czwartek, 27 lutego 2014

Ja nieee mam co na siebie włożyyyć...

Podreptałam z rana na umówione spotkanie z moją położną środowiskową. Ostatecznie postanowiłam nie kombinować, tylko zapisać się do tej, która i tak "obejmuje" teren mojego osiedla. Tak się złożyło, że położne stacjonują w tej samej przychodni, co lekarz endokrynolog, który kiedyś poratował mnie w potrzebie (pisałam o tym m.in. TU i TU). Świat jest mały:)
Babeczka okazała się sympatyczna, dała mi książeczkę z planem porodu do wypełnienia i fajną teczkę na medyczne papiery dziecka, którą póki co zawłaszczyłam dla siebie, by ogarnąć nieco bajzel w ciążowych papierach;p Spotkanie w zasadzie ograniczyło się do wypełnienia deklaracji i swobodnej rozmowy na temat moich oczekiwań wobec porodu i wobec niej. Kiedy usłyszała, że chciałabym po prostu, żeby po porodzie przyszła zobaczyć, jak sobie radzimy, była mocno zdziwiona, a kiedy usłyszała, dlaczego, zdziwiła się jeszcze bardziej i zapewniła, że ona na pewno nie zostawi nas na lodzie.
Trzymam za słowo!:)

Kiedy  rano wychodziłam z domu, było okropnie zimno. Wybrałam się więc w kożuchu i kozakach. Kiedy półtorej godziny później wychodziłam od położnej, myślałam, że się ugotuję. Wróciłam do domu, wyciągnęłam swoje jedyne dwie pary półbutów i... no właśnie, w jednych nie dałam rady chodzić, bo obcas już dla mnie za wysoki, a w drugie, takie pseudoadidasy, już się nie zmieściłam.
A jeszcze w listopadzie były dobre...
No nic, kozaki z powrotem na nogi, przejściowy płaszczyk na grzbiet (pominę już fakt, że niedługo i w nim będę się gotować, a nie mam nic lżejszego, w co weszłabym razem z Julianem...), w tył zwrot i do CCC naprzód marsz.
Z kupowaniem butów uwinęłam się szybko - wzięłam pierwsze czółenka, które nie odstraszyły mnie wyglądem, nie powaliły ceną i okazały się wygodne. Chciałam wracać, kiedy jednak w czasie przymiarki człapek spojrzałam na swoje pończochy uciskowe (o tym, jakie i dlaczego noszę pisałam TU), one, najżałośniej jak umiały, pisnęły: "chcemy na emeryturę". Zadzwoniłam do męża, by upewnić się, że nie musi nigdzie pilnie wyjść i pojechałam na stare śmieci - do apteki, w której odbywałam mój staż po studiach i poznawałam tajniki kompresjoterapii. Wyszłam stamtąd zadowolona, że spotkałam dawne koleżanki, bogatsza o dwie pary pończoszek Veery, ale uboższa o 130 złotych. No cóż, nawet na starych śmieciach nie ma nic za darmo... Dobrze, że choć 4% rabatu po starej znajomości;p

Potem jeszcze tylko kolejna apteka i kolejne złote w plecy - witaminy, magnez, żelazo i leki na tarczycę też nie spadają z nieba. Pocieszam się jedynie tym, że to najtańsza apteka w okolicy, a w innej wydałabym co najmniej dychę więcej:/

No i powrót do domu, a tam... chrust i pączki od teściowej. W dodatku moje ulubione, z różą i cukrem pudrem...Twardo obiecałam sobie, że zjem tylko jednego pączka - i tu słowa dotrzymałam. Gorzej, że w kwestii chrustu nie pozostałam tak stanowcza. Jakoś tak po jednym wsunęłam cały wielki talerz. Ciekawe, czy Julkowi smakowało...

Bilans:
-ponad 300zł w plecy
-trochę czasu poza domem (w tym fajne pogaduchy z koleżankami)
-zaklepana wizyta położnej po porodzie i porządek w ciążowych papierach;p




-chwilowo mam w czym chodzić




-nie chcę nawet myśleć, ile pustych kalorii w żołądku (to ten talerz obok rajstopek na zdjęciu wyżej;p)



4 komentarze:

  1. Fajne te czółenka. :) Julianowi na pewno smakowało. Tyle dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Ja najbardziej lubię właśnie takie zwykłe.
      A co do Juliana, od jutra szlaban na słodycze. I tak już okrąglutki jest;p

      Usuń
  2. Ale przecież wszystko zjedzone w tłusty czwartek się nie liczy! :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...