sobota, 31 sierpnia 2013

Wszystko co piękne, szybko się kończy

Dobiega końca nasz pobyt w Krośnie.
Spędziliśmy tu półtora miesiąca, a ja mam wrażenie, że przyjechaliśmy wczoraj.
Już w poniedziałek z bólem serca (mówię za siebie) wracamy do Krakowa.
A tu było tak wspaniale...

Po krakowskim smogu czyste podkarpackie powietrze.
Po wszechobecnym betonie nowohuckiego blokowiska - widok na koronę czereśni.
Po dwupokojowej klitce - wielki dom.
No i najważniejsze - moi rodzice, babcia i brat. I jeszcze Gaja, ich psiur, niekwestionowana mistrzyni żebrania o jedzenie przy stole.

Wyjechaliśmy we troje, wrócimy we czwórkę.
Wypoczęci, zregenerowani.

Jędrula urósł o 2cm, przytył prawie pól kilo, nabrał ładnych rumieńców i rozgadał się do granic niemożliwości.
Przeprosił się też z Gają, która wreszcie przestała przed nim uciekać.
Babcia i dziadek nie chcą go wypuścić.
Pierwszy raz widział kozy, owce, krowy i alpaki.
Spacerował szlakiem Beskidu Niskiego na własnych nogach (gapy - zapomnieliśmy nosidła) i trochę u taty "na barana".
Spróbował oscypka i bigosu. Nauczył się jeść owoce w w kawałku...
No i pannę sobie znalazł. A nawet dwie - roczna córeczka mojej koleżanki jest urocza, ale dwuletnia sąsiadka zza płotu też niczego sobie;p

Oto parę migawek z naszych wakacji - bo ciężko wybrać kilka zdjęć z ponad sześciu cudownych tygodni.





Dobrze rokuje jako starszy brat:)

Odwiedziliśmy owieczki w Krościenku

Pierwszy raz w dmuchanym zamku

Pewnego razu w "naszym" parku trafiliśmy na jakiś turniej gier i zabaw. Mój mały zdolniacha w żadnej konkurencji nie wystartował, ale nagrodę i tak zgarnął;p


















piątek, 30 sierpnia 2013

Moja trójka: Aniołek, Wyczekany i Niespodzianka.

Kiedy 2 miesiące po ślubie okazało się, że jestem w ciąży, szalałam ze szczęścia. Niestety - nie długo.Dokładnie miesiąc później w sylwestra 2010/2011 moje maleństwo odeszło.

Ponieważ po stracie dziecka wykonano mi zabieg łyżeczkowania, kazano mi, przed staraniami o kolejne maleństwo, odczekać sześć cykli. Odczekałam, niemalże licząc dni do końca tego prawie-półrocza.
W siódmym cyklu, zupełnie wbrew rozsądkowi, test zrobiłam tydzień przed terminem miesiączki. Do dziś go mam. Jest podpisany datą wykonania, a po szczęśliwym porodzie dopisałam jeszcze "ANDRZEJEK".

Zawsze chciałam mieć trójkę dzieci. Kiedy urodził się Jędruś, a potem kiedy nasze największe problemy z jego zdrowiem zostały opanowane,zaczęłam się zastanawiać - kiedy drugie? Wnioski nie napawały mnie optymizmem. Będąc w ciąży z Jędrusiem straciłam pracę, mąż z trudem utrzymywał nas z jednej pensji. Nasi rodzice też pomagali - a to przynieśli ciuszki, a to paczkę pieluch, a to moja mama po znajomości załatwiła Andrzejkowi alergologa. Pomyślałam, że odchowam młodego, pójdę do pracy, popracuję rok-półtora i zajdę w ciążę. Odchowałam synka, znalazłam pracę, a tam - po 2 miesiącach redukcja etatów. Nowej nie mogłam znaleźć, więc w lipcu chwilowo dałam sobie spokój z szukaniem i wyjechałam na półtora miesiąca do rodziców.

Podczas pobytu u nich zaczęły mi się sypać zęby. W ciągu tygodnia założono mi 2 plomby. I zlecono rentgen. Tymczasem ja zaczęłam się dziwnie czuć. A to mi się zakręciło w głowie, a to zrobiło się niedobrze przy krojeniu mięsa dla Andrzejka - odwołałam zaplanowane prześwietlenie i (do terminu miesiączki brakowało jeszcze kilku dni) poszłam na USG i do laboratorium na badanie beta-HCG. USG nic nie wyjaśniło, więc kiedy w końcu po kilku dniach zebrałam się na odwagę i poszłam do laboratorium po wynik "bety", myślałam, że to pomyłka. Bo prawie 1200 jednostek wydawało mi się wynikiem z kosmosu. Powinno być mniej niż 0,2... Nie dowierzając, zrobiłam od razu drugie badanie. Jeszcze tego samego dnia dostałam wynik - prawie 5000...

Tym razem było zupełnie inaczej niż przy Andrzejku - z ciąży skrupulatnie zaplanowanej, do której fizycznie przygotowywałam się przez długie miesiące, a psychicznie byłam gotowa od dawna.Teraz w pierwszej chwili był natłok myśli: "źle się odżywiałam", "nie brałam kwasu foliowego", "używałam peelingu z retinolem i toniku z alkoholem", "nie dosypiałam", "Boże, co to będzie? Jak damy radę?", "Co z Andrzejkiem, jeśli będę musiała leżeć?" Ja, ja, ja... a gdzie w tym wszystkim ta mała istota?

To, że spodziewamy się kolejnego dziecka, dotarło do mnie tak naprawdę dopiero wtedy, gdy trafiłam na izbę przyjęć ze skurczami i zobaczyłam mojego maluszka na ekranie ultrasonografu. Nie było jeszcze widać bijącego serduszka, ale pęcherzyk i malutki biały punkcik już tak. Ta biała kropeczka wielkości ziarenka ryżu na kilkunastocalowym ekranie- to właśnie było ciałko mojego dziecka. To wtedy tak naprawdę zakochałam się w tym maleństwie i zaczęłam drżeć o nie tak samo, jak 2 lata wcześniej drżałam o Jędrusia.
To nic, że finansowo będzie nam jeszcze trudniej.
To nic, że w naszej klitce będzie nam jeszcze ciaśniej.
To nic, że nie będą mieli najmodniejszych ciuszków, najnowszych gadżetów ani wakacji na drugim końcu świata.
Będą mieć kochających rodziców i mamę w domu tak długo, jak długo będą tego potrzebować... Najwyżej potem mama się przekwalifikuje.
Kocham i dziękuję Bogu za moje dzieciaki. Całą trójkę. Nie oddałabym żadnego.

Czysta formalność - zrobiony juz po odebraniu wyników "bety" - ot tak, na pamiątkę:D

środa, 28 sierpnia 2013

17 miesięcy. Już!

Tyle co opisywałam osiągnięcia mojego 16-miesięcznego syna, a już pora na kolejny mały bilansik. Czasie, zwolnij!
Był to chyba najfajniejszy miesiąc w życiu Andrzejka - spędzony u ukochanych dziadków, na świeżym powietrzu, na wycieczkach nad rzekę i łażeniu po okolicy. Jędruś bawił się z innymi dziećmi, uczył się obcować ze zwierzętami, widział owce, kozy, a nawet alpaki. W czasie jego trwania przeistoczył się w niezwykle pogodne dziecko, któremu do szczęścia wystarczy ogródek, miska z wodą i ugotowana kolba kukurydzy do skubania. Zaczął dobrze jeść, przybrał na wadze, sporo urósł i ładnie zarumienił się na buzi.
Aż szkoda wracać do tonącego w smogu Krakowa.

Znów obyliśmy się bez wielkich niespodzianek. Jędruś ma jakieś 83-84cm wzrostu, waży już prawie 10kg, buty nosi w rozmiarze 22/23 i czapeczkę na 24-36m-cy. Zębów ma 10 i kolejne 2  są w drodze.

Z kulinarnych nowości - moja mama po cichu wprowadziła Andrzejkowi śmietanę - po prostu dawała mu zabielone zupy w czasie, kiedy mnie i męża nie było. Przyznała się, kiedy przycisnęłam ją o paskudne kwaśne kupska młodego. Z tego powodu musieliśmy na razie odłożyć wprowadzanie mleka pieczonego w cieście. Odwlekło się, ale nie uciecze;p

Mały zaczął też jeść domowe zupki bez miksowania. Już kilka razy udało mi się go na takowe namówić. Kapuśniak zdecydowanie wysuwa się na czoło ulubionych dań Jędruli. Im kwaśniejszy, tym lepszy:)
No i przekonał się do jedzenia nektarynek w całości. Dziś wsunął dwie, nie dał ich sobie nawet obrać.

Kolejna nowość - Jędruś nie śpi już w dzień. Idzie za to spać wcześniej, między ósmą a dziewiątą wieczorem. No i zasypia praktycznie zupełnie sam.

Energią mój syn jak zwykle obdzieliłby pół przedszkola. Biega, wbiega, zbiega... jeszcze trochę, a zapomni, jak się chodzi. No i podskakuje. Próbował już od paru miesięcy, ale dopiero teraz udaje mu się oderwać obie nogi od ziemi. A ile przy tym radości!

W niełaskę popadła piaskownica i zjeżdżalnie. Teraz na topie jest tapicerowany taboret odwrócony siedzonkiem w dół. Jędruś pcha go po podłodze udając odgłos jadącego samochodu albo do niego włazi i kokosi się w środku. To jedyne, co jest w stanie zająć go na dłuższą chwilę. Uwielbia też muzykować. O graniu przy nim na gitarze nie ma mowy - zaraz wyręcza mnie w biciu. Ostatnio zakochał się też w harmonijce mojego brata. W tym poście filmik-demo do "Mam talent";p

Nadal przeżywamy bunt dwulatka. A właściwie to bunt roczniaka, a może nawet do tej pory ciągnie się bunt noworodka... Andrzejek wszak zawsze umiał postawić na swoim. Tak było i tym razem, kiedy Jędruś, uległszy fascynacji rurą od odkurzacza, postanowił nie rozstawać się z nią ani na chwilę:


Przy kolacji jeszcze z nim była, przed usypianiem zaś rozległ się wielki krzyk - to tato zabrał Andrzejkowi rurę i nie pozwolił mu z nią spać. W następnych dniach miłość kwitła nadal, ale już nie w tak groteskowej formie.

O jędrusiowym gadaniu popełniłam niedawno osobnego posta. Teraz starczyłoby materiału na kolejny. Szczęki się nie zamykają. Cały czas coś papla, do nas albo do kochanego samego siebie. zasób słów powiększa się z każdym dniem. tych, które rozumiemy, jest już ponad setka i coraz częściej są one sklejane w bardziej lub mniej logiczne dwuwyrazowe twory. Nowością jest odpowiadanie na proste pytania np.

Mama: Co to?
Andrzejek: ysia (łyżeczka)
M: co się robi łyżeczką?
A.:Je!

M:A to kto?
A.: Tata
M: A jak tata ma na imię?
A: Adam

Dobrze wychodzą tez ćwiczone od dawna plucie, wysmarkiwanie nosa (kataru na szczęście brak, więc trenujemy na sucho) i dmuchanie. Na chwilę obecną Jędruś nie zawsze jeszcze pamięta, żeby wypluć pastę po myciu zębów, ale za to przy następnym katarzysku powinniśmy obejść się bez Fridy. No i Andrzejek bez trudu zdmuchnie 2 świeczki na torcie:) A na razie, w ramach porannego rytuału, budzi mnie na wspólne bańkowanie mydlane - a jakże - stukaniem w głowę buteleczką z płynem;)


To taki telegraficzny skrót.
A tu nasze poprzednie podsumowania:

wtorek, 27 sierpnia 2013

Don't worry, be happy:)

Pogoda pod psem. Zimno, szaro i sennie. Wszyscy łażą źli jak osy.

Jędruli idą kolejne zęby. Dał mi pospać aż do drugiej w nocy.

Andrzejek, choć wył prawie całą noc, w dzień dostał turbodoładowania. A ty, matko, goń...

Młodsza pociecha też dała popalić. Momentami nie wiedziałam, dokąd biec - za Andrzejkiem czy do łazienki.

Na poprawę humoru usiadła matka wieczorem przed laptopem, wklepała w wyszukiwarkę grafik "UŚMIECH", puściła sobie:

...

...i wklejała do posta to, co ją rozbawiło:

















Źródło: www.widelec.org
















I na koniec kolaż na dni takie jak dziś. Żeby sobie matczysko przypomniało, ze jej dzieć tez sie czasem szczerzy;)

 


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Domowe rewolucje i szczypta Andów

Zaniedbałam swój pamiętniczek... (chlip, chlip ;p) padłam na wyrko o 21.00, zaraz po moim dziecku.

Ale to wszystko dlatego, że od wczoraj u nas zmiany - mój prawie dorosły prawie siedemnastomiesięczny syn postanowił zrezygnować z drzemki w dzień i w związku z tym był tak rozstrojony, że dał nam w kość podwójnie. Na szczęście wczorajszy dzień bezpowrotnie należy już do przeszłości, a dzisiejszy to już zupełnie inna historia.

Dziś Andrzejek po raz kolejny nie wyraził ochoty na południową drzemkę, więc zamiast usypiać nasze młode, postanowiliśmy zadbać o jego rozwój i zapewnić mu szczyptę egzotyki. Zabraliśmy więc Andrzejka na wycieczkę - i to nie byle jaką, bo w Andy. Tyle, że... odrzykońskie;p Naszym celem była dziś prowadzona przez państwa Barbarę i Piotra Okólskich hodowla alpak. Hodowla znajduje się parę kilometrów od Krosna, kawałek za zamkiem "Kamieniec" w Odrzykoniu, który stał się dla Aleksandra Fredry inspiracją do napisania "Zemsty".

Państwo Okólscy mają w tej chwili kilka alpak w różnym wieku. Najmłodsze  - trzymiesięczny Maks i dwumiesięczna Zosia - są jeszcze karmione "piersią";) Jedna z dorosłych samic, Bystra, ma urodzić na dniach i strasznie denerwuje sie z tego powodu. Podobno zdarzyło się, że ze zdenerwowania opluła turystów.
Kiedy jednak podpytałam panią Barbarę nieco o szczegóły hodowli przestałam dziwić się irytacji Bystrej - ciąża alpaki trwa 11,5 miesiąca, a rodzące się "maleństwo" waży ok. 8,5kg. Przy czym dorosła samica waży ok. 50kg czyli tyle co ja. A moje dziecko, ważące nieco ponad 3,6kg, na porodówce uchodziło za duże;p
I my jeszcze narzekamy...

Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie to, ze alpaki pozwalają się głaskać. Jedna z samic, Sonia, aż tuliła się do mojej ręki. No i maja cudownie miękką wełnę - podobno najcieńszą na świecie i zupełnie pozbawioną właściwości alergennych. Dlatego nawet mój mały atopik głaskał je bez obawy. Są strzyżone raz w roku na wiosnę.  Z jednej dorosłej sztuki uzyskuje się ok. 3kg wełny. Alpaczych dzieciaków państwo Okólscy nie strzygą, a i dorosłym zostawiają grzywki i "kozaczki" - pani Basia śmiała się, że po to, żeby jakoś wyglądały, bo mają strasznie krzywe nogi;p

 
Sonia

Klaudia


Sonia pozuje jak gwiazda wybiegu. Mały Maks ma nas w poważaniu.

Barbie nie wstydzi się karmienia piersią;p

najmłodsza, dwumiesięczna Zosia


sobota, 24 sierpnia 2013

Regionalne specjały i przyszły triumfator "Mam talent";p

Krosno to miasto nieduże, ale z pewnością nie nudne. W lecie na rynku ciągle coś się dzieje. A to mega-piaskownica dla dzieciaków, a to sikawka dająca ochłodę podczas ostatniej fali upałów, a to koncerty co weekend. Różne - 2 tygodnie temu ballady Cohena, tydzień temu arie operetkowe w wykonaniu artystów Opery Ślaskiej, a dziś i jutro "Karpackie Klimaty" czyli występy zespołów pieśni i tańca z Polski, Słowacji, Ukrainy i Węgier. Festiwalowi towarzyszy zwykle jarmark produktów regionalnych i tradycyjnych.
Od kilku lat, odkąd na stałe zamieszkałam w Krakowie, staram się tak planować wakacje, by na "Karpackie Klimaty" się załapać.
Z zeszłego roku szczególnie zapamiętałam występ zespołu tańca ludowego z Kijowa, który wspaniale tańczył "kozaka".
W nadziei na powtórkę, dzisiejszy wieczór postanowiliśmy więc  spędzić na rynku mimo, że jakoś pechowo wszyscy się rozjechali i nie było z kim zostawić Andrzejka. Zapakowaliśmy więc dziecię do wózka i ruszyliśmy mając nadzieję, że nie trzeba będzie zbyt szybko wracać.

Trafiliśmy na kilka występujących po sobie zespołów cygańskich. Z początku byłam sceptyczna, ale szybko okazało się, że to co grali niewiele ma wspólnego ze stereotypem muzyki cygańskiej bliższym raczej Ivanowi i delfinowi albo dzieciakom fałszującym walca z "Nocy i dni" w krakowskich tramwajach. Publiczność ogarnęło szaleństwo, mnóstwo ludzi spontanicznie tańczyło, nawet Jędruś podrygiwał sobie w wózku i zupełnie nie wydawał się znudzony.

Zdjęcia występujących kapel robiłam na zoomie z daleka. To jedyne, które mi jako tako wyszło. Śpiewali przepięknie.

Rozczarował mnie za to jarmark. Owszem, były stoiska naprawdę oferujące produkty regionalne np. pyszne sery kozie i owcze, lokalne pieczywo, bluzki z węgierskimi ludowymi haftami, drewniane instrumenty czy węgierskie wina, ale na stoisku z Litwy znalazłam kabanosy utrwalane azotynami, a kwas chlebowy był sprzedawany w plastikowych butlach i konserwowany benzoesanem sodu... Znalazły się też stoiska z jakże tradycyjną cukrową watą, i równie tradycyjnym chłamem przywodzącym na myśl wiejskie odpusty. Szkoda.









Spośród rzeczy nietradycyjnych, naszą uwagę przykuło jedynie stoisko oferujące chipsy na patyku. każdy taki chips to sprężynka wycięta z jednego niedużego ziemniaka i upieczona w piecu. Całkiem smaczny i bardzo pomysłowy sposób, by sprzedawać ziemniaka za piątaka;) I choć trzeba było odstać swoje w kolejce innych zaciekawionych, mój mąż się skusił.




 A Jędruś, za mały na wszystkie te ciężkostrawne frykasy, topił smutki w Cisowiance;)



Wczoraj obiecałam Wam filmik. Niestety, nie udało mi się nagrać Jędrusia na siłowni, ale mam mały bonus. Oto Andrzejek, chyba pozazdrościwszy muzykalności Cyganom, chwycił wujkową harmonijkę i...





piątek, 23 sierpnia 2013

Zwykły fajny dzień

Dziś tak o wszystkim i o niczym;)
Jędruś chyba zaczyna się przyzwyczajać do mamy na wolniejszych obrotach. Dziś już tylko raz chciał, bym wzięła go na ręce, a kiedy usiadłam koło niego, Andrzejek, zamiast - jak wcześniej - odmeldować się ze szklistymi oczkami, wtulił się we mnie i łapką głaskał mnie po ramieniu. Myślałam, ze tym razem ja się rozpłaczę.

Dziś też Jędrula po raz pierwszy dał się namówić na niemiksowany domowy krupnik. Warzywa były co prawda ugotowane na miękko i starte na tarce, a kasza perłowa do grubych nie należy, ale zawsze to jakiś krok naprzód:D

Po południu przeszarżowałam trochę z aktywnością. Pocieszona, że wszystko w porządku, udałam się piechotą do Rossmanna, skąd przytaszczyłam sześciopak chusteczek nawilżanych i pękaty worek deserków owocowych dla Andrzejka. Przez to właściwie całą resztę dnia musiałam spędzić w poziomie i przepadła mi zabawa z moimi chłopakami na placu zabaw. A tak chciałam wreszcie uwiecznić mojego Bąka wspinającego się na szkielet rakiety... Na pociechę mam "swój" podkład - w Rossmannie jest obniżka o 40% na całą linię Affinitone z Maybelline;)

Wieczorem udało mi się też zaobserwować reakcję Andrzejka na widok ćwiczącego męża - mały złapał jego sprężyny i próbował je rozciągać naśladując przy tym dyszenie taty. Może jutro uda mi się to sfilmować, bo ubaw miałam po pachy;)

No i zmobilizowałam się wreszcie do pomalowania dzidziusia z masy solnej, o tego.

Teraz prezentuje się następująco:

czwartek, 22 sierpnia 2013

1 miesiąc za nami - podsumowanie

Wraz z szóstym tygodniem zamykamy również pierwszy miesiąc ciąży (swoją drogą, pokręcone to naliczanie tygodni od ostatniej miesiączki - zwłaszcza u pań miesiączkujących nieregularnie mogą z tego wychodzić cuda i dziwy...).

Moje maleństwo jest dla mnie najpiękniejszą niespodzianką tegorocznego pobytu u rodziców:)

To moja ciąża nr 3. Aniołków w niebie sztuk 1 - i wystarczy. Dzieci na świecie sztuk 1, ale rozrabia za trójkę.

To stan obecny:




Waga i obwody przed ciążą nieznane, więc za wyjściowe przyjmijmy obecne. Przy wzroście 168cm mam po 16 miesiącach kp rozmiar biustonosza 65E, w talii 64cm, a w biodrach 92 - zamierzam mierzyć się co miesiąc, zobaczymy na ile starczy mi słomianego zapału. Przy synku przybrałam w sumie 21kg, które zrzuciłam potem w 6 tygodni. Zobaczymy, jak będzie tym razem, ale coś mi się wydaje, że Jędruś zadba o to, żebym nie przytyła za dużo;p A przeciwko rozstępom planuję wypróbować Bio-oil. Podobno można go używać od początku. Stosowałyście może?

Z ciążowych pewniaków:

Poranne mdłości  - obecne
"Smaki" - brak
Zachcianki - nie ma
Nadwrażliwość na zapachy - jest
Wilczy apetyt - brak

Od paru dni miewam też skurcze wysiłkowe - coś jak skrzyżowanie bólu miesiączkowego ze skurczami porodowymi tylko bez porównania słabsze. Z tego powodu ograniczam wysiłek i biorę masę leków. Szpital lub bezwzględne leżenie, na szczęście, nie są na razie konieczne.

Z powodu tych właśnie skurczów jestem na kontroli co kilka dni. Dziś po raz pierwszy zobaczyłam bijące serduszko mojego dziecka:) Nie ukrywam, że na ten właśnie widok najbardziej czekałam i jestem już znacznie spokojniejsza:D jednak z powodu tych kłopotów i wywołanej przez nie zmiany trybu funkcjonowania cierpi mój synek, który nie potrafi jeszcze zrozumieć, że nie mogę co chwilę dźwigać jego szanownych 10kg i ganiać za nim po całym domu i ogrodzie. Może za parę dni/tygodni się przyzwyczai, ale na razie bardzo ostentacyjnie wyraża swoje rozczarowanie.

Wizytę u mojego "właściwego" lekarza prowadzącego, już w Krakowie, mam zaplanowaną na 10 września.
Do tego czasu muszę zrobić podstawowe badania z krwi - morfologię, glukozę, odczyn Wassermana (badanie w kierunku kiły), HIV i nie pamiętam, co jeszcze, dostałam całą rozpiskę. Pamiętam tylko, że grupę krwi mam już oznaczoną, badania przeciwciał przeciw toksoplazmozie i cytomegalii miałam dokładnie takie jak trzeba, więc nie muszę powtarzać, a różyczkę przechorowałam w dzieciństwie.
Nawet imiona w zasadzie mamy już wybrane - zostały w spadku po poprzedniej ciąży i nadal nam się podobają.
Na chwilę obecną nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko - jak powiedział mój krośnieński lekarz - cieszyć się ciążą. Niecierpliwie czekam więc na pojawienie się "brzuszka", a potem na pierwsze ruchy mojego maleństwa.

środa, 21 sierpnia 2013

Gaduła

Oszczędzając się ostatnio bardziej niż zwykle, nie mam w zasadzie do roboty nic poza obserwowaniem mojego synka. No więc obserwuję i z wielką radością śledzę jego kolejne postępy. Największą radochę sprawia mi wyłapywanie nowych słów. A jest, co wyłapywać, bo dziecię mi się rozgaduje na potęgę.

Powtarza wszystko, co usłyszy, czasem zabawnie przekręcając słowa. Te, które mu się spodobają powtarza wielokrotnie, zapamiętuje i włącza do codziennego słownika. W sumie takich słów będących w stałym użyciu naliczyłam już prawie setkę, a ciągle dochodzą nowe.
Po imionach przyszła pora na pierwsze czasowniki:

"siede" (siedzę), "siedzi" (o kimś kto siedzi lub polecenie - siadaj)
"tań" (wstań), "taje" (stoi)
"odź" (chodź), "dziemy" (idziemy)
"je"(zjada lub jest), "pije"
"jedzie" (jedzie albo jedź)
"siesi" (świeci)
"daj mi" (zamiast dotychczasowego "da mu").

Do tego coraz częściej udaje mu się połączyć czasownik z rzeczownikiem, ale na razie raczej na chybił trafił, bo z wypowiedzi Andrzejka można by na przykład wywnioskować, że pies dziadków świeci, a lampa pije;)
No cóż, nie od razu Kraków zbudowano, ale kocham tę jego uroczą paplaninę. Jest moim balsamem dla duszy i najlepszą odskocznią od problemów i zmartwień.

Tu lista andrzejkowych osiągnięć leksykalnych. Słówka "niebieskie" spisywałam ok. tydzień temu, słówka "zielone" dopisywałam dzisiaj - to te, których Jędruś nauczył się od tamtego czasu lub takie, które na bieżąco sobie przypomniałam;)


wtorek, 20 sierpnia 2013

Złośniiico!

Źródło: s583.photobucket.com
Jestem nie do zniesienia.
A przynajmniej wszyscy w domu tak twierdzą.

Jestem absolutną mistrzynią w konkurencji: przechodzenie miedzy śmiechem, płaczem a złością w jednostce czasu.
Na dodatek bodźce wywołujące te reakcje wydają się w najlepszym razie nieadekwatne.
No bo kto normalny cieszy się, że musi rano przytulić toaletę, minutę później złości się na utrwalacz, że toksyczny i przez to nie może sobie pomalować kolczyków zrobionych w czasach błogiej nieświadomości, a jeszcze chwilę potem płacze, że mąż/żona go nie kocha, bo za długo rozmawia przez telefon?
Źródło: Google




Staram się nad tym panować, ale średnio mi to idzie. A właściwie w ogóle mi nie idzie.

Co moment właściwie bez powodu wybucham złością lub płaczem, a potem muszę wszystkich dookoła przepraszać - bo  aż wstyd mi za własne zachowanie.




    
Źródło: Google







Dziwi mnie to. Nie pamiętam u siebie takiego "temperamentu" w poprzedniej ciąży.
Miałyście tak może?

Powiedzcie, że nie jestem sama, pliiis;p

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...