sobota, 30 listopada 2013

Smarkacz

Masz ci los... zakatarzył mi się Jędrula. I nie klęłabym ani trochę, gdyby zakatarzył się tydzień później, katary wszak chodzą po dzieciach. Ale w środę Andrzejek miał być szczepiony przeciwko Odrze, śwince i różyczce, a tak kolejny miesiąc z głowy.

Andrzejkowi nic więcej nie dolega i pewnie, gdyby nie jego wcześniejsze poszczepienne przygody, nie szczypałabym się i normalnie go zaszczepiła, ale w naszym wypadku ryzyko jest za duże. Przekładamy więc MMR na styczeń.

Co do samego kataru, to mogę powiedzieć, że jest zupełnie dobrze. Jedziemy na wodzie morskiej i maści majerankowej, Frida poszła w odstawkę, bo mały sam wydmuchuje nos, zachwycony dźwiękami, jakie się przy tym z niego wydobywają:)

A jak jeszcze sobie radzimy?

Żelazny zestaw

Pełną parą 24H;p
 i oczywiście syrop z cebuli. Wcześniej Jędrula był na niego za mały, ale teraz może już w pełni skorzystać z tego dobrodziejstwa.

Mój przepis:

1 średnia cebula i 1 duży ząbek czosnku - posiekać jakkolwiek i wrzucić do słoika
cukier - cebulę w słoiku zasypać cieniutką warstwą cukru
miód - 1 łyżka.
Zamknąć i porządnie wstrząsnąć. Zostawić na parę godzin w cieple. Poniżej syropek od razu po zasypaniu i po 3 godzinach, gotów do podania tuż przed włożeniem do lodówki.



 Podana ilość z powodzeniem starczy Jędrusiowi na 2 dni, dłużej raczej bym go nie przechowywała.
Dawkuję młodemu łyżeczkę po każdym posiłku.


Won, wstrętny katarze!

piątek, 29 listopada 2013

W połowie oczekiwania



Ech, tydzień podsumowań u mnie;) wczoraj kolejna miesięcznica Andrzejka, a dziś półmetek oczekiwania na Julianka…
Mimo że za niecałe 3 tygodnie będę zbierać do kupy już cały piąty miesiąc, zrobię podsumowanie, a co. I to większe, bo z całej pierwszej połowy ciąży.

Zacznijmy od tego, co obiektywne:
  • ważę 3,5-4kg więcej niż na początku. Ile dokładnie – tego dowiem się na poniedziałkowej wizycie u dietetyczki, która odtąd będzie pilnować, by nienawidząca owoców i warzyw ciężarówka z niedoczynnością tarczycy nie musiała toczyć się na porodówkę.
  • Pierwszy raz od baaardzo dawna zmierzono mój obolały biust – okazało się, że po latach noszenia przed sobą pustego stanika ten wymiar niczym MM – 89cm przy 71cm pod nim. Stało się to, gdy poszłam wreszcie kupić sobie porządny biustonosz. I tu miła niespodzianka – Esotiq wprowadził do oferty rozmiar 65G, to chyba specjalnie dla mnie:D Ostatnio podobną michę nosiłam w nawale po urodzeniu Jędrusia, a wcześniej jak większość Polek 75B;) Niech żyje brafitting!
  • Zmierzyłam się też w talii. O ile przed ciążą z Jędrusiem miałam raczej chłopięcą figurę, o tyle pierwszy syn zostawił mi na pamiątkę całkiem ładne wcięcie, które – mimo całkiem sporego jak na ten etap ciąży brzuszka – mam nadal:) W talii mierzę teraz 70cm, o 6 więcej niż na początku obecnej ciąży.
  • Brzuś – no właśnie. Jest, najdelikatniej ujmując, okazały. Większość osób, która dowiaduje się, że jestem w piątym (a wcześniej w czwartym czy trzecim) miesiącu mówi, że wyglądamy z Julkiem „poważniej”. Na półmetku obwód mojego brzuszka to 88cm. Od poprzedniego pomiaru pod koniec czwartego miesiąca ciąży doszedł kolejny centymetr. Oto i mój brzuszek – od pierwszego miesiąca do stanu obecnego:

  • W biodrach nie tyję wcale:) Jest jak było przed ciążą – 92cm.
  • Wreszcie opuściły mnie uporczywe wymioty i spontaniczne mdłości. Zdarza mi się co prawda przytulić kibelek, ale właściwie już tylko w wyniku nadwrażliwości na zapachy, szczególnie te mdłe (surowe mięso, kosmetyki, świeże ryby)
  • Powoli ustępuje trądzik. Podejrzewam, że gdyby nie Duphaston, miałabym teraz cerę jak alabaster . Paskudztwa pojawiły się znikąd, kiedy musiałam zacząć go brać, a ilość wyprysków na mojej fizjonomii zmniejsza się wraz ze zmniejszeniem dziennej dawki leku.
  • To za co lubię ciążę to piękne mocne włosy. Rosną błyskawicznie, są puszyste, lśniące i nie wypadają. Gdyby jeszcze zechciały kręcić się tak jak „przed Jędrusiem” byłabym przeszczęśliwa.

Co do ciążowych stereotypów
  • jak już wspomniałam, nie ominęły mnie legendarne mdłości. Przez pierwsze 3 miesiące lądowałam w toalecie niemal co godzinę.
  • mam jedną zachciankę – na przesolony twarożek. Ostatnio w wersji z miodem. Nie mam za to napadów głodu i nie jem za dwoje.
  • smaki? Tak. Lubię mniej więcej to, co wcześniej, ale kompletnie odrzuca mnie wszystko, co surowe, na czele z owocami i warzywami. Dla dobra dziecka w brzuszku zmuszam się do picia soków.
  • trochę już zelżała moja zmienność nastrojów. Ale przez pierwsze 2 miesiące rzeczywiście mogłam być trudna do zniesienia.
  • Nie mam na razie ciążowej "pręgi" biegnącej przez środek brzucha, którą przy Andrzejku miałam niemal od początku, i to w dodatku... krzywą;p

Z dolegliwości początku ciąży miałam:
  • skurcze wysiłkowe od 6tc – musiałam bardzo ograniczyć swoją dotychczasową aktywność. Ustały ok. 10tc.
  • krwiaka. Na szczęście był nieduży, szybko się wchłonął i nie dawał plamień, ale praktycznie wyłączył mnie z jakiejkolwiek większej aktywności.
  • niewyjaśnione bóle i skurcze przepowiadające – miałam po jednym epizodzie w 4 miesiącu ciąży. Po nich do dziś bardzo się oszczędzam i unikam każdego dużego wysiłku – powiedziano mi, że w razie powtórki czeka mnie patologia ciąży.
  • niedoczynność tarczycy – prawdopodobnie o podłożu autoagresyjnym. U mnie objawiła się głównie ogromną sennością i utratą refleksu. Muszę brać hormony – niewielkie dawki na razie wystarczają, by opanować sytuację, ale cały czas wisi nade mną groźba ostrego autoimmunologicznego zapalenia tarczycy, a to już byłaby grubsza sprawa

To ja, a Julianek?
Wg mojego ulubionego „kalkulatora wielkości płodu” z portalu ciazowy.pl wynika, że mierzy on w tej chwili tyle, co jajowód mamy  i waży tyle co dojrzałe awokado:). Jak rzecz się ma naprawdę, zobaczę podczas wtorkowej wizyty u ginekologa.
Z dotychczasowych badań wyglądało, że Julek jest o tydzień lub półtora starszy niż wynikałoby to z terminu miesiączki. Jest więc duży, ale raczej spokojny. Choć  jego ruchy poczułam już na przełomie 14 i 15tc, to dopiero od niedawna mogę nazwać je kopniakami – a i te nie są częste, bo dają się wyczuć najwyżej kilka razy dziennie, głównie wtedy, kiedy leżę na boku. Podobno to normalne, ale muszę przyznać, że mój pierworodny, wojujący od samego początku, przyzwyczaił mnie do nieco innych standardów. I tak mu zostało - dziś ma ponad półtora roku i nie ma mowy, żeby choć chwilę usiedział bez dokazywania. Czy mogę więc mieć nadzieję, że Julianek po urodzeniu będzie tak spokojny, jak jest w brzuchu?
Na zakończenie – portfolio mojego młodszego przystojniachy


czwartek, 28 listopada 2013

Dwudziestomiesięczniak:)


Tyle co było 2 tygodnie, pół roku, 15 miesięcy… A już mija dwudziesty.  Jeszcze cztery i minie 2 lata odkąd Andrzejek jest z nami. Czy ja już pisałam, że czas ucieka zdecydowanie za szybko?

Andrzejek dwudziestomiesięczny mierzy 87cm wzrostu, waży 10,5kg i ma 16 zębów  - ten kawałeczek jednej z trzech atakujących piątek trudno jeszcze uznać za „pełnowartościowego” zęba.

W  tym miesiącu może nie było jakichś szczególnych nowości, teraz Jędruś skupia się bardziej na doskonaleniu umiejętności nabytych wcześniej. Przede wszystkim – paszcza się nie zamyka. Kłapie non stop, pełnymi zdaniami, które coraz częściej składa w dłuższe wypowiedzi. W tych wypowiedziach pojawiają się pierwsze zdania złożone łączone spójnikami „i”, „żeby”. Czasowniki Andrzejek odmienia przez osoby (nie radzi sobie jeszcze z „ty” i „wy”, zastępuje je zwykle trzecią osobą w odpowiedniej liczbie), a rzeczowniki i przymiotniki - w miarę poprawnie przez przypadki. Nadal zmiękcza, co się da, choć zdarza mu się poprawnie wypowiedzieć „s” czy „z”. Raz czy dwa słyszałam nawet poprawne „L”, a to już coś, bo jak dotąd jest ono zastępowane przez „j” lub „ł”. Coraz mniej w jego słowniku uroczych dziecięcych neologizmów, większość nowych wyrazów od razu ma brzmienie podobne do „dorosłego oryginału”. Dowody będą, kiedy uda mi się je nagrać tak, żeby Jędruś się nie zorientował;P

Choć nowości mało, nie można powiedzieć, że zupełnie ich brak. Na przykład -  liczymy;) Jeden, dwa… pięć. Tak właśnie wygląda to w wykonaniu mojego synka.
Ładnie nazywa już kształty, ale z kolorami nadal klapa – choć jest już jakiś postęp: mały rozróżnia barwy świateł drogowych. Nie umie ich nazwać, ale wie, czy można jechać, czy  nadal „ftoimy”.
Rozumie też – i używa ich -  pojęcia np. ciepło-zimno, duży-mały, szybko-powoli, dobrze-źle, otwarty-zamknięty, jasno-ciemno, dzień-noc, czyste-brudne itp. Ostatnie osiągnięcie to zwroty grzecznościowe:

  • "płosię", gdy Andrzejek o coś prosi lub przeprasza, że nabroił
  • "pejasiam", kiedy chce przejść i trzeba mu się przesunąć
  • "dziękuję":)

Zainteresowania? Coraz szersze. Oprócz zagadnień dotyczących prowadzenia domu  i ozdabiania ścian oraz mebli, mojego synka coraz bardziej ciekawi technika. A ściślej – rozbieranie jej osiągnięć na czynniki pierwsze. Wczoraj przyłapałam go na próbie rozkręcenia długopisem zabawkowego odkurzacza (przedwczesny prezent mikołajkowy od babci), któremu Jędruś chciał „ziałozić batełyjki, zieby okuziać buciał”. W czołówce ulubionych zajęć wciąż pozostaje też wynajdywanie nowych zastosowań dla znanych przedmiotów - oto próbki:

1. "Majtasi" mogą służyć jako naszyjnik...



2.... a w garnku świetnie się tańczy. Niestety, zauważywszy kamerkę, Jędruś stracił zainteresowanie popisem;/




Energii nie ubyło ani trochę, przybyło natomiast siły i zręczności. Ja z coraz większym brzuszkiem mam już spore problemy, by nadążyć za moją zabieganą pociechą wspinającą się na wszystko w zasięgu wzroku. Zauważyłam też pewną nowość.  Wcześniej Andrzejek schodził z krzesła czy kanapy
tyłem. Teraz zmienił technikę – zsuwa się odrobinę i zeskakuje przodem, na nóżki.

Zdrowotnie jest dobrze. Nosimy co prawda obcasy Thomasa na koślawione stópki, ale poza tym Jędruś to okaz zdrowia. Potwierdziła to nawet pani gastrolog, która uznała swoją dalszą opiekę za niepotrzebną. Pozostają nam więc jeszcze kontrole w poradni rehabilitacji i u alergologa, ale mam nadzieję, że Jędrula wyrośnie w końcu zarówno z wady stópek i pozostałości po odczynie poszczepiennym,  jak też  ze „skazy”. Wszystko na to wskazuje, bo dnia „pod napięciem” nie mieliśmy już od ponad dwóch miesięcy, a ostatnie zaostrzenie AZS skończyło się na czerwonawej „kaszce”, która ustąpiła po trzech dniach natłuszczania. W każdym razie jestem dobrej myśli:)

A w następnym odcinku: Andrzejek kontra odra-świnka-różyczka, panel atopowy i kolejna porcja osiągnięć małego łobuza;p

wtorek, 26 listopada 2013

Otwarty sezon na kombinezon czyli jak ubrać ruchliwe dziecko na pierwsze chłody+alergolog

Spojrzałam dziś rano na termometr i aż oczy przetarłam ze zdumienia - minus dwa! A jeszcze wczoraj, choć też za ciepło nie było, Andrzejek ganiał w trzewikach i zdejmował sobie rękawiczki, twierdząc, że są gorące.
No nic, pora na chrzest bojowy kozaków (pisałam o nich TU) i nowych (no, powiedzmy) ubranek z naszej kolekcji "jesień/zima 2013". Kiedy w piątek (7st. na plusie) w ostatniej chwili dopakowywałam je do torby, mój mąż patrzył na mnie jak na kosmitkę. Ciekawe, jak bez nich zabrałby dziś Andrzejka na umówioną kontrolę u alergologa...
Oto więc nasz zestaw:


  • Czerwony "kombizienion" jakiejś nieznanej mi dotąd marki. Fajny, bo - choć pikowany - jest dość cienki, podszyty tylko polarem, bez grubej warstwy puchu. W sam raz na teraz dla ruchliwego dziecka - wystarczająco ciepły, ale nie robi z Jędrusia ludzika Michelin i pozwala mu spokojnie biegać. Na minus 10 przydałby się jeszcze wełniany sweter pod spód - albo inny kombinezon. Mamy też taki naprawdę gruby, puchowy, ale to już, znając upodobania mojego syna, na naprawdę tęgie mrozy.
  • Zamszowa czapa-uszanka podszyta polarem (futerko jest tylko do ozdoby) - w zeszłym roku Jędruś dostał ją za piękne oczy podczas zakupów w naszym ulubionym lumpku. Wtedy była ciut za duża, teraz jest jak znalazł. Przetestowana w czasie największych zeszłorocznych mrozów - zupełnie wystarczyła.
  • Komin - jedyna nówka w tym zestawie - Andrzejek bardzo nie lubi szalików. Serdecznie dziękuję za radę pani w sklepie dziecięcym w DH Wanda - 7,5PLN i problem z głowy:) Oprócz walorów grzewczych, komin stanowi dla Jędrusia niemałą zagwozdkę: co to jest - "śwetejek" czy może "siajik."..
  • Rękawiczki wygrzebane w zeszłym roku w H&M - część dwupaku. Na teraz wystarcza nam jedna para, na tęższy mróz zakładaliśmy podwójnie.
Pod spód na razie wystarczyły grubsze body i rajstopki - tak odziany Jędrula pomaszerował dzisiaj na naszą "cokrośnieńską" wizytę, a potem na spacer z tatą.
Pani doktor pochwaliła Jędrusia za ładny przyrost wagi, dobrą odporność i czystą skórę, ale - wobec fiaska dwóch kolejnych prowokacji mlekiem - kazała powtórzyć test z krwi, tym razem tylko typowy panel atopowy. Zrobimy już po powrocie do Krakowa, mamy tam laboratorium, które pobiera krew z paluszka, a panie pielęgniarki tak zagadują, że Jędruś nawet nie wie, kiedy jest po wszystkim.
Czeka nas też kolejna prowokacja ciastem z niewielka zawartością mleka - odczekamy 3 miesiące od poprzedniej i powtórzymy. Oby poszło lepiej niż ostatnio.

A na jutro życzcie nam szerokiej drogi, to może jeszcze zwinę się z podsumowaniem 20 miesiąca:)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Męskie rozmowy

Nie szczypiemy się z wymyślaniem. Wszystkie części ciała nazywamy po imieniu, choć staramy się dostosować nazewnictwo do aktualnych predyspozycji intelektualnych naszego dziecka. Nie inaczej jest z tym, co skrywa pielucha. Jędruś nie ma problemów z opowiadaniem, co i jak;p
Przykład z dziś:

Pobudka, poranna toaleta. Tata zmienia Andrzejkowi pieluchę:

A: O, jeśt siusiak.
T: No, nie da się ukryć.
A: Nie da się ukjyć - Andziej ma siusiak. Siusiak nie da się ukjyć!

niedziela, 24 listopada 2013

Prawnuczek prababci

Mieszkając w Krakowie "na swoim" nie stanowimy rodziny wielopokoleniowej. Mama męża jest co prawda blisko i często u nas bywa, ale nie wygląda to tak samo jak wyglądałoby, gdybyśmy mieszkali wszyscy razem.
Namiastkę takiego życia mam zawsze, kiedy przyjeżdżamy do moich rodziców. W dużym domu, w którym nasza trójka dostaje jeden pokój, oprócz nas mieszkają też moi rodzice, mój brat i nasza babcia - mama mojego taty. No i Gaja, staruszka rasy owczarek niemiecki, straszna przylepa. W tygodniu, kiedy rodzice pracują, jest jeszcze opiekunka babci, pani Ewa, osoba niezwykle pogodna i oaza spokoju.
Kiedy przyjeżdżamy, dom zaczyna tętnić życiem - nie da się ukryć, że głównie za sprawą naszego wyjątkowo żywiołowego berbecia. Wszyscy prześcigają się w wymyślaniu mu rozrywek - babcia Gosia z nim rysuje i buja na swojej piłce do rehabilitacji, dziadzio Janusz zabiera go na wspólne palenie w piecu i pozwala rozładowywać zmywarkę, ale najbardziej rozbrajająca jest relacja Jędrusia z moją babcią, czyli andrzejkową prababcią Anią.

Babcia ma ponad 80 lat. Pochodzi z Rymanowa Zdroju, jej rodzina przeżyła inwazję UPA, w pożarze wsi stracili cały dobytek. Babcia z zawodu jest krawcową, wspaniale robiła na drutach i szydełkowała - dzięki niej miałam najpiękniejsze swetry w szkole. I co piątek zapraszała mnie i brata na nasze ukochane placki ziemniaczane. Nikt nie robił takich chrupiących jak ona. Z dziadkiem przeżyła 55 lat. Kiedy dekadę temu owdowiała, zamieszkała z moimi rodzicami. I wkrótce zaczęła chorować. Już od kilku lat nie rozpoznaje nikogo, trzeba jej pomagać we wszystkich czynnościach. Jeszcze kiedy byłam u rodziców na wakacjach, potrafiła powiedzieć jedno-dwa sensowne słowa, teraz nie mówi już wcale. Choć zdaje się nie wiedzieć, co dzieje się dookoła, okazuje jeszcze emocje. Uśmiecha się, przytula pluszowe misie, jest wystraszona, kiedy ktoś krzyczy.
Wszyscy w domu opiekują się nią jak malutkim dzieckiem, dlatego przed pierwszym przyjazdem w pełnym składzie trochę obawiałam się, jak babcia zareaguje na malutkie niemowlę. Niepotrzebnie - ona po prostu podeszła do nas, uśmiechnęła się i zaczęła go głaskać. Kiedy Jędruś gaworzył, "gugała" sobie razem z nim, była chyba jedyną osobą, która go wtedy rozumiała;p
Czas mija, Jędruś rośnie, a więź nadal trwa. Na widok prababci na zdjęciu Andrzejek rozpromienia się i krzyczy "O, płababcia Ania! Andziej cie do Ani!". Kiedy przyjechaliśmy, bawią się razem, kiedy tylko babcia się budzi. Chodzą za rączkę, razem opiekują się misiem, Jędruś nawija, a ona słucha i coś tam sobie mruczy pod nosem, ale cały czas się uśmiecha, a my wszyscy cieszymy się, patrząc na to.

Nie wiem, co będzie dalej. Jak coraz bardziej świadomy Jędruś będzie zapatrywał się na coraz mniej kontaktową prababcię w przyszłości. Jak zareaguje, kiedy dowie się, że umarła...
Ja i mąż chcemy, by Andrzejek miał do starszych i chorych osób naturalny szacunek i wyrozumiałość, dlatego nie bronię mu kontaktów z własną babcią i starszymi ludźmi, których spotykamy na spacerze. Tłumaczę, że ten pan ma laseczkę, bo boli go noga, a tamta pani jedzie na wózku, bo nie może sama chodzić - ale zobacz, synku, jaka ta pani jest uśmiechnięta...
Zabieramy go ze sobą na cmentarz - wiem, że na razie śmierć jest za trudnym tematem dla takiego malucha, ale mówię, że idziemy odwiedzić prababcię i pradziadzia, których Pan Jezus już do siebie zawołał - i pokazuję synkowi ich zdjęcia w albumie, mówiąc, że go kochają i patrzą na niego z Nieba. A Jędruś wtedy przytula album. Jestem dobrej myśli:)

Portret rodziny wielopokoleniowej. Źródło: fotografika.i-csa.com

piątek, 22 listopada 2013

Gapy wyjeżdżają

Źródło: gifmania.pl
Melduję się z Krosna, z domu moich rodziców, gdzie leniuchować będziemy przez kilka najbliższych dni z okazji niedawnych urodzin "Babci Gosi" i wczorajszych imienin "Dziadziusia Janufa".


Dojechaliśmy bez większych ekscesów, za to na miejscu okazało się, że zapomnieliśmy zabrać:
  • ulubionej kaszki Andrzejka, której najczęściej domaga się na kolację
  • pozytywki z żabą, która u nas w domu towarzyszy mu w zasypianiu
  • szczoteczki do szanownych 16 i 1/4 zęba
  • łóżeczka turystycznego...
No cóż, na szczęście Podkarpacie to nie koniec świata - w Krośnie są dwie apteki całodobowe i Rossmann czynny do 20.00 7 dni w tygodniu, a więc szczoteczka i kaszka załatwione. Po przyjeździe mąż chyba z pół godziny ślęczał na youtube szukając tych samych melodyjek, które gra nasza żaba - pozytywka od karuzeli "serenada natury" Tiny Love, o taka:




W końcu się biedak poddał - a nuż co innego zadziała...
No a łóżeczko... znów mamy więcej szczęścia niż rozumu - okazało się, że rodzice nie pozbyli się jeszcze tego, które kupili na nasz pierwszy przyjazd z 4-miesięcznym wówczas Andrzejkiem, wystarczyło je znieść za strychu i poskręcać.
I tak Jędrula zasnął najedzony i z umytymi zębami, ale półtorej godziny później niż zwykle, w łóżeczku, którego nie pamiętał, i przy youtubowych etiudach Chopina zamiast grającej żaby. Uff, najważniejsze, że w końcu się udało:)

czwartek, 21 listopada 2013

Komitet kolejkowy i synek, który wierzy w umiejętności taty:)

Koniec świata...
Zadzwoniłam dziś do Szpitala im. Żeromskiego, żeby zapisać się do szkoły rodzenia - przypomnę, jestem w 19 tygodniu ciąży. Miła pani położna powiedziała mi, że najbliższy pełny kurs rozpoczyna się w marcu, a w dodatku już na niego nie ma miejsc, ale mogę skontaktować się wieczorem z jej koleżanką, która tę szkołę rodzenia prowadzi i wpisać się na listę rezerwową...
Cóż więc zrobić, zadzwoniłam i wpisałam się. Jestem dziesiąta:/

***

Plac zabaw, huśtawki. Na jednej mój mąż buja Andrzejka, a na drugiej mocno starsza pani sadza około trzyletnią dziewczynkę.
Andrzejek na to: O, płababcia!
T: Nawet jeśli, to nie twoja. Ty zobaczysz swoją w piątek. No, czym będziemy w piątek jechać?
A: Autem. Auto ftoi na pałkinku.
T: Bardzo dobrze. A gdzie nas auto zawiezie?
A: Do Pana Jeziusia!

Mistrz Ciętej Riposty;p

środa, 20 listopada 2013

Rozliczenie z Wyzwania

Źródło: http://zielonashamandura.blogspot.com/2013/10/jak-dobrze-wstac-skoro-swit-czyli.html

Ponad miesiąc temu podjęłam się szukania przez 30 kolejnych dni powodów, dla których warto było się obudzić (KLIK). Małych radości w każdym, nawet najbardziej ponurym dniu. Dziś przyszło mi rozliczyć się z własnej  wytrwałości.
Post publikuję z opóźnieniem, bo uznałam, że muszę go obrobić (czytaj: skrócić), bo inaczej konia z rzędem temu, kto dotrwałby choć do połowy;p Gotowi?

Dzień I (niedziela 20 października)

Taki dzień to jedna wielka radość. Piękna pogoda, wspaniały spacer po parku i Ogrodzie Doświadczeń, radosne, uśmiechnięte od ucha do ucha dziecko, a na koniec wizyta mojego brata, który przywiózł paczkę od rodziców, a w niej... kasztany, szyszki i nawet kiść jarzębiny. Oj, będzie używanie:)
No i dwie dychy znalezłam na parkingu przy parku AWF:)

Dzień II (poniedziałek 21 października)

Kontrola w Poradni Rehabilitacji. Jędrula koślawi stópki i ma nosić buty z obcasem Thomasa, ale jego sprawność i gadane zyskały uznanie - lekarka powiedziała, że jest rozwinięty ponad wiek:)
A wieczorem zrobiłam żabę z kasztanów i nieco koślawego konika (a może psa) z szyszek




Dzień III (wtorek 22 października)

Konkurs CzuCzu zaowocował. Co prawda nic nie wygraliśmy, ale Jędruś zakochał się w plastelinie. Dzień bez "płateniny" jest dniem straconym. Młody miętosił sobie kawałki lepiszcza, a ja mogłam w tym czasie oddać się nie tylko gotowaniu czy ogarnianiu pokoju, ale nawet własnym kasztanowo-szyszkowo-jarzębinowo-plastelinowym robótkom. Pełen relaks:D




Dzień IV (środa 23 października)

Cieszę się szczęściem czworga przyjaciół, którzy nas dziś odwiedzili. Jedna para właśnie się zaręczyła, a druga spodziewa się dziecka. I to też w kwietniu:) Jędruś i Julek będą mieli koleżankę:D

Dzień V (czwartek 24 października)

To był naprawdę ciężki dzień - wylądowałam na patologii ciąży ze skurczami.  No ale radość ogromna - dziecko żyje, a ja nie musiałam zostawać na oddziale:)

Dzień VI (piątek 25 października)

Leżę. Mąż podaje mi słony serek i herbatę do wyrka. Nadrabiam zaległości w czytaniu Waszych postów. Nic mnie nie boli. Czego chcieć więcej?

Dzień VII (sobota 26 października) 

Po chwilowym obniżeniu nastroju cieszę się Jędrusiem wycierającym miotełką kurze w mieszkaniu i filmem o gepardach, który znalazłam na yt:



 I ciastem cytrynowym, które przyniosła mama męża:)

Dzień VIII (niedziela 27 października)

Aparat wrócił z serwisu. Udało się przywrócić mu najważniejsze funkcje życiowe i dzięki temu będziemy mieć zdjęcia choć ciut lepsze niż z komórki:D
Poznałam też przesympatyczną sąsiadkę i udało mi się wyjść na spacer. Co prawda lwią jego część... przeleżałam na ławce, ale wreszcie udało mi się uwiecznić, jak Jędruś wspina się po drabinie:D














Dzień IX (poniedziałek 28 października)

Dziś nie załapałam się na wędrówkę z chłopakami, ale za to Jędruś na swój własny uroczy sposób naskarżył na tatę, że rzucał kaczkom jego sucharki;p
Brzmiało to następująco:

"Andziej z tatuciem idziemy na paciej. Tata siup chłutaki do wody. Kwa-kwa je chłutaki":)

Dzień X (wtorek 29 października)

Nalot na ząbkach Andrzejka okazał się tylko kamieniem. Oddaliśmy potrzebującym pierwszy materac Andrzejka.  Pani, która przyszła go odebrać, nie tylko bardzo podziękowała, ale też przyniosła Andrzejkowi książeczki do kolorowania. Przez cały wieczór kolorowaliśmy więc historyjki o misiu uczącym się liczyć. Dobry wstęp - Jędruś załapał dwie kolejne liczby: jeden i dwa:D

Dzień XI (środa 30 października)

Dzięki mężowi, mimo parszywej pogody i turbodoładowania do psot u Andrzejka, byliśmy dziś na pięknej wycieczce w Pieskowej Skale. Dziękuję, Adaś:)

Dzień XII (czwartek 31 października)

Nasza wizyta z Jędrusiem u gastrologa okazała się ostatnią. Pani doktor była zachwycona naszą pracą i powiedziała, że dalsza jej pomoc jest już niepotrzebna:D

Dzień XIII (piątek 1 listopada)

Pisząc posta dla Was znalazłam ulgę dla siebie. O tu: KLIK

Dzień XIV (sobota 2 listopada)

 Zadziwia mnie błyskotliwość mojego 19-miesięcznego syna. Dziś chciał zobaczyć swojego braciszka, więc... kazał sobie otworzyć mamusiny brzuszek. A wcześniej pokonał mnie własną bronią - no bo przecież nie wolno robić "Chłup!"

Dzień XV (niedziela 3 listopada)

 Mam dziś "słodki dzień". Mama męża zrobiła "murzynka", zjadłam cztery naprawdę spore kawałki. Teraz szlaban na słodycze do końca tygodnia, ale warto było, murzynek był genialny:)

Dzień XVI (poniedziałek 4 listopada)

 Miałam podły humor. Kilka filmików przyrodniczych i już jest lepiej. Najbardziej spodobał mi się ten (muzyczkę sobie darowałam):



A już do reszty rozczulił mnie mój syn, który przybiegł go mnie z drugiego końca pokoju, wołając:
"O, kotki! Kici kici!"

Dzień XVII(wtorek 5 listopada)

 Wizyta u ginekologa - syn duży i silny, wszystko z nami ok. Do następnej wizyty mamy stopniowo zejść z 6 do 2 tabletek Duphastonu dziennie. Na dodatek załapałam się na darmowe konsultacje u dietetyka  i fizjoterapeuty, którzy współpracują z moim lekarzem - już 3 grudnia dowiem się, czy wolno mi iść na basen:)

Dzień XVIII (środa 6 listopada)

 Udało się, udało, udało! Za pierwszym podejściem i za jednym zamachem kupiliśmy i trzewiki, i kozaki odpowiednie dla wymagających stópek naszego dziecia - profilaktyczne, wygodne, z porządnej skóry i nawet niebrzydkie. A na dodatek wydaliśmy mniej niż to sobie pierwotnie założyłam:)


 Jakby tego było mało, niespodziewanie wpadł do nas mój brat, człowiek z niesamowitym talentem satyrycznym. Każda jego wizyta to kupa śmiechu:)

Dzień XIX (czwartek 7 listopada)

Odkryłam, że moje dziecko jednak potrafi zorganizować sobie rozrywkę we własnym zakresie bez jojczenia, płaczu i ciągania mamy za legginsy po całym mieszkaniu. Co prawda nie do końca taką, jak mama by chciała (KLIK), ale muszę przyznać, że nie od razu zaskoczyłam, na tyle, by posprzątać skutki synusiowej twórczości - najpierw osłupiałam, a potem zaczęłam się histerycznie śmiać. I jeszcze ta bezcenna reakcja synka:

"Kocha mama Andziejaaa???"

Dzień XX (piątek 8 listopada)

 Dziś odwiedziła nas moja chrzestna matka. I choć widząc zachowanie Andrzejka w ciągu trzech godzin u nas i wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, jakim nasz atopik musi zostać poddany po kąpieli, dyskretnie wycofała się z propozycji zostania z nim od czasu do czasu, to jednak miło było tak po prostu posiedzieć przy ciastku i herbatce i pogadać:)

Dzień XXI (sobota 9 listopada)

Znów szczęka dzwoni o podłogę. Kiedy odmówiłam Andrzejkowi prawa do samodzielnego zapalania zapałek, a sama podpaliłam pod zupą, mały pogroził mi palcem, mówiąc "oj ty, ty..."

Dzień XXII (niedziela 10 listopada)

Jędruś wymyślił dziś coś absolutnie fantastycznego - walkę na banany. Dawno się tak fajnie nie bawiliśmy:)

Dzień XXIII (poniedziałek 11 listopada)

 Takie wspaniałe święto narodowe, czegóż więcej trzeba...

Dzień XXIV (wtorek 12 listopada)

 Anna, autorka bloga ...marny puch!, wyróżniła mnie nominacją do Versatile Blogger Award. Może to infantylne, ale naprawdę mnie ucieszyło - kolejny miły dowód sympatii:)

Dzień XXV (środa 13 listopada)

 Pogoda pod psem, fotelika dla Juliana wybrać się nie udało, ale za to Jędruś był dziś niesamowicie grzeczny i, co się rzadko zdarza, pięknie SAM zjadł wszystkie posiłki:)

Dzień XXVI (czwartek 14 listopada)

Odzyskiwania wiary w ludzi ciąg dalszy. Są jednak jeszcze tacy, którzy są gotowi poświęcić czas, by ulżyć przyszłej mamie - rejestratorka z przychodni w Proszowicach z własnej inicjatywy zapytała pracującego tam lekarza, czy nie przyjąłby mnie poza kolejką w przychodni w Krakowie. A lekarz się zgodził i dostałam termin na ten sam dzień w przychodni oddalonej o 1 przystanek tramwajem od mojego domu:)

Dzień XXVII (piątek 15 listopada)

Wizyta u lekarza wykazała, że nie jest tak źle, jak mnie wcześniej nastraszono. I, choć muszę jednak brać leki, doktor uspokoił mnie, że moja niedoczynność tarczycy nie powinna odbić się na zdrowiu Julianka. Uff!

Dzień XXVIII (sobota 16 listopada)

Jędruś opanował nazwy podstawowych kształtów. Rozpoznawał je od dłuższego czasu, ale właśnie dziś pierwszy raz sam bezbłędnie nazywał już nie tylko koło, ale też "kładat", "tłójkąt" i "jajo"(czyli owal) ;p
No i filmik, który stał się już hitem sieci, a który podesłała mi koleżanka, kiedy napisałam jej, że spodziewam się drugiego synka. Zamieściłam go TU.

Dzień XXIX (niedziela 17 listopada)

 Chociaż niedziela upłynęła mi pod znakiem niemiłego zdarzenia (dla chętnych - KLIK), to jednak na osłodę wydarzyło się coś pięknego - w nocy dostałam kilka mocniejszych kopniaków od mojej młodszej pociechy. Wreszcie kopniaki z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko delikatne łaskotanie:D

Dzień XXX (poniedziałek 18 listopada)

Ciepło, miło, a my na starych śmieciach - zrobiliśmy sobie miłą wycieczkę do Proszowic - miasteczka, w  którym mieszkaliśmy przez kilka pierwszych miesięcy po ślubie. A w miejscowej knajpce jedliśmy najlepszą pizzę od dłuższego czasu:). Relacja TU.

Kto dotrwał, ręka do góry? Wirtualny koń dla Was:

Źródło: dinonimals.pl


No i rząd:

Źródło: muzeumwp.pl

 Może być? ;p

wtorek, 19 listopada 2013

4 miesiące z Julkiem:)

Minął czwarty miesiąc mojej ciąży, więc pora jakieś podsumowanko zrobić. Właściwie to powinno być wczoraj, ale... zapomniałam. Nadrabiam więc dziś, w pierwszym dniu miesiąca nr 5.

Na początek trochę statystyki:
Waga (aktualna, bo z czwartkowej wizyty u endokrynologa): 54kg. Od początku 2,5kg do przodu.
Biust: 70F - nie znalazłam w sklepie nic w rozmiarze 65G, więc wskoczyłam w swoje biustonosze laktacyjne:(
Brzuszek: 87cm. Od ostatniego pomiaru przybyło 2cm .
Biodra: ciągle twardo 92cm.

Z rzeczy mało ważnych - Bio-oil jako profilaktyka rozstępów zawalił na całej linii. W tym miesiącu pojawiły się niestety nowe "pęknięcia". Wróciłam do Pharmacerisa Foliacti, ale z trudem wytrzymuję jego zapach, więc kiedy skończy się to, co zostało mi po ciąży z Andrzejkiem, poszukam czegoś innego. Poprawia mi się za to cera. Z dnia na dzień wyskakuje mi coraz mniej niespodzianek, a skóra staje się jakby jaśniejsza. Jeszcze trochę i może odważę się na wyjście z domu bez makijażu;p

Mimo drugiego trymestru w pełni nadal mam mdłości i zapachy to wciąż temat tabu. Surowe mięso wciąż kroję przy otwartym oknie, nie używam perfum i pachnących kosmetyków do mycia. W niedzielę musiałam uciekać z kościoła z powodu kadzidła. Czy to kiedyś minie?
Nadal też mam zachciankę na przesolony twarożek, z tym, że teraz najbardziej smakuje mi on z dodatkiem miodu. Rozkręcam się;p

Z rzeczy ważnych - udało mi się wreszcie dostać do speca od hormonów i od piątku biorę Euthyrox. 
Co prawda nadal ciężko mi wstać rano o ludzkiej porze, ale ogólnie czuję się jakby lepiej - przynajmniej nie usypiam już na stojąco wpół zdania:)
Ginekologicznie jest w porządku. Zaległe badanie cytologii i czystości wyszły bez zarzutu. Martwi mnie tylko, że doktor powiedział, że łożysko na razie mam nisko na przedniej ścianie, położone częściowo na bliźnie po cesarskim cięciu. Gdyby tak zostało, będzie konieczne drugie cięcie i to jakąś trudniejszą techniką. A tego nie chcemy, oj, nie chcemy...

Bardzo chciałabym też zacząć chodzić na basen. Na razie mam zakaz ze względu na niedawne skurcze, ale na wizycie początkiem grudnia znów o to zapytam, bo przydałoby się poprawić kondycję. No i trzeba sobie zająć kolejkę do szkoły rodzenia. Niby jeszcze za wcześnie, ale do szkoły w "Żeromskim" walą podobno dzikie tłumy, więc chyba pora się wpisać na listę oczekujących...

A co u Julianka?
Ginekolog jest już na sto procent pewien, że płeć ocenił prawidłowo. Dał nam nawet świadczące o tym zdjęcie. A Julek jest duży, silny i wygląda na zdrowego, ale póki co, nie jest tak ruchliwy jak jego starszy brat. I choć pierwsze "łaskotki" czuję już od dawna, to dopiero od kilku dni zdarzają się porządniejsze kopniaki. Ale przynajmniej łatwiej zrobić mu ładne zdjęcie;p

Coby nie być gołosłownym - na zakończenie Julian z mamą podczas wczorajszej wycieczki oraz portretowe zdjęcie młodego modela:





poniedziałek, 18 listopada 2013

Podróż nieco sentymentalna

Mąż znowu wyciągnął nas na wycieczkę. Krótką i niewymagającą, więc się zgodziłam, tym bardziej, że była to swego rodzaju podróż sentymentalna do końca naszego narzeczeństwa i pierwszych miesięcy po ślubie.
Odwiedziliśmy więc moją pierwszą "placówkę" - Proszowice, niewielkie (ok. 7 tys. mieszkańców) miasteczko 30km na północny wschód od Krakowa. W jednej z tamtejszych dziesięciu wówczas, a kilkunastu(!) dziś aptek dostałam swoją pierwszą "prawdziwą" pracę tuż po studiach i stażu. Pracę wspominam źle, ale w miasteczku mieszkało się bardzo miło, z dala od krakowskiego tłumu, smrodu i pośpiechu. Podobało się tam nawet mojemu ówczesnemu narzeczonemu. Na tyle, że nie namawiał mnie na Kraków i zadeklarował, że po ślubie zamieszka ze mną w Proszowicach i na swoje zajęcia będzie dojeżdżał:) Po rzeczonym ślubie moja proszowicka kawalerka zamieniła się więc w składowisko książek, a młode małżeństwo wolny czas spędzało, wysiadując w ogrodzie biblijnym albo przy braku pogody - sącząc herbatę w "Kawiarni Muzealnej".

W naszą podróż do przeszłości zabraliśmy ze sobą synka. Nie było więc  mowy o wielkim "zwiedzaniu". Apteki nawet nie chciałam oglądać, żeby nie psuć sobie nastroju, więc poszliśmy obejść sobie Rynek, gdzie Jędruś omal nie stratował wieńców z 11 listopada, rwąc się do wspinaczki na pomnik Tadeusza Kościuszki,

Moje zdjęcie nie wyszło, to jest z panoramio.com

zajrzeliśmy do kościoła, który niestety był zamknięty - udało się wejść tylko do przedsionka, ale Jędruś i tak ucieszył się, że przyjechał "do Pana Jeziusia".

Kościół św. Jana Chrzciciela w Proszowicach. Widok z Ogrodu Biblijnego.


Szkoda jedynie, że nie widać stamtąd jego niezwykłej barwnej polichromii - jednej z najciekawszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Swoich zdjęć niestety nie mam, w celach poglądowych dodaję więc wygrzebane z wikipedii - też nie najlepsze, ale przynajmniej robione z szacunkiem dla miejsca - bez flesza:



Po wizycie w kościele poszliśmy powspominać do Ogrodu Biblijnego znajdującego się po drugiej stronie ulicy, w którym kiedyś spędzaliśmy długie godziny rozmawiając albo po prostu siedząc na ławce i ciesząc się sobą nawzajem. W listopadzie nie jest tam co prawda tak malowniczo jak wiosną i latem, bo większość roślin już przekwitła, fontanna nie działa, a oczka wodne są zabezpieczone folią, ale i tak było uroczo i tak... spokojnie. Ten spokój udzielił się nawet naszemu dziecku, które nagle przypomniało sobie, że można spacerować zamiast biegać i pomagało panu, który przyszedł posprzątać, zbierać spadłe liście:) Ba, nawet zdjęcia pozwolił sobie robić!






Kilka kadrów z tego urokliwego ogrodu:




 

Roślinność, jak widać, przeróżna - obok popularnego w Ziemi  Świętej drzewa tamaryszkowego - rodzima dzika róża. Charakter tego miejsca oddają nie tylko tabliczki z opisami poszczególnych gatunków roślin, na których - oprócz danych systematycznych można znaleźć biblijne opisy danej rośliny



ale też wszechobecne cytaty z Pisma Świętego na kamiennych tablicach,




a nawet na brzegu fontanny;p


 oraz dość specyficznie przycięte bukszpany



Piękna pogoda i całe to rozanielenie sprawiły, że czas przestał dla nas istnieć, a o jego upływie brutalnie przypomniał nam jędrusiowy żołądek. Kiedy więc nadeszła pora obiadu, poszliśmy do wspomnianej już "Muzealnej", by sprawdzić, czy znajdzie się tam coś, czym można nakarmić małe dziecko. Na miejscu z przyjemnością odnotowałam zmianę - kącik dla dzieci z zabawkami wszelakimi i krzesełkiem do karmienia. Spośród zabawek Andrzejka zainteresował jeździk-zebra, na którym mój młody szalał po całej dostępnej przestrzeni.


Znacznie bardziej podobały mu się jednak inne elementy wystroju:) Czemuż tu się dziwić - kawiarnia rzeczywiście jest pełna ciekawych eksponatów - od starych książek z regionu przez archaiczne telefony, wagi czy gramofony po chomąta, kołowrotki, a nawet strój sportowy i narty Kamila Stocha. Konia z rzędem temu, kto bez protestów odciągnie ciekawskiego półtoraroczniaka od zabytkowej maszyny do pisania:)
Apetyt na szczęście dopisał - jak to zresztą zwykle bywa, kiedy jemy poza domem. Młody spałaszował sporą miseczkę zupy pomidorowej z makaronem i pół dorosłej porcji grillowanego fileta z kurczaka. Muszę to powtórzyć w domu, bo małemu aż się uszy trzęsły. No ale w takim otoczeniu...



Po obiedzie chcieliśmy jeszcze podskoczyć na nasze dawne osiedle i do lasu, który znajduje się 10 minut piechotą od niego, ale, zanim wszyscy uporaliśmy się z jedzeniem... zaczęło się ściemniać;p Wróciliśmy więc prosto do Krakowa - mimo niedopełnienia planu zadowoleni i bardzo zrelaksowani.
A na koniec pytanie za 100 punktów - kto wie, co to jest?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...