niedziela, 26 stycznia 2014

O pociągającej mamie, kolokwializmach i o tym, dlaczego babcia się załamała

Problemy zdrowotne? Jędruś już najwyraźniej zapomniał, co to takiego, za to ja od rana jestem dziś wybitnie pociągająca;p Z tego też powodu odpuściłam sobie basen - mam nadzieję narobić w tygodniu we własnym zakresie jeśli doleczę katarzysko i mróz nieco zelżeje.
Postanowiłam jednak nie odpuszczać niedzielnej Mszy, tyle tylko, że zamiast pół godziny tłuc się tramwajem tam, gdzie lubię, podreptałam "do parafii".
Kurczę, nie sadziłam, że przy -7 stopniach w swetrze, kożuchu z kapturem, wełnianej czapie i legginsach pod spodniami można przemarznąć na kość w ciągu może trzech minut szybkiego marszu... Jeszcze rok temu ubrana połowę lżej szalałam na nartach przy -15 i nie było mi zimno nawet w kolejce do wyciągu. Starość nie radość?

Kiedy wróciłam do mieszkania, synek od razu wybiegł mi na powitanie. Zadrżałam z zimna na sam jego widok - miał na sobie tylko bodziaka z krótkim rękawem...
Wyszedł więc mały mnie powitać i skrzywił się na mój widok:

A: O fuuuj!
M: ???
A: Ale maś ubłocione buuuty!
M: I zobacz ile śniegu na nogawkach...
A: Ściągaj sibko, bo będzie kałuuuzia!

Rozebrałam się, weszłam do pokoju i zapytałam męża, czy Jędruś "stworzył" coś, kiedy mnie nie było - użyłam dokładnie takiego określenia, oboje wiemy, o co chodzi. I zanim jeszcze mąż zdążył odpowiedzieć, dostałam kolejny dowód na to, jak bardzo trzeba uważać, co mówi się przy dziecku:

-Andziej zjobił djugie łajno, ale teź nojmalne - oznajmił mi dumnie syn i wyszczerzył się w oczekiwaniu na pochwałę z cyklu "jak ty ślicznie mówisz":).
Cóż, pozostaje tylko cieszyć się, że wyzdrowiał już całkowicie...

Jak wcześniej chciałam wybrać się dziś na krótki rodzinny spacer, tak po peregrynacji do kościoła odwidziało mi się to zupełnie. Zostaliśmy więc w domu i przez większość dnia nic ciekawego się nie działo.
Wieczorem mąż poszedł do kościoła, a że nie zdążył wrócić przed kąpielą młodego, poprosiłam o pomoc jego mamę. Po kąpieli podzieliłyśmy się "obowiązkami" - ja poszłam robić Andrzejkowi kolację, a ona ubierać delikwenta w piżamkę. Rozpuszczając Bebilon pepti na kaszkę uświadomiłam sobie, że nie poinstruowałam teściowej, czym ma smarować które części ciała małego atopika. Jednak zanim jeszcze ruszyłam się z miejsca, przekonałam się, że mały nie da sobie krzywdy zrobić:

Andrzejek: Babcia, nie ubejaj pieluchy. Pośmajuj pupę Andzieja. Dobzie. A tejaś kolanka.
Babcia chyba wzięła niewłaściwe smarowidło.
A: Nie, nie tyyym. O tym. Dobzie. A tejaś łokcie.
 Staję w drzwiach z gotową kaszką, widzę jak teściowa zakłada małemu bluzę od piżamy, przygładza włosięta i chce pomóc mu zejść z komódki, na której go oporządzała. Ale hola hola...
A: Jeście nie! Jeście buzia! - Andrzejek nadstawił babci facjatę do smarowania, ale zobaczywszy, że ponownie odkręca butlę z balsamem do ciała, zanurkował w szufladzie i dał babci swój krem do twarzy - o tym!  - po czym ponownie się nadstawia.
A: Najpiejw ciółko. Tejaś bjodę. Dobzie. Jeście jaź. A tejaź nosiek i polićki-chomićki...

W końcu rytuały pielęgnacyjne dobiegły końca, Jędruś zjadł kolację, umył zęby i przyszła pora, by położyć go spać. Kiedy teściowa zobaczyła Jędrula gramolącego się do wózka, załamała ręce i strzeliła kazanie o tym, jak to strzelamy sobie w stopę własnym wygodnictwem, a mały od dawna jest już dość duży, żeby zasypiać samodzielnie na tapczanie, nauka potrwa, więc trzeba zacząć od razu. Rozłożyłyśmy więc na tapczanie poduchy, z którymi Andrzejek śpi w łóżeczku, dostał też osła, z którym zawsze zasypia, wyciemniłyśmy pokój, włączyłyśmy grającą żabę i teściowa ułożyła Jędrusia na wersalce, a ja, by dać przykład, położyłam się obok, przytuliłam małego i udawałam, że śpię.

Skończyło się dokładnie tak, jak myślałam - Andrzejek najpierw poznosił sobie do łóżka wszystkie maskotki, ułożył je rzędem, nakrył kocykiem i "uśpił", po czym... zaczął skakać po mamie. Po prawie pół godziny prób pacyfikacji, zapaliłam światło i przyprowadziłam wózek, a Jędruś wdrapał się na niego i usnął nie czekając nawet, aż babcia ponownie światło zgasi.
No cóż - chyba jeszcze nie jest gotowy na zmianę...

8 komentarzy:

  1. uwielbiam takie Dzieciaczkowe pogawędki:) Sama Chłonę słowa swoich Chłopców:) zapisuję, bo wiem, że kiedyś zatęsknię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Ty masz tego dwa razy więcej, bo masz dwóch łobuzów:)
      To jest właśnie jeden z powodów, dla których cieszę się, że mam tego bloga:D

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Im starszy tym bardziej przemądrzały. Chyba po tatusiu;p

      Usuń
  3. Jędrula jest cudowny. Ale chyba już to mówiłam... Czekaj, czekaj, mówię to za każdym razem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja mu potem przekazuję i w samozachwyt wpada;p

      Usuń
  4. Faktycznie z tą starością coś jest :D Ja od kilku lat też marznę bardziej niż kiedyś :)

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to w sumie może mieć związek z niedoczynnością tarczycy. Z tą starością to w sumie taki kiepski żart...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...