sobota, 1 marca 2014

Może teraz mnie docenią...

Źródło: edziecko.pl
Tak się cieszyłam na jutrzejszy basen. Chciałam też dziś poszukać wiosennego płaszczyka zdolnego pomieścić nasz dwupak i może nawet upiec ciasto...

Zamiast jednak szukać wdzianka i ekologicznych jajek przedpołudnie przyszło mi spędzić na zawodach pt.: "kto głośniej zakaszle" w kolejce do lekarza pomocy całodobowej. A on orzekł zapalenie oskrzeli i powiedział, że jeśli na paracetamolu i domowych środkach w ciągu trzech dni nie będzie poprawy, to mam się zgłosić do lekarza prowadzącego ciążę.
Haha, dobry dowcip... do mojego doktorka ledwo udaje mi się dostać co miesiąc...

Leżę więc i się kuruję. Moją izolatką jest pokój Andrzejka, do którego co jakiś czas mąż donosi mi coś do picia, żebym nie wyschła na wiórek. W dużym pokoju on usiłuje ogarnąć jednocześnie Andrzejka, bałagan i zrobienie czegoś do jedzenia. Dla nas, bo dla Jędrusia na szczęście został obiad z wczoraj. Dobrze, że wracając z przychodni pomyślałam o kupieniu mięsa i warzyw, bo inaczej byłoby już całkiem krucho...
Do mojego wyrka docierają strzępki kłótni moich chłopaków. Andrzejek chyba znów usiłował usiąść na "progu" otwartej lodówki i bawić się olejem - słyszę coś jakby szczęk szkła o szkło. A potem stanowcze mężowskie "nie wolno". I tak kilka razy. W końcu płacz Jędruli. Pewnie tatuś wytowarzyszył go z kuchni.
Nie da się drzwiami, to trzeba oknem... Głos męża przybiera ton rozpaczliwy: "nie wolno ci włazić na ten parapet!", "wejdź tu jeszcze raz, a wsadzę cię do wózka i przypnę pasami", "zachowuj się, bo nie dam rady odgrzać ci tego mięska". Ta ostatnia prośba chyba podziałała - dzieć, który od czterech godzin nie miał nic w ustach, przemaszerował do dużego pokoju i zaczął zachęcać misia, żeby poszedł spać. W końcu słyszę okrzyk radości: "Huja! (czyt.: hurra!) Mięśkooo!!!" i "Stoi ułan na widecie" w wykonaniu męża. Uff, chociaż jedno już załatwione.

Jędruś zjadł i zajął się zabawą. Nagle pukanie do "moich" drzwi. Wchodzi mąż i pyta, co my będziemy jeść. Jest, chwała Bogu, piąta po południu. Tłumaczę mu, gdzie znajdzie dwa kawałki schabu na kotlety, że ma odciąć to białe i rozbić mięso tłuczkiem, a następnie nasmarować solą, czosnkiem i ziołami prowansalskimi.
Dwadzieścia minut później mąż oznajmia, że kotlety rozbite, on idzie przewijać Andrzejka, a ja mam je przyprawić. Zbieram się z wyra i przyprawiam kotlety. Zanim chłopaki całkiem się przebrali, zdążyłam jeszcze nastawić zupę i proszę męża, żeby zawołał mnie, kiedy warzywa zmiękną - wtedy ją przyprawię. Mąż chyba o tym zapomina, bo zupy doglądam sama, wstając do toalety.
Ostatecznie do obiadu siadamy o 18.45.
Chwilę później panowie idą się myć, a ja wykorzystuję ten czas, żeby zrobić sobie zapas herbaty.
w szufladzie nie ma ani jednej czystej łyżeczki, ze zlewu straszy stos naczyń niemytych od rana, a wszystkie blaty się lepią - że nie wspomnę o kuchence i podłodze.
Przez chwilę mam ochotę zabrać się za szorowanie, ale myślę sobie złośliwie, że zostawię mu to tak jak jest, może w końcu doceni, że wracając z pracy może parzyć sobie mate w czystych naczyniach, nie przyklejając się do podłogi i względnie od razu dostaje ciepły obiad...

4 komentarze:

  1. Oj bieda jesteś.. współczuję ale jednocześnie mam nadzieję, że uda się wykurować w kilka dni i nic poważniejszego się nie będzie dziać :(

    OdpowiedzUsuń
  2. życzę zdrowia!! a mąż na pewno doceni, pewnie i tak zawsze doceniał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. to Cię dopadło ;/
    Zdrówka !

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdrówka życzę!!! I tak trzymaj, niech chłop się męczy :P

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...