poniedziałek, 30 września 2013

Co tu robić?

Źródło: dzieci.pl
Jędrusiowi się nie poprawiło. Rano obudził się z temperaturą 39 stopni, ale był całkiem żwawy, po podaniu Ibumu przez dłuższy czas wszystko było ok, więc pomyśleliśmy, że najgorsze za nami i nie ma sensu zawracać głowy lekarzowi tym bardziej, że innych objawów nadal brak.

Jednak ok.18-tej temperatura znów mu narosła i mały zaczął dosłownie lać się przez ręce. Nic go nie cieszyło, tylko "do mamy" i "daj kuci (klucze) szafy butami", ale nawet zakazane zwykle pastowanie moich kozaków i malowanie sobie łapek pastą nie sprawiało mu radości. Po kąpieli i paracetamolu w syropie znów było lepiej, Jędruś zjadł ładnie kolację i zasnął jak zwykle pogawędziwszy trochę z pluszowym osłem na podusi.
Teraz śpi, ale czujnie, co jakiś czas wybudza się, pojękuje, wypije parę łyków herbatki z miodem i zasypia. Czuję, że to będzie długa noc...

Żałuję, że nie poszliśmy jednak dziś do naszej pani doktor. Jutro pójdziemy, choćby się waliło i paliło i choćby Jędruś nagle ozdrowiał, czego zresztą serdecznie mu życzę, bo przykro patrzeć jak się dzieciak męczy. Padł nawet pomysł pomocy całodobowej, ale widmo spędzania paru godzin z osłabionym gorączką dzieckiem wśród osp, szkarlatyn, seps, krztuśców (podobno szaleje w Krakowie), różyczek (niby przechorowałam, ale lepiej dmuchać na zimne) i innych zapaleń płuc wydał mi się skórką za wyprawkę. Już wolę doczekać jakoś tej 15-tej, żeby Jędruś został przyjęty na początku kolejki przez lekarkę, która zna go prawie od urodzenia, a do tej pory radzimy sobie Ibumem i chłodnymi kompresami.

Na cień pociechy - udało mi się wylicytować na allegro wielgachną matę TAF TOYS dla młodszego bobasa, o taką:


Źródło:ceneo.pl


Źródło: okazje.info.pl
Dla Andrzejka mieliśmy matę z tej samej firmy, ale pożyczoną od chrzestnej mamy. Była świetna, Jędruś bawił się na niej przez bite 10 miesięcy, nawet jak już chodził. Niestety, mata poszła w świat i nie ma widoków, by znów do nas zawitała. Dlatego przyznam, że mam satysfakcję i poczucie wykonania dobrej roboty -  udało mi się znaleźć bardzo podobną w dobrym stanie i to na dokładkę za niewielkie pieniądze:D Mała rzecz, a micha się cieszy - zawsze to jakaś radość po dniu pełnym zmartwień...

niedziela, 29 września 2013

Gorący chłopak

Na jakiego ostatnio bloga nie zajrzę, do kogo nie zadzwonię lub kogo nie spotkam, wszędzie ktoś chorował, choruje albo zapowiada się, że będzie chorował i w duchu dziękowałam Bogu, że Andrzejek przez półtora roku swojego życia jeszcze nigdy chory nie był. Słownie: ANI RAZ.

Aż tu dzisiaj dopadło i nas.
Jędrula strasznie marudził w nocy, budził się chyba co kwadrans, ale mąż nie dopuszczał mnie do niego, bo mały "ma się uczyć zasypiać sam".  Efekt był taki, że kiedy rano poszłam do wojującego w łóżeczku Andrzejka i pogłaskałam go po główce, miałam ochotę udusić męża gołymi ręcami. Po zmierzeniu temperatury okazało się, że Jędruś ma 37,7. Ponieważ jednak nic oprócz tego mu nie dolegało, postanowiłam się tym nie przejmować - po prostu zrezygnowaliśmy dzisiaj z wyjścia na pole i cały dzień poiliśmy synka słabą herbatą z sokiem z malin.

Wieczorem przed kąpielą temperatura wynosiła już 38,7 stopnia, więc zrobiliśmy Jędrusiowi kąpiel chłodzącą - nalaliśmy wody o temperaturze ok. 39 stopni i stopniowo dolewaliśmy chłodnej wody, obniżając temperaturę do ok. 37 stopni. Po kolacji podaliśmy też synkowi Ibum forte w syropie. Mały zasnął od razu po przełożeniu do łóżeczka - może faktycznie coś jest na rzeczy. Zwykle jednak przed zaśnięciem trochę się kotłuje i gada z miśkami, a tu lulu od razu...

Nie mamy doświadczenia w chorowaniu, więc w praktyce nie bardzo wiem, jak postąpić. Postanowiłam, że z taką temperaturą i wesołym, żywotnym dzieckiem nie ma sensu pokazywać się na pogotowiu - bo może to tylko ostatnia z andrzejkowych czwórek daje o sobie znać?
Na razie czekamy: jeśli jutro po południu temperatura nadal będzie wysoka lub/i pojawią się inne objawy, pokażemy się naszej pediatrze.

A póki co, żyję nadzieją, że to jednak ząb, a my zachowamy czyste konto.

Pozdrawiamy gorrrąco:/


sobota, 28 września 2013

Osiemnastka!

Za szybko ten czas leci,  za szybko!
Śliczna różowa zawartość tobołka w ubiegłoroczny prima aprilis przywiezionego ze szpitala skończyła półtora roku i nie jest już ani różowa, ani chętna do zawijania w tobołek.

Teraz to już poważny młody mężczyzna, który żąda udziału w decyzjach o tak ważnych sprawach jak zawartość śniadaniowego talerza, spodnie, które będzie tego dnia nosił i wybór placu zabaw, na którym raczy się podczas danego wyjścia bawić.

W domu cały czas musi grać muzyka. Cisza dla synka stała się ostatnio nie do zniesienia. "Daj gyało(grało)" (włącz radio) i  "waba gya"(żaba gra - Jędruś ma pozytywkę z żabą) to ostatnio najczęstsze słowa wypowiadane przez moją latorośl. Non stop uruchamia też kiczowate melodyjki w jeździku, a zdarza się, że radio, żaba i jeździk produkują się naraz - młody potrafi bowiem obsłużyć się sam. Ogłuchnąć można...

Andrzejek porozumiewa się już całkiem sprawnie, najczęściej dwu- lub trzy-wyrazowymi wypowiedziami, ale czasem udaje mu się sklecić pełne, a przy tym całkiem logiczne zdanie. Duma rozpiera rodziców, nie ma co! Pojedynczymi wyrazami lub półsłówkami odpowiada tylko na pytania, oczywiście takie najprostsze. W tej dziedzinie odnieśliśmy ostatnio nie lada sukces - synek bezbłędnie odpowiada już na pytania o imię, nie tylko swoje, ale też mamy i taty:)

Próbuję powoli oswajać synka z nazwami kolorów, ale na razie dla Andrzejka to - jak to dla faceta - czarna magia. Ale cierpliwości, matko, gutta cavat lapidem...
Wie za to, że urządzenia elektryczne lepiej pracują ("wwwww"), kiedy podłączy się je do prądu - i potrafi je podłączyć. Wie, że kabel wkłada się "do kontantu" i że w kontakcie jest "plond", a "plond be". Tylko co z tego, że wie, skoro pokonał już wszystkie dotychczasowe zaślepki?


Młody potrafi też stopniować swoje zadowolenie. Na razie tylko z serwowanych posiłków, ale na początek dobre i to. Jedzenie możemy więc podzielić na:
  • ble - okropne, niejadalne
  • łe niam - niedobre, ale zjem, bo jestem głodny
  • mhm - może być
  • dobe  
  • pyyycha
Ruchowych nowości w zasadzie brak - Andrzejek skupił się głównie na gadaniu. Chociaż nie, nauczył się jeździć na jeździku, odpychając się nogami, i używać kierownicy do sterowania skrętnymi przednimi kołami autka. Może nauczyłby się tego szybciej, gdyby wcześniej dostał taki pojazd? Chciałam mu nawet kupić rowerek biegowy, ale niestety, Jędruś jest jeszcze za niski. Może na wiosnę? No i jeszcze jedno: zwisając z drabinek, młody podciąga już zgięte nogi pod brzuszek.

Teraz trochę statystyk:
wzrost: 84cm
waga: 10,1kg
główka: 51,5cm
nr buta: w większości firm 23, dorzynamy jeszcze Emele nr 22, ale do końca jesieni już nie dotrwają.

Czyli urośliśmy w sam raz, trochę mniej przytyliśmy, stopy rosną zdecydowanie za szybko;p
Mieliśmy też jedno szczepienie (przypominającą dawką Di-Per-Te), które mały zniósł bez zarzutu, a wcześniej próbę wprowadzenia pieczonego w cieście mleka zakończoną niewielkim zaostrzeniem AZS (kilka delikatnych plamek, które zniknęły po paru dniach natłuszczania Linodermem) i jednodniową śluzową biegunką. Poza tym zdrowie i energia dopisuje smykowi jak zawsze.



Ostatnio odnotowaliśmy u synka dowody na istnienie pamięci długotrwałej. Andrzejek bez problemu rozpoznaje na zdjęciach osoby, których nie widział od kilku tygodni i pamięta ich imiona. Ukochany niekapek, zostawiony przez nieuwagę u cioci i podmieniony na ten sam model w tym samym kolorze, popadł w niełaskę. Jakby synek wiedział, że to nie jest ten sam kubeczek. Choć minęło już ładnych parę dni, mały cały czas płacze o tamten, a my nie za bardzo mamy jak go teraz odebrać. Na szczęście synek umie już pić po dorosłemu, więc może to wstęp do rozstania na dobre?
Wygląda na to, że zaczyna też działać jędrusiowa wyobraźnia. synek coraz częściej robi coś "na niby" - wkłada sobie na głowę puszkę po klockach i oznajmia, że ma "hem"(hełm), łapie zasilacz od laptopa i udaje, że rozmawia przez telefon, a nic nie jest tak fantastyczną stajnią dla drewnianego konia jak pudełko po mojej herbatce laktacyjnej.

Mój osobisty sekretarz;)

Jędruś odkrył też w sobie żyłkę handlarza i negocjatora. Niedawno za śmieszne pieniądze wykupił od nas odkurzacz, a dziś w zamian za zwrot butelki płynu do mycia naczyń musiałam dać mu aż 4 kulki skarpetek do zabawy.
Najbardziej jednak andrzejkową mamę rozczula nowość z wczoraj: "Adziej kocha" połączone z buziakiem. A kiedy już Andrzejek da buziaka mamie, wyciąga łapkę w kierunku brzuszka i dodaje: "dzidzi kocha", po czym głaszcze brzuszek albo też daje buzi. Jednak drobne małżeńskie czułości przy dziecku to dobra rzecz:)



piątek, 27 września 2013

Liebster Blog award II :D

Jest mi bardzo miło, że znów zostałam doceniona. Kilka dni temu otrzymałam nominację do Liebster Blog Award. Wyróżniła mnie Agnieszka Modzelewska prowadząca bloga "Super dzieciaczki".
Serdecznie dziękuję - miło jest czytać, że dobrze się u mnie czujecie:)
Żeby nie powtarzać kolejny raz zasad przyznawania tego wyróżnienia, odsyłam do linkowanego posta Agnieszki i przechodzę do odpowiedzi na pytania:)


1.  Co chciałabyś zobaczyć, zwiedzić ( miejsce na świecie )? Kijów, Moskwę i Petersburg
2.  Ulubiony kolor? zależnie od nastroju - bordo, biały albo stonowane odcienie niebieskiego
3. Ulubiony serial? Alternatywy 4/Czterdziestolatek
4. Jeździsz samochodem? Tak, choć po Krakowie się boję
5. Szminka czy tusz do rzęs ? błyszczyk i czarna henna:)
6. Jedna rzecz jaką zabrałabyś na bezludną wyspę? zależy od klimatu. W optymalnym wzięłabym broń
7. Chciałabyś się cofnąć w czasie, aby coś zmienić ? Nie
8. Co najbardziej lubisz kupować ? Niemowlęce ubranka. Lubię też wybierać najładniejsze owoce i warzywa na straganie
9. Ulubiony miesiąc? Grudzień
10. Góry czy morze? Góry
11. Najfajniejszy i najgorszy prezent jaki dostałaś ? Najgorszy, bo ja wiem... nie pamiętam. A najfajniejszym prezentem od losu jest moja rodzinka, która już niedługo się powiększy:)

 A teraz moje pytania:

1. Książka do której wracasz?
2. Gdy dziecko zasypia, ja...
3. Co dało Ci macierzyństwo?
4. Twoja ulubiona piosenka?
5. Moje dziecko/dzieci chciałabym wychować na...
6. Czego się boisz?
7. Moim największym marzeniem jest...
8. Twój największy talent?
9. Najlepsza rada jaką w życiu dostałaś?
10. Co fajnego zrobiłaś ostatnio dla siebie?
11. Twoje popisowe danie? 

A do zabawy zapraszam tym razem:

http://przewijak.blogspot.com/
http://projektczlowiek.blogspot.com
http://marny-puch.blogspot.com
Martę za http://miodowakropelka.blogspot.comhttp://martecznik.blogspot.com/
http://mamabloguje1.blogspot.com/  
http://i-sie-zaczelo-od-f.blogspot.com/
http://ononaono.blogspot.com/ 
http://dookoladziecka.blogspot.com/
http://mamania1.blogspot.com/
http://gabi-mum.blogspot.com/http://gabi-mum.blogspot.com/

czwartek, 26 września 2013

Przymiarki do wyprawki cz.II czyli za co kochamy szmateksy

Wczoraj wspomniałam, że kupiłam już swojemu nienarodzonemu trochę szmatek. Jak zwykle ładnych, markowych i praktycznych:) Obiecałam też pochwalić się swoimi łupami. Dotrzymuję więc słowa.
Nie wiem jeszcze, i prawdę mówiąc przed porodem nie chcę wiedzieć, jakiej płci jest moje dziecko. Ubranka są więc raczej uniwersalne w kolorystyce i wzornictwie. No dobrze, może z przyzwyczajenia ciut więcej jest motywów chłopięcych, ale czy dziewczynka będzie gorzej wyglądać w body w autka albo  pajacyku z autobusem? Oto moje zakupy:



Gdybym miała czym, ozłociłabym tego, kto wymyślił, by noworodkom kupować rzeczy głównie w rozmiarze 62. Pamiętam jak półtora roku temu położne przywiozły mi Andrzejka ubranego w szpitalne fatałaszki mimo, ze dostały przygotowany cały zestaw. Okazało się, że Andrzejek się w niego nie zmieścił. Podobnie jak w większość ciuszków w rozmiarze 56, które mieliśmy dla niego w domu. Dlatego tym razem postawiłam właśnie na rozmiar 62 i 2 może 3 sztuki w rozmiarze 56. Wśród producentów przeważają NEXT, GAP i George, trochę jest też Early Days i może ze 2 ciuszki firm dotąd mi nieznanych.
Potrzebowaliśmy głównie pajacyków i rampersów (super sprawa, polecam dla takich kangurków jak Jędruś;p)


 







bodziaków




Czy wspominałam już, że od jakiegoś czasu mam przeczucie, że urodzę córeczkę? W sklepie  strasznie kusiły mnie sukienki. Śliczne, praktyczne i tak uroczo nieróżowe:) Ale jestem twarda, oparłam się. Choć... nie do końca. Coś dziewczyńskiego jednak musi być. Moje przeczucie nie może aż tak się pomylić. I to drugi raz;p



 Oprócz tego na "wadze" wygrzebałam jeszcze kilka bodziaków i pajacyków czysto białych. Przy odrobinie czasu i fantazji zrobię jakieś dowcipne naprasowanki albo po prostu coś na nich namaluję:)

Na koniec najlepsze. Za całe zakupy zapłaciłam 48zł:) I jak tu nie kochać Taniego Armaniego?


środa, 25 września 2013

Przymiarki do wyprawki cz. I

Źródło: dziecko.niania.pl


Nie jestem przesądna - zamiast w zabobony, wierzę Opatrzności, dlatego z obmyślaniem i kompletowaniem wyprawki nie czekam do momentu, kiedy będę już ociężała jak hipopotam, tylko część rzeczy chcę załatwić jak najszybciej:



Źródło: Google

1. Przejrzeć ubranka po Andrzejku
2. Zastanowić się nad tym, co będzie potrzebne i sklecić jakąś listę
3. Przejść się po sklepach i zobaczyć wybrane rozwiązania na własne oczy
4. Kupić niezbędne rzeczy
5. Wyprać i wyprasować stare i nowe ubranka, pościel etc.
6. Wyczyścić wózek i zmienić nadwozie
7. Spakować się do szpitala
8. Złożyć łóżeczko

Część z tych rzeczy już zrobiłam.

Ad. 1. Będąc w wakacje w Krośnie, przeglądnęłam rzeczy po synku. Zostawiłam te, które nie mają plam i dziurek, a te najmniej ładne wyniosłam do kontenera na odzież. Spisałam, ile i czego jeszcze dokupić.

Ad.2. Zaczęłam, pamiętając swoje wcześniejsze doświadczenia, obmyślać i spisywać to, co trzeba będzie kupić.

Ad.3. To później. Mniej więcej w połowie ciąży planuję m.in. przejechanie się po sklepach dziecięcych w celu przetestowania dostawek do wózka.

Ad.4. Możecie się ze mnie śmiać, ale już teraz wynajduję promocje na rzeczy, które stuprocentowo będą mi potrzebne, i je gromadzę.  Mam już parę opakowań chusteczek "Lactacyd", zapas płynu do higieny intymnej, który ratował mnie w poprzednim połogu, parę opakowań wkładek poporodowych  i trochę ceratowanych od spodu podkładów 60*90cm, których używałam ja (od tygodnia przed terminem, żeby nie zmoczyć łóżka ewentualnymi "wodami", a potem w szpitalu po cc) i Jędruś - do przewijania.
Kupiłam też już w sh trochę ubranek w zamian za te, które podczas krośnieńskiego przeglądu postanowiłam pożegnać. Łupami pochwalę się jutro, kiedy obfotografuję je w dziennym świetle.

Ad.5. To planuję na 6-7miesiąc ciąży. Przy Jędrusiu był to dla mnie najfajniejszy okres ciąży, w którym miałam jeszcze dużo siły i chęci.

Ad.6 i 8. Mąż zrobi to już kiedy pójdę do szpitala i zaangażuje w te przygotowania Andrzejka.

Ad. 7. Myślę, że 3-4 tygodnie przed terminem wystarczy.

Do dokupienia pozostaje w zasadzie tylko fotelik samochodowy  (Jędruś niestety jeździł w byle czym - bo się nie znałam i poskąpiłam. Teraz przymierzam cię do Maxi-cosi cabrio-fix ) i adaptery do montowania go w ramie naszego wózka, dostawka do wózka dla Andrzejka, nowy materacyk i wyściółka do gondoli (poprzednie mają brzydkie plamy po ulewaniach starszaka) i materac do łóżeczka dla dla mniejszego misiaczka. No i nowy przewijak na łóżeczko, bo jędrusiowy bardzo już popękał. Fajnie byłoby też, gdyby udało się przenieść Andrzejka na duże łóżko, nie musielibyśmy wtedy potykać się o 2 dziecinne. No ale nic na siłę.

Nie będzie niczym odkrywczym stwierdzenie, że kompletowanie wyprawki dla kolejnego dziecka jest nie tylko tańsze, ale i łatwiejsze niż przy pierwszej latorośli - szczególnie jeśli, tak jak u mnie, dzieci rodzą się w podobnym momencie roku.
Pomijając fakt, że sporo rzeczy po prostu się już ma, wydaje mi się, że to dlatego, że przy drugim dziecku jest się po prostu mądrzejszym i bardziej doświadczonym. Pewne rzeczy są już wypróbowane i łatwiej unikać pokus czekających na debiutantów. Prosty przykład - ciuszki. Na pewno nie kupię już bodziaków i pajacyków zapinanych z tyłu, szczególnie tych z "klapką" na pupę. Może to i ładne, ale niewygodne dla leżącego na plecach niemowlaka i zapinającego kilkanaście razy dziennie toto rodzica. Kolejny - kosmetyki. Mój młodszy maluch będzie używał dokładnie tych samych, co jego starszy brat. Na początek tylko płyn natłuszczający "Ziajka" i do pupci Linoderm Plus z alantoiną. Żadnych cudów do twarzy, szamponów, oliwek i innych pierdółek. W razie potrzeby znów sięgniemy do kosmetyczki Jędrusia:)
Nie zamierzam też kupować smoczków-uspokajaczy, butelek (te mam po Andrzejku) ani zabawek. Tych mamy masę, a dostaniemy pewnie jeszcze drugie tyle. Będę za to musiała kupić laktator. Poprzednio miałam ręczny z Aventu, przechodni w rodzinie - i na nas zakończył swoją ziemską wędrówkę, bo części do niego są cholernie drogie, a u nas sprzęcicho chodziło na okrągło przez ponad 16 miesięcy. Tym razem kupię raczej elektryczny. Zastanawiam się nad używanym Aventem albo Lovi Prolactis, ewentualnie nowym  Tufi - też ma świetne opinie, a jest o połowę tańszy.

 Z zakupów dla siebie - czeka mnie wybór spodni ciążowych i to we w miarę niedługim czasie. Na razie, choć brzuszek jest już widoczny, mieszczę się w spodnie sprzed ciąż, ale to kwestia raczej tygodni niż miesięcy. Na razie poluję w sh i w necie, ale królują rozmiary od L w górę:(
Będę też musiała kupić nowe biustonosze i najważniejsze - rajstopy i pończochy przeciwżylakowe. Mam już ulubioną, od lat wypróbowaną firmę - jeszcze z czasów stażu w Aptece Bonifratrów, która - oprócz zielarstwa - specjalizuje się właśnie w profilaktyce i leczeniu żylaków. Wiedzą podzielę się z pewnością, kiedy znajdę wolny wieczór na napisanie dłuższej "tyrady";p

A na razie - zmykam na kolację:)

poniedziałek, 23 września 2013

Kolejne szczepienie i jędursiowe strachy

Źródło: mapazdrowia.info
Udało się. Mimo ostatniej biegunki (na szczęście jednodniowej) i plamek na buzi, które prawie już zniknęły, pani doktor zakwalifikowała Andrzejka do szczepienia i tak oto ostatnia dawka Di-Per-Te już za nami. Jędruś kłucie zniósł bardzo mężnie - krzyknął tylko "Au!".
Za to podanie mu potem Nurofenu w syropie to była już inna historia. Trafił się nielubiany przez niego pomarańczowy smak i syropek za Chiny Ludowe nie mógł znaleźć drogi do małego gardziołka. Trafiłam dopiero nie wiem za którym razem, choć męża w trzymaniu małego dzielnie wsparła pani pielęgniarka. Ale order "Dzielny Pacjent" i tak się należał.

Potem była obserwacja. Kwitliśmy w korytarzu 2 godziny mając co 30min. prezentować się pielęgniarce. Okazało się, że wszystko w najlepszym porządku, a mały po szczepieniu rozrabiał za całą poczekalnię innych dzieci, które siedziały tam jakby czekały na ścięcie.
Przy okazji wieczornej toalety obejrzałam kłutą nóżkę. Ani śladu po zastrzyku:D

Zaciekawiła mnie - i zaniepokoiła - inna sprawa. Mam wrażenie, że od jakiegoś miesiąca, może dwóch, mój mały Kozak staje się coraz bardziej... strachliwy.
Przykład z dzisiaj - miejsce akcji: Poradnia Chorób Zakaźnych, gabinet lekarki, którą Andrzejek zna i na którą do tej pory reagował wyszczerzem od ucha do ucha. Wchodzimy, Jędruś jak zwykle kokietuje lekarkę i w czasie, gdy ja udzielam wywiadu, cichutko i grzecznie demoluje gabinet. Jednak kiedy tata sadza go na wadze, następuje błyskawiczny atak histerycznego płaczu i natychmiastowa ewakuacja - gdyby nie mąż, mały zwyczajnie zszedłby z wysokiej na ponad metr komody, na której stała waga. Podobnie zareagował na stetoskop - zimny nie był, pani doktor ogrzała go przed badaniem - ale i tak spowodował histerię. Tylko dlaczego?

Przykład drugi: dziś są imieniny teściowej, więc na prezent postanowiliśmy podarować jej oprawione zdjęcia Andrzejka. Przy okazji spaceru udaliśmy się więc do fotografa, ale nie takiego dziecięcego, który wystylizowałby Jędrulka jak kukiełkę i przez bite kilka godzin pstrykał go w stu wariantach z piętnastoma symbolicznymi gadżetami, a na koniec zdarł skórę z rodziców, tylko do takiego najzwyklejszego zakładu przy pobliskim centrum handlowym. Trafiliśmy na przemiłego pana w średnim wieku, który od razu złapał z małym wspólny język, oprowadził go po zakładzie, pokazał aparat, a na koniec postawił na krzesełku, ustawił aparat na statywie i... no właśnie, sami zobaczcie, jak rozwijała się sytuacja.



Po godzinie spaceru postanowiliśmy spróbować jeszcze raz, ale sytuacja przybrała obrót jeszcze bardziej dramatyczny - Andrzejek nie chciał nawet wejść na stołeczek. Daliśmy więc spokój i wywołaliśmy 2  pierwsze ujęcia z pierwszego podejścia - fotograf wyciął oczywiście rękę taty i zasłonkę. Wyszło mniej więcej tak:




Mieliśmy jego zabawki, zarówno my jak i fotograf zrobiliśmy wszystko, żeby Andrzejek czuł się swobodnie... o co poszło? Najgorsze jest to, że takie płacze zdarzają nam się coraz częściej w sytuacjach zupełnie "niegroźnych".

???

Macie jakieś pomysły?



niedziela, 22 września 2013

Interes życia

Źródło: dzieci.pl
Dzisiaj tak króciutko, bo w zasadzie poza jednym zabawnym wybrykiem synka nie zdarzyło się nic szczególnie niezwykłego. Tymczasem ta jedna sytuacja sprawiła, że mąż zaczął sprawdzać, czy Andrzejkowi przypadkiem nie zaczynają rosnąć pejsy;p

Rośnie nam bowiem prawdziwy handlarz, który sztukę targowania się wyssał chyba z Bebilonem Pepti, bo w moim mleku raczej tego składnika brak. Wczoraj Jędruś porwał mi mój "zakupowy" portfelik i wygrzebał z niego kilka drobnych monet. Wyoglądał je dokładnie z każdej strony, dość długo ważył w dłoniach, po czym zsypał na jedną łapkę i, podtykając mi je pod nos, powiedział: "Daj mi okuać(odkurzacz)" .  No cóż, jak już wspomniałam, w przeciwieństwie do syna, ja nie mam głowy do interesów. I tak całkiem nowy, sprawny wodny Zelmer poszedł za 2,75 PLN. Dobrze, że został w rodzinie, może nowy właściciel pozwoli nam od czasu do czasu skorzystać;p

sobota, 21 września 2013

Z cyklu: Małe wielkie osiągnięcia - Jak masz na imię?

Źródło: Google
Jakiś czas temu zobaczyłam rozdzierającą scenę - kilkoro starszych ludzi skupionych wokół małego, na oko 3-, może 4-letniego struchlałego z przerażenia chłopca, usiłowało się dowiedzieć, jak mały się nazywa i gdzie mieszka. Dziecko ledwo mówiło, ciężko było zrozumieć cokolwiek poza "nie wiem". Wiedział tylko jak ma na imię, nawet nazwiska nie potrafił wymówić w sposób jednoznacznie zrozumiały. Już nie wspominając o numerze bloku, a rozpoznać go nie potrafił, bo na starym nowohuckim osiedlu wszystkie bloki wyglądają podobnie. Zapytałam, czy nie trzeba wezwać policji, ale usłyszałam, że ktoś już to zrobił i patrol jest w drodze. W końcu patrol przyjechał i miła pani policjantka zaprowadziła chłopczyka do radiowozu.
Strasznie mi było żal tego malucha i zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób uchronić synka przed taką sytuacją na wypadek, gdyby zdołał nam uciec i się zgubił. Przyznam, że nie bardzo wiem jak to zrobię, ale chciałabym, by Andrzejek (pomijam tu kwestię zaufania do obcych) w podobnym wieku umiał się wyraźnie przedstawić imieniem i nazwiskiem, pamiętał nasze imiona i pełny adres, a także bezbłędnie rozpoznawał, w którym bloku i klatce mieszka. Gdy widzę w pamięci buzię tamtego spłakanego chłopca, uczenie takich prozaicznych rzeczy wydaje mi się daleko ważniejsze od kolejnego wierszyka czy piosenki. ..

Na razie na wielką naukę jest za wcześnie, ale podstawy są dobre. Mały ma dość wyraźną wymowę i odpowiada już na proste pytania. Zaczęłam więc od najprostszego: "Jak masz na imię?"
Z początku młody na wszystkie pytania o czyjekolwiek imię uznawał tylko jedną odpowiedź: "Adam".
Po prawie dwóch tygodniach codziennego "treningu" dziś rano mały mnie zaskoczył. Zapytany przez babcię jak ma na imię, odpowiedział: "Adziej"  - czyli sukces podwójny: nie tylko prawidłowa odpowiedź na zadane pytanie, ale też najlepsza jak dotąd wersja własnego imienia (po "Adzinie", "Adinie", "Adenie" i "Adeju"). Od jutra dokładamy imię mamy. Tu będzie ciężej, bo Jędruś nie wymawia "L" i zamiast "Oli" wychodzi mu takie wschodnie "Oła";p
No, ale mamy dużo czasu na ćwiczenia:)

piątek, 20 września 2013

Masz ci babo placek - i pocieszenie na zaostrzenie.

Źródło: eioba.pl
Zrobiłam wczoraj, wedle wskazówek naszej pani alergolog (KLIK) próbę prowokacyjną z ciastem, wykorzystując przy okazji nieco wynalezionego przez mojego męża Gerbera Pepti (więcej w TYM poście). Wykorzystałam znaleziony w necie przepis na ciasto bez jaj, mleko zastąpiłam połową szklanki wspomnianego wynalazku męża i wodą, zamiast wanilii dodałam odrobinę (pół łyżeczki na blachę) cynamonu (młody go zna i dobrze toleruje) i dorzuciłam trochę śliwek. Przepisu jednak nie polecę, bo, mimo wszystkich moich wysiłków, ciasto z dodatkiem Bebilonu pepti okazało się nie tylko niejadalne, ale nawet niewąchalne.

Nawykłemu do tego świństwa synkowi ciasto smakowało, ale niestety, to byłoby za piękne, żeby mogło być prawdziwe. Po zjedzeniu kawałka placka wczoraj na podwieczorek już po kąpieli zauważyłam nieduży suchy - nomen omen - placek na lewym policzku i małe plamki na łokciach. Złapane w porę i wypielęgnowane od początku, nie powinny Andrzejkowi dokuczać. Gorzej, że dziś do zmian skórnych dołączyła biegunka. Niezbyt nasilona - taka typowo alergiczna - po Jędruli, poza wysypką, w ogóle nie było widać, że coś mu dolega, ale nasze poniedziałkowe szczepienie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Zabierzemy młodego do lekarki, a ona go obejrzy i najwyżej odroczy szczepienie, świat się nie zawali.

To wspomniane w tytule pocieszenie było potrzebne chyba bardziej mnie niż Jędrusiowi. Zawsze po nieudanej prowokacji mam nos na kwintę i zastanawiam się, co zrobiłam źle. Może za bardzo się pospieszyłam? Może w mieszance było jednak za dużo tego Gerbera... Tymczasem mama męża, chcąc sprawić prezent wnusiowi, dostarczyła masę radochy nam wszystkim. Wzmiankowanym prezentem było autko-jeździk do odpychania się nogami, o takie:



Andrzejek wsiadł na taki pojazd pierwszy raz w życiu, ale od razu załapał, jak trzeba się odpychać nogami, a chwilę później opanował też sterowanie kołami za pomocą kierownicy. A my, dorośli, siedzieliśmy w różnych kątach pokoju i obserwowaliśmy, jak nabiera wprawy w prowadzeniu samochodu. W pewnym momencie Jędruś krzyknął: "jedzie do baci"  - i rzeczywiście, w wyniku kilku sprawnych manewrów precyzyjnie zaparkował przed babcią i z pojazdu dał jej buzi. Podobnie podjeżdżał też "do taty" i "do mamy", a po osiągnięciu celu głośno oznajmiał, kogo tym razem zamierza zaszczycić. I tak przez prawie pół godziny. Aż żałuję, że fotorelacji nie ma, ale szkoda mi się było odrywać... Mój Misiul kochany:D

czwartek, 19 września 2013

Podsumowanie drugiego miesiąca ciąży

Minął kolejny, drugi już miesiąc mojego oczekiwania na jędrusiowe rodzeństwo.
Minął miesiąc, ale drobne ciążowe niedogodności są nadal ze mną. Przywykłam do nich do tego stopnia, że dzień bez porannych mdłości albo zachcianki na sól z dodatkiem twarożku budzi we mnie coś jakby zaniepokojenie i sprawia, że cicho modlę się o znak, że wszystko jest po staremu.

Powiedzieliśmy już o dziecku najbliższej rodzinie. Ku mojemu zdziwieniu, nikt nie pytał jak sobie poradzimy ani nie narzekał na ciężkie czasy - wszyscy się cieszą i gratulują:)
Zaczęły się już nawet spekulacje na temat płci - pewnie ze stanu mojej cery i zaokrąglającej się już sylwetki babcia i prababcia malucha wywnioskowały, że jest on dziewczynką;p
Ale ja tam wiem swoje;p

Najważniejszym punktem tego miesiąca była wizyta u lekarza, w czasie której dowiedziałam się, że dziecko mierzy (tzn. przed ok. półtora tygodnia mierzyło) 2,5cm licząc od czubka głowy do pupy. I że  zastrzeżeń do jego rozwoju na razie brak. Mam co prawda malutkiego krwiaka, ale nie stanowi on zagrożenia dla dziecka i przy odpowiednio spokojnym trybie życia i systematycznym zażywaniu leków powinien się szybko wchłonąć.
Bardzo na to liczę, bo, może z powodu doświadczeń z poprzednich ciąż, na hasło "krwiak" od razu zapala mi się moja wewnętrzna czerwona lampka.

Jeśli chodzi o moją statystykę:
  •  prawie półtora tygodnia temu ważyłam 51,7kg, a więc 200g na plusie. Teraz pewnie ciut więcej, ale nie ma tragedii.
  • w biodrach nadal 92cm, za to w pasie już 67 - czyli +3cm. Wieczorami brzuszek zaczyna już być lekko widoczny. Na razie w miarę swobodnie wchodzę w spodnie sprzed ciąż, ale podejrzewam, że już za miesiąc-półtora w ruch pójdą gatki z panelem.
  • urósł mi biust. Musiałam popuścić ramiączka i haftki w obwodzie, żeby jeszcze trochę wytrzymać w dotychczasowym rozmiarze. Niedługo z 65E będę musiała przeskoczyć na F. Ciekawe, czy mój ukochany Esotiq takie szyje - poza modelami do karmienia. A może znacie inne niedrogie firmy z szeroką rozmiarówką dla patyczaków?
A to ja i początki mojego brzuszka - zdjęcie prawie aktualne, bo z wczoraj:


Z wieści okołociążowych - Andrzejek już chyba przywykł do "nowej" mamy. Wcale nie domaga się brania na ręce, ani zdejmowania z krzesła do karmienia. Z wychodzeniem i wchodzeniem na nie radzi sobie sam, więc nie muszę się dodatkowo forsować. Przewijanie na podłodze też już mamy opanowane. No dobra, prawie, bo mały często mi jeszcze zwiewa.
No i Jędruś chyba częściowo zrozumiał już, że mama ma w brzuszku dzidzię. Czasem nawet przychodzi się do niej przytulić. Wie też, że on i tatuś nie mają dzidzi - dzidzia jest tylko u mamusi.
Oby był fajnym starszym bratem...

środa, 18 września 2013

Ubi tu caius, ibi ego Caia*

... 18 września 2010 roku nie miałam na sobie nic niebieskiego, nic pożyczonego, a jedyne, co można było uznać za stare, to buty, które odkupiłam od koleżanki biorącej ślub krótko przede mną.
Niczego nie zaszywałam w żadnej części swojej garderoby, nie miałam pieniążka w bucie, hucznego weseliska ani sesji plenerowej.

Była za to niezwykła ceremonia zaślubin, a po niej uroczysta Msza w rycie trydenckim (tak jak przed soborem Watykańskim II, ksiądz odprawiał ją po łacinie, odwrócony tyłem do wiernych. Na takie właśnie Msze chodzimy w Krakowie od ładnych paru lat).



Przedsoborowa Msza za nowożeńców różni się nieco od współczesnych Mszy ślubnych. Przede wszystkim zawiera piękne błogosławieństwo żony:

   Wejrzyj łaskawie na tę służebnicę Swoją,
która u progu życia małżeńskiego błaga o Twoją opiekę i obronę.
   
Niech znajdzie w tym związku słodkie jarzmo miłości i pokoju.
Niech pełna wiary i czystości wchodzi w związek małżeński w Chrystusie 
i niech trwa w naśladowaniu świętych niewiast .
Niech będzie miła swemu mężowi jak Rachel,mądra jak Rebeka,
niech długo żyje i będzie wierna jak Sara.
   
Niech sprawca przeniewierstwa nie przypisze sobie żadnego z jej czynów.
  
 Niech będzie wytrwała w wierze i pełnieniu przykazań.
Z jednym mężem złączona, niech unika niegodziwych znajomości.
Niech umacnia swą słabość siłą karności.
   
Niech skromność nadaje jej powagę, a wstydliwość budzi cześć,
niech będzie biegła w nauce objawionej.  Niech się doczeka licznego potomstwa.
Wypróbowana w cnocie niech żyje bez skazy, 
a kiedyś niech osiągnie pokój Błogosławionych i królestwo niebios.
   
Oboje niech oglądają potomstwo aż do trzeciego i czwartego pokolenia, 
i doczekają się pogodnej starości.
Przez tegoż Pana.
Amen


Podczas Mszy pięknie śpiewał chór, który specjalnie dla nas ściągnęła pani, która po kilku latach gotowania w domu mojej mamy stała się Przyjacielem Rodziny:)
A kiedy dowiedziałam się, że specjalnie dla mnie cały chór liczący kilkadziesiąt osób uczył się "Witaj Pokarmie", to po prostu się popłakałam...

Potem było niewielkie przyjęcie dla przyjaciół i rodziny - uroczysty obiad, tort, z weselnych zwyczajów pozostawiliśmy jedynie pierwszy taniec - zatańczyliśmy coś rumbopodobnego do "How wonderful you are" Gordona Haskella - i podziękowanie rodzicom.




Nie było zabaw, oczepin, niczym nie rzucałam. Dzięki temu na pamiątkę został mi kompletny strój i... bukiet.



Mój bukiecik złożony w większości z kwiatów i traw zbieranych przez męża dzień przed ślubem przepięknie się zasuszył i do dziś stoi w moim "panieńskim" pokoiku w Krośnie.
Ciągle mam też jeden egzemplarz zaproszenia na nasz ślub. Stoi na półce obok dekoracji z naszego stołu:



Suknię ślubną mierzyłam przy każdym letnim pobycie w Krośnie - za każdym się w nią mieściłam. Nawet w trzecim miesiącu ciąży z Andrzejkiem:) Teraz pewnie byłoby już trudniej, ale czy to ważne?

Ważne jest to, że się kochamy i dotrzymujemy tego, co przysięgaliśmy:)



*post zmodyfikowany na życzenie męża, który poprosił o wycięcie go ze zdjęć (8.12.2013)

wtorek, 17 września 2013

Przed rocznicą

Źródło:wielkiezarcie.com
Jutro ja i mój mąż obchodzimy trzecią rocznicę naszego ślubu.
Mieliśmy z tej okazji iść do muzeum i na kolację do restauracji, ale zachorowała nam opieka do Andrzejka i musimy zmienić plany.
Zaproponowałam ciacho i film, po czym zapytałam, co mąż chciałby, żebym mu upiekła. Jako, że będzie to moje pierwsze "prawdziwe" (czyt. niewegańskie) ciasto od porodu Jędrusia, liczyłam, że pozwoli mi się wykazać i wybierze sobie coś z masami, polewami, galaretkami, czy choćby bezą lub kajmakiem. A on zażyczył sobie... babkę piaskową...

No dobrze, będzie babka. Po uśpieniu Andrzejka rozłożyłam się z pieczeniem, a mężuś, patrząc na mikser, wypalił: NO CHYBA NIE ZAMIERZASZ TEGO WŁĄCZAĆ!
Nie, będę tarła do północka pałką w makutrze... Zapytałam - to chcesz tę babę czy nie? Bo jutro nie będę miała jak jej zrobić.
Mąż na to, że chce, ale żebym zrobiła ją CICHO, BO JĘDRUŚ SIĘ OBUDZI.

Jestem pewna, że Jędruli nie ruszyłby odgłos pracy miksera. Chodzi znacznie ciszej niż blender, którego używam często, a którego charakterystyczne "wrwrwr" Jędruś lubi i chętnie naśladuje.

No ale mąż się boi, trzeba coś wymyślić.
Mam! Przesiałam sobie mąki, proszek i cukier puder, wbiłam jajka do miski robota kuchennego, dorzuciłam do nich posiekane masło oraz "składniki suche", śmietanę i sok z cytryny i zainstalowałam się najdalej jak mogłam od Andrzejka i jego słodkich snów:



ten gustowny stolik wynika stąd, że sznur robota okazał się za krótki, by sięgnąć do najbliższego kontaktu.
Po niespełna 10min pracy robot kuchenny stworzył przepiękne puszyste ciasto, które, przeżegnane przez męża, poszło do piekarnika i właśnie nabiera złocistego odcienia.



Podzielę się przepisem, bo jest naprawdę świetny - pochodzi ze starych zeszytów, w których moja babcia notowała wszystko, co godnego uwagi podłapała u rodziny i znajomych. Mnie zawsze się udawał.

4 duże jaja
15dag mąki pszennej (tortowa lub pół na pół z krupczatką)
10dag mąki ziemniaczanej
15-20dag cukru pudru (daję 15, wtedy nie jest za słodka)
sok z połowy cyrtyny
4 łyżki śmietany 18% lub kwaśnego mleka
2 niekopiate łyżeczki proszku do pieczenia.

Ponieważ ja mam robota, nie przejmowałam się kolejnością, wrzuciłam do miski wszystko na raz (mąki z proszkiem i cukier wcześniej przesiałam) i pozwoliłam urządzeniu zrobić wszystko za mnie. Tymczasem trąc ciasto tradycyjnie lub ręcznym mikserem, lepiej trzymać się kolejności:

miękkie masło utrzeć na puch. Wciąż ucierając, dodawać kolejno jajka i trzeć do białości. Następnie - cały czas ubijając - dodać cukier puder, część wymieszanych, przesianych mąk z proszkiem, śmietanę, pozostałą część mąk z proszkiem i sok z cytryny.

Piec w temperaturze 180st (z termoobiegiem ciut niższej) do uzyskania pięknej złotej barwy i "suchego patyczka". U mnie zwykle było to ok. 50minut do godziny.

Jeszcze pięć minutek:)


Smacznego:)



poniedziałek, 16 września 2013

Bunt na pokładzie

W moich postach twierdziłam nieraz, że mój syn, choć nie skończył jeszcze półtora roku, ma już pełnoobjawowy bunt dwulatka. Ostatnie 2 dni sprawiły, że zaczęłam mieć nadzieję, że przesadzam. Nic z tych rzeczy.
Dzisiaj wesołego psotnika z ostatnich dni zastąpił Buntownik z Byle Powodu.
Na dodatek dzisiaj po raz pierwszy Andrzejkowi udało się zrobić rodzicom wstyd w miejscu publicznym.
Do rzeczy: ponieważ mój mąż od dawna przebąkiwał, że chciałby pojechać do opactwa Benedyktynów w Tyńcu, postanowiłam, że wybierzemy się dziś. Wstaliśmy rano, zjedliśmy śniadanie, całkiem sprawnie się zebraliśmy i w drogę.
W samochodzie Jędruś pyta o przejeżdżające obok nas tramwaje - tłumaczę mu wszystko najprościej jak potrafię. Wtedy Andrzejek postanowił "Adin jedzie tladajem!"(Andrzej jedzie tramwajem). Znów tłumaczę, że jedziemy autkiem, a tramwajem pojedziemy niedługo do Pani Doktor. "Nie! Jedzie tladajem! Tladajem! Tladaaajeeem!!!" i ryk do samego Tyńca. Zaczęliśmy nawet udawać, że naprawdę jedziemy tramwajem i naśladować jego odgłosy, ale na nic się to zdało.

Dojechaliśmy na miejsce i postanowiliśmy zacząć od "Przystani pod Lutym Turem" czyli przystanku krakowskiego "tramwaju wodnego" pływającego po Wiśle.




Andrzejek porozglądał się dookoła, ucieszył się na widok kaczek i kolegi w podobnym wieku, który pojawił się na horyzoncie, jednak w pewnym momencie, w niecałą godzinę po śniadaniu zaczął dopominać się o jedzenie. Dostał więc jogurcik i poszliśmy oglądać opactwo.


Dziedziniec opactwa. Widok spod kościoła.

Kościół na terenie opactwa. Widok z murów od strony kawiarenki

Weszliśmy do pięknego kościoła, gdzie syn przez chwilę zachowywał się przyzwoicie, by za moment zacząć głośno komentować każdą panią i każdego pana wchodzącego do kościoła. Co za szczęście, że nie wyraża jeszcze opinii na temat ludzkich sylwetek i urody...

Wyszliśmy z kościoła i udaliśmy się do księgarni. To znaczy mąż miał tam wejść, a my poczekać na zewnątrz, ale Andrzejek tak się wyrywał, że postanowiłam w końcu zaprowadzić go "tam do taty".
W księgarni również Andrzejek był grzeczny przez jakąś minutę. Błyskawicznie wyczaił niedomkniętą szafkę z dewocjonaliami i tylko mój refleks powstrzymał go przed splądrowaniem jej zawartości. Wspólnymi siłami moimi i sprzedawczyni, udało się odwrócić andrzejkową uwagę od tych nieszczęsnych różańców i zainteresować go małymi ikonkami z wizerunkami świętych. Ikonki spodobały się tak bardzo, że młody, wziąwszy sobie kilka, postanowił cichaczem opuścić księgarnię. Nie pozwoliłam mu na to i dopilnowałam, by wszystkie ikonki odłożył na miejsce. Uff, choć raz obyło się bez krzyków... Jędruś szybko się jednak otrząsnął i chwilę potem już zaczepiał też starszych państwa, którzy wybierali bajeczki dla swoich wnuczek i próbował wspinać się po tacie, by dostać się do obrazów i rzeźb wystawionych na najwyższej półce. W końcu kupiłam dla niego upatrzoną wcześniej książeczkę z rymowaną modlitwą, a mąż złapał syna na ręce, przeprosiliśmy wszystkich i skierowaliśmy się do wyjścia. Wtedy zaczęła się scena stulecia. Jędrula zaczął wrzeszczeć tak, że trudno było rozróżnić jego słowa, za to łatwo było zorientować się, kiedy wpada w udawany bezdech. Na dodatek wyprężył się w łuk i zaparł się w drzwiach, by uniemożliwić ojcu wyniesienie go na zewnątrz. Myśleliśmy, że zapadniemy się pod ziemię, szczególnie, kiedy sprzedawczyni powiedziała, że jeszcze nie miała klienta, który tak przeżywał, że musi opuścić księgarnię.

Następna była "Kawiarnia Tyniecka" pięknie położona na murach opactwa.

Widok spod wejścia do Kawiarni Tynieckiej

Mąż zamówił sobie bardzo mocną kawę "po etiopsku" i sernik, a ja deser lodowy zwany "Przysmakiem ojca Leona" czyli lody waniliowe z bitą śmietaną podlane czymś wspaniałym - konfiturą truskawkową w musie malinowym. Niebo w gębie, ojciec Leon musi mieć niezwykłe samozaparcie, skoro jest taki szczupły...

Przysmak ojca Leona. Naprawdę wyglądał lepiej.

Wcale się nie dziwię, ze Andrzejek, choć niedawno wciął swoje drugie śniadanie, zaczął domagać się swojej porcji. Dostał więc wafelka (upewniłam się wcześnie, że może) i dość sporą porcję tejże wspaniałej konfitury - w dodatku za piękne oczy, bo nie zostało nam to doliczone do rachunku. Młody zjadł aż mu się uszy trzęsły i donośnym głosem zawołał "Dobe niam. Daj mi dobe niam!" . Porcja była naprawdę spora, więc nie wypadało nam już naciągać pań i Andrzejkowi odmówiliśmy mówiąc, że już wszystko zjedliśmy, a teraz pięknie dziękujemy i jedziemy do domu. A Jędrula swoje. "Nie domu! Daj mi dobe niam!" . Gdy to nie przyniosło skutku, przyszła pora na popisowy numer. Młody uklęknął, pochylił głowę, schował spłakaną buzię w dłoniach i zaczął cichutko pochlipywać: "Daj niam, dobe niam..." Byliśmy nieugięci i musieliśmy nawet hamować zapędy miłej młodziutkiej sprzedawczyni, która dała się złapać i ulitowała się nad bieduśkiem. Ale wstrętni ci rodzice... A było już tak blisko.

Chcieliśmy iść jeszcze do sklepu z produktami benedyktyńskimi, ale widmo kolejnego cyrku o "kiebaśki" albo "siocie" (soczek) skutecznie zniechęciło nas do zabierania tam Andrzejka. Rozdzieliliśmy się więc i ja poszłam na poszukiwanie cudownej konfitury (była, ale jaka droga, 14zł za nieduży słoik) i "Piwa Szafarza" dla męża, a chłopaki poszli się przewijać do toalety (kochani Benedyktyni, pomyśleli nawet o przewijaku). Potem droga powrotna, znowu cyrk o tramwaj, potem dom i cyrk, bo mały nie chciał obiadu... wymiękam.

Nasze "pamiątki, czyli dla każdego coś miłego:) (podpiwek jest bezalkoholowy, więc nawet ja mogę go pić - bez obawy, że urodzę pijane bobo;p)


Niech mnie ktoś pocieszy:(
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...