niedziela, 23 marca 2014

Tak przy niedzieli

Źródło: jadwiga.info
Wcześniej, kiedy Jędruś był małym diablątkiem, nie mogło być o tym mowy.
Teraz, kiedy zdecydowanie się wyciszył i naprawdę sporo można mu już wytłumaczyć, kusi mnie, by wrócić do tematu. Szczególnie po tym, co na własne oczy zobaczyłam podczas naszej wczorajszej wycieczki:)

Oboje z mężem jesteśmy praktykującymi katolikami. Mąż jest bardziej skupiony i systematyczny, ja bardziej roztrzepana i niecierpliwa, ale oboje jesteśmy zgodni, że dzieci chcemy wychowywać w wierze. Nawet, jeśli współcześnie jest to niepopularne - ale bez zmuszania i nacisków, ale tak, by ta wiara i zasady były dla nich czymś zupełnie naturalnym.

Pamiętam jak sama nie znosiłam nabożeństw majowych. Dłużyły mi się niemiłosiernie, nie mogłam tyle wyklęczeć. To samo było z październikowym Różańcem i Drogą Krzyżową w Wielkim Poście, a nawet przydługimi kazaniami na "zwykłych" Mszach. Albo mnie nosiło, albo przysypiałam, ale nie zniechęciło mnie to do Kościoła jako takiego.  Bo w domu ta wiara i religijność zawsze były - ale nikt nie sterczał nade mną i nie przyklejał mi na tablicy serduszek za odbębnienie określonych praktyk. W moim domu była dyskusja nad Pismem Świętym i zachęta do modlitwy własnymi słowami. Niedziela to było u nas święto, a wyjście na Mszę się celebrowało - tak, by dla wszystkich było to przyjemne. Wybieraliśmy zwykle którąś z krótkich Mszy rannych, a kiedy brat był mały - taką specjalną z kazaniem dla dzieci. Po Mszy była jakaś wspólna aktywność rodzinna. Wycieczka rowerowa, pieczenie ciastek, prace plastyczne, film w telewizji - jeśli akurat leciało coś wartościowego. I dużo, dużo rozmów. I o to chodzi. Żałuję tylko, że tak rzadko uczestniczył w tym wszystkim mój tata. Tatę - choć zawsze był wierzący - na klęczkach poza kościołem pierwszy raz zobaczyłam jako nastolatka. Sprawami naszego wychowania religijnego zawsze kierowała mama, a pomagał jej w tym jej stryjek, który był księdzem. Takim ciepłym, serdecznym i dowcipnym, umiejącym w ciekawy sposób przemycać mądre treści.

 U męża w domu było podobnie - jego mama też zadbała o jego religijną formację. I nawet odbywało się to podobnie jak u nas:)

Sami też już zaczęliśmy działać i od dawna oswajamy Andrzejka z kościołem. Zachodzimy tam czasem na spacerach, pokazujemy Pana Jezusa i Matkę Bożą. Andrzejek, z tego, co zauważyłam, dużo lepiej czuje się  - i zachowuje - w starych kościołach. Te nowoczesne (jak nasza parafialna Arka Pana) raczej do niego nie przemawiają. Chyba ma to po mnie:) W domu mamy Biblię dla dzieci - prosto napisaną i z ładnymi ilustracjami. Często ją sobie oglądamy i opowiadamy. Mamy też kilka książeczek z modlitwami dla dzieci. Synek umie już się przeżegnać, zna na pamięć "Aniele Boży" i "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Staramy się modlić co wieczór. Raz pójdzie bardzo dobrze, a raz mały zaśnie zanim zaczniemy albo nie ma nastroju i odmawia współpracy. Nie naciskamy, bo nie chcemy, żeby modlitwa kojarzyła mu się z przymusem. Ale wszystko wskazuje na to, że Jędruś lubi rozmawiać z "Bozią" - czasem nawet przerywa zabawę, spontanicznie klęka na środku pokoju i zaczyna recytować którąś ze stałych modlitw:) Lubi też słuchać pieśni religijnych. O dziwo bardziej tych tradycyjnych niż tych młodzieżowo-oazowych.

Na Mszy ostatni raz jednak był... na własnym Chrzcie, w wieku dwóch miesięcy.
I teraz, obserwując zmiany w jego zachowaniu, zastanawiam się, czy nie wrócić do tematu.
Mamy w parafii Msze dla dzieci. A gdyby nie podobało mu się "u nas" - w pobliskich Czyżynach, gdzie kościół z lat 30. XX w  bardziej przypomina kościół niż prom kosmiczny, też takowa jest. Andrzejek jest wygadany, ostatnio nawet ciągle prosi, by mu coś opowiadać, chłonie wiedzę. Może warto spróbować?
W razie czego przecież zawsze można wyjść.

8 komentarzy:

  1. My sami powinniśmy się stawać jak dzieci - pełni miłości, zaufania do naszego Stwórcy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się:)
      Religijność dzieci jest szczera, radosna i spontaniczna - i to jest w niej najpiękniejsze

      Usuń
  2. U mnie podejście jest trochę inne choć nie wiem jak zmieni się wraz z pojawieniem się dziecka. Wtedy patrzy się na wszystko oczami i dobrem dziecka.
    Mnie zawsze Mama zmuszała by iść do Kościoła, nawet jak nie chciałam musiałam iść i już. Czasami z nią a czasami widziałam, że ona później sama nie idzie. To było nie fair.
    Taki zmuszanie bardzo zraziło mnie do chodzenia do Kościoła i choć modlę się sama kiedy czuję potrzebę lub idę do Kościoła od Święta i do spowiedzi to jednak mając wybór zazwyczaj nie uczestniczę w Nabożeństwach.
    Choć wiem, że dla wychowania i dobra dziecka wszystko może się zmienić.

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie rodzice też nie zmuszali. Jeśli już chodziłam na nabożeństwa to dlatego, że na religii "kazali" albo jeśli ksiądz dał taką pokutę na spowiedzi.
      Do Różańca i Drogi Krzyżowej przekonałam się dopiero na pieszych pielgrzymkach na Jasną Górę, na które zaczęłam chodzić jako nastolatka. Tam był dobry nastrój. W domu lub w kościele nie potrafię się skupić na tego typu modlitwie. Litanie, z Loretańską na czele, nadal nie są na moje nerwy;p

      Jeśli chodzi o samo "chodzenie do kościoła" - chodzę. Staram się być też na bieżąco ze spowiedzią. U mnie w rodzinnym domu Msza była centrum niedzieli. Nie było mowy o tym, że rodzice nas wysyłają, a sami nie idą.

      Usuń
  3. My chodzimy do kościoła z Isią od urodzenia. Pierwsza jej msza była jak miała 2tyg. My też wierzący i zgodni w tym, żeby nasze dziecko tak wychowywać. Co wieczór mała z tatą się modli, a na koniec mówi "doblanoc Boziu" ;)
    Spróbujcie, teraz jest coraz ładniej na dworze, zawsze można wyjść na zewnątrz gdyby się Andrzejkowi znudziło w środku.
    My w ogóle dążymy do tego, żeby niedzielę święcić tak jak święciło sie u mnie i męża w domu. Czyli bez zakupów, bez pośpiechu, bez napinki, że coś trzeba zrobić, że trzeba pójść do kościoła. My chodzimy nie bo musimy, ale dlatego że chcemy. I tak bym chciała, żeby mała to postrzegała również. Póki co myślę, że niewiele rozumie z całej mszy, ale gdy klękamy ona też klęka, robi znak krzyża na początek i koniec mszy i wyskoczy z "amen" gdzieś zupełnie nieodpowiednio ;) Kiedyś, na którejś mszy jeszcze w Krakowie ksiądz powiedział, żeby nie uciszać i na siłę nie temperować dzieci w kościele, bo one modlą się na swój sposób. I chciałabym, żeby więcej takich księży było ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      Grunt, żeby zrozumiał, że teraz się modlimy. Pewnie nie od razu wytrzyma całą Mszę, ale chyba faktycznie w niedzielę spróbuję go zabrać:)

      Usuń
  4. Też mamy takie podejście. I też chodzimy osobno, bo z Anią cóż - ten kto za nią biega nic nie korzysta, nawet mimo podzielności uwagi, jeśli mowa o mnie. Od czasu do czasu idę w trakcie spaceru oswajać, czasem pójdziemy razem i wracamy do mszy na zmiany. Jeszcze nie czas u nas :-) Andrzejek chyba bardzo wydoroślał ostatnio, więc może u Was już? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbować warto. A jeśli się nie uda, to zawsze można poczekać jeszcze trochę

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...