wtorek, 31 grudnia 2013

Moje magiczne chwile...

W ostatnich dniach Monika, autorka bloga Zawód-Kobieta, ogłosiła konkurs. I choć - jeśli mój udział ma być szczery -  wymaga on ode mnie uchylenia rąbka niektórych tajemnic, postanowiłam zaryzykować. Oto moje - bardziej lub mniej intymne - czarodziejskie chwile:)

 ***
Narty...
Zanim poznałam Moich chłopaków - zgrzyt i blask śniegu, zmienne niebo, szum wiatru i biała ściana pod nogami. I to uczucie wolności...





Ślub.
Wyszłam za mąż za człowieka, który wcześniej przez lata był moim najlepszym przyjacielem i bratnią duszą, a którego długo nie brałam pod uwagę jako swojego towarzysza życia:) Z jednej strony czułam wtedy niesamowite wzruszenie, a z drugiej chciało mi się śmiać z samej siebie na wspomnienie chwil, kiedy z pełnym przekonaniem zarzekałam się: "Z Adasiem? Ja??! W życiu!!!"






Andrzejek.
Kiedy wybudziłam się z narkozy po cesarce, on, podtrzymywany przez moją mamę, ssał moją pierś. W tamtej chwili mogłam zobaczyć tylko jego rzadkie, brązowe włoski, ale właśnie ta chwila wryła mi się w pamięć najbardziej z całego okresu okołoporodowego.
A karmienie piersią, choć z początku trudne i bolesne, już zawsze potem było dla mnie absolutnym cudem. Są kobiety, które wtedy czytają, robią na szydełku albo oglądają telewizję. Mnie wystarczyło wpatrywanie się w błoga minę dziecka. Tu zdjęcie zrobione przez dumnego Dziadka w dzień naszego wyjścia ze szpitala:




Julianek.
Dzień, w którym dowiedziałam się o jego istnieniu był dla mnie szokujący i daleki od magii, ale z czasem pokochałam go tak samo jak jego planowanego brata. Teraz oczekiwanie na niego - choć bywało niełatwe - jest cudowne. A najwspanialsze są chwile, kiedy Andrzejek przytula się do brzucha, zasypuje go buziakami i pyta, czy Julek go kocha:)
Kolejna magiczna chwila zatem jeszcze przede mną:)
Tu Julianek w 21 tygodniu ciąży:



To najważniejsze. Są jeszcze rodzinne przytulańce, czułe słówka, podróże sentymentalne...
Nie będę się bardziej rozpisywać. Już teraz pięknych widoków pod powiekami wystarczyłoby mi do końca życia:)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nowy Rok bieży... czas podsumować mijający:)

Styczeń

W rok 2013 wchodziłam wyczerpana problemami zdrowotnymi Andrzejka, szczęśliwa, że najgorsze mamy za sobą, ale i zrezygnowana z powodu braku pracy mimo poszukiwań.
Aż tu nagle... dostałam pracę. W zawodzie, 5 minut od domu, na cztery godziny dziennie. Na dodatek przedostatniego dnia stycznia Andrzejek osiągnął kolejny kamień milowy uznawany za początek chodzenia - pierwszy raz postawił za jednym zamachem więcej niż 10 samodzielnych kroków:)


Luty

Z początkiem miesiąca Jędruś całkowicie porzuca raczkowanie i zasuwa na dwóch kończynach.
Jedziemy kupić pierwsze buty:)
Atmosfera w pracy jest sympatyczna, zdążyłam polubić swoje nowe koleżanki i zyskać "stałych" pacjentów.
Mąż w domu jest, a jakby go nie było - siedzi i uczy się do obrony doktoratu.










 
Marzec

już pierwszego dnia okazuje się, że kierowniczka apteki niespodziewanie wraca wcześniej z urlopu macierzyńskiego. Właścicieli nie stać na utrzymanie tylu stanowisk magisterskich - dostaję wypowiedzenie. Ostatecznie kończę pracę 15 marca.
Z dnia na dzień pakujemy się i wyjeżdżamy do Krosna, gdzie pozostajemy już do Wielkanocy.
28 marca Jędruś kończy roczek:)
Kończy się nasza przygoda z Poradnią Wad i Zaburzeń Rozwoju, do której trafiliśmy po wystąpieniu NOP . Wychodzimy z diagnozą, że mały rozwija się prawidłowo, ale jest stanowczo za chudy. (9,5kg przy 78cm wzrostu). Na dodatek pani doktor do końca nie uwierzyła nam, ze Jędruś ma skazę i AZS i kazała nam wprowadzać "zwykłe" mleko;p Udaje nam się za to dostać majowy termin do gastrologa dziecięcego - może poradzi coś na uporczywe wymioty młodego...

Kwiecień

Po Wielkanocy wracamy do Krakowa. Zaczynam szukać nowej pracy - odpowiadam już zarówno na oferty pracy na umowę zlecenie jak i tej na cały etat.
Wszędzie dziękują mi na wieść, że mam dziecko.
Jędruś wchodzi w fazę buntu - zaczyna nas bić, drapać i gryźć, kiedy tylko robimy coś, co mu się nie podoba.












Maj

Nadal nie mogę znaleźć pracy.
Jędruś ma pierwszą wizytę u gastrologa. Pani doktor doradza na razie tylko badania z krwi, zmiany w diecie i sposobie karmienia - nic na siłę. Wymioty powoli się wycofują.
Obrona męża zbliża się wielkimi krokami. Chwilami myślałam, że mieszka w bibliotece, a do domu wraca na obiad i nocleg;p
W wolnych chwilach podczytuję blogi innych mam i dojrzewam do założenia własnego:)










Czerwiec

Jeśli chodzi o pracę - na zachodzie bez zmian.
Jędruś zdradza talenty językowe - wypowiada coraz więcej słów i zaczyna je łączyć w pary:)
Mąż - bez kija nie podchodź. Wybucha o byle co, lamentuje, że się nie obroni i twierdzi, ze egzaminy, które przed doktoratem pozdawał śpiewająco (ze średnią 5,0), to tylko formalność, a komisja na pewno przepuściła go z litości.
23 czerwca rusza mój blog:)

Lipiec

Mąż wreszcie broni doktorat - z sukcesem i bardzo dobrymi ocenami. Dostaje też całkiem przyzwoitą pracę - ma zacząć od września.
My z Jędrusiem mamy kontrolę u gastrologa. Odpada podejrzenie celiakii, pani doktor nie uważa za konieczne robienia inwazyjnych badań, zleca tylko dalszy ciąg wysokokalorycznej diety i suplementację żelaza. Wymioty ustępują całkowicie.
Wobec dalszego braku wyników moich poszukiwań zatrudnienia, decydujemy się odpocząć i wyjechać na półtora miesiąca do moich rodziców. wyjeżdżamy w połowie miesiąca. Korzystamy z pięknej pogody i cale dnie spędzamy nad rzeką:)





Sierpień

Przy okazji rutynowego badania hcg przed planowanym prześwietleniem, okazuje się, że jestem w ciąży. Najpierw szok i niedowierzanie, a potem pierwsze obawy o utrzymanie ciąży i szalony niepokój, czy wszystko będzie dobrze. Pogodziliśmy się z faktem, że moja praca się oddala, że być może będę musiała się potem przekwalifikować i pokochaliśmy to maleństwo tak, jak dwa lata wcześniej pokochaliśmy Andrzejka.
Jędruś ostatecznie rezygnuje z piersi. Sam, z dnia na dzień.

 
Wrzesień

Początek ciąży znoszę źle - co chwilę ląduję w toalecie. Do tego skurcze wysiłkowe, a mąż zaczął już pracę i zostawił mnie sama z naszym nadruchliwym przychówkiem.
A Jędruś? Jędruś kończy półtora roku i zaczyna mówić krótkimi zdaniami:)













Październik

Ja kończę pierwszy trymestr ciąży. Dowiadujemy się, że spodziewamy się drugiego synka i zaczynamy nazywać go Julianem:)
Jędrula przechodzi swoją pierwszą chorobę - łapie anginę. Na domiar złego dostaje uczulenia na antybiotyk. Na szczęście drugi okazuje się trafiony i mały błyskawicznie wraca do zdrowia i formy. Przepada nam tylko szczepienie MMR, ale co się odwlecze...
Odwiedza nas moja mama. Załamana stanem mojej ciążowej garderoby wyciąga mnie na wielkie zakupy. Wróciłam z nich bardziej zmęczona, niż bywam po całym dniu z młodym:)
Gastrolog na kontroli podziwia efekty naszej współpracy i uznaje, że jej dalsza opieka nie jest już potrzebna. Hurra!




Listopad

Jedziemy do moich rodziców na zbiorowe urodzino-imieniny:)
Na wizycie u alergologa dostajemy skierowanie na panel atopowy. Badanie szlag trafia, kiedy młody łapie katar.
U mnie wykryto autoimmunologiczną niedoczynność tarczycy. Dostałam się do endokrynologa i zaczęłam zażywać leki hormonalne.

Grudzień

Ciąża wreszcie przestała dawać się we znaki, dostałam nagłego przypływu sił, ale brzuszek jest tak duży, że i tak ciężko mi nadążyć za moimi chłopakami tym bardziej, że Jędruś znów mocniej się buntuje. Święta u moich rodziców minęły zdrowo, błogo i spokojnie. Oby tak dalej:)













A czego życzyłabym sobie na rok, który nadchodzi?
Tego, co najważniejsze - szczęśliwego porodu (najchętniej naturalnego) i zdrowia dla moich najbliższych.
No, i może jeszcze pracy, ale to nie za szybko, żeby Julian też zdążył nacieszyć się mamą:)

sobota, 28 grudnia 2013

Oczko, czyli 21 miesięcy Andrzejka

Minął nasz kolejny miesiąc z Andrzejkiem i... muszę przyznać, że nie było najgorzej. I choć przez jędrusiowy katar panel pediatryczny odsunął się w czasie, to większe problemy na szczęście nas ominęły.

Nasz maluch dorośleje w oczach. coraz częściej woła siusiu ("Mamusiu/tatusiu! Idziemy do kibla!!!") i często udaje się złapać coś niecoś do nocnika. W czasie kataru już prawie nie używaliśmy fridy - poszła w ruch tylko raz, żeby odetkać nosek przed nocą, a w ciągu dnia mały sam upominał sie o zakrapianie wodą morską (Nasivin to już inna para kaloszy - tu był płacz i zgrzytanie zębów) i sam pięknie smarkał w chusteczkę - "jak duzi męściźna";p Coraz częściej odmawia też już picia z niekapków i żąda podania napojów nawet nie w kubku, ale w "śklanećcie". No i nowość - jeśli pomoże mu się z przełożeniem stópek przez nogawki, sam naciąga sobie spodnie na pupę:)

Gada non stop. Pełnymi, złożonymi zdaniami, odmienia już niemal całkowicie poprawnie. Na dodatek podłapuje słowa i wyrażenia, które w ustach niespełna dwuletniego bajtla brzmią co najmniej ciekawie np. "to niesiamowite", "No pięknie. I cio ja tejaś źjobię?", "jaki maś pjoblem?" "kujde", "pajanoja" - a wszystko to całkiem dobrze dobiera do sytuacji. Ma swoją ulubioną "playlistę" - osobną u mamy i u taty. Mama najlepiej śpiewa "Ogójek zielony ma gajnitujek", "Kundel bujy", "piosienkę o misiach"(jadą, jadą misie) i "o ziająciu" ("Zając Poziomka"), a tatuś - "on to padalec wielkopolanin" ("Skrzetuski-wielkopolanin" Jacka Kowalskiego) i "piękny maj" ("Witaj majowa jutrzenko"). Sam Jędruś zna już na pamięć teksty kilku piosenek - samodzielnie jeszcze nie recytuje, ale uzupełnia nieraz nawet całe wersy. Podobnie z modlitwą "Aniele Boży", którą co wieczór odmawiamy, kładąc Andrzejka spać. Dodatkowo od kilku dni mały pięknie i bez podpowiedzi żegna na początek i zakończenie modlitwy.

A, jeszcze jedno - skaza chyba powoli nam odpuszcza. Podczas Wigilii mój tata poczęstował Andrzejka krówką i obyło się bez konsekwencji. Tak więc następna prowokacja mlekiem w cieście już po testach alergicznych:)

Jeśli chodzi o statystykę, to prawdę mówiąc nie wiem, jakie są  aktualne andrzejkowe wymiary i jak mój synek wypada na tle rówieśników. Zważą go przed szczepieniem w połowie stycznia (odra-świnka różyczka, podejście drugie), a zmierzą pewnie dopiero przy okazji bilansu dwulatka - nie jestem już taka nadgorliwa i nie widzę sensu ciągać go do przychodni tylko w tym celu. Rośnie (widać po ubraniach), rozwija się (puchnę z dumy:D), wygląda przyzwoicie, energia go rozpiera - nie mam powodów do obaw. Czego chcieć więcej?

A w następnym odcinku już za miesiąc miedzy innymi (mam nadzieję) panel atopowy, kolejna prowokacja mlekiem i MMR.

A tu jeszcze kilka kadrów z ostatniego miesiąca


Najsmaczniejsza potrawa wigilijna;p


Ręce do góry! Mam cię na muszce!

piątek, 27 grudnia 2013

Mama w szpitalu, Jędruś w Stajence

Nie, nie położyli mnie do szpitala, wszystko w porządku - musiałam tylko zrobić badania i dostać się z wynikami do endokrynologa. Oprócz podstawowych badań z krwi dorobiłam dodatkowo te tarczycowe i krzywą cukrową, którą miałam zalecona między 24 a 28 tygodniem ciąży - akurat zaczęłam 25 tydzień, więc uznałam, że termin jest w sam raz, a między świętami nie bedzie dużej kolejki. Niestety - chyba z pół Krosna i okolic uznało tak samo, więc w sporej poczekalni nie było ani pół miejsca siedzącego. Na szczęście panie rejestratorki. widząc mój brzuszek, od razu dały mi numerek "0" pozwalający na wejście bez kolejki. Pierwszy raz w tej ciąży ktoś tak zupełnie bez proszenia bez proszenia mi poszedł na rękę...
Sama krzywa... sporo dziewczyn źle wspomina to badanie, a ja, choć już raz je przeszłam, nie wspominam go... wcale. Z krzywej w poprzedniej ciąży pamiętam tyle, że pod koniec byłam już strasznie głodna i, gdy w automacie wybrałam sobie białego "Liona", maszyna była tak uprzejma, że drugiego dodała mi gratis:)
Dziś też nie będzie co wspominać - ot, dwa kłucia, a w międzyczasie pół kubka okropnie słodkiego płynu i pół kubka wody do przepłukania ust. Do przeżycia.
Ponieważ wyniki miały być za dwie godziny, a mój endokrynolog akurat nie był na urlopie i zgodził się mnie przyjąć poza kolejką, postanowiłam przezimować się w dyżurce u mamy. Endokrynolog stwierdził, z tarczycą nie jest źle, ale trzeba ją dopieścić - kazał mi podnieść dawkę hormonów do 75mcg co drugi dzień, a w pozostałe nadal brać 50. I tak oto spędziłam w szpitalu pół dnia:/

Do domu wróciłyśmy razem z mamą, zjadłyśmy obiad, odpoczęłyśmy i - zgodnie z wczorajszym postanowieniem, zabrałyśmy Andrzejka na oglądanie szopek. Mały nawet na moment nie wsiadł do wózka - całą drogę dzielnie szedł, choć od celu - kościoła OO. Kapucynów - nasz dom dzieli ok. półtora kilometra. Z chwilowym odpoczynkiem przy szopeczce na Rynku
 
Andrzejek musiał sprawdzić, czy dzwonek krówki jest prawdziwy:)


trwało to więc prawie godzinę, ale warto było. I choć przed wejściem do kościoła jeszcze na dobry kwadrans zajęły go "źnicie" palące się pod pomnikiem Matki Boskiej, w końcu udało się namówić go na wejście do środka.

Znicze zawsze robią furorę.

Sam pomnik Matki Boskiej pozostał niezauważony.

 Ruchoma szopka u Kapucynów zachwyciła mojego gadułę.

Szopka jest naszpikowana odniesieniami do okolic Krosna - widoczny nad stajenką kościół to wierna miniatura kościoła OO. Kapucynów w Krośnie. Bezpośrednio za nim widać ruiny zamku "Kamieniec" w Odrzykoniu, w którym Fredro umieścił akcję swojej "Zemsty", a nad nim górują "Prządki"

Co prawda nie na tyle, żeby choć na chwilę go zatkało, ale nie chciał dać się od niej oderwać.

Krzyż wskazywany przez paluszek Jędrusia to miniatura krzyża z ołtarza, przy którym Jan Paweł II odprawiał Mszę na krośnieńskim lotnisku w 1997 roku.

Nie nagrałam niestety własnego filmiku, ale znalazłam na yt zeszłoroczny, który całkiem ładnie oddaje jej urok



Andrzejek podziwiał tańczących górali, kołyszący się żłóbek, przejeżdżający pociąg, nie przepuścił nawet padającemu śniegowi i nie omieszkał obgadać tego z dwiema starszymi (na oko 5-6 lat) dziewczynkami, które najwyraźniej przyszły w tym samym celu:) Następne pół godziny z głowy - ale niech się napatrzy, w końcu przyszliśmy tu dla niego.

Bałam się, że po takich wojażach Jędruś uśnie nam wpół drogi, ale gdzie tam. Nie tylko wrócił na własnych nogach, ale zdołał jeszcze na Rynku poderwać kolejną pannę, tym razem mniej więcej w swoim wieku, i poganiać się z nią dookoła drzewa. A potem nie dał się prowadzić - całą drogę maszerował sam, a przy każdej próbie wsadzenia na wózek lub złapania za rączkę  tupał nogami drąc się: "Nie, ja siam pojadzię!!! (poradzę sobie - przyp. red.;p)". Wzięłyśmy go więc z mamą między siebie i - z sercami w gardłach - pozwoliłyśmy mu na samodzielny marsz. Na szczęście obyło się bez problemów natury dyscyplinarnej. No, może jeden był - dla Jędrusia nie istnieje coś takiego jak "powoli", więc po ok. 400m szybkiego marszobiegu do domu dotarłyśmy mokre jak szczury;p

czwartek, 26 grudnia 2013

Gdzie się podziały wszystkie dzieci?

Korzystając z tego, że jest względnie ciepło i sucho, codziennie wyprowadzamy Andrzejka na spacer. Czwarty raz podczas naszego pobytu w Krośnie wybraliśmy się z synkiem na plac zabaw (za każdym razem na inny) i czwarty raz nie spotkaliśmy ŻADNYCH INNYCH DZIECI.

Ja rozumiem, że są Święta, że rodzinę trzeba odwiedzić, że w telewizji pewnie program specjalny, ale żeby aż tak?




Nasz prywatny plac zabaw - jedyne żywe dusze na tym zdjęciu to mój mąż i Jędruś:/

hej hej! Jest tu kto?!

Chyba już nikt nie przyjdzie...

Nie ma dzieci, nie ma zabawy. Jędruś się zmywa, a tatuś usiłuje nadążyć;p

Mnie to prawdę mówiąc pasowało, bo nie trzeba było aż tak pilnować, żeby nie potrąciło go jakieś starsze dziecko albo żeby on nie wdał się w jakieś przepychanki, ale młody, który uwielbia gdy wokół dużo się dzieje, był wyraźnie rozczarowany. Ciągle pytał tylko kiedy przyjdzie "chłopcik" albo "dziewcinka". I co takiemu odpowiedzieć?

Nic to. Jutro idziemy na przegląd szopek, może tak Jędruś zaspokoi swoje potrzeby towarzyskie:)

środa, 25 grudnia 2013

Leniwe Święta

To właśnie - oprócz tradycji i bliskości rodziny - w Świętach lubię - przez tych parę dni nic nie muszę. Dom jest sprzątnięty, wiktuałów w lodówce na tyle, by nie trzeba było gotować, mąż nie idzie do pracy, więc i Andrzejka na chwilę z głowy mi zdjął... żyć nie umierać:)

A do tego cały dom dla mnie, bo moich chłopaków wygnało do parku na drugim końcu miasta, a kto mógł, wybył... no właśnie, to chyba jedyna aktywność, której tej zimy będzie mi brakować...
Święta niby bezśnieżne, ale jeśli się wie, gdzie, to i na nartach poszaleć się da.






Kocham narty, jeżdżę od lat i całkiem dobrze mi to idzie. Kiedyś nawet sama uczyłam znajome dzieciaki, chciałam zrobić uprawnienia instruktorskie... do dziś żałuję, ze nic z tego nie wyszło.
Nic to, mam nadzieję, że przez ten jeden sezon przerwy nie zapomnę jak się robi piruety:)

Pozostaje więc cieszyć się błogim nieróbstwem, książkami, które przyniósł mi Aniołek i tym, ze nikt nie zgania mnie z komputera:) Skorzystam więc z okazji, by podziękować Wam wszystkim za pamięć i piękne świąteczne życzenia. Naprawdę zrobiło mi się cieplej na duszy, kiedy je czytałam:)



PS. Czy ja jestem nienormalna, czy wszystkie mamusie bardziej cieszą się prezentami dla dzieci niż własnymi? Bo choć sama dostałam masę fajnych rzeczy, to i tak sporą część wieczoru spędziłam na zabawie łupami mojego syna:)


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Błogosławieństwa...



Kochani,

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam, aby nowo narodzone Dzieciątko obdarzyło Was wszelkimi potrzebnymi łaskami 
oraz byście nadchodzące dni spędzili w zdrowiu 
i pięknej, pełnej rodzinnego ciepła atmosferze:)

Pozdrawiamy Was najserdeczniej
Ola z Chłopakami

Na szybko, bo nie mam siły na posta;p

Dojechaliśmy, a raczej noga za nogą dowlekliśmy się do domu moich rodziców.
Na szczęście Jędrula ponad czterogodzinną podróż zniósł nad podziw dobrze. Gorzej ze mną - po nocnym pakowaniu co chwilę przysypiałam.

Tymczasem na miejscu czekał już na nas przygotowany pokój i miła niespodzianka - nasza wygrana w Misiowym Konkursie na blogu Drewniany Miś:)
Układanka jest piękna, dziękujemy serdecznie. Zdjęcie będzie, kiedy dorwę się do aparatu mojego brata, bo komórkowe nie odda jej uroku. Jędruś układać lubi, więc z pewnością ucieszy go takie znalezisko pod choinką:)

Zdążyłam też zrobić - z pomocą męża - nie wiem nawet ile set wytrawnych ciasteczek marchewkowych - ciąg dalszy jutro - część po zapieczeniu z serem i farszem pozostałym po uszkach stanie się makaronikami do barszczu, a część zostanie posypana cukrem pudrem i ozdobiona nutellą lub - w wersji dla Andrzejka - powidłem śliwkowym. Przed pieczeniem prezentowały się mniej-więcej tak:



A na koniec filmik, a raczej nagranie dźwiękowe dokumentujące wzajemne umilanie sobie podróży - rejestrowane już po zmroku, a nie włączałam lampy, żeby nie peszyć Jędrusia. Na mój wokal nie zwracajcie uwagi, byłam zmęczona i starałam się jedynie nie usnąć;) Może kiedyś jeszcze wrzucę lepsze wykonanie jakiegoś mniej "ambitnego" utworu;p


sobota, 21 grudnia 2013

Święta "Skazańca" i miłe znalezisko:)

Tak się złożyło, że Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok wypada nam tym razem spędzić w moim domu rodzinnym. Jutro więc wyładujemy naszego mikruska manelami po sam sufit i ruszymy do Krosna.

Ponieważ praca mojego męża tak długo trzymała nas w Krakowie, jedziemy właściwie "na gotowe" i teoretycznie pomóc będziemy musieli (co zrobimy z radością) w ubieraniu choinki w wigilijny poranek i przyrządzaniu karpia.

A dlaczego teoretycznie?
Bo w praktyce mnie i tak czeka wielkie gotowanie - choć w mikroilościach.

Będę bowiem musiała przygotować "dania wigilijne" specjalnie dla Andrzejka, by w czasie Wieczerzy nie czuł się pokrzywdzony jedząc tylko chleb z szynką i nie rozrabiał, próbując podkradać jedzenie nieuczulonym uczestnikom Wigilii.

Będzie więc barszczyk bez dodatku grzybów.
I dwa rodzaje pierogów bez jajek - ruskie i z kapustą.
I trochę kutii, której u nas w domu się nie je, ale Jędrusiowi zrobię, żeby miał alternatywę dla makowca.
I karp bez jajecznej panierki.
I ze dwa wegańskie ciasta - może szarlotkę i kruche z dodatkiem przyprawy do piernika?
I sałatkę warzywną z jogurtem zamiast sosu majonezowo-śmietanowego...
 
Będzie więc co robić, ale cieszę się, bo gotować bardzo lubię.
A jeszcze bardziej lubię, kiedy potem Jędrula mówi, że było pycha i prosi o "jeście dokładkę":D

Tymczasem, choć mieszkanko nasze w Święta opuścimy, postanowiliśmy nie odpuszczać świątecznych przygotowań. Żeby było nam miło w ostatni dzień przed wyjazdem i po powrocie do czystego i przytulnego domku:)

I choć, ze względu na rosnący brzuszek, odpuściłam sobie mycie okien i pastowanie podłóg, to z pomocą Jędrusia doprowadziłam domek do takiego błysku, jakiego się tylko dało. I tak dywany zostały odkurzone, podłogi umyte, łazienka wyszorowana, meble odświeżone, kuchnia wymyta na błysk. Ba, jak się zawzięłam, to z rozpędu wymyłam szafki, szuflady i doczyściłam nawet stare przypalenia na kuchence, pozostałe jeszcze po poprzednich lokatorkach naszego mieszkania. Wcześniej nie dał im rady Cif, Ludwik ani nawet Domestos, a dziś poradziłam sobie... sodą i sokiem z cytryny. Dzięki, wujku Google:)

Kiedy już mieszkanie zostało uznane za dopieszczone, przyszła pora na choinkę. W tym roku nie robiłam ozdób i nie jest ona może imponująca,



ale podczas jej ubierania znalazłam parę drobiazgów, które sprawiły, że się rozkleiłam.
Ozdoby co prawda nie najpiękniejsze, ale przywołujące wspomnienia przygotowań do pierwszych Świąt po naszym ślubie.
Choineczkę mieliśmy wtedy malutką, więc pomyślałam, że ozdoby zrobię sama - i robiłam je od października. Zwierzątka, kokardki i łańcuchy z papieru kolorowego, ozdoby z modeliny... nawet na szopkę się porwałam. Większość tych ozdób nie przetrwała trzech lat i dwóch przeprowadzek, ale mała próbka do pokazania się nadaje:


Ocalała tylko ona. Był jeszcze kotek, piesek, miś i żabka

Wszystkich były cztery. Różniły się minami, kolorem włosów i ubranek

Szopka z modeliny, wysokość: ok. 3,5cm:)



W drugim pudełku odnalazłam drewniane zabawki. Maleństwa - mają 2-3cm wysokości, ale i tak uważam, że są urokliwe. Pochodzą jeszcze z rodzinnego domu mojej teściowej, my dostaliśmy je od niej z okazji naszego ślubu.
I choć te pierwsze wspólne Święta okazały się potem najsmutniejszymi w naszym życiu i spędziliśmy je w szpitalu walcząc o nasze pierwsze dziecko, to jednak te zabawki wywołały mój uśmiech. I tak drewniane figurki znów zawisły na naszej choince (pokażę Wam te najlepiej zachowane):







 a te, które sama zrobiłam, pojadą do Krosna jako część prezentu dla mojej mamy:) I z pewnością znajdzie się dla nich honorowe miejsce na drzewku rodziców...

piątek, 20 grudnia 2013

Kogo kocha mama i kolejne małe wielkie osiągnięcie

Siedzimy u znajomych. Przygarniam do siebie Andrzejka, który sadowi mi się na kolanach odpoczywając między jednym a drugim szaleństwem.

M: Mama bardzo kocha swojego Andrzejka.
A: I Kulfona teź.


***
 Jest! Jest! Jest!

Prawie pół roku wytrwałości przyniosło pierwszy sukces. Wiem, że może jedna jaskółka nie czyni wiosny, ale radocha jest.
Pal licho, czy to wypada, pochwalę synka, a co - pierwsze siku do nocnika:)
A zajrzawszy potem do niego, Andrzejek wycedził z pogardą: Fuj. Noćnik jeśt bjudny, cieba umyć noćnik.
Postęp jest znaczny - wcześniej tron bywał wykorzystywany jako schowek na skarby lub na przykład tak:



Może teraz tatuś da się przekonać, że to...


...naprawdę nie jest najlepsze miejsce dla nocnika?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...