środa, 31 lipca 2013

Synku, oddawaj moja urodę! ;p

Po wczorajszej powadze dziś temat mniej ważki, bo typowo babski. "Urodowy".

Śmieszy mnie wróżenie z kształtu brzucha. Ja w ciąży raczej nieźle wyglądałam, więc w kółko słyszałam, że będzie chłopiec, bo nie odebrał mamie urody. I rzeczywiście, urodził się chłopiec, ale znaczną część urody mamie zabrał.
Tyle, że dopiero po przyjściu na świat.

Było już o brzuszku po ciąży, a o tym, że po zrzuceniu 20kg w 6 tygodni moja buzia postarzała się o dekadę w ogóle nie ma co wspominać.
Tym razem będzie więc o włosach - najpierw mojej progenitury, a potem i moich własnych.

Czytając posta na którymś blogu (chyba na "Oczekując"), znalazłam żartobliwe zdanie, że córka autorki ma bujną fryzurę, bo wyssała włosy swojej mamie - której podczas pierwszych miesięcy karmienia wypadały one na potęgę. No cóż, mój synek ssakiem nadal jest, ale w dziedzinie włosów jak dotąd niespecjalnie się dorobił - może za mocno trzymają się maminej głowy?

Andrzejek urodził się z główką omszoną delikatnymi jasnobrązowymi włoskami, które z tyłu były całkiem długie. Mąż śmiał się nawet, że wygląda jak łysiejący 50-latek.



 Z czasem te włoski niemal zupełnie się wytarły, a ich miejsce zajęły równie delikatne włoski w odcieniu bardzo jasnego blondu.



Tak jest do chwili obecnej - kłaczki mojego synka są widoczne tylko z bardzo bliska lub pod światło, a zwykle wygląda jakby miał fryzurę inspirowaną Kojakiem.





Sprezentowany przez babcię szampon chyba się przeterminuje...


Ja włosy, odkąd mi w końcu w wieku tych 2 lat wyrosły,  praktycznie zawsze miałam długie - ścięto mi je tylko raz, kiedy przyniosłam z przedszkola pasażerów na gapę.
I kręcone.
Moja mama śmiała się, że można je traktować jak higrometr i przewidywać deszcz z dokładnością do godziny.




Jako nastolatka nie lubiłam swoich loków. Strasznie się plątały i przy rozczesywaniu przechodziłam prawdziwe katusze. Stawałam na głowie - prostowałam naciągając je szczotką podczas suszenia  pod suszarką, spałam w gładkim koku, wcierałam w nie tonę maminej pianki... a skutek był, hmm, krótkotrwały.


MB Zielnej, rok 2003

Swoje kędziorki polubiłam dopiero na studiach, kiedy zauważyłam, że takie włosy bardzo podobają się chłopakom;) Od tej pory zaczęłam cudować w drugą stronę i robiłam co mogłam, żeby podkreślić ich skręt.




Jeśli tylko udało się odpowiednio je ułożyć, w ogóle nie potrzebowałam ich stylizować. Nawet na mój własny ślub uczesała mnie Matka Natura. Wystarczyła odrobina serum wygładzającego i swoją zamówioną wizytę u fryzjerki mogłam ustąpić przyszłej teściowej;)




W czasie ciąży na mojej głowie zaczęło się dziać coś dziwnego. Piękne sprężynki zaczęły się prostować i sterczeć - każdy kosmyk w inną stronę. Na domiar złego włosy stały się właściwie nie do ułożenia.


Słyszałam wcześniej o takich przypadkach i miałam nadzieję, że po porodzie moje fryzura powróci do dawnej formy. Tak się jednak nie stało. Kiedy urodziłam Andrzejka moje włosy wyprostowały się już całkowicie i nie dają się kręcić nawet na wałkach:( A podobno chłopcy nie odbierają matce urody...

tuż po porodzie

Z miesięcznym synkiem
14 miesięcy po porodzie

Jędruś, oddawaj moje loczki! Ale już!

wtorek, 30 lipca 2013

Dzień "Pod Napięciem" - mięśniowym oczywiście




 Zdarza nam zwykle raz na 6-8 tygodni, ale czasem i dwa w miesiącu.
I wczoraj znów się taki trafił.

Dzień, w którym nic nie idzie po myśli, nic się nie udaje.
W takie dni Andrzejek ma problemy z czynnościami, które opanował już kilka miesięcy temu.
Ja nazywam je, za naszą rehabilitantką, "dniami pod napięciem". Jest to pamiątka po szczepieniu skojarzonym, które Andrzejek przeszedł w wieku półtora miesiąca.

Nasza nazwa wzięła się od napięcia mięśniowego, które u Andrzejka w takie dni jest obniżone, podwyższone lub waha się. Teraz i tak jest o niebo lepiej - na początku takie zaburzenia napięcia mięśniowego nie pojawiały się raz na jakiś czas, a trwały stale.

Z dnia na dzień zdrowe, bardzo silne dotąd dziecko przestało podnosić główkę z leżenia na brzuszku, nie umiało jej nawet obrócić w drugą stronę. W zapomnienie odeszły ćwiczone od prawie miesiąca przewroty na boczek, które wprawiały naszą ówczesną pediatrę w niemałe zdumienie.
Zupełnie nagle dziecko, które leżąc na brzuszku swobodnie opierało się już na przedramionach, teraz ledwo ruszało rączkami, leżąc na plecach.

Dla porównania - na pierwszym zdjęciu Andrzejek 3 tygodnie przed szczepieniem, na drugim 3 dni po szczepieniu:




półtora miesiąca


Potem była rehabilitacja.
Najpierw dostaliśmy instrukcje, jak podnosić, nosić i odkładać synka  - tak jak tu:





Potem było dźwiganie do pozycji siedzącej na leżaczku zrobionym z mamy lub taty, tak jak na zdjęciu w środku:

Źródło: http://www.oro.com.pl/dla_rodzicow.html


następnie turlanie z boku na bok na kocu, masaże plecków, rączek i nóżek, kładzenie w pozycji brzuch do brzucha i noszenie na barku rodzica, o tak jak Paweł Zawitkowski na tym zdjęciu:


Źródło: Google

Skuteczność przerosła moje oczekiwania. Synek, o którego bałam się, że do końca życia będzie niepełnosprawny, w ciągu kolejnych dwóch miesięcy nie tylko odzyskał dawną sprawność, ale też nauczył się wielu rzeczy awansem. Kiedy lekarka prowadząca nasze leczenie zobaczyła go w wieku 4 miesięcy pełzającego i turlającego się, nie mogła uwierzyć, że to to samo dziecko i śmiała się, że go przetrenowaliśmy.

I kiedy już głaz spadł mi z serca, okazało się, że nadal nie jest idealnie. Andrzejek nie miał odruchów obronnych - opuszczany brzuszkiem w dół nie wyciągał rączek, by chronić się przed upadkiem na buzię. A podobno w takim wieku już od dawna powinien to umieć. Dostał więc ćwiczenia na podpór, które mieliśmy zacząć, jeśli po skończeniu 5 miesięcy wspomnianego odruchu nadal nie będzie. I tak na powitanie szóstego miesiąca zaczęliśmy ćwiczyć "taczki", rolowanie na udzie taty lub na piłce i opuszczanie w dół tak, jakbyśmy zaraz mieli go upuścić.
Te ćwiczenia nie przyniosły oczekiwanego skutku. Pojawił się natomiast skutek uboczny: Andrzejek zaczął dźwigać się na czworaki i jeszcze przed skończeniem pół roku - nieporadnie raczkować. Nie polubił jednak tego sposobu poruszania się i jeszcze przez prawie półtora miesiąca robił to sporadycznie, a przemieszczał się głównie czołgając się jak żołnierz.
Na polecenie lekarki zaprzestaliśmy tych ćwiczeń. Odruch obronny, o który nam chodziło, pojawił się sam dopiero w 9 miesiącu, kiedy Andrzejek nauczył się samodzielnie siedzieć.

Przez jakiś czas było naprawdę cudownie i rozwój Andrzejka nie dawał powodów do zmartwień. Problemy zaczęły się, kiedy po skończeniu 7 miesięcy Andrzejek zaczął najpierw wstawać, a potem samodzielnie siadać. I o ile w pozycji stojącej czuł się bardzo pewnie, a siadanie wychodziło mu zarówno z czworaków jak z leżenia na brzuchu, to z siedzeniem było gorzej. A właściwie to zupełnie źle - mały nie potrafił usiedzieć bez podparcia ani sekundy i walił się jak kłoda w przód, w tył lub na boki.

Dostaliśmy kolejny zestaw ćwiczeń polegających na skręcaniu pupy z pozycji czworaczej i podtrzymywaniu synka za biodra w pozycji siedzącej przez 3s. Nie mamy własnych zdjęć i filmików z rehabilitacji, ale podaję link do posta rodziców małego Stasia, w którym jest to pięknie zobrazowane zdjęciami i filmem:


Tym razem ćwiczenia nic nie dały. Bo siadać Jędruś już umiał, a problem był z utrzymaniem się w tej pozycji. Jedyne, co udało się uzyskać, to mniej więcej minuta siedzenia z podparciem rączkami. Wtedy lekarka kazała nam do posiłków sadzać synka w krześle do karmienia z oparciem ustawionym prawie pionowo z daleko odsuniętym blatem. I udało się, na początku synek podciągał się trzymając się blatu i walczył, by nie opaść do tyłu, a po miesiącu siedział już samodzielnie i to dowolnie długo.

I właśnie na tym etapie zauważyliśmy, że są dni, które jakby cofają Andrzejka o kilka miesięcy w jego rozwoju.
Że zdarzają się dni, kiedy nawet nie próbuje siadać, a posadzony od razu ryje nosem w ziemię albo leci w bok, nie umie przełożyć zabawki z ręki do ręki, a nawet otworzyć dłoni. Że zamiast raczkować, wraca do czołgania, a i wtedy cały czas ma zaciśnięte piąstki. Mija kilkanaście godzin, dzień lub 2 i wszystko wraca do normy, a dziecko znów jest sprawne i ruchliwe jak przedtem.

Wyżaliwszy się na ten stan rzeczy lekarce prowadzącej naszą rehabilitację, dostaliśmy zalecenie, by do niczego go nie zmuszać, masować zaciśnięte dłonie pociągnięciami od nadgarstka w stronę palców, zachęcać go do zabawy piłką i robić to, co synek najbardziej lubi. Są więc samolociki pod sufitem na rekach taty, podrzucanie przez mamę i podskakiwanie z Jędrusiem w nosidle - zwykle 1, góra 2 dni i wszystko nam mija.

Pocieszam się tym, że odstępy miedzy takimi feralnymi dniami coraz bardziej się wydłużają a i wahania napięcia nie są już tak silne, jak wcześniej. Oby z wiekiem w ogóle się wycofały.

A tu migawki z wczorajszego rozładowywania napięcia



poniedziałek, 29 lipca 2013

Wspominkowo: Jak Misiul został Andrzejkiem

Mój mąż, w przeciwieństwie do mnie, od początku ciąży chciał znać naszego płeć dziecka i na każdej wizycie pytał lekarza, "czy już widać".

Ja nie chciałam tego wiedzieć, ale już w 15 tygodniu "nawalił" bardzo nowoczesny aparat USG i sam Jędruś, obracając się tak, że nawet jago mama, absolutny laik w dziedzinie ultrasonografii straciła jakiekolwiek wątpliwości. Na dobitkę pan doktor dał mi jeszcze wydrukowane zdjęcie ze zbliżeniem klejnotów maleństwa;p


Podczas tej wizyty dowiedziałam się, że moja Martusia ma siusiaka...

Podobno przyszłe mamy obdarzone są przeczuciem, które już od pierwszych tygodni bezbłędnie mówi im, czy urodzą chłopca czy dziewczynkę. Przyznaję się tu bez bicia - moje przeczucie chyba zrobiło sobie wtedy urlop. Choć nie chciałam wiedzieć na pewno i wyprawkę na wszelki wypadek kompletowałam w uniwersalnych kolorach, wewnętrznie byłam przekonana, że za parę miesięcy powitamy na świecie małą Martusię.
A tu takie zaskoczenie... dla chłopca nie przewidziałam nawet imienia.

Nie dowierzając, że moja intuicja aż tak mnie zawiodła, wypierałam ten fakt z moich myśli i o "zapasowym" imieniu dla synka zaczęliśmy dyskutować dopiero po USG w III trymestrze, w którego opisie lekarz ponad wszelką wątpliwość zaznaczył płeć męską. Przez cały ten czas mój brzuszek był więc Misiem, Misiaczkiem Misiulkiem, a jak trochę za bardzo dokazywał to Misiulem albo Misiulińskim;p
I wszystkie te ksywki są w użyciu do dziś. Szczególnie dziadzio po kądzieli upodobał sobie Misiula:)

7. miesiąc ciąży. Misiuliński z rodzicami. Tatuś  Misiula wycięty na własną prośbę;p

Oboje byliśmy zgodni, że imię ma być osadzone w polskiej tradycji, być niezbyt wydziwiane, dobrze łączyć się z nazwiskiem i po prostu nam się podobać. Dla męża bardzo ważny był również święty patron.
Padały różne propozycje. Ze strony męża najpierw np. Julian, Otton, i Grzegorz, z mojej Piotr, Maciej i Jerzy. Mąż nie zaakceptował ani jednej z moich propozycji, a ja z mężowskich typów od biedy byłam gotowa przystać na Juliana. Czułam jednak, że to nie to.

I wtedy odwiedził nas "wspólny" wujek, który doprowadził do naszego pierwszego spotkania i niemalże zaaranżował nasze małżeństwo. To był grom z jasnego nieba. Już miałam imię dla syna. To, tylko to i żadne inne. Ładne, tradycyjne, a w dodatku ostatnio niezbyt popularne. No i w świętych patronach można wybierać jak w ulęgałkach. Mój ślubny nadal obstawał przy Julianie, więc dla świętego spokoju, bąknęłam coś w rodzaju: "no dobra, zastanowię się jeszcze", ale już wiedziałam, że nie popuszczę, choćbym do USC miała wlec się na czworaka;p Udało się. Kiedy już był wiadomo, że trzeba na gwałt zrobić cesarskie cięcie, położna zapytała mnie o imię do chrztu z wody. I tak Andrzejek został Andrzejkiem i tatuś nie miał już nic do gadania:)

Andrzej, Andrzejek, Andrzejcio, Andriusza, Jędrek, Jędruś, Jędrunio, Jędrulek, Jędrula, Jędrusiek, Jędruliński... i nadal Misiul:P


WYNIKI KONKURSU:)

Źródło: edziecko.pl



Witam,


13 lipca z okazji imienin Andrzejka ogłosiliśmy KONKURS na najsłodsze zdjęcie dziecięcej stópki.
Dzisiaj nie pozostaje nam nic innego, jak tylko ogłosić Zwycięzców.









A są nimi Właścicielka tej oto łapki

oraz jej Mama.

GRATULUJEMY!!!




PS. Zwycięską Mamę proszę o kontakt ws. nagrody:)

niedziela, 28 lipca 2013

Miesięcy 16 kończy Jędruś dziś:)




Kolejny miesiąc upłynął nam bez wielkich rewolucji. Obyło się bez zaostrzeń AZS, szczepień i zawirowań zdrowotnych. Trafił się co prawda jeden dzień, w którym Andrzejek miał trochę skaczące napięcie mięśniowe i chandrę z tego powodu, ale nie było najgorzej.
Zębów dalej 8.
Waga 9600g, wzrost 82cm, długość stopy 13,4cm.

Szesnasty miesiąc życia przyniósł nam przede wszystkim znaczny rozwój mowy. W słowniku synka pojawiły się pojedyncze słowa 3-sylabowe (m.in. "okua"-odkurzacz, "Adeje"- Andrzejek, "tewi-o"-telewizor, "Bi-ba-bom"-zegar ścienny z wahadłem) oraz kolejne kombinacje dwóch wyrazów np. "Gaja hau" (Gaja to pies moich rodziców, a hau oznacza, że powinna szczekać), "łe łaaa" (czyli lew i jego odgłos), "jama ga" (zgaś/zapal lampę), "tata tam", "baba da", "mama ajci"(czyli: mamo, weź mnie na spacer). Inne nowe słowa to m.in. "jiby" (ryby), "jama" (lampa), "noni"(nocnik), "topy"(stopy), "topa" (torba), "kapyyy" (skarpetki), "uja" (wujek), "Kupa" (Kuba, imię mojego brata), "kupka" (kiedy woła, że robi).

No właśnie - woła. To chyba nasze największe odkrycie. Pewnego dnia Jędruś po prostu powtórzył kilka razy słowo "kupka" i faktycznie po chwili spełnił swoją obietnicę. I tak codziennie. W ciągu ponad dwóch tygodni może 2 razy zapomniał zaanonsować, ale to pewnie dlatego, że akurat był bardzo zajęty.
Kilka dni temu w naszym domu pojawił się nocnik (a nawet 2, bo dziadkowie wygrzebali starego hipcia po moim bracie) i, z pomocą naszego Misia-Zdzisia, niemal udało się wytłumaczyć Andrzejkowi, że ułatwianie wspinaczki na regały nie jest jego główną funkcją;p

Kolejną rzeczą, którą synek opanował w tym miesiącu jest samodzielne posługiwanie się widelcem. Potrafi już nie tylko nabić sobie na niego kawałek mięsa, ale też nabrać bokiem np. gniecione ziemniaki. Ponieważ jednak widzi, że dorosłym idzie to sprawniej, już po chwili domaga się pomocy, a jeśli jej nie dostanie, za darmo wysłuchujemy jego wersji "Symfonii Pieśni Żałosnych".

Wstyd się przyznać, ale nadal miksuję Jędrusiowi zupy. Odkąd porzuciłam słoiczki i zaczęłam raczyć go domowymi obiadami, Andrzejek zastrajkował i nie dotyka żadnej zupy, w której znajdzie się choćby grudka kaszy, ziarnko ryżu czy kawałek makaronu, nie wspominając już o warzywach. Co jakiś czas próbuję delikatnie powrócić do "normalnych" zup, ale jak dotąd wszystkie te próby kończyły się moją sromotną klęską. Tymczasem w drogę na wakacje z własnego wygodnictwa wzięłam dla synka zupę słoiczkową - jarzynową z kurczakiem Do-Re-Mi. I co? I nagle grudki, makaron i spore kawałki marchewki przestały mieć znaczenie - młody wchłonął cały duży słój, a potem jeszcze pół "dorosłej" porcji gotowanego kurczaka z ziemniakami. Szczęście nie trwało jednak długo. Po przyjeździe na miejsce, spałaszowaniu babcinego żurku i ugotowaniu przeze mnie czegoś w rodzaju krupniku, znów zaczęło się znajome wydziwianie.
Z owocami jest to samo. Akceptuje je właściwie tylko w formie musu ze słoiczka. Z "żywych" dotąd tolerował jedynie wiśnie, ale wczoraj o dziwo dał się namówić na parę kęsów banana do spółki z mamą;p.
Wiem, wiem, sukces jak cholera;p Ale dla nas zawsze coś.

Mamy też nową ulubiona zabawę - zabawę kluczami. Jeśli tylko Andrzejkowi uda się znaleźć właściwy do danego zamka, zdarza mu się otworzyć niżej położone szafki i szuflady. A zawartość uznaje wtedy za swoje łupy wojenne;p

Inną niezbyt miłą dla nas nowością jest to, że  synuś przestał lubić podróże samochodem. Wcześniej prawie w całości je przesypiał, teraz jaśnie panicz spać nie chce i NUDZI MU SIĘ. Po około pół godziny przestają wystarczać "podróżne" zabawki, książeczki, koncerty zespołu Mama&Papa, muzyka z płyt, jedzenie, picie i wszystko, co ja i mąż jesteśmy w stanie wymyślić. I tak jest kwaśna mina i pretensje o wszystko.




Za to ten środek transportu chyba nigdy nie popadnie w niełaskę:



Jeśli chodzi o rozwój ruchowy, 16-ty miesiąc przyniósł 2 nowości. Pierwsza to samodzielne wspinanie się po schodach. Zależnie od wysokości stopni, Andrzejek wchodzi na nie bez podtrzymywania albo wspierając się o ścianę lub barierki.





Coraz lepiej radzi sobie też ze wspinaczką na drabinki - na placu zabaw trzeba mu w tym jeszcze pomagać, ale ta przy  naszej zjeżdżalni nie ma już dla niego tajemnic. Drugą nowością jest schodzenie po pochylni lub stromym zboczu. Do tej pory po takim terenie umiał chodzić jedynie do góry. Teraz potrafi również bezpiecznie zejść. Co dla mnie ważne, nie daje się przy tym ponosić fantazji - schodzi powolutku i bardzo ostrożnie.

Poza tym, wiadomo - biega coraz szybciej, wspina się coraz wyżej, co chwilę wynajduje sobie nowe źródła adrenaliny...

Sam wszedłem:)
Tatusiu, czy jeśli powożę Cię jeszcze przez godzinę, dasz mi łyka pepsi?



Biorąc poprawkę na jego temperament, aż strach się bać, co będzie dalej...

A TU nasz bilansik  15-miesieczniaka:)

sobota, 27 lipca 2013

Ciało po ciąży i najgorszy komplement jaki w życiu słyszałam

Wczorajszy dzień, z powodu upału, w znacznej części spędziłam nad wodą w towarzystwie mamy i Andrzejka.

Jędruś mógł się chlapać, więc nic więcej do szczęścia nie było mu potrzebne, podobnie jak mężowi, który wreszcie miał cały dom dla siebie i czas, by spokojnie poczytać wszystko, na co tylko przyszła mu ochota.







Mamy swoje "tajne miejsce", więc dookoła nie było dużo ludzi, ale niedługo po nas nieopodal rozłożyło się chyba grono znajomych - 3 pary dorosłych z kilkorgiem potomstwa w wieku od lat kilku do dolnych kilkunastu. I zupełnie nie zwracalibyśmy na nich uwagi, gdyby nie jeden z tych panów, który praktycznie cały czas dokuczał swojej połowicy. Nie było chyba pięciu minut, żeby nie wetknął jej jakiejś szpili. A to, że wygląda jak wieloryb, a to żeby się zasłoniła, bo się słońce przestraszy i schowa za chmury... I pewnie myślał, że jest strasznie dowcipny, bo cała reszta po każdym takim komentarzu wybuchała gromkim śmiechem.

Zrobiło mi się żal tej kobiety. Nawet jeśli faktycznie nie wyglądała jak miss polonia, to z pewnością nie zasługiwała, żeby ją tak traktować.Kiedy trochę za długo zastanawiałam się, czy nie stanąć w obronie tej dziewczyny, jej facet, wskazując palcem  nasz kocyk tak, jak robią to roczne dzieci, które dopiero się tego uczą, rzucił coś w rodzaju: patrzcie jaka d... Dzieciak jeszcze smarkaty, a kobita już niezła k... . A ty, K., co się tak gapisz, no idź, może ci jakieś tabletki poleci na zrzucenie tego sadła... I znów salwa śmiechu reszty towarzystwa... Ciekawe, skąd ten burak wiedział, czym zajmowałam się przed ciążą...

Nie sądziłam, że pochwała mojego wyglądu, nawet tak prostacko wyrażona, może sprawić przykrość.  Robiłam za wzór do naśladowania, ale myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Lubię czuć się atrakcyjna - tym bardziej, ze sama nie jestem wolna od niedoskonałości. Choć "panieńskie" wymiary udało mi się odzyskać, pogodziłam się z tym, że mój brzuch chyba nigdy już nie będzie wyglądał tak jak przed ciążą (vide ostatnie zdjęcie w powiększeniu - tak, nawet szczupłe kobiety nie są idealne). Ale litości, nie chcę dowartościowywać się czyimś kosztem...

piątek, 26 lipca 2013

Czy styl mojego dziecka świadczy o mnie?

http://makoweczki.pl/wp-content/uploads/2012/11/40025.jpg
Źródło: Google
Jakiś czas temu (już jako mama, ale na długo przed założeniem własnego kącika w sieci) weszłam na stronę jakiegoś bloga.
Z początku wydał mi się on ciekawy ze względu na dużą ilość zdjęć ślicznego niemowlaka. A ja uwielbiam oglądać zdjęcia niemowlaków. Kiedy rozwinęłam najnowszy wpis na stronie głównej (a potem także kilka starszych), okazało się, że blog ów jest niemal w stu procentach poświęcony ubrankom tegoż niemowlaka, a każdy wpis dotyczy jednej "stylizacji" bogato udokumentowanej materiałem zdjęciowym. Pod każdą fotografią autorka umieszcza swoistą legendę wyjaśniającą, gdzie, kiedy i za jaką kwotę który ciuszek został kupiony. Niektóre stroje były takie typowo dziecięce i naprawdę urocze, inne wyglądały jak miniaturki ubrań dla młodzieży i dorosłych, a część przypominała raczej kostiumy na bal karnawałowy. Treści, poza wstępami opisującymi okoliczności powstania danej "stylizacji", niezbyt wiele. OK - taka konwencja. Pojawiło się też kilka zdjęć szaf i pudeł wypełnionych ubrankami tego malucha.
Porównałam w myślach te szafy z kubaturą, która musi pomieścić ubrania całej naszej trójki i dwoma średniej wielkości szafkami, które mieszczą całą (w bieżącym rozmiarze, oczywiście) garderobę Andrzejka.

Kurka wodna, czy ja jestem złą matką? - pomyślałam, zaglądając do synkowej szafy, w której królują ubranka kupione przeze mnie na aukcjach internetowych lub wyszperane w "tanim Armanim".

Przyznam, że lubię ładne rzeczy, ale nigdy nie miałam parcia na strojenie młodego. Owszem, w każdym rozmiarze miał jakieś popisowe wdzianka do gości i kilka specjalnych zestawów na wizyty u lekarza. Ale na codzień? Zawsze ubierałam go tak, żeby było mu ciepło i wygodnie, a to czy śpioszki pasują do kaftanika było już dla mnie sprawą drugorzędną. I tak chwilę potem Jędrula ulewał na ten kaftanik  i trzeba było go zmienić. I do głowy by mi nie przyszło zmieniać cały strój tylko dlatego, że mały zafajdał ostatnią koszulkę pasującą do tych uroczych śpioszków z misiami.

Nigdy nie przywiązywałam też specjalnej wagi do metek i cen. Mam węża w kieszeni i niełatwo mi rozstawać się z pieniędzmi, jeśli można na czymś zaoszczędzić 3/4 wartości. Szukam więc ciuszków niezbyt drogich, w uniwersalnych kolorach i fasonach (zostaną dla braciszka lub siostrzyczki), praktycznych, łatwych w praniu i zakładaniu. Nie wyrzucam niczego, co się nie drze. Nawet wdzianek z niewielkimi trwałymi plamami i tych, na których zostały przebarwienia po krótkotrwałej przygodzie z orzechami piorącymi. Nadadzą się na plac zabaw.

Spojrzałam na sesyjkę w kolejnym wpisie. Niespełna roczne dziecko siedzi w piaskownicy i rączkami nasypuje piasku do wiaderka. Wygląda jak spod igły. Same jego szorciki kosztowały mniej więcej tyle, co połowa garderoby Jędrusia, a do tego jeszcze koszulka, bluza z długim rękawem i kapelusz, paputki... kolorowy zawrót głowy. Prawie tyle, ile miesięcznie zarabiałam na pół etatu.
Tymczasem w andrzejkowej szafie niewielka kupka rzeczy "kościółkowych"(na specjalne okazje), trochę wyjściowych (ładnych, takich do lekarza czy w odwiedziny), a lwią część stanowią "kochasie" czyli ubranka do chodzenia w zasadzie tylko po domu i na spacery. Te najmniej ładne, rozciągnięte, trochę wypłowiałe lub przebarwione. Szkoda by mi było ubierać synka na spacer w najmodniejsze fatałaszki, a potem co chwilę strofować go, by gdzieś nie wchodził, czymś się nie obsypywał albo czegoś nie jadł. Oto kilka jego "stylizacji", ubranka głównie z allegro i sklepów z używaną odzieżą:






Ze szpitala wprost na plac zabaw. Nigdy więcej. Teraz ten sweterek ma niespieralne plamy z jakichś nieznanych mi owoców

Babcia chciała mieć eleganckiego wnusia na niedzielnym spacerze. Teraz ta koszula nadaje się już tylko na plac zabaw...

Jeden z powodów mojego podejścia do andrzejkowych ubranek

Tak się zastanawiam, na ile mamy, które tak stroją swoje maluchy (niekoniecznie chwaląc się potem w internecie) robią to dla dzieci, a na ile po to, by się dowartościować. Jak się na to zapatrujecie?
Ja tam wolę, by mój synuś był mniej reprezentacyjnie ubrany, ale zadowolony niż wystrojony i z poczuciem, że nic mu nie wolno.
Jeśli dziecko świadczy o rodzicu, to jak o mnie świadczy mój syn, który znajdzie sobie błoto nawet po 2 tygodniach bez deszczu, a po wizycie na placu zabaw prowadzę go do domu z piaskiem w uszach, rękami w smarze od zawiasów bramki  i  w spodniach zazielenionych od zjeżdżania z górki na czterech literach ...

PS. Kiedy Jędruś odbił mi takie upaprane smarem łapska na  jasnych spodniach, odpuściłam również stylizowanie siebie i na spacery z nim chodzę ubrana gorzej niż do sprzątania domu;p

PS. 2. A tu "kościółkowo" - zdjęcie pochodzi z sesji sprezentowanej dziadkom. Niestety nie mam go w formie cyfrowej i musiałam robić zdjęcie zdjęciu- szkoda, bo nie widać jak ładnie tu wyglądał. Po powrocie do domu, jeszcze zanim zdążyłam go przebrać, Jędruś górą pozbył się ostatniego niesmacznego posiłku. Z koszuli się sprało (wiwat H&M!), spodnie (Zara) odbarwiły się trwale. Od tamtej pory nie kupiłam Andrzejkowi ani jednej "nówki".


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...