wtorek, 7 stycznia 2014

Aklimatyzacja

Pamiętam też nasz pierwszy dłuższy wyjazd z Andrzejkiem.
Mały miał wtedy cztery miesiące, był dzień po szczepieniu i z rozpulchnionymi przez wyrzynające się zęby dziąsłami. Choć bardzo chciałam spędzić ten miesiąc wakacji u rodziców, do końca biłam się z myślami. W końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy. Akurat trwała fala upałów, więc ruszyliśmy bladym świtem, dodatkowym plusem było to, że nasze autko ma klimatyzację. I... z jednym postojem na karmienie i przewijanie szczęśliwie pokonaliśmy te 180km, a Andrzejek nawet tego nie zauważył, bo prawie całą podróż przespał.
Bałam się także, że będzie miał problemy z przyzwyczajeniem się do nowego miejsca. Nic z tych rzeczy. Choć zawsze należał do tych bardziej marudnych dzieciaków, do wszystkiego przyzwyczaił się błyskawicznie - od razu polubił wszystkie nowe dla niego twarze i z ciekawością przyglądał się wszystkim nowym miejscom.
To właśnie w ostatnich dniach tego wyjazdu wprowadziliśmy mu pierwszą marcheweczkę, wtedy też pierwszy raz był nad rzeką, spotkał się z psem i wysłuchał koncertu organowego. W dzień wyjazdu usłyszeliśmy jego pierwsze "ta-ta-ta-ta"... :)
Na dodatek zupełnie bezproblemowo zasypiał, na nic nie chorował i nie miał wahań apetytu. No cud, miód i sielanka.

Powrót przebiegł dokładnie tak samo. Jakby zmiana otoczenia, współmieszkańców i powietrza wcale go nie obeszła.
Parę dni później przeprowadziliśmy się do naszego obecnego mieszkanka. Jedyne, co było skończone, to właśnie pokoik dla Andrzejka, a pozostałe pomieszczenia... no cóż, świeżo wywietrzone po malowaniu, gazety na podłodze, meble i nasze torby na środku pokoju... nic dziecku nie przeszkadzało.

Jedynym, co zdawało się zmieniać z czasem, było zachowanie Andrzejka w czasie podróży autem. Z początku wystarczyło włączyć silnik, by usłyszeć miarowy oddech małego śpiocha. Potem na zaśnięcie trzeba było czekać coraz dłużej, a i to udawało się tylko tuż po posiłku. Tak w zasadzie jest do dziś. W czasie, kiedy synek nie śpi, zwykle bardzo mu się nudzi. A wtedy narzeka jak mało kto. Trzeba mu co chwilę pokazywać co innego, cały czas o czymś opowiadać, śpiewać to, co sobie życzy, na żądania włączać i wyłączać lampkę w samochodzie oraz radio. Po kilku godzinach takiej jazdy cały następny dzień leczę chrypkę.
Na szczęście po trudach podróży wszystko przebiegało już gładko.


Aż do teraz.

Nic nie zapowiadało problemów. W Krośnie mały od razu przypomniał sobie wszystkie ulubione miejsca w domu i sposoby na owijanie sobie dorosłych wokół palca. Większych problemów nie było. Po powrocie od razu wskazał palcem nasze okno w bloku, rzucił się na szyję babci, która wyszła mu na powitanie, wszedł po schodach, rozpoznał nawet nasze drzwi.

Zaczęło się przy kolacji.
Nie, nie będzie jadł. Nie tejaś, nie i juź. Nie, bo nie. W końcu jakoś zmęczył pół porcji - ok, był zmęczony.

Potem było zasypianie. Ponad godzina lulania w wózku. Dziwię się, że mąż nie wybuchł.  Mały usnął dopiero po 22.

Dziś rano budzimy się z mężem - u Andrzejka, zwykle o ósmej pędzącego dopilnować, by mama zjadła tabletki - cisza. Do 10 rano. Potem histeryczny płacz i cyrk przy śniadaniu.

Przed jedenastą mąż wyszedł załatwiać swoje sprawy. Myślę - zagonię bąka do roboty, to zapomni o chandrze. Nastawienie i rozwieszanie prania pomogło - na chwilę. Gotowanie obiadu - tak samo. Podobnie mycie podłogi (czystej) - zaaranżowane tylko jako rozrywka dla Andrzejka. Za każdym razem, kiedy kończyliśmy pracę, Jędruś bez wyraźnego powodu wpadał w histerię. I na nic dawno niewidziane zabawki, ulubione piosenki. Smarkanie w mamine spodnie było najlepsze na wszystko.

 O jedzeniu nawet nie warto wspominać - zarówno drugie śniadanie jak i zupa to prawie godzina ganiania za małym po mieszkaniu. Przy zupie (rosół z makaronem) w końcu poddałam się, zabrałam ją i powiedziałam, że zaraz przyniosę makaron z sosem. Wyszłam do kuchni, udałam, że coś przy niej robię, i wróciłam z tą "magicznie przemienioną" zupą, która - jako makaron - w okamgnieniu zniknęła w synowym brzuchu. Ale, zanim na to wpadłam, scena musiała być.

W szale histerii mały wyżył się m.in. na przewijaku. Skakał po nim tak długo, aż stelaż się połamał, a cerata popękała. Zobaczywszy to, wlókł za sobą te nędzne szczątki, jęcząc: "mama, napjaw psiewijaciek"... 

Kiedy już myślałam, że  zwariuję, na odsiecz przyszła teściowa i zabrała młodego na spacer. Wróciła z grzecznym, uśmiechniętym chłopczykiem, który z przejęciem opowiadał, jak to w kościółku brali z garnka święconą wodę do słoiczka. Przy babci Jędruś zjadł jeszcze drugie danie, dwa razy prosząc o dokładkę i wylizując talerz z sosu do ostatniej kropelki.

Gdy tylko za babcią zamknęły się drzwi, histeria zaczęła się na nowo. Tym razem dostało się nocnikowi. Przez chwilę żałowałam, że nie kupiłam najzwyklejszego - nasz kibelek z klapką na zawiasy okazał jednak się nad wyraz wytrzymały. Dzielnie zniósł skakanie, rzucanie, nie popękał i po wszystkim dał się złożyć do kupy.

Powrót męża wykorzystałam, by jak najszybciej ulotnić się z domu - choćby na zwykłe zakupy. Po powrocie zastałam moich panów układających razem książki na półce i zaśmiewających się z czegoś do rozpuku. Wystarczyło jednak, że mama pokazała się na horyzoncie, by tatuś przestał istnieć, a pogodne dziecko przeistoczyło się w wyjącą kulę u maminej nogi.

Nie wiem, jak mężowi udało się go wykąpać i uśpić, z kolacją znów był cyrk.
Nie poznaję własnego dziecka. Dotąd bywało różnie, ale nie aż tak.
Oby jutro było lepiej.

13 komentarzy:

  1. Moze skok rozwojowy? Albo ta zmiana miejsca jednak, a rykoszetem Ty dostajesz. Zycze zeby sie szybko unormowalo..
    Tak sobie pomyslalam, ze tak jak mnie cieszy oczywiscie rozwoj syna, i to jak sie zmienia, to czasem jest trudna otoczka tych zmian. W sensie ze cos wypracowane, rutynowe, z dnia na dzien przestaje takie byc i nagle z przytupem nowe reguly gry. Cos mija, cos zostaje.
    Ale najwazniejsze zeby zdrowo nam maluchy rosly :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i faktycznie skok - choć do tej pory u nas raczej się to nie sprawdzało. Jędrusia trudno wpasować w jakikolwiek szablon, zawsze rozwijał się po swojemu.
      Może zawinił też fakt, że u dziadków Jędruś śpi w pokoju z nami, a u nas wrócił
      do własnego...
      Mam nadzieję, że szybko mu przejdzie, tym bardziej, że dziś mamy księdza po kolędzie;p

      Usuń
  2. A ja mam pytanie dot. Innego tematu. Jak przygotowujecie mieszkanie na przyjscie kolejnego lokatora? Macie 2 pokoje jak chcecie je podzielic na Wasza 4? Chlopcy beda mieli swoj pokoj?Sama mieszkam kątem u tesciowej w malym pokoiku 12 metrow razem z mezem i dzieckiem i marze o wyprowadzce

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym napiszę na pewno bliżej porodu, kiedy wszystko będzie już ustawione. Wstępny pomysł jest taki, że starszak zostaje u siebie, a młodszy będzie spał w pokoju z nami - i tak do momentu, aż przestanę go karmić piersią w nocy, potem chłopaki zamieszkają razem. Ale też mam cichą nadzieję, że uda mi się znaleźć pracę i będzie nas stać na coś ciut większego.

      My w takim układzie jak Wasz funkcjonujemy w czasie wyjazdów do moich rodziców - najdłużej byliśmy tam przez półtora miesiąca. Wtedy też dostajemy jeden pokój na trójkę. Rozumiem Cię i życzę szybkiej okazji do wyprowadzki

      Usuń
  3. A ja mam pytanie dot. Innego tematu. Jak przygotowujecie mieszkanie na przyjscie kolejnego lokatora? Macie 2 pokoje jak chcecie je podzielic na Wasza 4? Chlopcy beda mieli swoj pokoj?Sama mieszkam kątem u tesciowej w malym pokoiku 12 metrow razem z mezem i dzieckiem i marze o wyprowadzce

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie można nie poznać własnego dziecka, ale może to faktycznie jakiś skok?
    Znam przypadki, że dzieci dobrze znoszą nowe miejsca a po kilku miesiącach już nie umieją się zaaklimatyzować.

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Oby to był tylko skok i szybko się skończył. A może "bunt dwulatka"? Zdaje się, że to ten czas mniej więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewijka z tej strony ;)

      Usuń
    2. Bunt dwulatka to my już od pół roku przerabiamy;p

      Usuń
  6. hmmm, coś dziwnego z tymi dziećmi w tym tygodniu. już na którymś blogu czytam, że wiszą na mamie. u mnie podobnie. jak mnie nie ma to Milenka aniołek, a jak się pojawiam na horyzoncie to płacz i na ręce. tyle że u mnie obstawiam lęk separacyjny. trzymam kciuki, żeby Jędrkowi szybko przeszło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też tak to wygląda. Strasznie zazdrosny się o mnie zrobił. Nawet, kiedy mąż mnie przytula, wciska się między nas.
      Ja trzymam kciuki, żeby wszystkim maluchom muchy w nosie przeszły.

      Usuń
  7. Buba dawno już nie miala takiej zmiany wewnętrznej, ale kilka razy stawała się "kimś innym" więc zdążylam się przyzwyczaić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mały zawsze był "temperamentny", ale teraz przechodzi sam siebie. Najgorsze, że sama już nie wiem, jaki jest tego powód - i jak mu ulżyć.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...