesiące, żeby dzidziuś podrósł, wzmocnił się, upewnić się czy na pewno zdrowy itp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Położna na razie spełnia oczekiwania - była już dwa razy:) Obsmaruję ją w osobnym poście, kiedy już zakończy opiekę nad nami.
      Co do szczepień - Julek został w szpitalu zaszczepiony na gruźlice i WZW. To szczepienie na żółtaczkę, które mamy zrobić w maju, to już druga dawka. Pani doktor chce mieć podkładkę do wypisania skierowania;p A tego szczepienia akurat się nie boję, nawet Jędruś dobrze je znosił

      Usuń
  4. Dzięki. Hmm, Ania miała jedna dawkę, ale nasza pani doktor kazała iść do apteki i kupić inną szczepionkę, niż szpital podawał. Natomiast gdzie dziecko może być narażone na gruźlicę? Ania miała tylko ropień, ale kuzyneczka w jej wieku gulę pod pachą przez kilka miesięcy, takie powikłanie, które się zdarza i dlatego nad tą szczepionką dumam...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...