niedziela, 30 czerwca 2013

Spacerowo:)

Mimo pochmurnej pogody, postanowiliśmy jednak wybrać się dziś na spacer. A nawet na dwa, do wybyliśmy z domu przed i po południu.

Podczas pierwszego spaceru Jędruś niechcący podkablował, że tata przekazuje mu treści niepoprawne politycznie;) Mamy dzięki temu pierwszą anegdotkę do zabawiania towarzystwa. A było tak: W ramach przerwy w bieganiu tam i z powrotem po parkowych alejkach przycupnęłam sobie na ławce, a i synek natychmiast się na nią wdrapał. Szybko spostrzegł, że na oparciu widnieją dwie wlepki. Jedną z nich, będąca wyrazem miłości twórcy do Wisły Kraków, Andrzejek potraktował dość brutalnie:


Zdarłszy wszystko, co się dało wykazał się postawą prawdziwie obywatelską:


Następnie wrócił na ławeczkę i, wskazując palcem na tę oto wlepkę:


wykrzyczał z groźną miną:"Ziii, Ziii!!!"


Na drugi spacer udaliśmy się na plac zabaw, jednak synuś był wyraźnie nie w humorze. Pohuśtawszy się nieco...
 i stwierdziwszy, że w piaskownicy bez innych dzieci nie ma zabawy...

postanowił wrócić do domu, nie czekając na mamę.


 Do domu doszedł sam, instruowany jedynie, którędy ma iść. A oto zasłużona nagroda:



ekoprzygody

Chciałam zostać "ekomamą".

I choć wcześniej ten trend kojarzył mi się z wege-świruskami chodzącymi w szarych workach zamiast ciuchów, poród do wody uznawałam za niehigieniczną fanaberię, poród domowy za niebezpieczny szczyt głupoty (i tu zdania nie zmieniłam), a wizja masowania krocza przed porodem jakimś olejkiem wydała mi się obrzydliwa, kiedy przyszło co do czego, postanowiłam zagłębić się w temat i znalazłam w ekorodzicielstwie wiele rzeczy, które mi się spodobały.

Zaczęliśmy segregować śmieci, staramy się jeść zdrowo i żyć zdrowo.
Nie mogłam się doczekać chustonoszenia, nauczyłam się podstawowych wiązań i zaopatrzyłam się w piękną tkaną chustę NatiBaby.
Marzyło mi się spanie z dzieckiem.
Jestem gorącą zwolenniczką pieluszek wielorazowych i prania  w naturalnych detergentach.
Kocham drewniane, szmaciane i papierowe zabawki. Uwielbiam malować, grzebać się w masie      solnej i robić coś z niczego
Zapoznałam się z założeniami metody BLW i byłam za.
Kąpiel w mleku - chciałam spróbować.
Na intuicji polegam od zawsze. Miałam nadzieję, że potrafiąc wsłuchać się we własne potrzeby, będę umiała też wsłuchać się w potrzeby dziecka.

Od początku ciąży wiedziałam, że chcę karmić piersią i jestem gotowa na walkę o laktację.

Z perspektywy 15 miesięcy macierzyństwa moje "ekorodzicielstwo" rysuje się następująco:
Chusta. Po feralnym szczepieniu 5w1, które skutkowało rozregulowaniem napięcia mięśniowego u synka, pani dr ortopeda, która zajmuje się jego rehabilitacją kategorycznie zakazała chustonoszenia. Kiedy już dostaliśmy na to zielone światło, Andrzejek miał 6 miesięcy, był świadomym pełzakiem, stawiał pierwsze kroki na czworaka i chustę znienawidził od pierwszego wiązania. Do teraz nie uległo to zmianie. Czasem pozwala się nosić w nosidle ergonomicznym, ale i to niezbyt często.
Spanie z dzieckiem - kolejna klapa. Próbowaliśmy tak przez tydzień i nikt z naszej trójki nie był wyspany. Po wyprowadzce synka do łóżeczka sytuacja się unormowała i Andrzejek budził się 2 razy na karmienie.

Orzechy piorące, które dostałam w prezencie, uczuliły Jędrusia. Kiedy wróciliśmy do chemicznej Loveli problem zniknął.

Pieluszki wielorazowe - po wcześniejszych przygodach, na moją nieśmiałą prośbę mąż odpowiedział: "Czy to jeszcze jedno dziwactwo, przez które stracimy masę czasu, zdrowia i pieniędzy? Nie zgadzam się". Używamy jednorazówek i jak na razie problemów nie ma. Podejrzewam, że płacz zacznie się przy odpieluszaniu.

Piękne drewniane zabawki w większości leżą odłogiem. Ale tu i tak jesteśmy eko: synek nie uznaje również tych plastikowych zabawek i chce bawić się głównie przedmiotami codziennego użytku, najchętniej tymi, którymi mógłby zrobić sobie krzywdę.

BLW. Przez nasze kłopoty z napięciem mięśniowym, Jędruś nauczył się pewnie siedzieć dopiero w 9-tym miesiącu, więc metodę tę musieliśmy odłożyć  czasie, a w międzyczasie Andrzejek tak bardzo przywykł do papek i musów, że stałym jedzeniem rzucał do ukończenia roku, a każda próba jego podania kończyła się wymiotami.

Kąpiel w mleku mamy uważam dziś za wręcz niebezpieczną dla dziecka. U nas było super, dopóki synek miał skórę bez zarzutu. Kiedy natomiast zdarzyło mi się drasnąć go przy obcinaniu paznokci, rankę zdezynfekowałam i wydawało mi się, że już po wszystkim. O sprawie przypomniałam sobie kilka godzin po wieczornej kąpieli, kiedy palec zaczął puchnąć i ropieć. Za dnia, kiedy przemywałam rankę Octeniseptem, było lepiej, a wieczorem powtórka z rozrywki i lekarz, który uświadomił mi, że mleko jest fantastyczną pożywką dla bakterii...

Jedynym, co mi się w 100% udało, jest karmienie piersią. I ta droga nie była usłana różami, bo najpierw borykaliśmy się ze słabym odruchem ssania, a potem ja musiałam od nowa uczyć się życia bez nabiału. Nie poddałam się jednak i ta przygoda trwa do dziś.

No cóż, klapa na całej linii. W ramach wsłuchiwania się w potrzeby mojego dziecka, musiałam więc zrezygnować ze swoich pomysłów na wychowanie. Widocznie mimo moich najlepszych chęci, Andrzejek nie chciał być ekodzieckiem. Teraz nie oceniam rodziców, którzy pielęgnują/karmią/ubierają swoje maluchy w sposób, który wydaje mi się niesłuszny. Kto wie, może u nich te "właściwe" zawiodły?


piątek, 28 czerwca 2013

15 miesięcy



Znów kolejny miesiąc za nami. Kolejny miesiąc, a w nim kilkudniowy katarek , kolejne szczepienie (tym razem przypominająca dawka polio)kolejna odsłona walki z czwórkami, które wyrzynają się już prawie pięć miesięcy i nadal nie chcą objawić się w całej swej krasie, kolejne testy prowokacyjne i oczywiście kolejne umiejętności. Zacznijmy od przyjemności:)
Piętnastomiesięczny Jędruś jest królem placu zabaw, oczywiście w swoim przedziale wiekowym. Pięknie przekopuje piaskownicę łopatką, zakopuje i odkopuje zabawki i mamine  buty, a tydzień temu „udała” mu się nawet pierwsza babka z piasku.  Konik nie miał co prawda nóg, ale jak na pierwszą babkę z foremki niezbyt dokładnie wypełnionej niezbyt wilgotnym piaskiem, to nie było tak źle. Cóż, wiedza mojego syna w dziedzinie materiałoznawstwa pozostawia sporo do życzenia…   ale następnym razem na pewno będzie lepiej:) Może nawet Jędruś odkryje, że na babki najlepszy jest mokry piach?


W słowniku mojego synka pojawiły się nowe słowa: „fofa” (sowa), „boby” lub „bumy” (buty), „ma”(kiedy coś dostanie lub sam sobie weźmie), „no!” (kiedy zrobił coś, za co chce być pochwalony), „piii” (kiedy chce dostać pić), „ofo” lub „ijo”(osiołek), „pupa”, „kjemi” (kremik), „pipi”  lub „myy”(myszka), „kap kap” (deszcz, ale też np. kapiący kran),  "ti ta" (zegary wszelkie) i „ato” lub „bwwwm”(auto). Ku rozpaczy mojego brata, nadal nie umie powiedzieć „wujek Kubek”;p Próbuje za to odmieniać przez przypadki. Na dobry początek „mama” i „tata”. Wie już, że tam jest mama, daje się coś „mami”, noga jest „mamy”, a całuje się - tak z rosyjska – „mamu”;p. I choć ten słownik, szczególnie w połączeniu z tym, czego Jędruś nauczył się wcześniej, wydaje się imponujący, to jednak moje dziecko do gaduł nie należy. Wszystko trzeba z niego wyciągać a i tak dużo zależy od aktualnego nastroju.

Są i inne nowości. Przede wszystkim Andrzejek stał się niezwykle łasy na pochwały. I, by zostać docenionym, gotów jest na wiele. Ostatnim hitem jest rozwalanie zawartości szafek i wysypywanie makaronu tylko po to, by potem posprzątać i zasłużyć na upragnione brawa, a gdy już odbierze nagrodę – powtórka z rozrywki. W ogóle pedant z niego. Kiedy tylko zauważa brudne naczynie, natychmiast wynosi je do kuchni i próbuje sięgnąć do zlewu, by je tam włożyć. Nadal też sprząta swoje pieluchy po przewijaniu, a potem domaga się chusteczki do mycia rąk. Tylko po zabawie jakoś nie bardzo chce mu się sprzątać. A nuż to wszystko jeszcze się przyda? Chętnie za to przejmuje od dorosłych miotłę czy odkurzacz i „sprząta”. Za to oczywiście również domaga się uznania.


Co do zabawek, to nadal najlepsze znajdują się w kuchennej szafce. Ulubione to wyciskacz do czosnku, łopatka do smażenia i metalowe kubki, ale niestety również tarka i tłuczek do mięsa. 

 Czasem synek naśladuje gotowanie, zwykle jednak umila nam (i sąsiadom) czas grą na perkusji. W łaskach są też zabawy bez rekwizytów. Np. wychylanie się zza jakiegoś mebla z głośnym „a kuku” i chowanie się znowu albo zabawa w „Jędruś ucieka, mama łapie” z obowiązkowym łaskotaniem po złapaniu. Coraz częściej mam wrażenie, że Andrzejek celowo daje się złapać…

Jeśli chodzi o rozwój ruchowy, to ktoś, kto widział młodego po feralnym szczepieniu w wieku półtora miesiąca, a potem po skończeniu 10 miesięcy, nie uwierzyłby, że to to samo dziecko.  Mając miesięcy 15, Andrzejek biega jak oszalały, wspina się gdzie popadnie,  stara się podskakiwać (choć na razie nie udało mu się oderwać od ziemi), chodzi na palcach i robi zwisy na drabinkach. Wisząc próbuje nawet podciągnąć nogi pod brzuszek, co na razie niezbyt mu wychodzi.
























Tak to wygląda, kiedy ma dobry dzień i, na szczęście, takie przeważają. Spadki lub wzrost napięcia mięśniowego zdarzają nam się jednak nadal i wtedy Jędruś garbi się przy siedzeniu, stawia bardzo drobne kroczki, co chwilę się wywraca,  i ma problem z trafieniem łyżeczką do buzi lub klockiem w otwór sortera. Taki gorszy dzień przypada zwykle raz na kilka tygodni, ale zdarzył nam się też cały tydzień pod napięciem. Na takie dni mamy zestaw ćwiczeń, które Andrzejek uwielbia – podrzucanie, latanie „samolotem” na rękach rodziców, uderzanie otwartymi łapkami w stół i masaż – zwykle jednak kończy się na tym, że to Andrzejek masuje mnie;p

Po niepowodzeniach sprzed trzech miesięcy ponowiliśmy rozszerzanie diety o nabiał. Ponieważ nadal karmię piersią, zaczęliśmy od mojej diety. Co 4-5 dni próbowałam kolejno kefiru, żółtego i białego sera, jogurtu, śmietany i mleka. Po żadnym z tych specjałów zjedzonych przeze mnie u Jędrusia nie pojawiły się zmiany skórne ani nieprawidłowe stolce. Andrzejek dostawał te same produkty dostawał po trzech dniach od wprowadzenia ich u mnie. Zastrajkował (wymioty+kupa ze śluzem, ale bez objawów skórnych) dopiero przy śmietanie, więc śmietana i mleko Gerber3 poczekają kolejne 3 miesiące. Między poszczególnymi produktami mlecznymi z sukcesem powitaliśmy m. in. miód i truskawki, na które dopiero teraz dostaliśmy pozwolenie. Żółtko jaja znów spowodowało wysypkę, więc na kolejne pół roku mamy jajo z głowy.

Co czeka nas w szesnastym miesiącu? Zapraszamy do dalszej go śledzenia postępów Jędrusia:)

czwartek, 27 czerwca 2013

Czy wrażliwość się dziedziczy?



Melancholijnie…

W ostatnich dniach pogoda nie rozpieszcza nas słońcem. Dobrze, że nie pada, ale nastrój i tak jest jakiś taki melancholijny. Jędruś śpi, męża nie ma, obiad zrobiony, sprzątać mi się niespecjalnie chce, bo wiem, że mały i tak zrówna mieszkanie z ziemią, kiedy się obudzi, mam więc czas dla siebie i, w poszukiwaniu czegoś, co pasowałoby do mojego nastroju, włączyłam YouTube i w wyszukiwarkę wklepałam nazwisko mojej ukochanej piosenkarki, którą sportretowała ostatnio Joanna Moro. Ponieważ pani Joanna w tej roli zawiodła mnie zupełnie, spuszczę na to zasłonę milczenia i przejdę do tego, co wykopałam na yt:



Tego mi było trzeba, już mi lepiej… Uwielbiam głos Pani Anny, uwielbiam poezję rosyjskich romantyków, uwielbiam język rosyjski i specyficzną rosyjską wrażliwość na granicy ckliwości. Często śpiewam jej piosenki, usypiając synka. Najbardziej lubi „Nadieżdę” i właśnie tę, którą zamieściłam powyżej. W ogóle lubi melodie zza naszej wschodniej granicy. Lubi Okudżawę, Wysockiego, Biczewską, lubi ukraińską „Czeremszynę” – kto wie, może ma to po mnie?  Bo ja, choć nie wierzę w reinkarnację, często odnoszę wrażenie, że gdybym nie urodziła się w katolickiej rodzinie w podkarpackim Krośnie, mieszkałabym gdzieś pod Moskwą, czytałabym z wypiekami na twarzy Puszkina, zamiast dyskoteki wybierałabym ognisko, na którym koledzy przy gitarze śpiewają Okudżawę i nawet w dni powszednie pędziłabym do cerkwi, żeby choć przez chwilę posłuchać chóru… I nie przeszkadzałoby mi, że muszę stać w babińcu, wkładać spódnicę do kostek i kryć pod chustą głowę i ramiona. Dla tych anielskich dźwięków…

Zresztą, posłuchajcie:


To jest pieśń pokutna, tekst jest o grzeszniku, który jest świadom swoich win, uniża się i błaga Boga o wybaczenie. A jednak  ma w sobie coś takiego, że za każdym razem, kiedy jej słucham, czuję radość i ciepło na duszy… Nawet mój mały Andriuszka wycisza się, kiedy śpiewam mu ją do snu.

Cieszy mnie, że mój synek jest wrażliwy. Że choć jest jeszcze taki malutki, to już zdaje się na swój własny dziecięcy sposób doceniać to, co piękne i wartościowe. Cieszę się, choć wiem, że takim odmieńcom potrzebne są bardzo twarde cztery litery. Że, jeśli wzrastający wśród poezji śpiewanej i pieśni legionowych Jędruś odziedziczy gusta po rodzicach i będzie miał odwagę się do tego przyznać, to jego wychowani na Lady Zgadze, "Madonnie" i innych hip hopach rówieśnicy nie dadzą mu żyć. Tak samo jak ćwierć wieku wcześniej podwórkowi raperzy i wielbicielki Spice Girls za sztukę uważający plakaty z "Bravo Girl" dokuczali fance Anny German, która na ścianie miała reprodukcje zimowych pejzaży Fałata...

Jestem jeszcze staroświecka czy już nienormalna?

środa, 26 czerwca 2013

Kuchnia alergika

Tak jak obiecałam na wstępie, w moim blogu nie zabraknie porad, które być może pomogą początkującym mamom małych atopików. Dziś parę słów o ciastach.

Przyznaję się bez bicia, że odkąd u Andrzejka stwierdzono alergię na jaja i mleko, piekę dość rzadko. W sumie w ciągu roku mojej diety eliminacyjnej, nie licząc początków, kiedy jeszcze poruszałam się w tym temacie całkowicie po omacku i parę  "ciast" musiałam po prostu wyrzucić, wykonałam tylko kilkanaście udanych wypieków. No, ale czasem trzeba.

Zabrałam się więc do tego dokładnie tak jak wtedy, gdy końcem podstawówki uczyłam się piec "klasyczne" ciasta - od znalezienia podstawowych przepisów na ciasto  i krem, z których za pomocą dodatków będę mogła wyczarowywać rozmaite kompozycje. Próbowałam różnych kombinacji, ale najlepsze ciasta wychodziły mi na bazie tej oto receptury:




Wegańskie ciasto – mój przepis podstawowy. 
Nie pamiętam już, gdzie znalazłam ten przepis - oryginalnie był to przepis na tort i z niego mam też przepis na masę podstawową. Z dodatkami możemy poszaleć, bo synek wszystko oprócz nabiału toleruje dobrze.

1 i ½ szkl. mąki (ja daję w tym 1 kopiatą łyżkę mąki ziemniaczanej)
200g g cukru (dodaję jedno małe op. cukru waniliowego)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1szkl wody
50 ml oleju (5łyżek)
4 łyżki octu balsamicznego
2-3 łyżki kakao/przyprawy do piernika/kurkumy/miodu (lub tego, co lubimy, ale np.imbiru lub skórki z cytryny mniej  - 3 łyżeczki, cynamonu 1 łyżeczkę)

Mieszamy cukry z mąką, sodą i proszkiem do pieczenia, dodajemy wodę, olej i ocet balsamiczny. Ewentualnie dosypujemy do smaku kakao, imbir, cynamon, lub to, co lubimy. Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 min. Zwykle wychodziło mi wystarczająco wysokie do pokrojenia na 2 blaty, raz udało mi się pokroić na 3;)

Krem bez masła, mleka i śmietany 
W mojej wersji wychodzi dość drogo ze względu na tłuszcz. Używałam Benecolu, bo nie uznaję konserwowanych margaryn. Dziś już możemy jeść masło, więc nawet go nie klaruję.



2 budynie z cukrem, ale bez mleka (np. waniliowe)
2 szkl. mleka sojowego, kokosowego lub gotowego bebilonu pepti (ja robię na sojowym.      
            Specyficzny smak i "aromat" Bebilon pepti było czuć nawet po dodaniu soku z cytryny)
200 g bezmlecznej margaryny (np. Benecol) lub, jeśli ktoś toleruje (my nie mogliśmy) klarowanego 
          masła
cukier lub aromat waniliowy/sok z cytryny/kakao do smaku

Budynie przygotowujemy wg przepisu producenta na mleku roślinnym lub Bebilonie pepti. Gdy budyń ostygnie,  cały czas ubijając łączymy go ze wstępnie roztartą margaryną. Na koniec, ubijając jeszcze przez chwilę, możemy masę dosłodzić cukrem pudrem lub doprawić tak, jak lubimy. Możemy też dodać do niej świeżych lub mrożonych owoców, z tymi ostatnimi jednak trzeba uważać, bo bardzo popuszczają sok i masa się rozpływa. Gdy raz mi się tak zdarzyło, uratowałam masę dwoma płaskimi łyżeczkami żelatyny rozpuszczonymi w kieliszku wody.

Ponieważ wcześniej nie miałam takiej motywacji, nigdy nie uwieczniałam swoich osiągnięć kulinarnych na zdjęciach. Następnym razem obiecuję poprawę. 

Linki do wszystkich proponowanych przeze mnie przepisów będę składować w specjalnej zakładce "Papu dla alergika".

Tymczasem pozdrawiam i życzę smacznego:)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...