sobota, 11 stycznia 2014

Szopking krakowski :) (pełna wersja posta)

Plany były ambitne.
Mieliśmy dziś odwiedzić ruchomą szopkę u Redemptorystów, kolejną u Kapucynów, a potem w tym samym celu zajrzeć jeszcze do Franciszkanów i Kościoła Mariackiego. Tak przynajmniej wymyślił to pomysłodawca - czyli moja teściowa.

A realizacja?
No cóż...

Wyjechaliśmy po wczesnym obiedzie. Zaparkowaliśmy tam, gdzie było miejsce - dorosłym tempem jakieś 5-10 minut od Rynku. Nie przewidziałyśmy jednak jednego - że Jędruś się zbuntuje i w wózku siedzieć nie zechce. Po drodze trzeba było jeszcze kupić młodemu jakieś rękawiczki, bo zapomniałam wziąć z domu, w przejściu przy dworcu kupiłam więc jedyne, jakie pasowały na łapięta (tęczowe z doszytymi króliczkami). W sumie dojście spod Parku Strzeleckiego do Kościoła Mariackiego trasa zajęła nam prawie pół godziny, ale się udało:)

Najpierw zajrzeliśmy do św. Barbary. Szopka typowa, ale ładna. Jędrusia zafascynowały wielbłądy Trzech Króli.



 Potem była szopka w Kościele Mariackim. W sumie podobna - też złożona ze standardowych figur, jakie spotkać można w zasadzie wszędzie.



Pomodliłyśmy się chwilę, korzystając z tego, że Andrzejek akurat zajął się kontemplowaniem kolejnego wielbłąda, po czym babcia dała mu parę drobnych monet dla kiwającego głową aniołka, ale - gdy aniołek ani myślał podziękować, zawiedziony Andrzejek postanowił dać mu nauczkę - wspiął się na klęcznik, złapał aniołka za włosy i zademonstrował mu, jak powinien okazywać wdzięczność za złożoną ofiarę - ku uciesze pary modlących się przy szopce młodych ludzi;p

Czas był nie najlepszy. Teściowa zarządziła, że teraz pójdziemy do kościoła OO. Franciszkanów zobaczyć prawdziwą "szopkę krakowską", potem do jakiejś knajpki, żeby Jędruś zjadł zupę, a potem do Kapucynów i może jeszcze Redemptorystów.
By dostać się do najbliższego z celów, musieliśmy przejść przez cały Rynek, na którym ciągle stoi ten (tu wstawcie sobie dowolny niecenzuralny przymiotnik) kiermasz świąteczny - udało się ominąć go z daleka, ale zapach przypalonego tłuszczu i grillowanych oscypków zwalał z nóg jeszcze zanim zdążyliśmy wyjść z kościoła.
Po raz kolejny nie udało się wsadzić Jędrulka do wózka. Maszerując dzielnie przed siebie, zdążył między innymi znaleźć w jednej z choinek połamane okulary i zaprzyjaźnić się z promotorem restauracji No7, który pokazał mu schowaną przed wzrokiem spacerujących główną płytą wystawkę pięknych, ręcznie malowanych baniek. Poszłyśmy za młodym i my - bańki rzeczywiście okazały się niesamowite.




Tym razem jednak to nie Jędrusia najtrudniej było odciągnąć od szyby - jego babcia jeszcze przez spory kawałek drogi snuła plany powrotu i głośno zastanawiała się, które bańki musi sobie kupić;p

W końcu doszliśmy.
Tym razem to ja przepadłam. Różne szopki w życiu widziałam, ale tak ciekawej jeszcze nigdy:



Straciłam rachubę czasu, nawet nie wiem, ile spędziliśmy w bocznej kaplicy kościoła Franciszkanów. Po prostu stałam i kontemplowałam, a na koniec nagrałam sobie filmik na pamiątkę:



Jędrusiowi chyba też się podobało. Garbatych czworonogów co prawda nie było, ale był Murzynek, z którym mój syn od razu zapragnął podzielić się dobrami materialnymi. Dobrze, że babcia zdążyła wytłumaczyć mu, że ten głową nie kiwa, bo, pamiętając epizod z kościoła św. Barbary, młody gotów byłby go przewrócić.



Kiedy w końcu wyszliśmy, okazało się, że już zaczęło się ściemniać. Nie bacząc na protesty, wpakowałyśmy więc Jędrusia do wózka i zaczęłyśmy zmierzać do samochodu, szukając po drodze jakiejś restauracyjki, w której Andrzejek mógłby się posilić. Myślicie, że w Krakowie jest pełno knajp i prosto znaleźć? No to zapytajcie kelnera o zupę dla dziecka uczulonego na jajo i produkty mleczne... Wszędzie albo śmietana, albo jajeczny makaron. Udało się za czwartym podejściem w jednej z restauracyjek przy ul. Szpitalnej, w której miesiąc temu obchodziliśmy małe rodzinne święto. Dopiero tam udało się znaleźć coś dla Andrzejka - rosołek podany... z ryżem, który Jędruś jadł sam, stanowczo odrzucając naszą pomoc i skutecznie odwlekając powrót do domu;p
Restauracja jednak na swój sposób zrekompensowała nam  niedopełnienie planu. Oto najbardziej nietypowa dekoracja fortepianu, jaką kiedykolwiek widziałam:)





Podczas pobytu w knajpce Jędruś bardzo nas zaskoczył - okazało się bowiem, że zapamiętał, iż poprzednim razem bawił się miotełką i śmietniczką. Co więcej, pokazał dokładnie, w którym miejscu wtedy leżały. Teraz jednak, ku jego niezadowoleniu, dostępu do nich broniła sporych rozmiarów choinka.

W końcu i z restauracji udało nam się wyjść. W drodze do domu zgarnęliśmy jeszcze wracającego z pracy andrzejkowego tatę, który, zauważywszy, że Jędruś jest zmęczony i przysypia, postanowił do tego nie dopuścić. Miał ku temu powody - Andrzejek bowiem, jeśli tylko zdrzemnie się choć chwilę w ciągu dnia, jest niezwykle trudny do ululania wieczorem.
Tym razem jednak był już tak padnięty, że w pewnym momencie, wyraźnie bliski płaczu, krzyknął tylko:
"Tata! Daj Andziejowi śpokój!!!",

po czym, korzystając z naszej chwilowej konsternacji, błyskawicznie zapadł  sen.

Mąż niestety miał rację. Drzemka trwała może kwadrans, a ululać dziecię pozwoliło się łaskawie tuż przed 22 po czterdziestu minutach bujania w spacerówce.

10 komentarzy:

  1. Ale wycieczka i tak pewnie była wspaniała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna:)

      Swoją drogą, nie wiesz, dlaczego Blogger zjada nam posty? U Ciebie nie mogę znaleźć dwóch ostatnich, a u mnie najpierw wyświetlał komunikat, że strona nie istnieje, a teraz puścił łaskawie niekompletnego posta, którego właśnie łatam?

      Usuń
    2. Blogger mi też coś ostatnio nawala, także chyba to jakiś odgórny problem u nich :))
      Czyli dekoracja fortepianu się jeszcze pojawi? Bo ja nie widzę ;))

      Usuń
    3. Już jest. Mnie dodatkowo w nocy nawala net i nie zawsze mam połączenie.

      Usuń
  2. Świetna wycieczka, a ostatnia szopka mnie zauroczyła, chciałabym na żywo ją zobaczyć.

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śliczna jest. Na żywo jeszcze bardziej kolorowa:)

      Usuń
  3. Piękne te szopki :) a byłam pewna, że w Krakowie restauracje są na każdym kroku :) Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo są. Tylko znalezienie w nich czegoś dla alergika takiego jak mój wcale nie jest łatwe

      Usuń
  4. szopka u oo. Franciszkanów jest śliczna. też takiej jeszcze nie widziałam - naprawdę robi ogromne wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno Franciszkanie w czasie Świąt wystawiają też żywą szopkę. Może w przyszłym roku uda mi się na nią załapać...
      Widziałam u Ciebie relację z żywej szopki na Jasnej Górze, to musi być super sprawa dla dziecka. A ja mam w sobie całkiem sporo dziecka:D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...