czwartek, 31 października 2013

Radocha u gastrologa

Źródło: kolorowankimalowanki.pl
Po trzech, no, prawie czterech miesiącach byliśmy na kontroli u gastrologa.
W tym czasie mieliśmy popracować nad dietą Andrzejka tak, by była bardziej urozmaicona i kaloryczna oraz nad jego morfologią, bo poziom hemoglobiny i wielkość krwinek plasował się na dolnej granicy normy. Jako narzędzie służył nam Actiferol po 15mg jonów żelaza w saszetkach zawierających bezzapachowy i bezsmakowy proszek - bardzo wygodna dla dziecka postać leku, którą można ukryć wszędzie, zdarzyło mi się nawet mieszać go z keczupem na kanapkę. No, ale to nie jest wpis sponsorowany i nie o tym dziś.

Dziś podsumowanie całej jędrusiowej przygody ze szpitalem w Prokocimiu i panią doktor Krobicką, gastrologiem dziecięcym specjalizującym się w leczeniu dzieci w wieku poniżej 2 lat.

Skierowanie do poradni gastrologicznej wybłagałam w końcu w marcu tego roku, kiedy Jędrula dobiegał roczku, od urodzenia bardzo ulewał, a od ponad pół roku, mimo twardo przestrzeganej diety eliminacyjnej, klina antyrefluksowego pod materacem, probiotyków (między innymi "cudownego" Latopicu) i nieudanej przygody z Debridatem, nadal prawie codziennie uporczywie wymiotował.

Od razu zadzwoniłam do szpitala, w którym Andrzejek uczęszcza do paru innych poradni - terminów na ten rok brak. W kilku innych przychodniach w Krakowie terminy znajdowały się między wrześniem a grudniem. Aż w końcu zadzwoniłam do szpitala w Prokocimiu, a tam telefon odebrała nie rejestratorka, a... lekarka w poradni. Od razu zapytała, co się dzieje, a kiedy wyłuszczyłam jej sprawę, powiedziała, że terminy mają na październik, ale pójdzie zaraz do koleżanki, która zajmuje się "takimi maleństwami" i zapyta, co się da zrobić. I dało się - znalazły termin na połowę maja. A tymczasem ona podyktuje mi listę badań z krwi, które mam przynieść ze sobą na wizytę.
Można? Można:D

Zrobiliśmy więc wszystkie potrzebne badania (krakusom polecam laboratorium na Siemaszki, gdzie dzieciakom pobiera się krew z paluszka, jest tam dość drogo, ale Jędrula nawet nie wie, kiedy ma wrzasnąć;p) i w połowie maja przejechaliśmy cały Kraków z obawą, że Jędrusia czeka seria inwazyjnych badań, ale jednak w nadziei, że tym razem usłyszymy coś nowego, co nam pomoże.

A co usłyszeliśmy?
  1. Że mały jest trochę za szczupły, ale nie ma tragedii
  2. Że jego dieta jest za mało urozmaicona
  3. Że być może mały wymiotuje ze stresu, bo jest karmiony na siłę (czego mój mąż nie mógł przyjąć do wiadomości. Fakt, że nasz synek był strasznym niejadkiem i gdyby nie takie karmienie po łyżeczce, chyba żyłby powietrzem)
  4. Że po kontroli zobaczymy - jeśli nic się nie zmieni i Jędruś nie przybierze na wadze, będzie badany m. in. pod kątem celiakii oraz poddany m. in. gastroskopii, a wtedy byś może dostanie odpowiednie leki. Jeśli sytuacja się poprawi, będziemy kontynuować obserwację i leczenie dietą.
Dostaliśmy zadanie domowe:
  1. Zwiększyć kaloryczność diety Andrzejka - podawać mu makaron, kasze, sosy zagęszczone mąką, więcej pieczywa, czasem domowe ciasto (na razie bez mleka i jaj)
  2. Zapytać alergologa o pozwolenie na prowokację żółtym, a potem białym serem
  3. Wyrzucić Sinlac w cholerę - podobno zdarzają się dzieci, które wymiotują właśnie po nim
  4. Zamienić kleik ryżowy na mannę i kaszki wielozbożowe
  5. Dawać dziecku to co lubi, w takich ilościach i postaci jak chce - ale zachować 3 duże i 2 mniejsze posiłki w ciągu dnia
  6. Stopniowo przekonywać do nowości
Do kontroli przyjechaliśmy na początku lipca. Bilans:
  • +400g
  • Wprowadzony w niewielkich ilościach żółty i biały ser, a także jogurt, kefir, zsiadłe mleko oraz mięso cielęce i wołowe
  • ciut lepszy apetyt
  • Miłość do nowych  potraw - m.in. kwaszonych zup i wszelkich kiszonek
  • Znacznie mniejsza częstotliwość wymiotów - teraz "tylko" 1-2 razy w tygodniu
Pani doktor była zadowolona. Zaleciła kontynuować dietę i podać dziennie saszetkę Actiferolu po 15mg przez 3 miesiące, po czym zrobić kontrolne badania morfologii i z wynikami stawić się na wizytę.
Ta wizyta była dzisiaj. Może najpierw bilans zysków od początku leczenia:
  • +1100g od lipca i 1500g od początku
  • Znacznie poszerzony jadłospis - właściwie Jędruś je już to samo co my, tylko bez mleka i jaj
  • Znacznie lepszy apetyt
  • Idealne wyniki badań
  • Wymioty - od czasu lipcowej wizyty - 2 razy. A właściwie wymioty to za dużo powiedziane - po prostu trochę się ulało, kiedy się zdenerwował przy jedzeniu
Wnioski pani doktor: tak trzymać. Dalsze leczenie w poradni gastrologicznej jest niepotrzebne, a pacjent uznany za zdrowego:)
Hurra!



PS. Gratulacje dla wszystkich, którzy odgadli cel naszej wczorajszej wyprawy. Dla Was galeria uśmiechów Andrzejka:




środa, 30 października 2013

Zwariowałam - czyli zagadka:)

Wiem, zgłupiałam do reszty.
Zamiast leżeć w wyrze jak Pan Doktor przykazał, dałam się mężowi wyciągnąć...
...na wycieczkę.

Co prawda niezbyt forsowną, bo mąż podjechał pod sam cel i przejął ganianie za synkiem, a ja w każdej zwiedzanej sali miałam do dyspozycji krzesełko, i niezbyt długą - bo Andrzejek zachowywał się zgodnie z moimi przewidywaniami.
Mimo tego jestem zadowolona.

Zgadniecie, gdzie byliśmy?


Źródło:a-wakacje.pl



Źródło:fotopolska.eu


Źródło: a-wakacje.pl




Część zdjęć jest moich - mało i nie najlepsze, bo nie można było używać flesza, a część podebranych z innych stron. Te bez podpisów źródłowych (na razie) pochodzą ze strony zwiedzanego przez nas zamku, gdybym teraz podała źródło, byłoby po zagadce;p

wtorek, 29 października 2013

Andrzejek kontra dentysta - oraz (wątpliwa) nagroda dla Dzielnego Pacjenta

Mamy 16 zębów. Koniuszek ostatniego kła wybił się tej nocy, jakby na zawołanie przed zaplanowaną na dziś wizytą u pani doktor od zębów.



Byliśmy więc dziś u dentysty - ja, Andrzejek i nalot na jego górnych jedynkach.
Pani doktor - bardzo miła - pokazała Andrzejkowi gabinet, narzędzia, powoziła go na fotelu i poprosiła o otwarcie buzi.
Wydawało mi się, że jesteśmy na to przygotowani - trenowaliśmy pokazywanie zębów przez ładnych parę dni.Ale na fotelu Jędrula odmówił współpracy. Uzębienie pokazał dopiero kiedy fotel został rozłożony zupełnie na płasko.

Okazało się, że nalot na ząbkach Jędrusia to prawdopodobnie kamień - będziemy musieli jeszcze dokładniej szorować mu górne ząbki.
Dodatkowo dowiedziałam się, że do ataku szykuje się nie tylko jedna piątka dole, ale też obie górne, a kawałeczek jednej z nich już się pokazał.

Andrzejku kochany, czym będziesz tłumaczył swoje humory, kiedy wyjdą Ci już wszystkie ząbki???

***

Po wizycie u dentysty przyszło nam ok. półtorej godziny poczekać na jędrusiowego tatę, który musiał pozałatwiać jakieś swoje sprawy.
Poszliśmy więc do pobliskiego parku, ale już po paru minutach grzebania się w liściach Andrzejek wygramolił się na ławkę i zakomunikował, że chętnie by coś przekąsił. Ponieważ jak przystało na gapę poganianą przez męża, wzięłam z domu serek, ale zapomniałam łyżeczki, udaliśmy się do restauracji znajdującej się w obrębie parku.
Na miejscu niemiła niespodzianka - gdy proszę kelnerkę o sok dla siebie i pół miseczki żurku bez jajka dla dziecka, okazuje się, że nie ma możliwości zamówienia połowy porcji. Mówię więc: "W takim razie poproszę całą porcję żurku".
Zamówienie przyjęto. Jędruś grzecznie siedział na krześle przez bite 10 minut, ale kolejne 10 (a zamówiliśmy tylko zupę...) wystarczyło, by zaczął dostawać małpiego rozumu, siłować się z obrusem i biegać po całym lokalu próbując wyłudzić od innych gości łyka piwa. Kiedy wreszcie zupę przyniesiono, byłam już mokra od ganiania za małym, ale Andrzejek ochoczo wrócił do stołu i zaczął jeść. Moja wściekłość sięgnęła zenitu jednak dopiero wtedy, gdy po podaniu dziecku dwóch łyżeczek zupy, wyłowiłam z niej, a jakże, połówkę jaja. Zawołałam kelnerkę i poprosiłam o wymianę zupy, tłumacząc, że zamawiałam ją bez jaja, bo mały ma na nie alergię. A pani kelnerka odpowiedzialna za nasz stolik odpowiada, że przecież za drugim razem nie powiedziałam, że żurek ma być bez jajka... No cóż, zamawiając całą porcję żurku miałam ją za bardziej lotną:/
Na kolejną porcję, chyba w ramach restauracyjnej zemsty, czekaliśmy następny kwadrans. A w tym czasie goń, ciężarna matko, za przychówkiem i uspokajaj, że naprawdę dostanie za chwilę niam...
Niam w końcu się pojawiło. Przyniosła je już inna kelnerka, która z uśmiechem życzyła małemu smacznego. Andrzejek widocznie nie mógł uwierzyć we własne szczęście, bo wchłonął prawie całą "dorosłą" porcję, cały czas zachwalając, że "pycha wupka (zupka)".
Gdy już kończyliśmy, doszedł do nas mąż - i poszedł uregulować rachunek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że opiewał on na dwie porcje żurku mimo, że pierwszą zareklamowałam z powodu błędnej realizacji zamówienia...
Czarnowłosa, mocno opalona i umalowana pani kelnerka miała szczęście - raz, że żurek smakował mojemu dziecku (a to, co po nim dojadałam, również mnie. Trzeba przyznać, że żurek bez zarzutu), a dwa, że nie miałam siły się wykłócać. A restauracja "Palce lizać" w Parku Strzeleckim - że nie mam konta na gastronautach;p



poniedziałek, 28 października 2013

19:D

Tyle miesięcy kończy dzisiaj Andrzejek.
Co się zmieniło? Dowiedzieliśmy się, że Andrzejek trochę koślawi stópki przy chodzeniu, ale nawet, jeśli z tego nie wyrośnie, łatwo będzie to skorygować samym obuwiem. Na jego górnych jedynkach dostrzegłam żółtawy nalot, który jutro będziemy konsultować z dentystą. Przebyliśmy też swoją pierwszą chorobę i zaliczyliśmy pierwsze uczulenie na antybiotyk. Poza tym Jędruś pozostaje tym samym uroczym rozrabiaką, zmieniają się tylko sposoby obłaskawiania rodziców;p

Jędruś waży jakieś 10,5kg, ma ok. 85-86cm wzrostu i zaczął nosić ubranka w rozmiarze 86, które wcześniej były zdecydowanie za szerokie. Przerzuciliśmy się też na pieluchy w rozmiarze 4+ i buty w rozmiarze 23. Zębów na stanie 15, nadal czekamy na prawą górną trójkę. Wschodząca piątka wciąż jedynie rozsadza dziąsło. Z naszych doświadczeń z czwórkami wnioskuję, że może to potrwać jeszcze ładnych parę miesięcy.

Apetyt jakby drgnął. Młody sam upomina się o posiłki (w dodatku sam chce wybierać, co będzie jadł) i ładnie je zjada. Próbowaliśmy podać mu większe porcje, ale to się nie udało - Po zjedzeniu dotychczasowej ilości Andrzejek zdecydowanie odsuwa od siebie talerz. Ale postęp i tak jest - Jędruś już niemal całkiem sam wsuwa łyżeczką zupę i widelcem drugie danie. Mama pomaga już tylko czasami, ale tata nadal nie daje się przekonać i syna karmi:(

Od dawna nie spisuję już używanych przez Jędrusia słówek - nawet nie jestem w stanie wyłapać wszystkich, których ostatnio się nauczył. Codziennie uczy się co najmniej kilku nowych i gadanie rozkręca się w niesamowitym tempie. Mały mówi już krótkimi zdaniami, sensownie odpowiada na pytania i sam je zadaje - oczywiście takie najprostsze.
Przedstawia się pełnym imieniem i nazwiskiem. Zapytany, jak się nazywa, wzorem agenta 007 odpowiada: D..., Andziej D...  Ciekawe, kto go tak nauczył, bo ja na pewno nie;p
Nadal nie uczę go czytać i liczyć, ale na pytanie ile czegoś jest od razu odpowiada: pięć!
Z kolorami dalej klapa. Andrzejek potrafi co prawda znaleźć na obrazku rzecz takiego samego koloru jak pokazana kredka, ale na pytanie, który klocek jest żółty odpowiada zupełnie na chybił-trafił. A nazwać umie tylko jeden kolor - cialny;)

Jędruś jest za to bardzo dobrze zorientowany w kwestiach prowadzenia domu. Rozróżnia mięso drobiowe, na które zawsze mówi "kucia" od cielęciny (muuu), garnek od rondla, wie w jakim talerzu je się zupę a w jakim drugie danie oraz do czego służą sitko czy tarka. Potrafi też jako tako podzielić pranie na białe, ciemne i kolorowe. Do pralki oczywiście musi załadować je sam. Nadal dzielnie pomaga mi w sprzątaniu. Jeśli dam mu wilgotnego mopa, to sam pięknie zmywa podłogi, przesuwając nawet to, co na nich stoi:)
Rozróżnia też części garderoby. Wie, co to body, kofuła (koszula), błuka (bluzka), pońdy (spodnie), mańty (majtki), kapety, tapka (czapka), ganituł (garnitur) i kafat (krawat). Rozróżnia kafoły (kalosze) od sandałów, na które mówi "fandały". Buty i czapeczkę sam potrafi sobie założyć - trochę krzywo, ale ćwiczenie czyni mistrza. Nawet przy obecnej pięknej pogodzie nie rusza się z domu bez czapki, ale, kiedy wchodzimy do jakiegoś sklepu albo czyjegoś mieszkania, od razu ją zdejmuje, a paniom zamaszyście się kłania - taki mały formalista;p.

Z radością zauważyłam, że mój synek bardzo polubił prace plastyczne, a z jeszcze większą radością, że obecnie na topie jest moja ukochana plastelina. Jędruś potrafi już nie tylko wdeptywać ją w dywan, ale też urwać kawałek pożądanej wielkości i uformować coś w rodzaju kulki lub rozwałkować w całkiem długiego "węża".


Już nie mogę się doczekać, kiedy urządzimy sobie zawody w lepieniu figurek;p

 Andrzejek coraz więcej też pamięta. Dokładnie wie, gdzie co położył, nawet dość dawno. Przykład sprzed dwóch dni: od dwóch dni nie mogłam znaleźć buteleczki z Devikapem (krople z witaminą D). Wydawało mi się, że przeszukałam każdy kąt mieszkania, ale się nie poddawałam i kopałam dalej. W pewnym momencie mąż spytał: słuchaj, a może Andrzej wie, co się stało z tymi kropelkami? Na co syn ochoczo przytaknął, pobiegł do kąta, gdzie stoją jego pudła z zabawkami, wskazał na środkowe i powiedział: tutaj są kłopeki (kropelki), Andziej chował. Czy muszę dodawać, że faktycznie tam leżały?
Każdemu, kto wchodzi do domu, Jędruś obowiązkowo opowiada, co mu się ostatnio przytrafiło. Dziś na przykład dowiedziałam się że:

"Andziej z tatuciem idziemy na paciej. Tata siup (rzucał) chłutaki (sucharki) do wody. Kwa-kwa je (jadły - przyp.red.;p) chłutaki":)

Robi się też jakby bardziej uczuciowy. Garnie się do brata w brzuszku. Tuli się, pyta, czy dzidzia go kocha, głaszcze i całuje mój brzuch:)
Mój Misiul kochany...







niedziela, 27 października 2013

Sąsiedzkie przygody.

Mąż wyszedł rano do kościoła. Ledwo zamknęły się za nim drzwi, Andrzejek zasygnalizował potrzebę. Ponieważ jednak z sobie tylko znanego powodu mąż postawił nocnik wysoko na meblościance, zrezygnowałam ze wspinaczki i zwyczajnie zmieniłam dziecku pieluchę, po czym zawinęłam ją w worek i wyniosłam na nasz mini-balkonik. Pech chciał, że worek wraz z kłopotliwą zawartością z naszego balkoniku spadł i wylądował u sąsiadki z parteru, z którą dotąd nie utrzymywaliśmy stosunków dyplomatycznych.

Ubrałam dziecię, zeszliśmy na dół, zapukaliśmy, wyłuszczyłam sprawę najgrzeczniej jak umiałam i przeprosiłam za kłopot.
Sąsiadka, która okazała się przemiłą starszą panią, serdecznie się uśmiała, przyniosła nam "zgubę" i poszliśmy pozbyć się jej definitywnie. A skoro już byliśmy na polu, a pogoda taka piękna, grzechem byłoby nie wyjść na króciutki spacer. Andrzejek grzecznie szedł za rękę, pobawił się chwilę w piaskownicy na placu zabaw, który mamy po drugiej stronie ulicy, a wracając pogłaskał jeszcze pieski spotkanej pod blokiem pani z sąsiedniej klatki. Wszystko było pięknie do momentu gdy już w naszej klatce Jędruś zobaczył drzwiczki kryjące główny zawór prądu. "Ototyć"(otworzyć) i "ototyć" - wszystko inne przestało istnieć.

Jakimś cudem udało mi się wmówić młodemu, że idziemy do domu po inne klucze i spróbujemy otworzyć, ale już na pierwszym piętrze Jędruś zorientował się, że został zrobiony w bambuko i postanowił wrócić na parter do skrzynki z zaworem prądu. Gdy zastawiłam mu drogę, położył się na schodach i urządził klasyczny pokaz buntu dwulatka ze wszystkimi atrakcjami. 
W pewnym momencie otworzyły się drzwi mieszkania bezpośrednio pod naszym i wyjrzała z niego pani około sześćdziesiątki wystylizowana w biały pikowany szlafrok, rozdeptane kapcie bliżej nieokreślonego koloru i papiloty. Kiedy Jędrula ją zobaczył, przestał na chwilę histeryzować, przyjrzał się jej, po czym wybuchnął jeszcze straszniejszym wrzaskiem.

Poczułam się kompletnie bezradna - nie będę przecież obcej babie tłumaczyć, że nie zabiorę go stąd dopóki się nie uspokoi, bo jestem w ciąży (co zresztą widać gołym okiem) i nie wolno mi dźwigać, a ten mały wrzaskun swoje waży. Na pytanie, co się dzieje, odpowiedziałam więc, że Jędruś po prostu chce się bawić prądem, ale może być spokojna, bo nikt go tu nie katuje, na co sąsiadka: "no nie wiem, ja słyszę, że on bardzo często płacze".
Nie chciało mi się już z tą panią dyskutować, ale na szczęście zjawiła się sąsiadka mieszkająca z kolei bezpośrednio nad nami, którą Jędruś uwielbia i na widok której rozpromienił się od razu, po czym nie omieszkał poskarżyć się, że "Andziej bawi plondem, mama ototyć dźwi nie".

Po powrocie do domu zauważyłam, że akumulatory do aparatu już się naładowały, więc dałam Jędrusiowi drugie śniadanie, załadowałam aparat i zaczęłam sprawdzać, jak działa. Okazało się, że działa - co prawda tylko tryb "Auto", przeglądanie zdjęć, kamera i zdjęcia seryjne, a lampa błyskowa włącza się kiedy chce, ale lepsze to niż nic. Może aparat jakoś dożyje do czasu, kiedy odłożę co nieco na nowy. W efekcie powstało parę zdjęć próbnych w domu, które wyszły tak sobie,

Próba aparatu


Jędruś stroi się na spacer
i trochę podczas popołudniowej rodzinnej wizyty na wspomnianym wcześniej placu zabaw:




Małe zjeżdżalnie są dla mięczaków;p
i podczas powrotu do domu.




Mama, jako grzejąca ławę, robiła za reportera, ale - choć zmęczona i pozowaniu niechętna - brzuszek fotki musi mieć;p
Julian z mamą w 16 tygodniu ciąży


Andrzejek, mimo swojego zachowania, zdołał mnie też dziś rozbawić - zarówno schodząc po schodach na parter jak potem wracając, zatrzymywał się pod drzwiami pani, której niechcący zbombardowaliśmy balkon i pytał z nadzieją: "Andziej puka pani?" Ciekawe, czy jutro będzie jeszcze pamiętał:)
A na koniec dziwne pomysły mojego męża - no bo przecież kibel nie może plątać się pod nogami, no nie?;p

sobota, 26 października 2013

Cytując klasyka: "Ty głupia kobieto!"

Źródło: joyreactor.com
Odkąd moim głównym zajęciem jest "odpoczywanie" i "uważanie na siebie", mam dużo czasu do zabicia. Przeczytałam więc książkę , którą przy ostatniej bytności u nas podrzuciła mi mama (i polecam amatorom/-rkom ckliwych romansideł grubymi nićmi podszytych naiwnym, typowo po hamerykańsku pojmowanym chrześcijaństwem), poczytałam, co było do poczytania na blogach (ale w taki piękny weekend mało się udzielacie:/), obejrzałam masę filmików przyrodniczych na yt i niestety skończyła mi się plastelina, a nie chciało mi się zwlekać z wyra, żeby robić ciasto solne.

Kiedy więc chłopaki wyszli na pole i zostałam na dwie godziny zupełnie sama, zaczęłam robić to, co nie jest ostatnio moją mocną stroną - myśleć. A raczej w myślach użalać się nad swoim smutnym losem - że bez pracy, pierwsze dziecko to wcielony zlepek stereotypowych poglądów o ADHD, a drugie nie dość, że się wprosiło i zostało przyjęte z otwartymi ramionami, to jeszcze matkę przed czasem Braxtonem i Hicksem straszy i do leżenia zmusza. No i co ze mnie w ogóle za kobita, skoro żadnej ciąży nie mogę donosić bez problemów i wspomagania.

No właśnie, głupia kobita.
Każda normalna na moim miejscu może nie skakałaby z radości, że siedzi na bezrobociu, ale doceniła, że ma udane małżeństwo, dobrą teściową, kochających rodziców, sprawne i inteligentne dziecko, że między rodzeństwem będzie mała różnica wieku i większa szansa, że się szybko dogadają i że w te ciąże w ogóle udało jej się zajść bez problemów.

A przecież tylu facetów na hasło "dziecko" podwija ogon i ucieka. Tylu innych pije, bije, zdradza albo wcale nie poczuwa się do jakichkolwiek obowiązków domowych i rodzinnych, bo od tego jest przecież baba. Tyle się słyszy o wtrącających się teściach rozwalających młode małżeństwa. Tyle dzieci rodzi się z przeróżnymi wadami, ciężko choruje i ulega wypadkom. Tyle kobiet latami chwyta się wszelkich możliwości, które dają choć cień nadziei na zajście w ciążę i urodzenie dziecka...

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie tak, że non stop siedzę i użalam się nad sobą. Zwykle staram się brać problemy za rogi, ale czasem mnie tak nachodzi. A potem parzę sobie ciepłą herbatę, obejrzę parę demotów, przytulę się do męża i już mi lepiej.
Już mi lepiej:)

Dodatkowo dziś wrócił z serwisu mój aparat. Gość w punkcie powiedział, że niczego nie obiecuje, bo to stary i sfatygowany sprzęt, ale zrobi, co da radę. Tymczasem akumulatorki już się ładują i jutro zobaczymy, co wyszło z tej ponad tygodniowej naprawy:)

piątek, 25 października 2013

Udzielna Księżna Mama

Źródło
Po wczorajszych strachach nowy dzień - skurczów na szczęście brak, ale od rana brak również męża do pomocy przy małym. A mały jak to mały - broi.
Ponieważ jednak teraz już absolutnie nie mogę sobie pozwolić na powtórkę z wczoraj, przystopowałam jeszcze bardziej. Teraz to już nawet  nie ma mowy o ganianiu za dzieckiem - ograniczyłam się więc do dostojnego kroczenia.
A że dostojne kroczenie nie zawsze wystarcza - musiałam odciąć dziecięciu dostęp do kuchni (czy Wasze dzieci też tak kochają wyłącznik światła w lodówce, noże i kurki od kuchenki?). Tym samym przez prawie 6 godzin byliśmy uwięzieni w dwóch pokojach, a ja posiłki dla Jędrusia odgrzewałam obsługując kuchenkę przez okienko miedzy kuchnią a naszym bawialnio-sypialnio-gabineto-salonem.

Co zaś tyczy się relacji mama-dziecko, to prawdopodobnie po tej ciąży mój autorytet jako matki legnie w gruzach, bo wypadają mi z ręki już absolutnie wszystkie formy zastosowania przymusu. A że Jędruś nie lubi słuchać tłumaczenia, lubi natomiast manifestować, że ma poglądy odmienne od moich, przymus ten nieraz był konieczny - chociażby w celu zmiany przelanej pieluchy. O dźwignięciu szanownych 10kg na przewijak od dawna nie ma mowy, ale teraz muszę dodatkowo uważać na wierzgające kończyny, które nieraz celują mi prosto w brzuch. Przewijanie na stojąco też odpada - zanim pomyślę o ułożeniu pieluchy na zadku, już muszę go szukać w przeciwległym kącie pokoju. Jeśli więc Jędrula nie daje się przebrać po dobroci, porzucam przewijanie i próbuję szczęścia parę minut później, przekupując młodego jakimś ciekawym przedmiotem. Za którymś razem w końcu się udaje.
To samo z jedzeniem. Nie mogę siłą posadzić o w krześle albo przy stole, więc czekam, aż sam poprosi o jedzenie i wdrapie się na krzesło. Często w wyniku takiego podejścia wypada nam drugie śniadanie albo podwieczorek, ale wychodzę z założenia, że dziecko się nie zagłodzi i nadrobi, prosząc o dokładkę przy głównych posiłkach.
Ubieranie też wygląda ciekawie - raz, że małemu wiecznie spieszy się do ciekawszych zajęć, a dwa, że ostatnio coraz częściej przy tej okazji daje się słyszeć "nie mama, Andziej ubeja siam!" By więc nie ganiać za małym po całej dostępnej przestrzeni, dopuszczam, by latał po domu w koszulce, dwóch różnych butach (dzisiejsza kombinacja to jeden kalosz i jeden klapek kąpielowy) i spodenkach zastępujących czapkę, po których zdjęciu (i próbie tłumaczenia, że spodnie wkłada się na pupę i nóżki) za każdym razem następowała histeria z biciem Bogu ducha winnej podłogi przy pomocy czoła.

Po 15. z pracy powróciła głowa rodziny. Ponieważ o moim wyjściu na zakupy i dźwiganiu siat po schodach mowy być nie może, codzienne zakupy... nie zostały zrobione. Mąż wybrnął po męsku - zamówił pizzę i pożyczył coś do chleba na kolację od mamy;) Zakupy poczekają aż Jędrula uśnie, sklep jest długo czynny. Obiad na jutro postanowiłam jednak ugotować sama. Mój mąż potrafi co prawda pod kierunkiem zrobić rosół i kotleta bez panierki, ale ile można jeść w kółko to samo...
Pomijając więc godzinną przerwę na gotowanie, całe popołudnie spędzam dowodząc chłopakami z tapczana. Jednak fajnie tak czasem dać się poobsługiwać:)

czwartek, 24 października 2013

Szczęście w nieszczęściu i dziwna Poradnia Patologii Ciąży

Źródło: krakow.travel
Jak pisałam już wcześniej, rano dopadły mnie skurcze. W sumie w ciągu niecałej godziny pięć dość silnych skurczów w różnych odstępach czasu.
Skontaktowałam się z moim lekarzem prowadzącym, a on kazał natychmiast jechać sprawdzić, czy nic złego nie dzieje się z szyjką macicy.

Pamiętając niedawną wizytę na SOR-ze w Szpitalu im. Rydygiera, gdzie większość osób, z którymi miałam okazję się zetknąć, potraktowała mnie jak histeryczkę, która nie ma co robić wieczorami poza zawracaniem głowy szpitalowi, tym razem postanowiłam udać się w miejsce, gdzie byłam wcześniej wiele razy, a nigdy nie dano mi odczuć, że zawadzam.

Wchodząc pierwszy raz do "Poradni Patologii Ciąży" w Szpitalu im. Żeromskiego zastanawiałam się, czy nie pomyliłam drzwi. W środku była megakolejka - i ani jednej pani z zagrożoną ciążą. Mniej więcej połowę pacjentek stanowiły "zaawansowane" ciężarówki - czekające  na rutynowe KTG. Druga połowa to damy w wieku okołomenopauzalnym wykłócające się o kolejność przyjęcia na cytologię w ramach jakiegoś programu badań przesiewowych. Co jakiś czas wpadały też młode mamusie bezpośrednio po porodzie, które bez kolejki brano do ściągania szwów. W poprzedniej ciąży przez ostatni miesiąc sama chodziłam tam codziennie na rutynowe KTG, potem byłam również do zdjęcia szwów po cesarce i ANI RAZ nie spotkałam nikogo z autentycznymi problemami w ciąży. Dzisiaj też byłam jedyna i wzbudzałam zainteresowanie swoim brzuszkiem - zdecydowanie za małym jak na okołoterminowe KTG.

Kiedy już odczekałam swoje, przyjęła mnie lekarka znana mi sprzed półtora roku z tej samej poradni. Sprawnie mnie zbadała, orzekła, że to rzeczywiście mogły być skurcze Braxtona-Hicksa, dowiedziała się, jakie leki zażywam i kazała jak najwięcej leżeć. Potem podłączyła mnie jeszcze na moment do KTG, żeby usłyszeć bicie serduszka i, kiedy dało się ono słyszeć, powiedziała, że nie ma sensu, żebym kładła się na oddział już teraz, ale w razie powtórki mam zgłosić się na pato i to bez dyskusji. Ta perspektywa musiała mojemu lokatorowi wydać się straszna, bo brzuszek spiął się słabo jeszcze tylko raz i skurcze minęły. 

Dziękuję Opatrzności. Nie tylko za to, że mój synek jest cały, ale też za naprawdę wspaniałą teściową, która nie tylko zwolniła się z pracy, żeby zająć się Jędrusiem, abym ja mogła jechać do szpitala, ale potem przyszła na całe popołudnie, pilnowała, żeby mały mi nie przeszkadzał, a na dodatek zrobiła dla niego obiad.
Flaszka i kwiaty to za mało:)

:(

Nie jest mi dane spokojnie czekać na maleństwo i cieszyć się ciążą. Rano miałam serię skurczów przypominających te przepowiadające z poprzedniej ciąży.
Lekarz prowadzący kazał to jak najszybciej sprawdzić, więc czekam na taksówkę i jadę do Poradni
Patologii Ciąży w Szpitalu Żeromskiego.

Trzymajcie kciuki za Julka:/

środa, 23 października 2013

Spóźnione dary jesieni i goście u rodziców

W sobotę odwiedził nas mój brat. Przywiózł też paczkę od dziadków dla Andrzejka, a w niej...
o radości, kasztany, szyszki i nawet kiść jarzębiny. Od soboty więc, kiedy tylko tata wychodzi z domu, wyciągamy te cuda i bawimy się nimi. A to układamy wzorki na podłodze, a to robimy z nich przeróżne stwory, które potem służą do dalszej zabawy. Te na zdjęciach to jedyne, które zdołały wytrzymać jędrusiowe zainteresowanie i dotrwać aż do dnia dzisiejszego, kiedy wreszcie zostały obfotografowane:






 Zaprocentowało również lepienie naszej figurki na mamankowy konkurs CzuCzu. Oto nasze dzieło:




I choć nie zdobyło ono żadnej nagrody, to sam proces tworzenia zaowocował wielką miłością syna do, jak on to mówi,  "płateniny". Teraz każdy dzień bez niej jest absolutnie stracony. Nawet dzisiaj, w natłoku innych zajęć i ogólnym pośpiechu, musiałam znaleźć na to czas. I udało się - na synkową prośbę RAZEM ulepiliśmy kota.



 I tym razem udział Jędrusia nie ograniczył się do bezładnego miętoszenia plasteliny - nie tylko rwał mi kawałki czarnej plasteliny i toczył z nich kulki, ale też sam przykleił kocią głowę do tułowia, a potem przylepił do niej jedno ucho. Na głowie zwierzaka widać nawet ślady tych wysiłków:)

Dziś mieliśmy dość intensywny dzień - pierwszy raz od dawna przyjmowaliśmy gości - dwie od lat zaprzyjaźnione pary znajomych.

Jak się podczas tego spotkania dowiedzieliśmy, jedna z par właśnie się zaręczyła, a druga -młode małżeństwo - spodziewa się dziecka, prawdopodobnie córci. W dodatku terminy porodu mój i koleżanki wypadają w odstępie 10 dni. Wzajemnym gratulacjom nie było końca:D

Było bardzo radośnie i na luzie, ale mąż, choć wszyscy znamy się jak łyse konie, i tak wymyślił, że musimy odstawić ucztę i odpicować nasze mieszkanie na wysoki połysk, więc przez pół dnia on latał na zmianę z mopem, ścierą i odkurzaczem, a ja zmieniałam tylko gary na kuchence.
A znajomi zadowolili się herbatą i ciastem. Zrobiłam marchewkowe według TEGO przepisu (tu dziękuję też Kindze Mak za linka i recenzję receptury), ale do kremu wsypałam pół, a nie półtora szklanki cukru pudru i zamiast serka Philadelphia (co to u licha jest, bezskutecznie przekopałam za nim wczoraj czyżyńskiego Carrefoura) za radą któregoś z komentatorów użyłam serka "Twój smak" - wyszło wspaniałe. Krem na stałe wejdzie do mojego repertuaru.
Zdjęć ciasta nie ma... bo i fotografować już nie ma czego;p Czuję się pochwalona.



wtorek, 22 października 2013

Rehab

Wczoraj byliśmy znowu w "naszym"szpitalu dziecięcym. Głównym celem wizyty była tym razem kontrola w Poradni Rehabilitacji.
Rzecz odbyła się bardzo sprawnie - weszliśmy bez poślizgu, pani doktor zadała nam parę pytań, kazała nam rozebrać Jędrulę i przegonić go po gabinecie. Pobiegał, pohasał, nie omieszkał wdrapać się nawet na jej biurko i skomentował przybory do pisania.

Pani doktor to sympatyczna kobitka, więc zamiast gadki o bezstresowym wychowaniu usłyszeliśmy, że syn rozwija się nad wiek i pięknie mówi.

Ale, no właśnie, kropla dziegciu musi być - Andrzejek trochę koślawi stópki. Podobno w tym wieku to całkowicie normalne i mamy się nie martwić na zapas, ale dobrze by było, żeby nosił buty z obcasem Thomasa. Co to takiego?

To specjalnie wyprofilowany obcas zalecany w przypadku znacznej koślawości stóp i kolan (popularnie zwanej iksem). Ma za zadanie zmienić kierunek siły nacisku, tak aby wygięcie nóg się nie pogłębiało. By spełniał tę funkcję, musi mieć jednak odpowiednią wysokość. Noszenie butów z obcasem Thomasa może zalecić dziecku lekarza ortopeda.(Źródło definicji)
Podstawowy wariant (są jeszcze inne jego odmiany) wygląda mniej więcej tak:

Źródło

Dobrze wiedzieć - Jędruś prawie wyrósł już ze swoich ukochanych trzewiczków (Emel "roczki", model e940, pisałam o nich TU - lekarka powiedziała o nich, że są bardzo dobre, ale dla Andrzejka lepsze będzie mocniejsze profilowanie) i czeka nas zakup przejściówek i kozaków. Tych będziemy już szukać wśród butów profilaktycznych.

Przy okazji dowiedziałam się, że nieprawdą jest to, co powiedziały mi przez telefon panie z recepcji - w Szpitalu  Św. Ludwika JEST gabinet stomatologa przyjmujący dzieci, tyle tylko, że ma on osobną rejestrację. Ale o tym panie recepcjonistki już nie raczyły mnie poinformować:(
W każdym razie załapaliśmy się do dentysty na przyszły tydzień i zobaczymy, co fachowiec powie o nalocie na synowych jedynkach.

A tymczasem idziemy bawić się kasztanami:)

niedziela, 20 października 2013

Jak nie zwariować - o małym łaziku i trudach ciąży

Źródło
Niespodziewanie dla siebie zaszłam w kolejną ciążę rok szybciej niż to było w planie. Różnica między moimi synami będzie wynosiła 2 lata i niecały miesiąc. Nie wiem jeszcze, jak to będzie, gdy Julek już się urodzi, ale jedno rzec mogę - ciąża przy żwawym kilkunastomiesięczniaku to wyzwanie - nawet jeśli przebiega bez zarzutu.

A moja tak nie przebiega. Od szóstego tygodnia prawie do końca trzeciego miesiąca całymi dniami męczyły mnie nudności, a i wymioty były na porządku dziennym. Zdarzały się dni, kiedy w moim żołądku nie utrzymywało się  kompletnie nic. Do tego nadwrażliwość na wszelkie zapachy i zawroty głowy. No i najtrudniejsze - skurcze po byle wysiłku.

Już w 6tc. lekarz kazał mi maksymalnie się oszczędzać. Nie dźwigać, nie schylać się, nie biegać, unikać długiego stania. Z początku było mi o tyle łatwiej, że byłam na wakacjach w domu rodzinnym, gdzie właściwie wszystko mogłam dostać pod nos. Ale po powrocie do Krakowa musiałam nauczyć się radzić sobie całkiem sama. Z domem, obiadami a przede wszystkim niezwykle aktywnym i absorbującym synkiem.

Ten post będzie właśnie o tym, jak sobie poradziłam. Nic w nim odkrywczego - po prostu zbiór moich doświadczeń, który być może kiedyś przyda się innym młodym mamom w podobnej sytuacji - czyli jak prowadzić dom i opiekować się maluchem będąc w zagrożonej ciąży.

Dużo zależy od dziecka i jego umiejętności ruchowych. Mój syn sprawnie chodzi i biegle się wspina.
Bez problemu wejdzie do wózka albo krzesła do karmienia - o ile chce. W nocy sam wychodzi z łóżeczka i do niego wraca. Jest więc dobra podstawa.
  1. Naucz dziecko jedzenia w jednym miejscu na siedząco. Jeśli nie możesz dźwignąć go do fotela, kup niski stoliczek i krzesełko, na którym dziecko będzie mogło siadać samo i z którego bez problemu samo zejdzie po posiłku.
  2. Zaopatrz się w matę lub podkłady do przewijania i rób to siedząc na tapczanie (jeśli dziecko samo nań wejdzie i z niego zejdzie) lub na podłodze.
  3. Kąpiel - jeśli dziecko samo wejdzie do wanny i wyjdzie z niej, dacie sobie radę. Jeśli nie, będzie Ci potrzebna pomoc. Wycieranie i ubieranie możesz uskutecznić, kładąc na podłodze np. zwykły przewijak - taki jak do zakładania na łóżeczko.
  4. Samodzielne spacery będą możliwe tylko jeśli Twoje dziecko chodzi już po schodach w obie strony trzymane za jedną rękę - tak, byś nie musiała schylać się, by je asekurować. Jeśli tak nie jest, będziesz musiała znaleźć kogoś, kto spacery od Ciebie przejmie lub przynajmniej zniesie i wyniesie dziecko po schodach.
  5.  Trzymaj wózek tuż przy wyjściu z domu/bloku. Jeśli nie macie wózkowni, uzgodnij z sąsiadami, że wasz pojazd z konieczności będzie tam na razie stał.
  6. Jeśli nie możesz się schylać, a musisz np. sięgać do niskich szafek lub zniżyć się do poziomu dziecka, kucaj. Dbaj, byś wstając miała proste plecy.
  7. Nie powinnaś często i na długo podnosić rąk wysoko do góry. Nie wieszaj prania na sznurach - kup sobie statyw lub niech robi to ktoś inny.
  8. Zabezpiecz wszystko, czym dziecko potencjalnie może zrobić sobie krzywdę. Załóż blokady na kontakty, szafki, szuflady, kurki z gazem, kanty stołów. Jeśli Twoje dziecko nie forsuje kojca górą, wychodząc np. do łazienki możesz z niego skorzystać. Dla przypadków takich jak nasz (dziecko rozbraja blokady i wyłazi samo z kojca) pozostaje tylko zabieranie dziecka ze sobą wszędzie. Nawet do toalety.
  9.  Gotuj to samo dla całej rodziny raz na dwa-trzy dni. Najlepiej wtedy, gdy dziecko śpi (moje dziecko nie śpi w dzień, więc robię to wieczorami). Dla dziecka odlewaj/odkładaj potrzebną ilość przed przyprawieniem lub/i dodaniem składników, których nie może jeść. Nie bój się mrożonek - dzięki nim można znacznie szybciej wyczarować cały obiad.
  10. Zakupy - rozbij je na raty (tak, byś nie nosiła naraz więcej niż 1-2 lekkie siatki) lub musi je przejąć inny członek rodziny. Warto mieć wózek zakupowy. Ja zostawiam go z mniej potrzebnymi rzeczami w wózkowni, a mąż, wracając z pracy, przynosi wszystko do domu.
  11.  Naucz się przyjmować każdą oferowaną pomoc. Naucz się też o nią prosić. Jeśli tylko masz taką możliwość, skorzystaj z pomocy żłobka lub opiekunki - nawet na godziny. Sama bym to zrobiła, gdyby tylko było mnie na to stać.
  12. Pogódź się z tym, że dopóki ciąża narzuca Ci ograniczenia, Twój dom nie będzie lśnił czystością jak dawniej, a Twoje dziecko będzie musiało przyzwyczaić się do nowej, mniej aktywnej mamy. Dla mnie właśnie to było najtrudniejsze. Ale to dla dobra wszystkich, nie tylko Nienarodzonego.

Tyle w tej chwili przyszło mi do głowy. Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły - piszcie. Wszelkie uwagi i rady są cenne i mile widziane.

sobota, 19 października 2013

Podnoszę rękawicę!

Ostatnio często widzę u znajomych blogerek, że podejmują tzw. wyzwania. Wymyślają własne lub biorą udział w tych wymyślanych przez koleżanki.

Było więc już codzienne fotografowanie się, było 10 postanowień na jesień - ale to nie dla mnie.
Na zdjęciach wychodzę źle, więc unikam ich jak mogę, postanowień chciałam się podjąć, ale po morderczym wysiłku umysłowym zdołałam wymyślić tylko trzy (które mimo wszystko staram się wcielać w życie). Kicha.

Aż tu nagle u Zielonej Shamandury znalazłam coś jakby stworzonego specjalnie dla mnie:
Źródło: http://zielonashamandura.blogspot.com/2013/10/jak-dobrze-wstac-skoro-swit-czyli.html
Jestem śpiochem.
Zawsze wydawało mi się, że jestem pogodną optymistką, ale ostatnio coraz mniej we mnie optymizmu, a coraz więcej szarzyzny, znudzenia i narzekania.
A to że męża za często nie ma, a to że mało kto do nas zagląda, a to znów, że  życie coraz droższe, że ciąża narzuca ograniczenia i nie jestem już tak rzutka jak wcześniej. I tak dalej, i tak dalej...

Wyzwanie jest więc jakby szyte na miarę:)

Nie spodziewam się co prawda, że będę wstawała o pierwszym brzasku (choć czasem wstaję jeszcze przed nim, gdy dziecię się awanturzy - ale muszę przyznać, że wracam do wyrka kiedy tylko mogę i dosypiam do przyzwoitej ósmej).
Stawiam raczej na rozwój pogody ducha - dostrzeganie małych radości każdego dnia, nawet tego, który wydaje się kompletnie do żopy.

Z Wyzwaniem Właściwym startuję jutro, ale już dziś, tak na dobry początek jedno miłe spostrzeżenie - małe dzieci wyzwalają w ludziach dobroć. Zaobserwowałam to dziś podczas popołudniowego spaceru, na który, z braku kogokolwiek do pomocy, musiałam Andrzejka zabrać sama - na przykładzie stadka wulgarnie zachowujących się dziewczyn w wieku tak na oko początkowogimnazjalnym, które okupowało nasz ulubiony plac zabaw. Ja starałam się zachować neutralność, ale Andrzejek postanowił się zaprzyjaźnić - a nuż odkopsną peta? ;p
I wtedy stało się coś, co mnie zdziwiło. Te dziewczyny przestały przeklinać, a zaczęły bawić się z Andrzejkiem piłką, kręciły go na karuzeli i podsadzały na zjeżdżalnię. Dawno nie widziałam, żeby tak się cieszył. A na koniec jeszcze pomogły mi wsadzić go do wózka i długo machały młodemu na pożegnanie. :D



piątek, 18 października 2013

Pierwszemu trymestrowi już dziękujemy:)

Dobiegł końca 14 tydzień ciąży, a wraz z nim trzeci miesiąc i cały pierwszy trymestr ciąży. Pora więc na kolejne podsumowanko:)

W trzecim miesiącu ciąży dość dużo się działo. Była wizyta w szpitalu z powodu niewyjaśnionego bólu brzucha, była i zaplanowana wizyta u lekarza połączona z USG genetycznym. W czasie tej wizyty maluch został wymierzony na 7,3cm - ale to było 10dni temu, więc wymiar już raczej nieaktualny:) Dostaliśmy filmik i kilka pięknych ujęć dziecka. Doktor wygadał się też, że z dużym prawdopodobieństwem spodziewamy się kolejnego chłopca, tak więc mogliśmy już oficjalnie powitać na pokładzie małego Juliana.

No i najważniejsze - mały Julek już kopie i boksuje w sposób dla mnie zauważalny:D Bezcenne uczucie...

A co u mamy?
Faktycznie czekałam na drugi trymestr jak na jakieś wybawienie, które miało położyć kres wszelkim moim problemom;p
A jak jest?
No, może ciut lepiej. Na rozmowy z toaletą zbiera mi się już nie kilka do kilkunastu razy dziennie, a co 2-3 dni. Ale jak już, to konkretnie.
Trądziku też jakby trochę mniej, ale stary dobry Dermacol nadal zajmuje honorowe miejsce w mojej kosmetyczce.

Wczoraj zaczęłam smarować się Bio-oilem. Zobaczymy, czy okaże się lepszy od stosowanego przy Andrzejku kremu Foliacti z Pharmacerisa. Ten ostatni był skuteczny - do porodu szłam nie mając ani jednego rozstępu, ale w połogu krem poszedł w odstawkę, bo Andrzejek nie akceptował jego zapachu. 20kg zrzucone w 6 tygodni bez jakiegokolwiek wsparcia dla skóry nie mogło pozostać dla niej obojętne i rozstępy jednak wylazły. No cóż, zobaczymy, jak będzie teraz.

Tymczasem statystyka:

Waga - 52kg (pół kilo do przodu), ale 10dni temu. Teraz już może być trochę więcej
Biust - 65F. Niestety teraz już zmiana na większy rozmiar okazała się konieczna. I kosztowna:(
Wymiary:



czyli
w talii 6 cm na plusie.
brzuszek - mierzony w najszerszym miejscu - 85cm. - mierzony pierwszy raz
Biodra - bez zmian

W tym tygodniu ostatecznie pożegnałam się już ze "zwykłymi" spodniami. W ruch poszły spodnie z panelem i legginsy. Na szczęście - dzięki mamie - jestem w nie wystarczająco obkupiona i nie muszę wyłazić z domu w mocno zużytych spodniach "po Andrzejku".

Wydaje mi się też, że udało mi się jakoś pogodzić komplikacje i trudy ciąży z opieką nad moim półtorarocznym strusiem pędziwiatrem. Nie jest może idealnie, sporo rzeczy wymaga jeszcze dopracowania, ale chętnie podzielę się doświadczeniami, kiedy już pozbieram je w jakąś sensowną całość.
A na koniec - moich dwóch urwisów - u góry Artysta przy pracy nad CzuCzu, u dołu początkujący model w maminym brzuszku:)


 Zdjęć duetu mama-Julian tym razem niet - mąż miga się, że nie umie obsługiwać mojego telefonu, a innego fotografa na stanie brak:(

czwartek, 17 października 2013

Pierwsze problemy Coraz-Bardziej-Uzębionego i ludzik CzuCzu

Dziś krótko, bo po nocy zarwanej z powodów okołodziecięcych cały dzień łażę jak zombie i nijak nie mogę się odrobić:/

1.Tak w tej chwili wygląda jędusiowa paszcza.



Obie dolne trójki już się przebiły, choć ponad powierzchnię wystają na razie tylko koniuszki. Górne kły widać już pod dziąsłami, a w miejscu na wychodzącą piątkę nadal tylko gigantyczny bąbel.

2. Jędruś ma jakiś żółtawy nalot na górnych jedynkach - wszystkie inne ząbki piękne jak perełki, dbamy o nie jak należy, dlatego jestem trochę zdziwiona i ciut zaniepokojona.
Obdzwoniłam kilka przychodni, w których urzędują stomatolodzy, ale wszędzie powiedziano mi, że nie zajmują się tak małymi dziećmi. Trudno - pójdziemy prywatnie. Macie może namiary na dobrego - i z podejściem do dzieci - dentystę w Krakowie? Bo do "naszego" w Krośnie trochę nam daleko:(

 ***
Do jutra trwa konkurs z CzuCzu u Mamanki, a ja, choć postanowiłam wziąć w nim udział, jeszcze głęboko w lesie. Mój plastelinowy ludzik CzuCzu powstaje w bólach już od trzech dni, a ciągle wymaga dopracowania, gdyż, cytując mojego syna: "O, chopeć. Nie ma jąci i nózi?" - a trzeba też, oprócz uzupełnienia tych oczywistych braków w anatomii, dorobić jeszcze wzorek na koszulce, dopracować błysk w oczkach... Na razie ludzik wygląda tak:





Kopnijcie mnie proszę w cztery litery, żebym się w końcu zmobilizowała.

środa, 16 października 2013

Tupot mniejszych stópek



W poprzedniej ciąży na przełomie 15 i 16 tygodnia ciąży poczułam coś przypominającego przelewanie w jelitach - tylko że znacznie niżej niż takowe zwykło mieć miejsce. Dopiero na wizycie dwa tygodnie później lekarz wyjaśnił mi, że to nie gazy, a te wyczekane pierwsze kopniaki:)

***
Leżałam sobie wczoraj wieczorem na lewym boczku na kanapie i, wtulona w przysypiającego męża, czytałam gazetę. Aż tu nagle to samo znajome uczucie delikatnego przelewania dołem brzucha:) To dopiero końcówka 14. tygodnia, ale kto raz te "gazy" poczuł, z niczym innym już ich nie pomyli.
Serwus, Słonko:)



poniedziałek, 14 października 2013

Korzystamy z resztek pogody

Dzisiejszy dzień miał być podobno ostatnim dniem bez deszczu na południu Polski.
Usłyszawszy tę prognozę mąż rzucił: "no to jedźmy gdzieś na wycieczkę Do 11 chyba się zbierzemy, nie?".
Była 9.20, a my - poza Andrzejkiem - w piżamach i bez śniadania, bo mając w perspektywie wolny dzień wszyscy jakoś tak zaspaliśmy i nic się nie kleiło. Obiad nie ugotowany, ba, nawet zakupy na obiad nie zrobione, fura rzeczy do wyprasowania... No ale dobra, jedziemy na wycieczkę.
Łatwo powiedzieć - jedźmy - ale słowo się rzekło. Raz mogę nie ugotować, wszak Jędruś kocha słoiczki, a nam korona z głowy nie spadnie jeśli raz na ruski rok zjemy kupne krokiety:)

O 11.00 staliśmy więc w progu ubrani, spakowani na drogę i ... nadal niezdecydowani, gdzie właściwie się wybieramy. Padały różne propozycje - Rabka, Ojców, Pieskowa Skała, Busko Zdrój..
Przekomarzanie w samochodzie zajęło nam kolejne 20minut. Wszystkie powyższe propozycje upadły, bo albo za daleko, albo trzeba jechać zakopianką, albo mąż nie zna wyjazdu z Krakowa, albo wyjazd jest przez jawiące się mężowi jako najgorszy koszmar Rondo Ofiar Katynia...

W końcu podjęłam męską decyzję, mąż dla świętego spokoju na nią przystał i tak oto wylądowaliśmy w... krakowskim ZOO.

Październik to dziwna pora na zwiedzanie ZOO. Część zwierząt chowa się przed zimnem do zamkniętych pomieszczeń, a większość pozostałych zwija się w kłębek w kąciku i ani myśli prezentować się w pełnej krasie. Ale cóż, nam się zachciało zwierzątek:) I nie było tak źle - sporo ich jednak zobaczyliśmy, a niektóre nawet udało się uwiecznić. Choć szkoda, że teraz mam do dyspozycji już tylko "smerfona". Ech, przydałaby się funkcja robienia serii zdjęć i lepszy zoom...

No, ale nie ma co narzekać. Sfotografować udało się między innymi dwa słonie,



 pana pawia, co z woliery nawiał,


 urocze małpki z Ameryki Południowej, z których pozować zechciała jedynie ta tamaryna białoczuba

 czy fotogeniczne jak zawsze surykatki.

 Pięknie umaszczony serwal miał nas, hmmm, powiedzmy, że w głębokim poważaniu,


 a na widok tapirów anta Jędruś, ku rozbawieniu gawiedzi...


...wykrzyknął "a to okuziać!"

Mamie jak zwykle najbardziej podobały się wielkie koty.
Odwiedziliśmy więc nowe wybiegi tygrysa bengalskiego



 lwów - na którym zastany potężny samiec z szacunkiem wstał, by nas powitać;p



 i irbisów, gdzie urzędowała mama z urodzonym w kwietniu młodym

mama z przodu, dziecko w tle

i znów mama

Kociak też w końcu się pokazał:)
Nie mogłam też oprzeć się pokusie zaprezentowania Wam, jakie te koty mają cudne puchate ogony. Samo zwierzę jest mniej więcej wielkości wilczura, może nieco mocniej zbudowane (lub owłosione?), ale ogon ma znacznie dłuższy niż reszta ciała i niemal tak gruby jak mój synek w pasie;p


Gdy odeszliśmy nieco od kocich wybiegów, natrafiliśmy na budkę z automatem sprzedającym miód, w której wyświetlany był też film o poszczególnych gatunkach miodu. Parę sekund zajęło nam upewnienie się, że nie jest to raczej film o walorach edukacyjnych, zawołaliśmy więc synka i ruszyliśmy dalej. Tymczasem Jędrusiowi tak się owa buda spodobała, że kilkakrotnie tam wracał i próbował dobrać się do zawartości automatu.


W końcu mąż złapał głośno protestujący przychówek pod pachę i, odszedłszy kawałek od miodowego raju, puścił go wolno. Pozwalając się prowadzić Andrzejkowi dotarliśmy do części ze starymi wybiegami wielkich kotów, gdzie nadal jeszcze przebywają m.in. jaguary.




Z czterech okazów przebywających obecnie w krakowskim ZOO widzieliśmy tylko tę samicę, ale i ona nie chciała ustawić się do pamiątkowego zdjęcia. Jej czarny "partner" i  ich dwie czteromiesięczne córeczki schowali się w cieple na tyłach budynku.

Z pozostałych kotów, a widzieliśmy jeszcze m.in. panterę chińską, rysie europejskie, manula, żbika, jaguarundi, ocelota i chausa, godnie zaprezentowała się tylko ta pierwsza:



Pozostałe najczęściej siedziały zwinięte w kłębek na jakiejś najdalszej gałęzi i myślały tylko o tym, jak tu nie zmarznąć jeszcze bardziej. Prawdę mówiąc, współczułam im, bo sama trochę za lekko się ubrałam i momentami przestępowałam z nogi na nogę.
 A co miały powiedzieć te sprowadzone z tropików biedactwa, zmuszone znosić całe 12 stopni ciepła...

Andrzejek na szczęście nie zmarzł. Nie miał szans - nie miał nawet czasu, żeby napatrzeć się na zwierzęta, bo cały czas gdzieś mu się spieszyło. Motorek w dupce, słowo daję. Wracał do nas tylko po to, żeby napić się wody i w przelocie łaskawie rzucić okiem na to, czym aktualnie się zachwycamy. Nie sądzę, by cokolwiek zapamiętał, ale niewątpliwie mu się podobało - tyyyle miejsca do biegania, labirynt alejek, hurra! Ani myślał siedzieć w wózku. Oboje z mężem musieliśmy mieć oczy dookoła głowy i łapać go zanim wprowadził w czyn zamysł wskoczenia do bajorka pelikanów albo przesadzenia żywopłotu i pogłaskania tygrysa, który w pewnym momencie szedł dosłownie ocierając się o ogrodzenie swojego wybiegu.
W pewnym momencie jednak nawet on zaczął mieć dość i zaczął domagać się powrotu do domu. Chłopaki ruszyli więc przodem do auta, a ja, idąc sobie dostojnym tempem statecznej przyszłej mamy, zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie przewodnikowi stada szympansów

mój mąż stwierdził, że z tym spojrzeniem wygląda jak menel pod budką z piwem;p
i spojrzeć na gibbony - wszystkie siedziały rzędem obok siebie i huśtały się na linie:) Sympatyczny widok;D
Wielu zwierząt, z których słynie Krakowski Ogród Zoologiczny niestety nie udało nam się zobaczyć. Nie widzieliśmy m.in. uchatki patagońskiej i małej pandy, nowo wyklutego kondora wielkiego, antylop, nie odwiedziliśmy też mini zoo.
Ale przynajmniej mam pretekst, żeby wiosną zaciągnąć tu chłopaków po raz kolejny. Może Jędruś będzie już wtedy bardziej zainteresowany zwierzakami...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...